wtorek, 19 września 2017

4. LITTLE LIES

Uderzyłam plecami o jeden z wielu wysokich i jakże twardych budynków. Nieporadnie zablokowałam kilka kolejnych ciosów wyprowadzonych przez łysą wiedźmę.
- Dość tej zabawy - warknęłam i odepchnęłam dziewczynę falą czarnej energii.
Gdzieś po prawej stronie Cyborg siłował się z mężczyzną na potężnej dawce sterydów, starając się ochronić zidiociałych gapiów, którzy nadal nie uciekli.
Owinęłam wiedźmę w kaftan z mojej mrocznej energii. Szarpała się, ale była zbyt słaba by się uwolnić. Zostawiłam ją na boku, by policja się nią zajęła i poleciałam pomóc Gwiazdce, która zmagała się w wyważonych drzwiach banku z łysym kurduplem.
W połowie drogi do walczącej dwójki nagle zostałam zepchnięta z kursu przez uczącego się latać Cyborga. Złapałam chłopaka w kulę energii i w bezpieczny sposób opuściłam go na rozwalony asfalt, niedaleko grupki spłoszonych policjantów.
Odwróciłam się z zamiarem pomocy Gwiazdce, ale kosmitka odziana w fioletowy, dość skąpy strój właśnie przysmażała chłopaka promieniami z rąk. Po chwili wylądował na ścianie budynku, którego nie udało im się okraść.
Otrzepałam lekko postrzępioną u dołu pelerynę z kurzu i podleciałam do skutych przestępców. Dołączyli do mnie Gwiazdka i Cyborg,  który mamrotał coś pod nosem. I zaklęcia to raczej nie były...
- Robin i Bestia sobie poradzili, zaraz do nas dołączą - oznajmił Cyborg i wyłączył komunikator.
Obie skinęłyśmy głowami. Przyglądałam się żołnierzom, którzy wsadzali pojedynczo złodziei do masywnych furgonetek. Ciemnoskóra wiedźma bezczelnie wpatrywała się we mnie, nie uginając się pod moim chłodnym spojrzeniem. Naszą cichą wojnę przerwało donośne trzaśnięcie drzwi wozu, w którym dziewczyna zostanie przetransportowana do więzienia.
Niedaleko nas stała grupka zaciekawionych gapiów. Kilkoro z nich robiło zdjęcia, bądź kręciło nas. Pod naszymi spojrzeniami szybko jednak chowali aparaty. Nie uginali się tylko reporterzy telewizyjni wraz z nieodłączonymi kamerzystami, próbującymi przedostać się przez policyjny ludzki mur.
Większość ludzi patrzy na nas ze strachem i nieufnością, ale zdarzają się tacy, którzy wpatrują się w nas z podziwem. Może kojarzymy im się z Ligą? Tacy Sprawiedliwi z Jump City... Jak na razie dorośli superbohaterowie się nie wtrącali, ale zakładam, że będą chcieli nas chociażby w pewnym stopniu kontrolować. I raczej nie będzie się to nam podobać.
Oparłam się o nadgryziony róg banku i ze znudzeniem przyglądałam się kilku krukom, które teoretycznie nie powinny tu być. Te majestatyczne czarne ptaki nie przepadają za miejskimi ulicami i samochodowymi spalinami.
Chodziły wokół mnie, kompletnie nie zawracając sobie małych łepków moją obecnością. Osunęłam się po ścianie i przykucając, wyciągnęłam szczupłą dłoń w stronę zwierzęcia. Bez wahania podszedł do niej i po chwili wskoczył na okryte czarną rękawiczką przedramię. Podniosłam się i poczęłam delikatnie głaskać kruka po lśniących piórach, kompletnie nie zwracając uwagi na otoczenie.
Moje astralne ciało przybiera postać tego majestatycznego, ale niezbyt dobrze kojarzonego ptaka. Śmierć. Posłaniec. Wojna. Nieszczęście. Można by długo wymieniać. Nie przypadkowo właśnie tym staje się moja dusza. Tym właśnie jestem i nie mogę tego zmienić.
- Raven? - wyrwało mnie z czarnych myśli, pytanie Robina.
Uniosłam głowę i pustym wzrokiem spojrzałam na lidera.
- Możemy iść - wyjaśnił i nie czekając na mnie odszedł w stronę własnego motoru.
Wyprostowałam rękę, pozwalając ptakowi odlecieć. Ten, jakby rozumiejąc moje myśli, rozpostarł szerokie skrzydła i wzbił się w powietrze.
Rozejrzałam się po zniszczonym miejscu walki. Kilka rzuconych przeze mnie aut leżało na dachu lub wbiły się w ściany. Asfalt oberwał gorącymi promieniami od Gwiazdki. Gdzieniegdzie wgniecenia i ukruszony beton ze ścian otaczających główną drogę. Standardowe miejsce walki. Na razie nie widziałam ich zbyt wiele, ale zakładam, że z czasem ta liczba się zwiększy.
Wzbiłam się w powietrze i dołączyłam do Tamaranki oraz zielonego pterodaktyla. Cyborg zasiadał kółkiem swojego prototypowego auta, a Robin zapylał z przodu swoim równie kolorowym jak on sam, motorem.
Wleciałam na drogę, z której dokładnie było widać naszą powoli dokańczaną wieżę. Z zewnątrz budynek wyglądał na gotowy, ale w środku był w stanie kompletnie surowym. Cyborg dopiero ogarnia elektronikę i wyposażenie pomieszczeń, więc jeszcze jakiś czas zostaniemy we własnych mieszkaniach.O ile je ktoś miał... Miejsce, w którym się ulokowałam, było starym mieszkaniem mojej matki. Zaniedbane po jej samobójstwie, popadło w ruinę, ale nie mam zbyt dużych wymagań. I tak większość czasu spędzam z tytanami przy wieży bądź przy sporadycznych akcjach. Lider ma dopiero w planach podłączenie się do systemu ostrzegawczego policji, przez co nie "interweniujemy" jeszcze zbyt często. Ludzie na razie się do nas nie przyzwyczaili, więc może to i lepiej.
Odłączyłam się od drużyny, przekazując im telepatycznie, że muszę coś załatwić, na co w ogóle nie zaprotestowali. Zadziwiające, jak łatwo przychodzi mi okłamywać ludzi, którzy kandydują na zaufanych znajomych. Zaufanie - coś na co trzeba sobie zasłużyć, coś na co nie zasługuję.
W rzeczywistości muszę pomedytować. Trygon się do mnie dobija, tak jakby nagle sobie przypomniał, że spłodził sobie dziecko.
Wylądowałam na dachu budynku, w którym tymczasowo zamieszkałam. Ukryłam się w cieniu, rzucanym przez zabudowany szyb wentylacyjny i przyjęłam pozycję lotosu.
Kompletnie odcinając się od świata, zagłębiłam się w swój mroczny umysł.

Najpierw z czerwono-czarnego wiru wyłonił się lśniące, białe rogi. Dalej wielka, rubinowa twarz wraz z dwoma parami jaskrawo żółtych oczu, przepełnionych gniewem i wyższością. Kurz opadł, ukazując czerwone cielsko demona, częściowo ukryte pod metalowymi płytkami i jasnym materiałem przepasanym przez biodra. Trygon zarył kilkukrotnie kopytami o ziemię i ryknął wściekle. 
Wysunął przed siebie zakończone wielkimi pazurami dłonie, z których wyprysła mroczna energia, tak podobna do mojej i pochłonęła sparaliżowane strachem Azarath. 
Z psychopatycznym uśmiechem zniknął tak samo szybko, jak się pojawił. 

Nabrałam gwałtownie powietrza i upadłam na zakurzony dach. To zwykła wizja. On chce mnie tylko nastraszyć. Nie raz już mi pokazywał takie obrazy. 
Wchłonęłam w gruby dach i zmaterializowałam się w zniszczonym pokoju. Miotałam się po pomieszczeniu w poszukiwaniu księgi. Nie mogłam sobie przypomnieć gdzie ją odłożyłam. Na następny raz sobie zapamiętam, żeby kłaść rzeczy w jedno miejsce.
Krzyknęłam zirytowana w przepełnione kurzem i pyłem powietrze, uwalniając swój gniew na Trygona, jak i samą siebie. Pozwoliłam by otulił mnie astralny kruk. Czemu wszystko mi nie wychodzi?

--------------------------
Przepraszam! Rozdział za krótki i dodany za późno. Nie mam weny ani chęci do pisania, a i tak jakoś nikt tutaj ostatnio nie zagląda. Włączałam ten głupi, zaczęty rozdział i wgapiałam się w niego, ale nie miałam kompletnie pomysłu na pisanie. Nie spodziewajcie się, że rozdziały będą jakoś regularnie i często. Może właśnie tak co 1/2. Albo nawet więcej. Dziękuję za uwagę.

czwartek, 31 sierpnia 2017

3. WSCHÓD SŁOŃCA

Otwarłam leniwie oczy, wybudzając się z długiej medytacji. Opadłam na dach wysokiego budynku i obróciłam twarz w stronę zachodzącego słońca. Ostatnie ciepłe promienie ogrzewały moją spowitą w czerń oraz granat sylwetkę. Przeniosłam wzrok na szkielet wieży majaczący na horyzoncie. Siedziba w kształcie litery "T". Całkiem fajny pomysł...
- Raven, jesteś potrzebna przy cmentarzu na Dark Street - usłyszałam w prawym uchu lekko zdyszanego Robina.
- Zaraz będę - odparłam obojętnie, delikatnie dotykając przycisku w komunikatorze.
Naciągnęłam mocnej kaptur i wzbiłam się w powietrze, kierując się na zachód.
Po minięciu niezliczonej liczby zakorkowanych dróg i wieżowców wyleciałam na obrzeża Jump City, zabudowane podobnymi do siebie małymi domkami.
Widząc kościół rozejrzałam się dokładniej za tytanem. Wylądowałam obok bramy cmentarza, która była lekko rozwalona. Nagle zza moich pleców doleciało szybkie "padnij" Robina. Wykonałam polecenie, wchłaniając w podłoże. Zmaterializowałam się za brunetem i od razu zrozumiałam dlaczego mnie wezwał. Przy wysokim murze stał skrzydlaty mężczyzna, spowity w czarny płaszcz.
Idąc śladem Robina przyjęłam bojową pozycję, dokładnie śledząc każdy ruch demona.
Spod kaptura spozierały na nas żółte oczy zwykłego podwładnego. Mężczyzna wykonał nieokreślony gwałtowny ruch, więc nie czekając na to co się wydarzy, szybko chwyciłam go w astralną łapę kruka. Istota zaczęła się miotać, ale po chwili stężała. Przerażony spojrzał na mnie, jakby zrozumiał z kim zadarł. Przeszłam przed Robina, powoli zbliżając się do demona.
- Nie próbuj wracać - wysyczałam w jego umyśle i wciągnęłam go pod ziemie, do miejsca z którego przyszedł.
- Raven, co ty... - nie dałam mu dokończyć bo odwróciłam się i wyjaśniłam.
- To zwykły demon, odesłałam go tam, gdzie jego miejsce - odparłam, wzruszając ramionami na, co Robin już otwierał usta by zapewne spytać skąd o tym wiem, ale nie dane mu było się wysłowić.
- Już jestem! - dobiegło gdzieś z boku. Oboje spojrzeliśmy się w tamtym kierunku. Bestia biegł wzdłuż ceglanego muru otaczającego cmentarz.
- W porę - mruknęłam kąśliwie, czego nie usłyszał adresat uwagi.
A już miałam pytać tymczasowego, wybranego drogą demokratycznego głosowania lidera, czemu wezwał tylko mnie.
Zielono-skóry doczołgał się do nas, oparł ręce na kolanach i łapał głębokie oddechy.
Na usta cisnął mi się komentarz dotyczący kondycji chłopaka, ale przypomniałam sobie o swojej, która też nie jest w najlepszym stanie.
- Gdzie reszta? - rzuciłam w przestrzeń, a odpowiedział mi jeden z zaginionych tytanów, biegnący wzdłuż oświetlonych budynków.
- Przepraszam, nie mogłem się wyrwać wcześniej - wytłumaczył się Cyborg, podchodząc do nas.
- Raven sobie poradziła - odparł z lekką nutą przekąsu. Pewnie mnie potem wymagluje, skąd wiedziałam o rasie przeciwnika. Zgromiłam go wzrokiem, ale chłopak w odpowiedzi wykrzywił usta w złośliwym uśmiechu.
- A gdzie Gwiazdka? - rzucił w przestrzeń Bestia, który wtopił się w rosnące przy bramie krzaki.
W odpowiedzi uzyskał tylko wzruszenia ramionami, a potem nastała grobowa cisza (czujecie to?).
- Może ruszymy swoje bohaterskie tyłki i zrobimy coś przy wieży - zaproponował nagle Cyborg.
Ponownie zgodnie kiwnęliśmy głowami.
- Mogę nas teleportować - rzekłam cicho, trochę nieśmiało. Nie czuję się przy nich swobodnie.
Robin wykonał dziwny ruch ręką, który chyba miał oznaczać zgodę.
Wypuściłam powoli powietrze i skupiłam się na miejscu docelowym.
Ogarnęła nas czarna, mroczna energia. Całym moim ciałem szarpnęło. Chwilowy brak grawitacji. Zaraz potem uderzam stopami w skalną wysepkę.
Upewniłam się tylko czy nikt się nie rozszczepił. Jest dobrze.
- T-to czarne coś... nie... - zaczął zdławionym głosem Bestia, ale zamknął się pod moim morderczym wzrokiem. Uśmiechnął się sztucznie i wyciągnął kciuka w górę. - Było świetnie - zapewnił, prostując się.
Ja przyzwyczaiłam się do teleportacji, za to cała reszta mogła odczuwać nieprzyjemne skutki.
Nagle z mojej prawej strony dobiegł huk. Źródłem dźwięku był spadający do wody głaz, który oddzielił się od wyspy. Przy brzegu stał mokry Bestia, który chyba był sprawcą tego małego zamieszania. Chłopak popatrzył po nas jak zbity pies i grzecznie usiadł daleko od morza, które nadal mocno falowało.
- To co... - zaczęłam, ale Cyborg przerwał mi uniesieniem ręki. Pół-robot pochylał się nad planem wieży.
Omiotłam spojrzeniem wysoki szkielet w kształcie przestrzennej litery T, majaczący na spowitym w ciemne chmury nocnym niebie. Nie wiem czyj to był pomysł i wolę nie wnikać...
- Teraz mnie słuchać, bo nie będę powtarzać - rzekł głośno Cyborg, tak by dotarło nawet do Bestii.


Lekko przykurzona usiadłam na brzegu obszernej wyspy. Nad ciemnym horyzontem unosiła się pomarańczowo-różowa poświata. Słoneczna tarcza ledwie wystawała ponad nim. Piękny obraz dopełniały podświetlone obłoki, unoszące się nad lekko falującą taflą morza.
Przenoszenie betonowych bloków i dziwnych urządzeń nie należy do wyczerpujących zadań, ale jest zwyczajnie nudne. No może nie do końca, bo przecież od czego jest zielona łamaga, która spuszcza sobie na stopy różne ciężkie przedmioty. Uniosłam się nad ciemne skały i ułożyłam nogi w kwiat lotosu. Pozwoliłam myślom swobodnie przepływać przez mój umysł.
- Azarath Metrion Zinthos - mruczałam w kółko pod nosem.
Zwykła mantra, a pozwala się skupić. Azar mnie jej nauczyła. Zresztą jak wielu innych rzeczy, w tym panowaniu nad całą mocą, którą posiadam. Dar a za razem przekleństwo, pochodzące od jednego z najsilniejszych między wymiarowych demonów. Obarczył mnie proroctwem, o którym dowiedziałam się po śmierci Azar, gdy pod opiekę wzięła mnie Arella. Krótko po tym, Trygon spotkał się ze mną. Nie cieszyłam się z tego, że poznałam swojego ojca, tak jak przeważnie się dzieje. Jak można się radować z powodu rodzica, który chce podbić twój wymiar.
Stop! Opanowałam myśli, które zaczęły galopować w złym kierunku.
Wypuściłam powoli powietrze ustami.
Drgnęłam gdy poczułam dotyk na ramieniu. Powoli otworzyłam oczy, pozwalając by pierwsze dzisiejsze promienie oślepiły mnie. Czemu lubię sobie zadawać ból? Mam w ten sposób odpokutować złe czyny ojca?
Przeniosłam wzrok na Robina. Uniosłam pytająco brew, czego przecież nie mógł zobaczyć przez kaptur rzucający na moją twarz cień.
- Wracamy - rzekł krótko.
Skinęłam głową i ponownie obróciłam się w stronę dużej pomarańczowej tarczy wznoszącej się mozolnie nad horyzontem.
Każdy wschód słońca to obietnica nowego dnia, wszystko jest możliwe...

-----------------------
Nie chce mi się tego komentować, więc ten przywilej pozostawiam wam. Mam nadzieję, że się spodoba.

środa, 23 sierpnia 2017

2. PO CYWILNEMU? NIC NIE MÓWIŁEŚ...

Przeszłam przez ulicę, starając się jak najmniej rzucać w oczy. Naciągnęłam mocnej kaptur od czarnej bluzy, pożyczonej od matki, która kiedyś żyła na Ziemi. Z pewnych powodów jednak przeniosła się na Azarath, które moim zdaniem jest o wiele lepszym miejscem. Wieczny pokój i harmonia, które pomimo mojej demonicznej natury lubiłam.
Oparłam się o otynkowaną ścianę pizzeri i leniwie rozglądałam się za pozostałymi osobnikami.
Spojrzałam się na elektroniczny zegar, zamontowany na jeden ze ścian. 15.57. Wypuściłam w wyuczony sposób powietrze i spuściłam wzrok na długie, czarne botki, które noszę ze swoim "standardowym" strojem.
Mijało mnie wiele śpieszących się ludzi, którzy byli mi całkowicie obcy i obojętni. A jednak z jakiegoś powodu chcę uchronić ten żałosny wymiar przed Trygonem.
- Hejka - usłyszałam z prawej strony. Przeniosłam wzrok na zwykłego nastolatka w przyciemnianych okularach.
Burknęłam nieartykułowany dźwięk pod nosem i zastukałam kilkukrotnie niskim obcasikiem o zniszczoną kostkę brukową.
Wyprostowałam się i spojrzałam na Robina.
- Wchodzimy? - wskazałam na dwuskrzydłowe szklane drzwi pizzeri. Chłopak skinął głową i skierował się we wskazanym przeze mnie kierunku.
- Jakie jest twoje prawdziwe imię? - spytał nagle, gdy prześlizgiwaliśmy się zwinnie między zajętymi stolikami.
- Zaufanie działa w dwie strony - odparłam, wchodząc po schodach pomijając po kilka stopni naraz.
- Richard - odpowiedział, wprawiając mnie w lekki szok. Naprawdę?
- Rachel - rzuciłam, siadając przy najbardziej wysuniętym stoliku na balkonie.
- Jakieś nazwisko?
Spojrzałam na niego zabójczo, co całkowicie zignorował.
- Ty swojego nie podałeś - żachnęłam się i opadłam na nieistniejące oparcie barowego krzesła, przez co prawie wywinęłam pokaźnego fikołka.
Robin stłumił chichot, gdy rozpaczliwie starałam się złapać równowagę.
- Nie mam - skłamałam, siedząc już prosto na tym diabelskim krzesełku.
Richard podniósł tylko brew, ale nic nie powiedział.
Nagle przy chłopaku wylądowała odziana w metal Tamaranka. No i tyle by było z przykrywki.
Po jaką cholerę męczyłam się z wbijaniem w te niewygodne czarne jeansy po Arelli? Przecież równie dobrze mogłam tu przyjść pod postacią demona, skoro Gwiazdka robi takie wejścia...
Zakryłam dłońmi twarz, w geście rozpaczy, ale nic nie skomentowałam.
- Cześć - rzuciła wesoło dziewczyna i sądząc po cichym skrzypnięciu krzesła, usiadła przy Robinie.
Wyprostowałam się i rozejrzałam dookoła.
- Siema ziomki - drgnęłam na to jakże ambitne powitanie dochodzące zza moich pleców.
Po moich obydwóch stronach dosiedli się pozostali członkowie drużyny.
- To co jemy? - spytał Bestia, zacierając dłonie, zakryte rękawiczkami.
On jak wszyscy poza Gwiazdką, postarał się o ukrycie swojej tożsamości. Może nie jest taki głupi jakby się wydawało? Cofam. Jednym gwałtownym ruchem ściągnął szary kaptur ukazując swoje całkowicie zielone oblicze, a drugą ręką sięgnął do mojego. Zwinnie niczym kot ominęłam atak i rzuciłam powalające spojrzenie temu gnojkowi. Chłopak skulił się lekko i stracił pewność siebie.
- Zamówimy coś i ustalimy szczegóły - zaproponował ugodowo Robin i podniósł rękę by przywołać kelnera.
Po chwili oczekiwania podeszła do nas wysoka szatynka, ubrana w firmową bluzkę.
Nie zwracając uwagi na jej dziwne spojrzenia odpłynęłam myślami.
Czy będę mogła im zaufać od razu i powiedzieć o ojcu i jego zamiarach? Najprawdopodobniejszym skutkiem tego będzie wywalenie mnie z drużyny, o ile w ogóle jakaś powstanie, a może nawet polowanie na mnie. To po części moja wina, że Trygon tutaj przybędzie. Czas pokaże, co będzie najlepszym wyborem...
Złapałam mechaniczną dłoń, szybko poruszającą się przed moją twarzą. Zabójczo spojrzałam się na jej właściciela, ale ten nie stracił swojej pewności i z lekkim uśmiechem rzucił:
- Jaką chcesz pizzę... - zawiesił głos, wyraźnie zakłopotany tym, że nie zna mojego imienia.
- Obojętnie - odparłam i wyczekałam aż kelnerka odejdzie. - Raven - powiedziałam cicho w stronę robota.
Ten skinął tylko głową i oparł brodę na dłoniach.
- Przemyślałem wszystko i chcę się tym z wami podzielić - zaczął swój wywód Robin. - Wcześniej sam chroniłem to miasto i naprawdę cieszę się, że chcecie mi w tym pomóc. Ale nie zakłada się drużyny od tak - pstryknął palcami przed swoim nosem - i nie jest to też takie łatwe jakby się wydawało - kontynuował. - Kilka kwestii organizacyjnych, a za razem problemów. Po pierwsze - wygiął palec wskazujący prawej ręki - siedziba. Po drugie - odgiął kolejny palec - nazwa. Po trzecie - zawiesił się na chwile, jakby stracił wątek. - chyba nie ma po trzecie - skończył i zaśmiał się nerwowo.
- Co do siedziby to mój ojciec i ja możemy się tym zająć - zaproponował Cyborg. - Oczywiście nie obejdzie się bez waszej pomocy.
Bestia kręcił się na swoim krześle, aż w końcu nie wytrzymał i wystrzelił z ręką do góry, jak uczniak.
- Mam pomysł na nazwę - wyjaśnił podekscytowany. - Niesamowici bohaterowie - pochwalił się, uśmiechnął szeroko i położył ręce na bokach.
- Głupie - skwitowałam krótko, nawet na niego nie patrząc.
- Popieram - powiedział Robin i zamyślił się na chwile. - Co powiecie na Młodzi Tytani? - spytał łagodnym głosem.
- Jestem za - wyciągnął mechaniczną rękę w górę Cyborg. W ciszy ja i Gwiazdka poszłyśmy jego śladem.
- To ustalone - rzekł zadowolony Robin i umilkł, bo kelnerka przyniosła dwie duże, parujące pizze oraz kilka sosów.
- I tak uważam, że Niesamowici Bohaterowie są lepsi - mruknął pod nosem i capnął połowę wegańskiej, o którą tak wykłócał się z Robotem Mięsożerca.
Bez większego zainteresowania wzięłam jeden kawałek ciasta. Między nami panowała niekomfortowa cisza.
- Jakie są wasze prawdziwe imiona? - rzucił nagle Bestia. Ten to wie co powiedzieć...
- Tajemnica - odparł Robin, gdy przełknął pizze. Czy ja dostałam jakiś przywilej, czy jak?
- Victor Stone - rzucił obojętnie Cyborg.
Bestia przeniósł z wyczekiwaniem wzrok na mnie, jako że Gwiazdka przedstawiła się po wyrwaniu jej z rąk kosmitów.
- Raven - burknęłam pod nosem.
Bestia otwierał już usta, by coś powiedzieć, ale zamordowałam go wzrokiem.
Popatrzył na mnie dziwnie i wziął kolejny kawałek pizzy nic już się nie nie odzywając. Chyba nie chciał się bardziej narażać.
- Garfield Logan - rzekł. Jego ton wskazywał na dumę z samego siebie.
- Jak ten rudy kot? - Cyborg parsknął śmiechem, ale Bestia niczym ja zgromił go wzrokiem. Może to zaraźliwe?
Oparłam podbródek na wewnętrznych stronach dłoni i utkwiłam wzrok w dalekim horyzoncie. Może nie powinnam ich w to wkopywać? Trygon jest moim problemem i powinnam sobie z nim sama poradzić. Warknęłam w myślach. Czemu muszę wszystko komplikować. Trzeba było pomyśleć nad tym co się robi, żeby potem nie mieć durnych wątpliwości
- Muszę się zbierać - wyrwało mnie z odrętwienia. Cyborg zsunął się z krzesła i odszedł kilka kroków, ale zatrzymał się, jakby coś sobie przypomniał.
- Jak mam się z wami skontaktować? - spytał lekko zdezorientowany.
- Przez to - Robin rzucił w jego stronę jakiś mały przedmiot. Cyborg obejrzał go dokładnie, wsadził do kieszeni bluzy i po mruknięciu pożegnania odszedł.
Przeniosłam wyczekujące spojrzenie na chłopaka. Po chwili zrozumiał o co mi chodzi i szybko sięgnął do spodni.
- To są komunikatory. Tymczasowo będziemy ich używać, a potem wymyśli się coś lepszego - wyjaśnił brunet i podał po jednym urządzeniu dla każdego. Obejrzałam mały okrągły przedmiot z każdej strony. Niepozorne i przy okazji nie rzuca się tak w oczy.
Spojrzałam na Bestie, który tempo wpatrywał się w komunikator, jakby nie wiedzieć co z nim zrobić.
- To się wkłada do ucha - wysyczałam do Zielonego, który od razu się ożywił i zadowolony z nie wiadomo czego, zaczął przerzucać urządzenie z ręki do ręki.
Po mimo tego, że jestem z innego wymiaru mam jakieś pojęcie o tym świecie, czego nie można powiedzieć o speszonej Gwiazdce. Mama Ziemianka nie jest nawet zła. No chyba, że oddaje się w ręce diabła...
Odgoniłam niemiłe myśli i spojrzałam na ten sam zegar po drugiej stronie ulicy. 17.14
- Muszę iść - ogłosiłam i bez pożegnania odeszłam.