Zapukałam do drzwi napisem z „Pracownia” na metalowej
plakietce. Wiedziałam, że tam był, ale nie miałam pewności, czy dobrym pomysłem
było przeszkadzanie mu. Sama przecież dobrze wiedziałam, jak irytujące mogło
być odrywanie się od zajęcia wymagającego skupienia.
Po kilku dłużących mi się sekundach, usłyszałam
wypowiedziane niezbyt uprzejmym tonem „proszę”. Dotknęłam gładkiej powierzchni
i drzwi odsunęły się. Weszłam do pokoju, w którym światło koncentrowało się nad
dużym stołem, zawalonym kartkami, zdjęciami i kilkoma próbkami, gładkie ściany
pozostawiając ukryte w cieniu.
– Victor zrobił obiad, ale nikt nie miał odwagi, by
przyjść cię zawołać – oznajmiłam półżartem, podchodząc do Robina.
Opierał się o blat i wpatrywał w trzy ułożone
równo obok siebie kartki. Jego rękawiczki praktycznie zwisały z krawędzi stołu,
a bladymi, smukłymi palcami, których również nie ominęły drobne blizny, wybijał
galopujący rytm. Chociaż zazwyczaj nie przeszkadzała mi taka cisza, tym razem
jego chwilowe milczenie było dla mnie niewygodne i krępujące. Miałam już zacząć
przepraszać, że mu przerwałam, ale w końcu się odezwał.
– Dzięki, za chwilę przyjdę. – Nawet nie podniósł
wzroku.
Nieco gwałtownie sięgnął po inną kartkę, jakby tknięty
nagłym oświeceniem. Nie wiem jak, ale bez problemu wydobył to, co chciał z
chaosu, jaki panował na blacie. Nie chciałam zakłócać mu dłużej spokoju, więc
obróciłam się na pięcie z zamiarem wyjścia.
– Raven, poczekaj – powiedział niespodziewanie.
Zatrzymałam się w pół kroku.
– Jedyną osobą z rodziny Abaddona pozostała jego matka.
Myślisz, że udałoby ci się z niej coś wyciągnąć? – spytał.
– Jeśli jej umysł nie ucierpiał w żaden sposób…
chociaż wątpię, żeby wyszła z tego bez szwanku. To pewnie była dla niej trauma
i wspomnienia mogły się zamazać – odparłam sceptycznie, rozważając różne opcje
w głowie.
– Ale przecież nic nie zaszkodzi spróbować, nie?
Śledczy i tak pewnie będą chcieli ją przesłuchać. Zadzwonię do szpitala i
dowiem się, czy można już z nią rozmawiać. A nawet jeśli nie, to chyba i tak
tego nie potrzebujesz? – stwierdził w przypływie energii.
Zawsze, gdy coś szło po jego myśli, wstępowała w niego
tajemnicza, dodatkowa siła do dalszego działania. A jeśli postępów nie było, do
dalszej, mozolnej i wręcz obsesyjnej pracy pchały go ogromne ilości kofeiny.
– A nawet jeśli, to co? – spytałam sceptycznie. –
Czego miałabym szukać?
– Wszystkiego, co z nim związane. Im lepiej poznasz
przeciwnika, tym łatwiej będzie go pokonać – odparł. – Patrole szukają go od
dwóch dni, ale wciąż nikt nie wie, gdzie mógł się zaszyć. Może jego matka
pomoże nam to ustalić.
– Mogę spróbować – odparłam niezbyt chętnie. Moja
intuicja cały czas nie dawała mi spokoju i kawałek po kawałku odzierała mnie z
wewnętrznego spokoju. Złe przeczucia narastały we mnie z każdym dniem. – Im
szybciej, tym lepiej. Nie wiemy, czy Hal nie wróci, by poprawić aktualny stan matki
– powiedziałam ponuro. – Mam wrażenie, że nie będzie czekał zbyt długo.
Widziałeś jego profil psychologiczny? Nie należy do najcierpliwszych osób.
– Wieczorem wszyscy wyjdziemy na patrol – powiedział,
układając równo stosik kartek. – Naprawdę nie dałabyś rady go wyczuć? Mówiłaś
coś o jakiejś aurze, którą zostawił w szpitalu i domu rodziców. Czy nie powinno
być jakichś śladów… – spytał z nadzieją.
– Już ci tłumaczyłam. Nie jestem psem tropiącym, który
podąża za zapachem – powiedziałam zgryźliwie. – W budynkach wyczuwałam
pozostałości ogromnej mocy, jakiej musiał użyć, by przyzwać demony. Gdybym
spróbowała ogarnąć umysłem całe miasto, to mój mózg trzeba by było zdzierać z
posadzki – stwierdziłam dobitnie.
Robin kiwnął głową niepocieszony. Chwycił rękawiczki,
zgasił światło i wskazał ręką na drzwi. Wyszliśmy na korytarz i podążyliśmy do
salonu.
– Poproś Constantine’a. Jest bardziej doświadczony i
może znajdzie sposób, by znaleźć Abaddona. O ile już gdzieś tam na niego nie
poluje – zaproponowałam.
– John powiedział mi praktycznie to samo co ty… tylko
w jego specyficznym stylu – rzekł z lekkim rozbawieniem. – Victor stwierdził,
że im bardziej uparcie będziemy szukać, tym będziemy dalej od celu, ale ja nie
potrafię bezczynnie siedzieć i czekać, aż sprawy się same rozwiążą. Rozwiązania
problemów nie spadają same z nieba – powiedział z rozgoryczeniem.
– Moja intuicja podpowiada mi, że spotkamy się z nim
prędzej, niż się tego nawet spodziewamy – wyrzuciłam z siebie część kłębiących
się w głowie czarnych myśli.
Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że uciekinier był
znacznie większym zagrożeniem, niż wszyscy myśleli. Nie mogłam też określić, co
konkretnie powodowało we mnie jakieś niezrozumiałe napięcie, a może nawet
strach, które niezbyt chętnie chciałam zaakceptować.
– Może i masz rację. Może powinienem chociaż trochę
się wyluzować.
Pokiwałam głową na jego słowa.
– Co nie znaczy, że ominie was dzisiejsza
wytrzymałościówka – powiedział z szelmowskim uśmiechem.
Widziałam z daleka mknące przez most światło z reflektora w motocyklu Robina. On wziął wschodnią część
miasta. Ja leciałam ku zachodowi. Cyborg, który leciał gdzieś za mną dostał
północ, po tym jak odstąpił centrum Garfieldowi. Kori zaś pokojowo przyjęła
południową część do patrolowania.
Po ulicach poruszało się znacznie więcej
jednostek policji niż zazwyczaj. Nie ważne, czy były to zapuszczone dzielnice,
w których porządny mieszkaniec nie chciałby się pojawić po zmroku, czy
najbardziej oświetlone i zadbane osiedla. Najciemniej pod latarnią, jak
powiedział całkiem rozsądnie Beast Boy.
Lewitowałam powoli nad płaskim jak stół
rozległym terenem pokrytym niezliczoną ilością jednorodzinnych domków. Nie
spodziewałam się spotkać tu Abaddona, ale patrole były naszym stałym punktem w
planie dnia, więc jeśli nie on, to zawsze znalazł się ktoś, komu trzeba było
przypomnieć o obowiązujących prawach. A może jednak nie tym razem.
– Słuchajcie, mam wiadomość, że system monitorowania
wykrył kogoś, kto zgadza się z profilem Abaddona. – Głos Robina zdradzał lekkie
podniecenie i zadowolenie. – Przesyłam wam współrzędne na komunikatory. – Minął
ledwie moment, a poczułam delikatne wibrowanie urządzenia, które miałam
przypięte do paska. – Prywatna kamera zarejestrowała go tam jakąś minutę temu.
Postarajcie się dostać się tam niezauważeni – polecił i rozłączył się.
Pospiesznie sięgnęłam po komunikator. Na ekranie
wyświetliła się trójwymiarowa mapa miasta i pulsująca czerwona kropka. Obrałam
właściwy kierunek i, by rzucać się mniej w oczy, zamieniłam się w kruka.
Im bliżej docelowego miejsca byłam, tym
wyraźniej czułam, jak moje serce przyśpiesza, a przez głowę przebiega galopem
stado rozmytych obrazów i niezrozumianych myśli. Byłam rozproszona, a zwykłe
tłumaczenie sobie, że ten lęk jest irracjonalny, nie pomagało. Nie mogłam też
zrozumieć, skąd się to we mnie wzięło. Jakby ktoś zaszczepiał we mnie strach i
cudze myśli. Złe przeczucia tylko narastały, nie dając się odpędzić.
Wylądowałam na jednym z wielu podobnych domów. Nie
zauważyłam nikogo, ani z drużyny, ani nawet zwykłego cywila. Srebrzysta
poświata wiszącego wysoko księżyca kładła się na koronach drzew i błyszczących
dachach. Ulica była dobrze oświetlona, ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że
ktoś, albo coś, może czaić się w jakimś ukrytym w cieniu zakamarku.
– Mamy wsparcie ze strony wojska. Dwie jednostki
specjalne są rozmieszczone wzdłuż ulicy. Bądźcie uważni i ostrożni. Szukamy
wysokiego, szczupłego mężczyzny ubranego w czarne spodnie i czarną bluzę z
kapturem – poinformował Robin.
Wzbiłam się w powietrze i przemknęłam nad
działkami. Nie musiałam nawet patrzeć, by zanotować obecność Abaddona. Najpierw
uderzyła mnie fala ogromnej energii, która wyparła całą plątaninę myśli z mojej
głowy. Zaćmiło mnie, a jedynym co słyszałam, były przeciągłe, niezrozumiałe
szepty. Podświadomie wiedziałam jednak, że namawiały mnie do czegoś złego.
Wszystko było przepełnione mrokiem. Nie mogłam odegnać krwawych widoków ze
szpitala, ale tym razem było zupełnie inaczej. Gdzieś w głębi siebie poczułam
wręcz przerażającą radość i satysfakcję, patrząc na te sceny z bezpośredniej
perspektywy ich uczestnika. To nie mogły być moje myśli!
Nawet nie zauważyłam, kiedy przemieniłam się z
powrotem w człowieka. Runęłam na ziemię, obijając się po drodze o gałęzie.
Skupiłam się i wyparłam intruza z głowy, jednocześnie próbując naruszyć jego
umysł. Zablokowała mnie jednak jedna, nieprzerwana ściana mroku zbudowana z
demonicznej energii.
Wstałam nieco chwiejnie. Huczało mi jeszcze w
uszach, ale mogłam jednak wyraźnie dojrzeć całą hordę najpaskudniejszych istot.
Niczym ochroniarze rozstawieni wzdłuż całej ulicy, otoczyli swojego
tymczasowego władcę szczelnym kordonem. Aż przeszły mnie ciarki na widok
powykrzywianych, ohydnych łbów, czasami rogatych, a czasami obdarzonych dwoma
parami oczu. Niektórzy byli skrzydlaci, inni rozcapierzali zdeformowane łapska
obdarzone ostrymi pazurami. Patrzyli na mnie i obnażali swoje sczerniałe kły.
„Widzą mnie” – dotarło do mnie z opóźnieniem. A ja widziałam ich. Ale czy tylko
ja?
Sięgnęłam do ucha, by wezwać kogokolwiek z
drużyny. Niespodziewanie poczułam, jakby coś zacisnęło się na moich przegubach.
Nim zdążyłam zareagować, wylądowałam plecami na ścianie. Całe powietrze
uleciało z moich płuc, a wzdłuż kręgosłupa przebiegł niewyobrażalny ból.
Uniosłam głowę. Kilka metrów przede mną pojawił
się mężczyzna. Spoglądał na mnie z niepokojącym zaciekawieniem swoimi
błyszczącymi, czerwonymi oczami. Wstrzymałam oddech i spięłam wszystkie
mięśnie, ale on się nie poruszał. Demony zbliżyły się do nas niczym w zwolnionym
tempie i otoczyły szczelnym kręgiem.
– Wyznaj mi, kim jest twój przodek? – spytał i
podszedł powoli, co sprawiło, że moje ciało ogarnął jeszcze większy paraliż. –
Czuję, że jest to ktoś niezwykle potężny – powiedział głębokim, przerażająco
kojącym głosem i przykucnął przede mną.
Patrzyłam na niego rozszerzonymi oczami, ale nie
mogłam się poruszyć. Czyżby on mnie kontrolował? Gdzie byli Tytani? Starałam
się tłumić przerażenie, ale coraz bardziej traciłam nad wszystkim kontrolę.
– Nie musisz się mnie bać – stwierdził łagodnie i
powoli zsunął kaptur.
– Tracisz nad tym kontrolę – wyrwało mi się szeptem
spomiędzy ściśniętego gardła, gdy ujrzałam skutki posługiwania się tak
potężnymi mrocznymi siłami.
Pod jego skórą buzowały ciemnofioletowe żyły, które tworzyły
groteskową sieć na jego bladej twarzy. Widziałam, jak pogrubione naczynia
schodzą po chudej szyi i znikają pod materiałem bluzy.
Odchylił do tyłu głowę i zaśmiał się, przyprawiając
mnie o ciarki.
– Wypełnia mnie energia demonicznego wymiaru, a moja
moc cały czas wzrasta. Wszystko mam pod doskonałą kontrolą – powiedział i
przechylił głowę na bok. Spojrzał na mnie przenikliwym wzrokiem. – Wszystko za
wyjątkiem ciebie, córko Trygona. – Zachłysnęłam się powietrzem na jego
wypowiedziane z nagłą złością słowa. Cały czas manipulował moim umysłem,
infiltrował mnie, a ja nawet tego nie czułam. – Jakimże osiągnięciem będzie
kontrola nad kimś tak potężnym – syknął z satysfakcją i wstał gwałtownie. – Kto
by pomyślał, że taka okazja sama mi się nawinie? – rzucił w przestrzeń, jakby
do podwładnych demonów.
Cały czas nie mogłam się ruszyć. Jak ktoś taki mógł
tak się mną bawić i to bez mojej wiedzy? I czemu, na najświętszą Azar, nikt nie
reagował?
– Poddaj mi się, a ominie cię niepotrzebny ból –
zasugerował stanowczym głosem. – Twoje połączenie z Trygonem jest zbyt słabe,
być mogła ze mną walczyć – stwierdził z usatysfakcjonowanym uśmiechem.
– To nie od niego czerpię moc – syknęłam i podniosłam
się mimo ogromnego bólu. Miałam wrażenie, jakby ciążył na mnie duży ciężar.
– Głupia, chcesz walczyć z… – zaczął z wyższością, ale
przerwałam mu.
– W przeciwieństwie do ciebie, moje źródło energii
jest we mnie – warknęłam i najszybciej jak potrafiłam, odepchnęłam wszystkich
potężną falą materii.
Ucisk i uczucie czyjejś obecności w umyśle, z
których dopiero przed chwilą zdałam sobie sprawę, zniknęły. Udało mi się go
rozproszyć. Teraz musiałam tylko uważać, by nie dać mu się ponownie opanować.
Jednocześnie wyparowała też bariera, którą oddzielił nas od rzeczywistego
świata. Mogłam dostrzec, jak na ulicy toczyła się zażarta i krwawa walka między
całą hordą najróżniejszych demonów, a Tytanami i żołnierzami, których było
nieproporcjonalnie mało. Ten skurwiel chciał przeciągnąć mnie na swoją
stronę i za plecami wszystkich uciec. Nie wierzyłam, że mógł zaplanować coś
takiego, a my daliśmy się w to wciągnąć!
Rzuciłam się na wciąż otumanionego Abaddona. Wbiłam mu
kolano w splot słoneczny i posłałam całą serię ciosów na twarz w przypływie
adrenaliny i niekontrolowanej złości. Nagle złapał mnie za nadgarstek, jakby
nie odniósł żadnej szkody. Pociągnął mnie i spadłam na bok.
– Żaden demon mi się nie oprze – warknął i jednym
machnięciem ręki sprawił, że otaczające nas kreatury rzuciły się na mnie.
Wniknęłam w ziemię, nim zdążyły mnie zgnieść.
Pojawiłam się za plecami Abaddona i chwyciłam go w uformowaną z materii kruczą
łapę. Z całej siły cisnęłam nim w demony. Strzeliły czyjeś kości, ktoś, a może
coś wydało z siebie nieludzki skowyt bólu. Poczułam, jak napływające do mnie
zewsząd cierpienie karmi moją mroczną, demoniczną stronę. Nie mogłam oprzeć
się, by nie napawać się tymi intensywnymi emocjami i bólem. Buzowała we mnie
energia, która chciała znaleźć jak najszybciej ujście na zewnątrz. Widziałam
nawet idealnie nadający się do tego celu obiekt.
Wytworzyłam pięść z materii. Zawiesiłam ją
rozcapierzoną nad skulonym z bólu Abaddonem. Ten spojrzał na mnie z niemym
pytaniem i zaniepokojeniem. Chyba ujrzał, że teraz kontrolę przejęła gorsza
strona mnie, bo zaczął nieudolnie czołgać się do tyłu. Teraz to w jego
rozszerzonych oczach błyszczało przerażenie, a ciało odmawiało posłuszeństwa.
Chciałam się zemścić.
– Boisz się mroku? – spytałam głosem szorstkim i
nienaturalnie głębokim. – Zadarłeś z niewłaściwą osobą – syknęłam i
przygwoździłam go pięścią do ziemi.
Zaczął się wić, ale nie miał szans się uwolnić.
Wszystkie demony rozpierzchły się, nie chcąc mieć ze mną do czynienia. Nie
obchodziło mnie nic, oprócz napawania się jego cierpieniem. Manipulował mną,
więc musiałam się zemścić.
Przygniotłam go jeszcze bardziej. Podeszłam powolnym
krokiem, napawając się widokiem krwi wypływającej spomiędzy posiniałych warg.
– Kto tu teraz wszystko kontroluje? – spytałam z
satysfakcją, chociaż wiedziałam, że nie był mi w stanie odpowiedzieć.
Spojrzał z błaganiem w moje błyszczące czerwienią dwie
pary oczu. Przykucnęłam nad nim i wyszeptałam z jadem do ucha:
– Powinnam teraz wysłać się do piekielnego wymiaru
albo powoli odebrać ci władzę nad umysłem, ale to chyba i tak byłoby za mało.
Zadarłeś z córką Trygona. – Ani głos, ani słowa nie były moje. Przemawiał
przeze mnie demon, który przejąwszy kontrolę, był praktycznie nie do
okiełznania. – Musisz ponieść karę.
Uniosłam go za przeguby i zaczęłam recytować formułę
zaklęcia. Czułam buzującą we mnie moc. Nic oprócz naszej dwójki się nie
liczyło.
– Raven! – Ten znajomy, jednak przerażony jak nigdy
dotąd głos Robina wyrwał mnie z transu.
Demon stracił skupienie tylko na krótką chwilę, ale to
wystarczyło, bym wyszła z cienia i sprawiła, że mroczna część mnie wycofała się
do najgłębszej czeluści umysłu.
Opuściła mnie cała dotychczasowo wypełniająca
mnie energia. Upadłam na kolana. Jednocześnie poczułam pulsujące gorącem od
bólu mięśnie i chłód na twarzy, który towarzyszył zniknięciu dodatkowej pary
oczu.
– Nie podchodź – wychrypiałam. Wciąż nie miałam
pewności, czy Demon został zamknięty na dobre. – Złap Abaddona –
rozkazałam słabym głosem.
– Raven… – zaczął trochę niepewnie – … on zniknął.
Uniosłam gwałtownie głowę i aż zamroczyło mnie, gdy
przez moje ciało przebiegł impuls bólu.
– Pozwoliłeś mu uciec? – spytałam podwyższonym tonem.
Szybko jednak przywołałam się do porządku. Musiałam się uspokoić.
– On po prostu zniknął zaraz po tym, gdy go puściłaś –
odparł i pochylił się lekko. – I nie wiem co to miało być, ale wolałbym,
żebyśmy o tym porozmawiali – dodał.
Spuściłam wzrok i nabrałam głęboki wdech. Jak mogłam
pozwolić, bym straciła nad sobą kontrolę? Tyle lat nauki i ćwiczeń, a jakiś
manipulacyjny gnojek kompletnie wyprowadził mnie z równowagi.
– Wszyscy cali? – spytałam, chcąc zmienić chociaż
chwilowo temat.
– Victor jest trochę zarysowany, ale nic mu nie
będzie. Sporo demonów zniknęło razem z Abaddonem – odpowiedział. Miałam
wrażenie, jakby przewiercał mnie wzorkiem na wylot. – Doskonale wiesz, że nie
ominie cię tłumaczenie. Skąd w ogóle te czerwone oczy? – Chyba naprawdę nie
dowierzał i nie mógł pojąć, co widział. Miałam nadzieje, że tylko on.
– A myślałeś, że demony nie istnieją – odparłam
krótko. – Spotkamy się w wieży – rzuciłam i zniknęłam, zanim zdążył zadać
kolejne pytanie.
Zrzuciłam z siebie pelerynę i cisnęłam ją w kąt,
tak samo jak pasek. Trzask, jaki wydał uderzający o podłogę metal wzmógł
pulsujący ból w skroniach i miałam wrażenie, że zaraz Demon ponownie przejmie
kontrolę.
– Uspokój się – warknęłam do siebie.
Spojrzałam w gotyckie lustro zawieszone nad
szafką. Nie ujrzałam tam swojego odbicia, jak mogłabym się spodziewać, lecz
moją demoniczną połowę, zamkniętą po drugiej stronie. Uśmiechała się
sadystycznie i przewiercała mnie na wylot dwoma parami czerwonych oczu.
– Odejdź – sarknęłam i odwróciłam się, chociaż
wiedziałam, że to nie sprawi, że zniknie.
– Pozwól mi przejąć kontrolę – zasyczała gardłowym
głosem. – Razem będziemy silniejsze.
Potrząsnęłam głową.
– Nie słuchaj jej – mamrotałam w kółko pod nosem.
– Nikt nie może się wiecznie opierać. I ty kiedyś
odpuścisz, a wtedy przejmę władzę i dopełnię przeznaczenia. – Jej słowa
strasznie działały na moje i tak zszargane już nerwy. Chwyciłam się za głowę i
skuliłam, starając się on niej odciąć.
– Powiedziałam wynocha! – warknęłam i bezmyślnie
rzuciłam w lustro pierwszą lepszą rzeczą, która mi się nawinęła pod rękę.
Tym razem huk roztrzaskiwanego szkła nie sprawił
mi bólu. Kawałki lustra posypały się na podłogę, a kilka o mały włos mnie ominęło.
Nastała cisza. Niestety wiedziałam, że była tylko chwilowa.
Zaciągnęłam zasłony i zgasiłam część świateł, by dać
odpocząć umysłowi od nadmiaru bodźców. Zgarnęłam większe kawałki szkła do
kosza, a figurkę kruka, która posłużyła za pocisk i na szczęście przetrwała,
odstawiłam na swoje miejsce. Zabrałam się za oczyszczenie podłogi z tysięcy
drobnych kawałeczków szkła, ale już po chwili usłyszałam pukanie.
– Proszę – powiedziałam, nie przerywając zbierania
większych fragmentów.
Robin wszedł do środka. Miałam wrażenie, jakby na
ułamek sekundy się zawahał, gdy zobaczył mnie klęczącą w półmroku nad
rozsypanym lustrem. W ręce trzymał kubek, z którego unosiła się para.
– Miałam małą sprzeczkę – rzekłam, zanim zdążył
zapytać, co wyrabiałam.
– Z lustrem? – Chyba chciał w ten sposób rozluźnić
atmosferę, ale mój aktualny stan emocjonalny nie pozwalał mi nawet na grymas
złości, z obawy, że mogłabym tym sprowokować Demona.
– Nie chcę, żebyś odebrała to jako przesłuchanie,
chciałbym po prostu zrozumieć, co się tam stało – zaczął poważnym, ale i
łagodnym tonem. Zrobił ostrożny krok i postawił kubek na szafce. – Ziołowa –
dodał.
Kiwnęłam głową w podzięce. Ten gest, choć miły, nie
zmieniał faktu, iż nie miałam ochoty się tłumaczyć.
– Wiem, że Abaddon cię zaatakował, ale na początku w
ogóle straciliśmy ciebie i twój nadajnik z oczu – ciągnął, gdy zobaczył, że nie
wiedziałam, jak mam zacząć.
– Stworzył zasłonę i kompletnie odciął nas od
rzeczywistego świata – wyjaśniłam, nie przerywając sprzątania. Nie chciałam
patrzeć mu w oczy.
– Co się stało za tą zasłoną? – spytał i
bezceremonialnie usiadł po turecku naprzeciwko mnie.
Dopiero teraz przerwałam zbieranie. Ponownie
westchnęłam, wzięłam gorący kubek do wiecznie zimnych dłoni i oparłam się
plecami o łóżko. Upiłam łyk gorzkiego naparu. Obracając naczynie w dłoniach,
zaczęłam mówić.
– Abaddon umie kontrolować demony. – Nie mogłam
wyjaśnić Robinowi co zaszło, bez wyjawiania, że byłam hybrydą, ale jak zawsze
starałam się owijać w bawełnę. – Gdy tylko się do niego zbliżyłam, spróbował
przejąć władzę nad moim umysłem, ale udało mu się tylko częściowo. Naruszył w
ten sposób moją wewnętrzną równowagę i tak trochę straciłam nad sobą kontrolę.
– Nieumyślnie zwaliłam winę na Abaddona, pomijając najważniejszy szczegół. Próbowałam
się usprawiedliwić, uciszyć zjadające mnie od środka poczucie winy.
Nastała niekomfortowa cisza. Robin oparł podbródek na
pięści i wyglądał, jakby analizował moje słowa. Nie mogłam się łudzić, że nie
wydedukuje, o co poszło naprawdę.
– Czy ty właśnie próbujesz mi powiedzieć na swój
pokręcony sposób, że jesteś demonem? – spytał po chwili prosto z mostu z trudną
do określenia miną.
– W zasadzie… to tak. Pół-demonem, ściśle mówiąc –
odparłam, w napięciu czekając na rozwój sytuacji.
– Czemu to ukrywałaś? – spytał bez żadnej złości czy
rozczarowania. – To dlatego Liga cię nie przyjęła? Zatanna się zorientowała?
– Tak, Zatanna im powiedziała. Po prostu… - zawahałam
się. Nie umiałam dobrać odpowiednich słów. – Ludzie rzadko reagują
entuzjastycznie, gdy dowiadują się, że mieszkają z demonem pod jednym dachem.
– Cała nasza piątka jest na tyle pokręcona, że nic
mnie już chyba nie zdziwi. I pamiętaj, że jeśli będziesz chciała o czymś
porozmawiać, nie wstydź się. To dzięki tobie powstała ta drużyna. Pomagamy sobie
wzajemnie i zawsze możesz liczyć na taką pomoc od nas – stwierdził z delikatnym
uśmiechem.
– Uwielbiam te twoje motywacyjne przemowy –
powiedziałam zgryźliwie dla rozluźnienia atmosfery i odgarnęłam z czoła
niesforne kosmyki włosów.
– Ciesz się, że nie słyszałaś przemów Batmana – rzekł
ni to z rozbawieniem, ni ze złością. – A wracając do tematu. Mam jeszcze kilka
pytań.
Machnęłam ręką na znak, by kontynuował.
– Hal nie mógł przejąć nad tobą całkowitej kontroli,
bo nie jesteś w pełni demonem?
– Upraszczając, tak – odparłam, pomijając istotny jak
cholera fakt o potężnej mocy, jaką zostałam obdarzona, ale nie byłam jeszcze
gotowa, by rozmawiać o Trygonie. Bo o ile jeszcze to, że byłam pół-człowiekiem
było do zaakceptowania, o tyle informacja, że w niedalekiej przyszłości miałam
sprowadzić na ten wymiar apokalipsę, mogłaby stanowić przeszkodę nie do
przeskoczenia.
Kiwnął głową i zamyślił się na chwilę.
– Nie widziałem całej walki, ale zdążyłem się jeszcze
załapać na czerwone oczy i furię – stwierdził, gdyż chyba nie wiedział, jak
miałby mi zadać pytanie, które nie dawało mu spokoju.
– Moja demoniczna strona ujawnia się w ten sposób, gdy
kompletnie stracę nad nią kontrolę – wyjaśniłam. – Ale zdarza mi się to tylko w
ekstremalnych wypadkach. Nie spędziłam tylu długich lat nauki i medytacji
nadaremno – zapewniłam uspokajająco.
– Nietrudno zauważyć – rzucił półżartem. – Co
rozumiesz przez „ekstremalne sytuacje”? Lepiej wiedzieć, czego mamy unikać.
Wyczułam jego zamiary. Mógł sobie tak
przesłuchiwać jakiegoś naiwnego przestępcę czy nastolatka, ale nie mogłam
pozwolić, by w ten sposób próbował ze mnie wyciągać informacje. Odstawiłam
kubek, by nie stał się potencjalnym pociskiem.
– Nie ze mną takie gierki – powiedziałam, próbując
zachować spokój. Nie zdążyłam jeszcze ochłonąć po walce i potrzebowałam
naprawdę długiej medytacji, a nie przesłuchania. – Wiesz, że ciekawość to
pierwszy stopień do piekła?
– Lubię być dobrze poinformowany, tylko tyle – odparł
w obronie. – Przez te kilka miesięcy nigdy nie widziałem cię w takim szale,
chciałem po prostu dowiedzieć się, co dokładnie zaszło między wami – dodał
spokojnym głosem.
– Zakładam, że nawet ty nie zachowałbyś swojego
stoickiego spokoju, gdyby ktoś próbował przeciągnąć cię na złą stronę, w
międzyczasie grzebiąc ci w głowie bez twojej wiedzy. – Słyszałam w swoim głosie
złość. Demon znowu zaczął wyłaniać się z cienia, by przejąć kontrolę, a ja
czułam się bezsilna. – Dałam się złapać, jak jakieś naiwne dziecko –
stwierdziłam z rozgoryczeniem. – I prawie go zabiłam – dodałam już ciszej.
– Nikt cię nie obwinia. – Robin pochylił się ku mnie i
spojrzał mi w oczy. – Straciłaś kontrolę, zdarza się nawet najlepszym. Abaddon
cię sprowokował i wiem, że walka z nim nie była łatwa.
Chciałam wierzyć w jego słowa, ale to na mnie
ciążyła odpowiedzialność za Demona. To ja musiałam trzymać ją na uwięzi, by
nikomu nie stała się krzywda. Nie tego uczyła mnie Azar. Mogłabym zwalić
wszystko na Trygona i płynącą we mnie jego krew, ale byłoby to dziecinne
zachowanie z mojej strony. Byłam odpowiedzialna zarówno za mnie, jak i drugą
stronę, jakkolwiek mocno bym się Jej wypierała. Uważałam Ją za coś osobnego,
obcego, ale musiałam zaakceptować to, że byłyśmy jedną i tą samą osobą.
– Każdy ma swoją mroczną stronę. – Robin jakby czytał
mi w myślach. – I każdy wstydzi się pewnych wydarzeń z przeszłości. Musimy to
jednak zaakceptować i pracować nad tym. Nie karz się za swoje błędy, ale ucz
się na nich – stwierdził stanowczym głosem. – Nie zabiłaś go. I wiem, że na
pewno byś nie chciała tego zrobić.
Jego motywacyjne przemowy może i były sztampowe
i oklepane, ale gdzieś w głębi duszy była jakaś cząstka mnie, która wierzyła w
te słowa. Nie ważne jakie mroczne wypowiedzi szeptałaby mi do ucha demoniczna
strona, musiałam być silna i stawiać opór. Musiałam sprzeciwić się Trygonowi i
jego dziedzictwu. Tytani na pewno mogli mi w tym pomóc. Musiałam tylko
dostatecznie im zaufać.
– W zasadzie to wszystko, co chciałem wiedzieć –
powiedział po chwili ciszy i wstał. – Jutro pojedziemy do szpitala. – Ruszył do
drzwi. – A Abaddona jeszcze dorwiemy – zapewnił hardo i po prostu wyszedł.
Poczułam się jakoś dziwnie lżejsza. Jakby część
ciężaru, który spoczywał mi na ramionach, zniknął. Przełamałam się i zaufałam
Robinowi. Łączyła nas jakaś wieź, którą może i nie do końca rozumiałam, ale
wiedziałam, że mogłam na nim polegać. Po raz pierwszy w swoim życiu poczułam,
że nie musiałam zmagać się ze wszystkim sama. Że ktoś był obok i mógł mi pomóc,
gdybym tego potrzebowała. Nawet Azar nie dawała mi takiej gwarancji. Cały czas
zjadały mnie od środka wątpliwości, czy dobrze postąpiłam, przybywając na
Ziemię. Teraz, mimo że w niewielkim stopniu, rozwiały się, dając nadzieję na
stawienie czoła Trygonowi.
Jak zwykle to Robin poszedł załatwić nam
wizytację u matki Abaddona. Staliśmy na szpitalnym korytarzu. Czułam się trochę
nieswojo, ale nie umiałam stwierdzić, czy przez to, że miałam wedrzeć się komuś
do głowy, czy że jakoś nie wpasowywaliśmy się w nowoczesny, biały wygląd
pomieszczeń i zwyczajnych, schorowanych ludzi w naszych kolorowych kostiumach.
A może i to i to? Wyłapałam zaciekawiony wzrok jakiegoś mężczyzny opierającego
się o blat przy rejestracji. Posłałam mu pytająco-mordercze spojrzenie, z
którego nic sobie nie zrobił. Może to rzeczywiście ta atmosfera tak na mnie
wpływała? Od wczorajszej rozmowy z Robinem moje emocje trochę się wyciszyły,
ale sprawa Abaddona wciąż nie dawała mi spokoju. Nie mogłam mu odpuścić.
– Mogą wejść tylko dwie osoby. – Robin podszedł do nas
z niezadowoloną miną. – Pozwolicie, że oprócz Raven, będę to ja? – spytał,
aczkolwiek nie sądziłam, by ktoś miał coś do gadania.
Przez chwilę Beast Boy wyglądał, jakby chciał się
odezwać, ale tak jak Cyborg i Starfire, wzruszył ramionami.
– Skoro i tak nic tu po nas, to może skoczymy na
miasto? – zaproponował Cyborg. – Pokręcimy się, może złapiemy jakiegoś
kieszonkowca? – sprostował z uśmieszkiem, gdy Dick przechylił pytająco głowę.
– Okej, tylko nie odchodźcie daleko i bądźcie w
kontakcie – powiedział.
– Dajcie od razu znać, gdy się czegoś dowiecie –
rzuciła jeszcze na odchodnym Kori.
Podeszliśmy do drzwi obstawionych przez policjanta.
Drugi był w środku. Względy bezpieczeństwa, chociaż jak dla mnie i tak za małe.
– Nikt nie wchodził od czternastej – zakomunikował
mundurowy i odsłonił nam drzwi.
– Kto był ostatni? – spytał Robin. Jego głos nic nie
zdradzał, ale wydawał mi się zaniepokojony.
– Doktor Johnson – odparł.
Dick kiwnął głową i szybko otworzył drzwi, jakby coś
przeczuwał.
– Kurwa – warknął.
Wyminęłam prędko policjanta, który chciał zobaczyć, co
tak wzburzyło Dicka.
– Spóźniliśmy się – stwierdził ze złością i
rozczarowaniem.
– Na Wielką Azar – stęknęłam. Czemu mielimy takiego
pecha?
Na krześle pod oknem siedziało ciało drugiego
stróżującego mężczyzny. Było tak samo wyssane jak wszystkie trupy, które zostawiały
po sobie demony Abaddona. Miałam wrażenie, jakby ledwo opierało się na
plastikowym, zbroczonym krwią oparciu i miało zaraz zlecieć bezwładnie na bok,
wprost do przysychającej już kałuży.
– O chuj. – Zdążył tylko wypluć z siebie policjant za
mną i rzucił się na zewnątrz, zatykając usta.
Robin bez słowa wszedł głębiej do niegdyś sterylnie
biało-błękitnego pokoju.
– Martwi głosu nie mają – sarknął w przypływie
czarnego humoru.
Spojrzałam na spływające krwią łóżko. Przesiąknięta
pościel dociskała zwiotczałe ciało matki, które w pierwszej chwili było trudne
do zlokalizowania. Krople krwi spływały z materaca, tworząc stróżkę płynącą aż
za parawan.
– Zamknij drzwi i zadzwoń po resztę – rozkazał mi, po
chwili przyglądania się w ciszy tej makabrycznej scenie. – Ja powiadomię Ligę –
wysyczał ze złością przez zaciśnięte zęby.
*****
Wiem, że
miał być rozdział jakoś na 10 października, ale a to beta jakoś długo
schodziła, a to ja nie dotykałam laptopa w ciągu dnia ( zaryzykuję
stwierdzenie, że nawet go nie widywałam), ale oto jest, w całej swej
okazałości, z której jestem nawet zadowolona ( jakieś zaskakujące). Liczę na
szczere i rozbudowane opinie ( 250 słów, teza, ktoś coś?).
Spodziewaliście się takiego rozwoju wydarzeń? Czy może kompletnie was
zaskoczyłam? Jak dla mnie nawet ciekawie wyszło, aczkolwiek jak to standardowy
internetowy autor, za rok stwierdzę, że mi się nie podoba... Kto tak ma?
Przyznać się, połączymy się w bólu.
Nie zapowiadam kiedy będzie następny, bo i tak
pewnie mi nie wyjdzie... Liczę na końcówkę listopada. Miłego i spokojnego życia
wam życzę.