czwartek, 28 czerwca 2018

20. ZNAMIĘ

Wbiegliśmy w ciemność z hukiem drzwi. Strugi światła z lampek chwiały się przy bezgłośnym truchcie, a czerwone punkciki celowników śmigały w mroku. Każde mijane dwuskrzydłowe drzwi zostawały wyważone, a duże hale i magazyny przeszukane. Rozdzieliliśmy się na cztery grupy, po jednej na piętro.
Wbiegłam na ostatnią kondygnację razem z trójką potężnych mężczyzn. Podeszliśmy do pierwszych drzwi po lewej. Żołnierze ustawili się po obu stronach, a jeden z nich nacisnął klamkę, która ustąpiła. Szybkimi ruchami rozejrzeli się po dawnym biurze. Gdzieś koło sterty kartonów przebiegł gryzoń. Punkcik lasera przemknął za nim, ale zwierzak więcej się nie pokazał. Wróciliśmy na szeroki i wysoki korytarz, by sprawdzić pozostałe dwa pokoje.

Poza zniszczonymi biurowymi meblami, stertami pudełek i przestraszonymi szczurkami nie znaleźliśmy nic interesującego. Czwarte piętro nie było nawet zaśmiecone potłuczonymi butelkami. Nic nie wskazywało na obecność bezdomnych, a tym bardziej złoczyńcy i Cyborga.
Wyciągnęłam komunikator i z małymi trudnościami połączyłam się z Robinem. Najpierw ukazała się twarz lidera, a potem z głośniczków dobiegł nieprzyjemny trzask, coś jak zgniatany plastik.
- Jak sytuacja? - Obraz na wyświetlaczu cały czas się kołysał, a w tle widziałam pojawiające się i znikające budynki.
- U mnie nic - odparłam zawiedziona.
- U mnie i Bestii również. Tylko Gwiazdka jeszcze się nie odezwała. Bądź u niej jak najszybciej. Dane masz na mapie - powiedział szybko i rozłączył się.
Przez myśl przemknęło mi, że może Gwiazdka, tak samo jak ja, nie umie obsługiwać ziemskich urządzeń. Robin we frustracji i gniewie mógł kompletnie zapomnieć, że ma w drużynie dwie pozaziemskie istoty.
Spojrzałam szybko na mapę i zaraz po wydostaniu się z magazynu, poleciałam w stronę biurowca.

Lecąc najpierw przez przedmieścia Jump City, a potem nad coraz to wyższymi i nowocześniejszymi budynkami, starałam się uporządkować fakty. Próbowałam w logiczny sposób dopasować teorie i własne domysły, ale za nic do głowy nie chciało mi wpaść wyjaśnienie, czemu Deathstroke porwał Cyborga. Przestępca działał już dosyć długo w tej branży, ale pokazywał się rzadko, jakby dużo czasu spędzał na planowaniu następnego kroku. Z tego co tłumaczył nam Robin, zrozumiałam, że jego cel jest inny, niżeli pospolitych złodziei. Nie robi tego tylko, by się wzbogacić lub by wiązać w jakiś sposób koniec z końcem. Deathstroke miał jakiś grubszy plan co do tej całej technologii, którą kradnie. I może tutaj jest rola Cyborga. Facet jest w połowie maszyną. Elektroniką. Victor siedzi w tym temacie naprawdę głęboko, a złoczyńca mógł przecenić swoje umiejętności. I porwał go, by pod przymusem bądź torturami pomógł w realizacji planu.
Krzyknęłam w myślach "stop!". Nawet nie zdałam sobie sprawy, że zatrzymałam się również fizycznie. Miałam wrażenie, że moje domysły się zagalopowały. Za dużo dorysowałam. To byłby dobry scenariusz na książkę, ale nie w prawdziwym życiu, gdzie gra toczy się o członka drużyny. Cel złoczyńcy nie jest na razie ważny. Priorytetem jest znalezienie Cyborga.
W przypływie energii po gonitwie myśli, ruszyłam znacznie szybciej. Już po kilku minutach dotarłam pod jeden ze starszych wieżowców, w którym kiedyś mieściła się spora firma reklamowa. Budynek zaczął niszczeć. Dawniej gładka, szklana powierzchnia ścian, teraz pokryta brudem z okolicznych placów budowy. Zniżyłam pułap i skoncentrowałam się na energii. W jednym z przesmyków między barami wyczułam nagromadzenie różnych aur. Szybko wylądowałam obok dużej grupy żołnierzy, uprzednio dostrzegając kątem oka, nadjeżdżającego na motorze Robina.
Bestia kręcił się nerwowo, a gdy usłyszał warkot silnika, drgnął i obrócił się w stronę wylotu uliczki.
- Jakie wieści? -  Lider spytał z marszu dowódcę.
- Właśnie wracają. Nic nie znaleźli - odparł suchym tonem, kręcąc głową.
Bestia zacisnął pieści, Robin wypuścił głośno powietrze, a ja stałam pozornie niewzruszona. Wciąż, gdzieś w podświadomości starałam się ułożyć puzzle do kupy, ale w momencie, gdy nasz jedyny plan zawiódł, poczułam, jakby ktoś zabrał mi pudełko z obrazkiem.
Po chwili dołączyła do nas zmartwiona Gwiazdka i żołnierze, którzy zaczęli rozchodzić się do swoich furgonetek.
- Wracajcie, ja muszę jeszcze coś załatwić - powiedział stanowczo Robin i nie czekając na nasz sprzeciw, dopadł motoru i odjechał z piskiem opon.
Spojrzeliśmy po sobie. Wokół roztaczała się aura smutku i złości. Wszyscy mieliśmy złudną nadzieję, że ta akcja wypali, a Cyborg wróci cały i zdrowy do wieży. Nawet ja nie utrzymałam typowego sceptycyzmu i myślałam, że wszystko pójdzie jak po maśle.
- Co on sobie myśli? - Przerwał panującą wokół ciszę Bestia. - Wciąż nie odnaleźliśmy Cyborga, a ten nas zostawił i gdzieś pojechał - mówił zdenerwowany, wyrzucając ręce w powietrze.
- Robin robi wszystko co w jego mocy, by go odszukać. Musiał wpaść na jakiś pomysł i chciał to od razu sprawdzić. - Zaczęła go bronić Gwiazdka. Jej ton jednak wskazywał na to, jakby sama chciała się przekonać, iż lider naprawdę robi coś pożytecznego.
- Nic tu po nas - stwierdziłam ponuro, coraz bardziej odczuwając ciężar przemoczonych ubrań.
Otworzyłam portal i wkroczyłam bezpośrednio do swojego pokoju. Rzuciłam pelerynę na wieko kufra, nie przyjmując się kapiącą z niej wodą. Z zasuwanej wnęki wyjęłam świeże ubrania i wolnym krokiem udałam się do łazienki.

Odpięłam pasek i powoli zsunęłam z siebie elastyczne, przylegające body. Wrzuciłam czarny materiał do wypchanego po brzegi kosza na pranie. Przelotnie spojrzałam na swoje blade ciało w dużym lustrze nad umywalką. Przeciągnęłam dłonią w zamyśleniu po sporym, czarnym znamieniu na lędźwiach. Postrzępione skrzydła kruka rozciągały się na całą szerokość, a duży dziób zwrócony był ku górze. Ptak wyglądał jakby zaraz miał zatrzepotać przednimi kończynami, oderwać się od skóry i odlecieć jak każde wolne stworzenie. Mógł zrobić coś czego ja nie mogłam. Ograniczona przez proroctwo, spętana, w oczekiwaniu na swój koniec, jedyne co byłam w stanie zrobić, to próba zadośćuczynienia temu światu moich urodzin. Tym wszystkimi niewinnym ludziom, kompletnie nieświadomym, jaka bomba tyka obok nich. Chlusnęłam sobie zimną wodą w twarz. Nigdy nie zaakceptowałam swojej przyszłości. Chciałam walczyć. Znaleźć sposób. Mam jeszcze dwa lata.
Wsunęłam się do wypełnionej po brzegi ciepłą wodą wanny. Odchyliłam głowę do tyłu, rozkoszując się chwilą spokoju od myśli, które powoli odpłynęły. Takim wiecznym rozmyślaniem i użalaniem się nad własnym losem nikomu nie pomogę, a co najwyżej zaszkodzę sobie samej. Wypuściłam powoli powietrze, pozbywając się razem z nim wszystkiego z umysłu.

Odświeżona i z czystą głową wróciłam do pokoju w cywilnych ubraniach, zakupionych niedawno z Gwiazdką. Przerzuciłam przez jedno z ramion powyginanego i makabrycznego niczym nagie drzewo wieszaka swój ciężki pas. Zasunęłam grube zasłony, odcinając się od dudnienia deszczu. Machnięciem ręki zgasiłam światło i zmęczona weszłam pod kołdrę.
Szybko ogarnęła mnie senność. Kurtyna ciszy opadła, ale miałam wrażenie, jakbym usłyszała jeszcze warkot motoru.

Wierciłam się, czując otaczające mnie zimno. Sięgnęłam ręką, by wymacać kołdrę, ale nie znalazłam jej w moim zasięgu. Niechętnie podniosłam się do siadu, błądząc wzrokiem w ciemności. Dojrzałam rąbek czarnego materiału na krawędzi materaca. Powoli wciągnęłam ją z powrotem i ułożyłam się, by ponownie zasnąć.
Jednak upragniona kraina Morfeusza nie nadchodziła. Kołdra nie dawała mi wystarczającego ciepła. Miałam wrażenie, jakby to moje stłumione emocje wydostawały się z umysłu i otaczały mnie chłodną aurą. Zrezygnowana, odrzuciłam przykrycie, z przyzwyczajenia sięgnęłam po pelerynę, ale wciąż była wilgotna, więc wyszłam z pokoju bez niej.
Lewitując centymetry nad podłogą dotarłam do salonu. Słabe światło zapaliło się automatycznie. Wstawiłam wodę na herbatę i siadłam na zimnym blacie. Wymachując bosymi nogami, kompletnie odłączyłam się od świata. Kątem oka dostrzegłam nagle ruch. Ocknęłam się i podświadomie uformowałam kule energii w dłoniach.
- Nie tak nerwowo - rzucił z delikatnym uśmiechem Robin.
Opuściłam gotowe do obrony ręce i wlałam dawno ugotowaną wodę do kubka.
- Nie możesz spać? - spytał, podchodząc do mnie od tyłu.
Poczułam się trochę nieswojo, więc jak najszybciej dosypałam ziół i obróciłam się do lidera z gorącym naczyniem w dłoniach.
- A ty pracujesz po nocach? - odparowałam, znając odpowiedź. Worki pod oczami, których nie zakrywała nawet maska, mówiły same za siebie.
- Musiałem sprawdzić trop - wyjaśnił, pocierając rękę. Dopiero teraz zauważyłam ogromnego sinika na niej.
Uniosłam brew i spojrzałam znacząco w to miejsce.
- Widać, mocno bije ten trop - zakpiłam, a chłopak po spojrzeniu na bolące miejsce, szybko zakrył je rękawiczką.
- Po prostu nie chciał współpracować - odparł z uśmiechem. Miałam wrażenie, jakby lustrował mnie przy tym wzrokiem. Pociągnęłam krótkie dresowe spodenki w dół, czując się, jakbym wręcz ich nie miała.
- Spróbuję się jeszcze przespać - rzuciłam i ruszyłam w stronę drzwi. - Tobie radzę to samo - dodałam na odchodnym i wyszłam.
Dopiłam herbatę i ponownie ułożyłam się na miękkim materacu. Wypuściłam głośno powietrze i z nadzieją na spokojny sen, zamknęłam oczy.

Niezdefiniowane, stłumione dźwięki przenikały przez zasłonę ciągłego czuwania. Nie chciałam wracać do szarej rzeczywistości. Dawno nie spałam tak spokojnie, bez żadnych koszmarów. Odgłosy stawały się coraz wyraźniejsze z każdym przeciągnięciem zesztywniałych kończyn. Ziewnęłam szeroko i zwlekłam się z dużego łóżka, poprawiając w drodze do drzwi pomiętą i pozwijaną bluzkę.
Kogo diabli niosą, że tak natarczywie puka? Przejście otwarło się automatycznie pod moim dotykiem. Bestia drapał się po karku w lekkim zakłopotaniu. Uniosłam brew, gdy stał tak jeszcze przez chwilę i się nie odzywał.
- Powiesz po co przyszedłeś? - mruknęłam w końcu, gdy chłopak wgapiał się zaspanymi oczami martwo w punkt za moimi plecami.
- Eee... Tak... Robin kazał powiedzieć, że... - zamyślił się na chwilę, starając się przypomnieć, po co został wysłany. - A! Śniadanie, a o 9.00 trening - powiedział, unosząc wskazujący palec do góry.
Kiwnęłam głową i zasunęłam mu drzwi przed nosem. Pościeliłam łóżko i szybko przebrałam się w roboczy strój. Przeczesałam długie do ramion włosy, przeglądając się pobieżnie w lustrze. Narzuciłam pelerynę i wyszłam z pokoju.
Siadłam na rogu długiego, drewnianego stołu obok Gwiazdki. Po chwili dołączył jeszcze Robin, który siadł naprzeciwko Bestii, zajmując rozłożonymi gazetami ze trzy miejsca. Skakał od jednego artykułu do drugiego, przewracając jedną ręką z szelestem kartki, a w drugiej trzymając parujący kubek kawy.
Jedząc, spoglądałam kątem oka w stronę lidera i tego co czytał, przy okazji podsłuchując jego czarne myśli. Były dla mnie niczym szept, nie wszystko mogłam zrozumieć. Niektóre słowa były mi nieznane, jak i brak wiadomości, jakie posiadał Robin, uniemożliwiał mi ułożenie pełnego obrazu z tego, co słyszałam.
Po skończonym posiłku odniosłam brudne naczynia do wypełnionego już zlewu. Przypomniało mi się, że dzisiaj przypada kolej Cyborga na zmywanie. Nalałam sobie resztkę zimnej herbaty i ruszyłam do drzwi. 
- Raven, poczekaj - rzucił za mną Robin. 
Obróciłam się w jego stronę. Chłopak jednym haustem dopił kawę, poskładał gazety, które wziął pod pachę i wyszedł ze mną na korytarz. 
- Umiałabyś może jakoś - urwał, jakby szukał odpowiedniego słowa - wyczuć Cyborga? 
Spojrzałam na niego jak na głupiego. Chyba zabrakło mu pomysłów.
- Myślałam o tym, ale nie mam szans na tak dużym i zaludnionym obszarze - wytłumaczyłam. - A poza tym... Cyborg to po części maszyna. Nie wiem czy mogłabym odszukać jego umysł - dodałam sceptycznie. 
- A jeśli podałbym jakiś zawężony obszar? - dopytał z lekką nadzieją w głosie.  
- Zawsze można spróbować - odparłam, wzruszając ramionami. 
- Świetnie. Wolisz to robić z wieży, czy mam cię tam zabrać? - Jego głos od razu stał się żywszy. Niedorzeczne, że daję ludziom taką nadzieję. 
- Wolę być tam - zadecydowałam po chwili namysłu. - Tylko proszę, nie rób sobie nadziei - dodałam ponury głosem. 
Kiwnął głową. 
- Bądź za dziesięć minut w garażu - powiedział i szybkim krokiem udał się w stronę pokoi. 
Stałam tak jeszcze przez chwilę, analizując sytuację. Otwarcie umysłu na tyle myśli i emocji może się dla mnie źle skończyć. Obce głosy będą rozbrzmiewać w mojej głowie przez długi czas, ale skoro Robin myśli, że to wypali... Odniosłam herbatę z powrotem. Później mi się przyda.

Nie zahaczając o własny pokój, od razu zeszłam do podziemi wieży. Stanęłam obok lśniącej maszyny lidera. Nie czekałam długo. Zbiegł po schodach, odziany w cieplejsze ubrania. Najwyraźniej pogoda coraz bardziej się pogarsza, a ja dalej hasam z gołymi nogami.
- Leć za mną - rozkazał, wsiadając na motor. 
Pilotem otwarł właz, który odsunął się w dół, by móc wyjechać na powierzchnie, praktycznie od razu na most. Z rykiem silnika wypadł na drogę, a ja pognałam za nim. 

Robin zaczął powoli hamować w jakiejś jednej z droższych ulic Jump City. Myślałam, że raczej zapuścimy się na niebezpieczne obrzeża, a nie na strzeżone osiedla.
- Plus minus ten obszar. Ulokuj się gdzie chcesz, poczekam - wydał krótko polecenia.
Po chwili obserwacji upatrzyłam sobie płaski dach jakiejś restauracji. Wleciałam na niego i przyjęłam pozycję kwiatu lotosu.
Nabrałam głęboko i powoli powietrza. Zamknęłam oczy. Rzadko kiedy otwieram swój szósty zmysł na taką skalę. Nie miałam pojęcia, jak mogę zareagować. Wyobraziłam sobie cały obszar w negatywie. Powoli, niczym fala, ogarniałam i odkrywałam każdy umysł. Obraz zapełnił się różnokolorowymi plamkami. Odetchnęłam głęboko. Powoli pozwalałam, by napływały do mnie obrazy i ich emocje. Zakuło mnie w skroniach. Zacisnęłam mocniej powieki. Informacje, myśli i wspomnienia zalały mnie niczym tsunami. Krzyknęłam i napięłam wszystkie mięśnie. Postawiłam ponownie gruby mur między mną a całym mentalnym światem. Zabolały mnie plecy. Najwyraźniej odrzuciło mnie do tyłu.
Otwarłam oczy i spojrzałam prosto w zaniepokojoną twarz Robina.
- Nie potrafię - wychrypiałam. Odchrząknęłam i spróbowałam ponownie. - Za dużo informacji. Gdybym kiedyś już łączyła umysł Cyborga z moim, byłoby łatwiej. Wiedziałabym czego konkretnie szukać - wyjaśniłam najprościej jak umiałam i wstałam, otrzepując pelerynę.
- Nie twoja wina. Za dużo oczekiwałem - powiedział bezbarwnym głosem i zeskoczył w uliczkę.
Spojrzałam w niebo, słysząc echo krzykliwych i chaotycznych myśli ludzi. Ból w głowie narastał.
---------------
Długa rekompensata za długą nieobecność. Niby wakacje, niby więcej czasu, ale za to nadal wciąż brak weny. Dużo myślałam nad tym blogiem. Doszłam do wniosku, że przy mniej więcej takiej długości rozdziałów, chcę się ograniczyć do ich 70. Tak mniej więcej. Najpierw było ponad 100, ale zanudziłabym tu wszystkich. A planuję jakby 3 części tego opowiadania. Także pomęczycie się jeszcze ze mną. 
Jak myślicie, w jaki sposób Cyborg wróci do tytanów? (Pytam, bo sama nie wiem :'D albo nie jestem pewna co do tego. Całe to porwanie to był spontan. Pisarze, też tak macie?)
Postaram się teraz o regularność. Niestety, w połowie lipca wyjeżdżam, bez dostępu do laptopa. Także módlcie się, aby zdążyła coś napisać do 13, bym mogła to opublikować. A potem, jak przyjadę, bym nabazgrała coś jak najszybciej, by przynajmniej do 31 było... Będzie mała gonitwa :)
PS. Słyszeliście o artykule 13? No szlag mnie chce trafić. Tyle czasu pisałam, tyle razy zaczynałam od nowa i teraz, kiedy mam już spisane na kartkach postacie, dokładny zapis fabuły, oni chcą mi zabronić pisać. A niech ich Trygon w piekle smaży...

wtorek, 29 maja 2018

19. ODSIECZ (WIEDEŃSKA)

W mroku mojego umysłu ogarnął mnie lekki niepokój. Najpierw jakby tylko wychylał się nieśmiało zza rogu, niepewny, czy w ogóle powinien się ujawniać. Po chwili jednak chyba nabrał pewności i ukazał się w całej okazałości. Pozwoliłam mu tak trwać przez moment. Starałam się odnaleźć jego źródło, zidentyfikować je i krótko opisać, tak jak uczyli mnie tego mnisi. Wieloletnie treningi medytacji przyniosły ogromne korzyści, których na początku w ogóle nie zauważałam. Gdy miałam niecałe cztery lata, z wielką niechęcią przystępowałam do sesji z Azar. Po dwóch latach wręcz do niej biegłam, nie mogąc się doczekać zagłębiania w samej sobie. 
Odepchnęłam wartki nurt myśli wypływający z jakiejś wyrwy w koncentracji. Ponownie skupiłam się na oddechu. Po kolei zwracałam całą uwagę na pojedyncze partie ciała, niwelując skumulowane w nich napięcie. 
Odetchnęłam głęboko, powoli wybudzając się z transu. Zazwyczaj starałam się robić to powoli, tak by uspokojone emocje nie powróciły z zakątków umysłu. W Azarath każdy wiedział, żeby podczas medytacji mi nie przeszkadzać. Najwyraźniej na Ziemi jeszcze tego nie zrozumieli. 
Przez grubą kurtynę spokoju i skupienia przebił się dźwięk pukania. Dla pewności nabrałam jeszcze trzy głębokie oddechy. Otwarłam oczy. Przyzwyczajone do mroku trochę zabolały, gdy między ciężkimi zasłonami przebiło się kilka promyczków porannego światła.
Podeszłam do drzwi i rozsunęłam je na kilkanaście centymetrów.
- Bestia zrobił śniadanie i prosił, bym cię przyprowadziła - powiedziała dosyć szybko, jakby bała się, że w połowie zdania zamknę jej drzwi przed nosem.
Kiwnęłam lekko głową i wyszłam z pokoju. Kątem oka dostrzegałam przemykające po jej twarzy zdziwienie, a potem radość. 
Nie rozwodząc się nad emocjonalną naturą Gwiazdki, poszłam prosto do salonu. Przyjemny zapach rozchodzący się po wieży tylko spotęgował mój głód. Weszłam do pokoju i pusty żołądek nagle zamilkł. Przed komputerem, w dziwnej zwisającej pozie, siedział Robin. Westchnęłam nad jego nieszczęsnym losem i zapewne bolącym karkiem, i podeszłam do niego. Dotknęłam delikatnie ramienia, nie chcąc przestraszyć chłopaka. Gwałtownie podniósł się i rozejrzał nieprzytomnie. 
- Wcale nie śpię - rzekł donośnie i poprawiając pozycję, przysunął się do stanowiska. 
- I właśnie w tym problem - odparłam. - Spałeś w ogóle?
- Poprosiłem generała, żeby przysłał mi pozostałe odzyskane nagrania. Wiem co stało się z Cyborgiem. - Robin, mistrz zmiany tematu. 
Na jego słowa Bestia pochylający się nad dwoma dużymi garnkami wyprostował się. Chłopak i Gwiazdka szybko dołączyli do nas, zaniepokojeni losem blaszanego przyjaciela.
- Ratownicy nie pomyśleli, by przeczesać niższe kondygnacje, ale i tak mniejsza o to. - Kontynuował z nutą wyrzutów do wojska.
Chłopak nabrał głęboki wdech i ze stoickim spokojem powiedział:
- Cyborg został porwany. - Głośne "och" Gwiazdki i oburzenie Bestii przerwało Robinowi wypowiedź. -  Wiem przez kogo - dodał podwyższonym tonem, gdy Bestia zaczął zasypywać go serią chaotycznych pytań o kumpla.
Odwrócił się i jednym przyciskiem wywołał na ekran liczne artykuły i niewyraźnie zdjęcia.
- Nazywają go Deathstroke - mówiąc, otworzył na raz kilka fragmentów notatek o włamaniach, napadach i kradzieżach. Wszystkich nieudaremnionych. - Bardzo upierdliwy gość. Lubi się ulatniać - powiedział, przywołując niegdysiejszą wypowiedź. - Mamy kilka potencjalnych lokalizacji jego kryjówki.
- I co? Masz nadzieję, że akurat w swojej norze przetrzymuje Cyborga? - wtrąciłam się, ukazując swój wrodzony sceptyzm. - Przecież mógł go... się pozbyć - dodałam ciszej. Słowo "zabić" utkwiło mi gdzieś w gardle. Jakbym nie chciała przyjąć takiej możliwości do świadomości.
- Nie widzę powodu, by w ogóle go porywał - odparł. Miałam wrażenie, że gromi mnie wzrokiem spod maski. - W uprowadzeniu go musiał mieć jakiś konkretny cel. Może szantaż?
- To na co jeszcze czekamy? - spytał niecierpliwie Bestia. - Musimy go szukać. Przeszukać te kryjówki. - Z każdym słowem unosił głos, co nie spodobało się Robinowi.
Lidera wstał. Przewyższał teraz Zielonka o głowę.
- Nie zrobimy nalotu na kryjówki bez wcześniejszego opracowania planu - rzekł powoli i surowo, jakby mówił do dziecka. - Nie mam zamiaru tracić kolejnych członków drużyny.
Garfield skurczył się w sobie, jakby pod ciężarem własnej głupoty i lekkomyślności.
Richard wyminął nas, podszedł do interaktywnego stołu i włączył trójwymiarową mapę. Wysunął klawiaturę, wpisał coś szybko i na planie miasta wyskoczyły cztery punkciki.
- Dwa na obrzeżach, magazyn i fabryka. - Wskazał lokalizacje po przeciwnych stronach Jump City. - Ten - przesunął palec na centrum miasta - to zwykły biurowiec, dobra przykrywka. Ostatni - punkt na schemacie powiększył się i zaczął pulsować - to opuszczona miejska biblioteka w starej części miasta.
Kątem oka dostrzegłam jak Bestia nabiera powietrza by wyrazić swoje zdanie. Robin szybko kontynuował.
- Możemy zaatakować je po kolei, ale nie mamy pewności, czy wieść o tym nie rozniesie się po podziemnym półświatku. Jeżeli tak by się stało i Deathstroke by się o tym dowiedział, pewnie znowu by się przeniósł - mówił spokojnie, ale tylko z pozoru. Starał się być dla nas wzorem i nie okazywał bezradności. - A Cyborga moglibyśmy więcej nie ujrzeć... - Spochmurniał. - Przynajmniej w całości - dodał ponuro.
Gwiazdka zacisnęła pięści i przycisnęła je do ust. Bestia zaś przybrał bojową minę.
- To co zamierzasz zrobić? - sarknął nieprzyjaźnie, wyraźnie zniecierpliwiony.
- Zaatakujemy jednocześnie - odparł pewnie lider. - Rozdzielimy się. Do każdego dołączy grupa żołnierzy. Rozmawiałem już z generałem Smith'em. Dzisiaj o dwudziestej drugiej. Jakiś sprzeciw? - spytał, a ja miałam wrażenie, jakby wymownie patrzył na Bestię.
- Ja biorę bibliotekę. Gwiazdka biurowiec. Bestia magazyn, a Raven fabrykę. - Przydzielił nam zadania i wyłączył mapę. - A teraz idziemy na trening - rzekł, wymuszając w sobie dziarski ton.
- A teraz to powinieneś się przespać - rzekłam stanowczo. - Na nic nam niewyspany lider - dodałam, gdy chciał już się sprzeciwić.
- Musimy się przygotować... - Zaczął oponować.
- Jeśli nie po dobroci, to uśpię cię siłą - zagroziłam, ściągając brwi.
Chłopak uniósł ręce w geście poddania i powłócząc nogami, wyszedł z salonu. Nastał krepujący moment ciszy.
- Naprawdę mogłabyś go uśpić? - spytał po chwili Bestia ze zdziwieniem.
W niejednoznacznej odpowiedzi wzruszyłam ramionami. Przy większym wysiłku jestem w stanie uśpić człowieka. Bardzo przydatna umiejętność, gdy bez przemocy chcesz się wymknąć z pokoju, którego pilnują mnisi. Zawsze bawiło mnie, gdy nieszczęśnicy dostawali ochrzan od Arelli.
- To... kto chce śniadanie? - zapytał chłopak, zmierzając ku kuchni.
Gwiazdka podążyła za nim, a ja pogrążyłam się w rozmyślaniach.
Wyraźnie czułam od Bestii smutek, gniew, ale i strach. Podobna mieszanka jak u Richarda. Różnica była jedna. Miałam wrażenie, jakby dla Zielonka te wrażenia nie były obce. Nie znamy swojej przeszłości. Może było już w takiej sytuacji i dlatego jest taki niecierpliwy? Liczy się każda minuta, a my siedzimy i czekamy. Robin jest wyjątkowo upartym liderem. Niechętnie słucha innych, ale może wynika to z wieloletniego bycia przybocznym Batmana. Mam wrażenie, jakoby zgodził się on na tę drużynę, by zaimponować swojemu mentorowi, że potrafi sobie poradzić. A teraz stracił członka zespołu.

Za panoramicznym oknem z widokiem na ocean dawno się już ściemniło. Pojedyncze gwiazdy wyłaniały się gdzieniegdzie zza chmur, a księżyc nieśmiało schował się za ciężką, ciemną kurtyną. Sama pogoda, jakby chcąc oddać nasze przygnębione nastroje, pogarszała się z każdą, nieubłaganie mijającą minutą. Deszcz bębnił w szybę, a ja znudzonym wzrokiem śledziłam spływające krople, obserwując, która z nich dotrze pierwsza na sam dół.
Po skąpym obiedzie zdecydowałam się przeczytać książkę, ale rozproszona uwaga skutecznie mi to uniemożliwiła. Tak więc, od kilku godzin leżałąm bezczynnie, błądząc myślami bogowie wiedzą gdzie, w oczekiwaniu na sygnał do rozpoczęcia misji ratunkowej.
Ogarniały mnie dziwne, nieprzyjemne odczucia względem tej akcji. Miałam wręcz przebłyski, coś w rodzaju sekundowych wizji. Każda następna była czarniejsza i drastyczniejsza od poprzedniej. Nie wiedziałam czy jest to wytwór mojej wyobraźni, czy może są to obrazy podsyłane mi przez Trygona. Liczyłam na to pierwsze.
Bezsensowną wegetację przerwał mi krzyk Robina. Powolnie zwlekłam się z miękkiego, wygrzanego łóżka, założyłam po drodze rękawiczki oraz pelerynę i wyszłam na korytarz. Była już tam Gwiazdka, która cały dzień przesiedziała jak na szpilkach, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Po chwili z cuchnącej jaskini wyłonił się Bestia.
- Każdy wie co ma robić? - Głos Robina był stanowczy, jakby chciał dodać nam otuchy. - W takim razie trzymajcie - wysunął dłonie, na których trzymał trzy małe przedmioty.
Pierwszy sięgnął po nie Bestia. Ja zabrałam to jako ostatnia. Okręciłam urządzenie - jak stwierdziłam po chwili - i poczekałam aż lider wyjaśni do czego właściwie służy.
- Prototypy komunikatorów, które opracowałem z Cyborgiem. Pozwolą nam na połączenia wideo. Na ten moment wyświetla tylko mapę Jump City. Za chwilę będziecie mieli zaznaczone współrzędne.
Kiwnęłam głową i zaczepiłam komunikator o ciężki, metalowy pas zawieszony wokół bioder. Upewniłam się, że w uchu znajduje się drugie urządzenie i gdy Robin odszedł, wyleciałam z wieży jako kruk.
Bez problemu przemknęłam nad taflą wody, przenikając przez duże krople, ale by zobaczyć gdzie mam lecieć, musiałam przywrócić ludzką formę. Zrobiłabym to w kilkanaście sekund, niestety ziemska technologia znacznie utrudniła mi zadanie. Osłaniając komunikator dłonią, otwarłam małą klapkę z literą "T". Ekranik zabłysnął i ukazał mi trójwymiarową mapę miasta. Schody zaczęły się momencie, gdy pulsująca czerwona kropka pojawiła się gdzieś na krawędzi, a ja nie wiedziałam jak przesunąć obraz. Lecąc wysoko ponad budynkami, przeciągałam palcem wskazującym po ekranie, ale nic się nie działo. Gdy prawie wleciałam w budynek, miałam ochotę cisnąć urządzeniem gdzieś daleko, ale przypadkiem dotknęłam niewidocznego wcześniej panelu na drugiej części. Obraz poruszył się gwałtownie. Zadowolona z siebie, odnalazłam nazwę ulicy i szybko podążyłam w tamtą stronę.

Całkowicie przemoczona, duszona przez własną pelerynę wylądowałam w bocznej uliczce. Miłe powitanie zgotowali mi chłopcy z oddziału specjalnego, którzy ze szczękiem karabinów wycelowali je we mnie. Uniosłam ręce, ale jeszcze przez chwile nie spuszczali ze mnie wzroku. Speszona, poczułam wibracje przy prawym boku. Gdy tylko otwarłam klapkę, zobaczyłam Robina i jego oklapnięte od deszczu włosy. W mniejszych polach, po bokach pojawili się Bestia i Gwiazdka.
- Atakujemy równo o dwudziestej drugiej. Priorytetem jest Cyborg. Wszelkimi ludźmi zajmą się żołnierze - powiedział przyciszonym głosem i rozłączył się. Po chwili ekran zgasł.
Schowałam urządzenie i podeszłam do mężczyzn zgromadzonych w ciasnym kole. Największy z nich, gestykulował i bez przerwy wskazywał na któregoś z towarzyszy. W jednym momencie wszyscy wyprostowali się i według ustalonej taktyki, ruszyli ku starej fabryce.
- Podążasz cały czas za nami. Postaraj się nie zgubić - odezwał się do mnie szorstkim głosem jeden z mężczyzn i dołączyliśmy do reszty.
 Podeszliśmy pod wysoki, nadgryziony zębem czasu mur. Jeden z agentów szybko uporał się z łańcuchem oplatającym kutą bramę i po cichu wbiegliśmy na teren posesji. Całą grupą obeszliśmy szeroki, niski budynek, by rozpocząć atak od zapomnianych, tylnych drzwi.
Ustawiliśmy się po równo po obu ich stronach, tak jak przy feralnej misji. Mężczyzna przede mną spojrzał na elektroniczny zegarek. 21.59. Żołnierze z przodu przygotowali się do otwarcia drzwi. Już po chwili dawno nieotwierane zawiasy zaskrzypiały i wbiegliśmy w całkowitą ciemność.

------------------------
Przepraszam. Jakoś tak wyszło Rozdział miał być 9 maja. No cóż... Zrekompensowałam to trochę dłuższym rozdziałem. Nie wiem, czy mi się tylko wydaje, czy tutaj pisałam jakoś inaczej? Nie swoim stylem? Wyraź swoją opinię. Bardzo mi na tym zależy. Zwłaszcza teraz, gdy kompletnie brak mi motywacji, a zbliżające się sprawdziany z historii i wos'u odbierają chęć do życia.

Tak PS. Po tytule można wywnioskować, że trzy godziny nauki historii to za dużo.

czwartek, 26 kwietnia 2018

18. MAGICZNA SZTUCZKA? SPRAWIĘ, ŻE TEN KUBEK ZNIKNIE

Robin wyszedł z salonu tak zirytowany, że gdyby tylko mógł, to trzasnąłby za sobą drzwiami. Udałam się za nim, lecz gdy znalazłam się na korytarzu, jego już nie było. Kierując się szóstym zmysłem, obrałam kurs na salę treningową. Już kilka razy widziałam jak w samotności, nie rzadko po nocach, spędza czas na obijaniu kolejnych worków i wylewaniu z siebie siódmych potów podczas morderczych ćwiczeń.
Bez błądzenia dotarłam na odpowiednie piętro i stanęłam w drzwiach, by rozejrzeć się po ogromnej sali. Połowa z nowoczesną technologią symulacyjną była pogrążona w mroku. Tylko po mojej lewej mnóstwo lamp rzucało mdłe światło na maszyny. W pierwszej chwili nie mogłam dostrzec Robina, który przyczaił się za stojakami z obciążeniami i uderzał z wręcz nabożnym* skupieniem. Skierowałam się ku niemu, pozwalający by drzwi cicho się za mną zasunęły.
Wydawało się, że chłopak całkowicie pogrążył się w myślach, tylko podświadomie wykonując potężne ciosy. Przystanęłam wręcz bezwiednie i uważnie przyjrzałam się jego nagiemu, muskularnemu torsowi. Gładka skóra opinała się lekko na tańczących rytmicznie mięśniach. Plecy pokryte były licznymi, różowawymi bliznami. Hebanowe włosy, które widocznie nie dostały stosownej dawki żelu oklapły smętnie i podskakiwały z każdym ruchem nastolatka. Chociaż to miano kompletnie nie pasowało do tak wyrzeźbionego w tym wieku ciała.
Chłopak nagle zaprzestał czynności i odwrócił się. Pomimo, że chyba się nikogo nie spodziewał, dalej miał na sobie maskę. Przełknęłam ślinę, odganiając od siebie dziwne myśli i starając się nie patrzeć na jego jeszcze bardziej umięśnioną klatkę piersiową postąpiłam kilka kroków ku niemu. Otwarłam usta, by coś powiedzieć i zaraz je zamknęłam - jak ryba wyjęta z wody. Robin uniósł brew. Ten gest wydał mi się trochę prześmiewczy i ironiczny. A może to już moje urojenia.
- Raven, jeśli przyszłaś tu by... - Jego wypowiedź przerwał blask czerwonego światła.
Przewróciłam oczami. Ten alarm ma wyjątkowo dobre wyczucie czasu... Chłopak rzucił się po czerwoną bluzkę niedbale ciśniętą na maszynę i założył ją w biegu wychodząc z sali. Poleciałam za nim.
Do salonu wpadłam zaraz za liderem. Widok Bestii i Gwiazdki przy komputerze trochę mnie zdziwił, gdyż zazwyczaj dołączali jako ostatni.
- Generał dzwoni - rzucił Bestia i jednym kliknięciem otworzył ekran z połączeniem.
Na środkowej części oszklonej ściany pojawiła się kanciasta, porośnięta kilkudniowym zarostem twarz dowódcy tej pechowej akcji. Zasalutował i zmierzył nas surowym wzrokiem. Robin odpowiedział tym samym, wysuwając się na przód.
- Czemu zawdzięczam tę rozmowę, generale? - W głosie chłopaka pobrzmiewał wciąż gniew, który starał się ukryć.
- Moi technicy wyciągnęli nagrania z kamer. Może nie jest tego wiele, ale powinno się przydać. Chłopcy już wam to przesyłają - oznajmił, gdy odwrócił się na chwilę od kamery.
- Dziękujemy - rzucił sucho i nie zwracając uwagi na brak szacunku jaki okazał generałowi, niecierpliwie przerwał połączenie. Robin pośpiesznie zasiadł do komputera i wbił coś na klawiaturze. Na ekranie pojawiło się 6 nagrań w wysokiej rozdzielczości. Dwie kamery z magazynu, dwie z laboratoriów i pozostałe z korytarzy. Chłopak przyśpieszył tempo kilkukrotnie tak, że już po chwili na obrazach pojawiły się skutki wybuchów. Zatrzymał, spowolnił i cofnął. W magazynie i pracowniach bomby wybuchły w centrum, powodując ogromne i równomierne zniszczenia. Korytarze zaś, zawaliły się do wewnątrz. Włamywacz wiedział co robił.
- Muszę to teraz obejrzeć i przepuścić przez kilka algorytmów - stwierdził, przewijając wstecz. - To może zająć kilka godzin - dodał, gdy nie zareagowaliśmy.
- Gdybyś czegoś potrzebował, to krzycz - rzucił Bestia, ziewając szeroko.
Gwiazdka wyszła powoli bez słowa, najwyraźniej nie wiedząc jak mogłaby pomóc. A ja zostałam, tępo wpatrując się w szerokie plecy chłopaka. Nie wiedziałam czy zostać, czy może zostawić go w samotności. Odwróciłam się na pięcie, szeleszcząc peleryną.
- Jeśli chcesz, to możesz zostać - powiedział.
- Taki mam zamiar. Idę sobie zrobić herbatę.
Kiwnął głową, nie odrywając wzroku od monitora.
- Jeśli byś mogła, to zrób mi kawę! - rzucił po chwili. Pokręciłam głową, ale nie śmiałam mu się sprzeciwić.
Mimo iż Cyborg, jak większość istot był mi obojętny, to rozumiałam gniew i rozczarowanie Robina na samego siebie. Został liderem i nie dopilnował by drużyna wróciła bezpiecznie z misji. Nic tylko czekać aż Batman się odezwie, by wygłosić wykład o odpowiedzialnym rządzeniu grupą.
Zalałam listki herbaty i w oczekiwaniu nastawiłam ekspres do kawy. Wybrałam jakąś mocniejszą, przypominając sobie jak robił to Robin. Już po chwili z kubka uniósł się intensywny zapach, który sam w sobie zadziałał na mnie pobudzająco. Chwyciłam oba naczynia i podsunęłam liderowi ten ze znaczkiem Supermana.
- Dzięki - mruknął i od razu sięgnął po kubek, po czym pociągnął dużego łyka. Nie pomyślał jednak o tym, że płyn wciąż jest gorący.
Zaczerpnął gwałtownie powietrza i począł kaszleć. Starał się przerwać krztuszenie przez nabranie głębokiego oddechu, ale ból w gardle nie dawał za wygraną. Po chwili jakby już wrócił do siebie i ze łzami wyciekającymi spod maski wychrypiał:
- Panuję nad sytuacją.
Parsknęłam krótko i zawisłam obok niego w powietrzu, dmuchając na bursztynowy, parujący płyn. Spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem, unosząc brew.
Wzruszyłam ramionami.
- Nawet ja nie jestem bezuczuciowym robotem - rzekłam i nabrałam herbaty w usta.
- Właściwie... czasami mnie to zastanawiało - uciął, jakby niepewny, czy warto podjąć ten temat. - Twoje opanowanie jest wręcz zadziwiające. - To stwierdzenie miało być chyba pytaniem, którego nie umiał sformułować.
- Tego wymagają moje moce - pociągnęłam rozmowę, która z racji naszych charakterów mogła szybko się skończyć. - Im bardziej uzewnętrzniałabym swoje emocje, tym w bardziej nieprzewidywalny sposób moja moc wychodziłaby spod mojej kontroli.
Kiwnął głową. Ekran rzucał kolorowe światło na ściągniętą w skupieniu twarz Richarda. Przygryzł dolną wargę i nagle odwrócił się czujnie przez ramię, jakby coś usłyszał. Spojrzał przelotnie na mnie, szukając potwierdzenia, że to tylko jego nerwica.
Dokończyłam herbatę i z nudów zaczęłam bawić się energią. Czarna, delikatna mgiełka ślizgała się po moich bladych rękach. Uformowałam ją w kulkę między dłońmi i pozwoliłam, by otoczyła pusty kubek. Po chwili poczułam mrowienie i ledwo wyczuwalny ruch powietrza wokół dłoni. Naczynie przestało mi ciążyć. Zniknęło. Teleportowałam je do zlewu. A matka zawsze mi powtarzała, że się strasznie rozleniwię przez te moce. Chociaż raz miała w czymś rację.
Robin niespodziewanie sapnął i przejechał biurowym krzesłem do komputera po prawej. Wstukał coś i westchnął.
- Dealerzy Urtigo nie próżnują - mruknął i zmrużył oczy. Słońce schowało się już za horyzontem i blask ekranu niemiłosiernie wypalał gałki oczne. - Skrzyżowanie Mission Street z Howard St. Weź Bestię - powiedział i powrócił do poprzedniego stanowiska.
Uniosłam brew, jakbym samym spojrzeniem chciała mu przekazać "Jesteś pewien, że zostawienie mnie sam na sam z Bestią nie skończy się czyjąś śmiercią... I ty dobrze wiesz czyją". On jednak nawet się nie odwrócił, jakbym już wyszła. Westchnęłam, ale bez słowa poszłam po Bestię. Teraz mieć tylko nadzieję, że nie śpi, nie czyta swoich durnych mang lub nie pochłania kolejnej pizzy, bo mogłabym mieć problem z ugodowym zaciągnięciem go na misję.

Na moje szczęście Bestia, gdy weszłam bezceremonialnie do jego pokoju, akurat klęczał i przekopywał stertę zmiętych ubrań. Uniósł głowę i pokrył się lekkim rumieńcem, który nadał jego zielonej skórze dziwny odcień. Szybko wstał z brudnej podłogi, rzucił poplamioną bluzę w kąt i uśmiechnął się głupio.
- Raaven... co cię sprowadza? - spytał, nie przestając się szczerzyć i zezując gdzieś w bok.
Uniosłam kpiąco brew i odsłaniając groźnie zęby powiedziałam:
- Robin przydzielił cię ze mną do dealerki w porcie.
Przez jego twarz przebiegł jakiś cień. Rozejrzał się szybko po prywatnym burdelu i zatrzymał się na drzwiach.
- Możesz już lecieć. Zaraz do ciebie dołączę.
- Doprawdy? - zakpiłam, widząc jego dziwne zakłopotanie. - Nawet nie wiesz dokąd mamy lecieć.
- Tylko znajdę pas i przyjdę na dach - odrzekł szybko, z pewną nutką nerwowości.
Uniosłam ręce w geście poddania i wyszłam z pokoju, zadowolona, że opuszczam ten zaduch.
Powoli wgramoliłam się na dach i cierpliwie poczekałam na Bestię, który zjawił się zadziwiająco szybko jak na niego.
Przemieniłam się w kruka i nie czekając na chłopaka poleciałam w sprawdzoną przeze mnie wcześniej lokację. Zza pleców doszło mnie smętne i przeciągłe "kra" Bestii.
Ćwok myślał, że mnie okłamie. Nawet bez specjalnych poszukiwań widziałam jego pas, zwisający z niedomkniętej szafy. Coś ukrywał. Pytanie tylko, czy jest to coś ważnego. Może chodzi o zaginięcie skradzionego przez Zielonka gadżetu lidera. Byłoby to całkiem prawdopodobne.
Minęliśmy pustoszejące ulice. Ludzie wracali z pracy, zahaczając po drodze o liczne cukiernie i małe sklepiki z prasą. Jasna strona miasta zapadała powoli w sen. Wraz z nocą na jej miejsce budziła się do życia mroczna część społeczeństwa odpowiedzialna za napady, gwałty i handel narkotykami. Jedni przez nich cierpieli, tracili majątki, a nawet życie. Z drugiej strony, to dzięki tym nieresocjalizacyjnym jednostkom policja miała ręce pełne roboty. Superbohaterowie również.
Zniżyłam pułap i rozejrzałam się uważnie po ciemnych zaułkach. Przemieniałam się z powrotem w człowieka i niczym ninja wylądowałam na jednym z wielu kontenerów. Bestia dołączył do mnie w równie dyskretny sposób, ale pod postacią nietoperza.
Oboje wychyliliśmy się zza krawędzi. Koło 5 metrów niżej grupka nastolatków kupowała Urtigo. Dealer otworzył sporą teczkę. Połowa jej zawartości zaświeciła czerwonym blaskiem, rzucającym groteskowe cienie na zebranych.
Właściwie Robin nie powiedział mi co konkretnie mamy zrobić. Pięciu wątłych nastolatków i jeden facet. Żaden problem.
Strzeliłam palcami, by zwrócić na siebie uwagę Bestii. Wskazałam palcem w dół poza krawędzią kontenera. Chłopak uniósł brwi, na co nie zareagowałam i zeskoczyłam. Brak jakichkolwiek świateł dał mi zapasową sekundę, zanim grupa rozpierzchła się ze strachem. Wymierzyłam niecelny cios w grubego okularnika. Licząc, że Bestia zajmie się dzieciakami, rzuciłam się z materialnymi pazurami na dealera. Trzasnęłam nim o pofalowaną ścianę kontenera. Wypuścił z jękiem powietrze z płuc i usunął się na ziemię.
- Skąd bierzesz narkotyki? - syknęłam, chwytając go za przód luźnej koszulki.
Całkowicie blady spojrzał na mnie ze strachem w oczach i spróbował się wyszarpnąć. Popchnęłam go ponownie na kontener. Chyba nie doceniłam swojej siły, bo mężczyzna, gdy uderzył potylicą w ścianę, osunął się bezwładnie na bok. Korzystając z ostatniej możliwości, wtargnęłam mu do głowy.
Otoczyła mnie mroczna, niekończąca się niczym kosmos przestrzeń. W zasięgu mojego wzroku unosiły się liczne, blade, uformowane jakby z mgły kule.
Korzystając z siły własnego umysłu, rozkazałam wspomnieniom posegregować się. Przywołałam do siebie te z kilku ostatnich dni. Obłoczki otoczyły mnie, jednak wszystkie utraciły swój zwyczajny blask. Dotknęłam pierwszą lepszą, ale tak jak się spodziewałam, obraz był niewyraźny i dziurawy jak sito.
Zrezygnowana wyszłam z jego głowy i rozejrzałam się za Bestią. Chłopak stał obok, wpatrując się we mnie nieobecnym wzrokiem.
- Złapałeś ich? - sarknęłam, niezadowolona z obrotu misji.
- No... - Zmieszał się i zaczął wykręcać palce.
Odchyliłam głowę do tyłu i westchnęłam.
- Wielka Azar... daj mi siłę... - Nabrałam głęboki oddech. - Wracamy - zarządziłam.
- A co robimy z nim? - Bestia wskazał na nieprzytomnego mężczyznę.
- Oddam go policji.
Garfield kiwnął głową i jako nieznany przeze mnie ptak wzbił się w powietrze.
Ja z kolei, otwarłam portal do głównej komendy policji i bezceremonialnie wepchnęłam w niego mężczyznę, uprzednio umieszczając mocą na jego bluzce komunikat dla funkcjonariuszy "Dealer Urtigo"

W pełni opanowana wróciłam do wieży i od razu zostałam skierowana do salonu. Bardziej przeważała we mnie sama ciekawość, niżeli strach przed zdenerwowanym liderem, więc bez żadnych obaw przekroczyłam próg naszego centrum dowodzenia. Już od drzwi doszedł mnie porządny ochrzan skierowany na Bestię. Robin gestykulował żywo, lecz przestał, gdy zobaczył mnie.
- Tak to jest, jak się samemu czegoś nie zrobi - sarknął groźnie. - Dowiedziałaś się chociaż, od kogo bierze towar?
- Nie, ale wydaje mi się, że tym pachołkom piorą mózgi, albo co najmniej podają coś, co powoduje utratę pamięci - wyjaśniłam.
Skumulowany po całym dniu gniew Robina wręcz się z niego wylewał. Czuł się bezradny. Po chwili ciszy uderzył nagle pięścią w blat. Wraz z Bestią drgnęliśmy.
- Na kamerach nic nie ma - zaczął się żalić, patrząc w ekran. - Widać jak Cyborg wchodzi do laboratorium, a gdy wszytko się wali, to znika z kadru. Jednak w przeciwieństwie do żołnierzy, nie wychodzi. Przecież nie mógł zapaść się pod ziemię! - krzyknął.
Nagle wyprostował się, jakby został oświecony.
- Może to nie takie głupie - rzekł i siadł ponownie przed komputerem. Pochylił się nad klawiaturą i przygryzł wargę.
Spojrzałam niepewnie na Bestię, który ze spuszczoną głową obserwował nerwowe postępowania lidera.
- Możecie już iść - powiedział, wprawiając mnie w konsternację.
Bestia pośpiesznie opuścił salon. Ja stałam jeszcze przez chwilę, zastanawiając się, czy nie zaproponować Richardowi naparu na ukojenie nerwów. Zrezygnowałam, gdy zobaczyłam jak chłopak całkowicie skupił się na komputerze. Nie chciałabym być w skórze jutrzejszego obiektu  gniewu lidera. Zwłaszcza po nieprzespanej nocy. Kompletnie padnięta wyszłam z salonu.


------------
Z góry przepraszam, jeśli mój styl pisania przypomina jakiś takich trochę dawny, jak u Sienkiewicza lub coś w ten design. Naczytałam się pierniczonego Quo Vadis i sposób pisania chyba trochę wbił mi się pod kopułę. Wybaczcie. 
* Czujecie to? To wszystko wina Sienkiewicza. Po prostu nie umiem tu znaleźć jakiegoś innego słowa, które by mi pasowało...
Poza tym, nie wiem jak was, ale mnie już pisanie tego czegoś nudzi. To zastanawiam się jak wy musicie umierać przy czytaniu tego. Każdą trudniejszą rozmowę przerywa alarm. Zgaduj zgadula dlaczego tak się dzieje....
W nagrodę za trochę spóźnioną publikację macie te niecałe 2102 słowa.
Tak btw... kto zgadnie lub wie, do czego odnosi się tytuł?