środa, 14 lutego 2018

13. AZARATH - MÓJ DOM

Szarpnęło mną i zalało mnie światło. Otwarłam oczy. Ogromne ściany jasnego tunelu wirowały powoli, niczym pył uniesiony po wieloletnim spoczynku. Nie oglądając się za siebie, poleciałam w górę, praktycznie nie czując mojego szczupłego ciała. Podróże między wymiarowe nie są tak szybkie i proste jak zwykła teleportacja z miejsca na miejsce. Potrzebna jest spora ilość energii, a i tak nie ląduje się od razu w zamierzonym celu. Azarath nie jest akurat tak daleko, dlatego po kilku minutach leniwego lotu przez mieniącą się i wirującą tubę przestrzeni poza czasem i światem, dotarłam do bram miejsca, w którym się urodziłam. Zatrzymałam się przed ogromną, wirującą, okrągłą pieczęcią strzegącą Azarath. Liczne znaki przypominające te sanskryckie, ułożone w okrąg zmniejszający się do środka pokrótce opisywały wymiar, którego owa pieczęć, założona przez pierwszą Azar strzegła.
Zebrałam myśli. Przekierowałam pozostałam energię do czakry trzeciego oka. Karmazynowy kamyczek na czole, symbolizujący Adźne, pokrył się czerwoną poświatą.
Poczułam opór ze strony bramy.
- Masz mnie wpuścić - krzyknęłam, jakby pieczęć mogła mnie posłuchać i uwolniłam więcej energii.
Poczułam kolejne szarpnięcie i oślepłam jeszcze bardziej. Upadłam na kolana. Zakryłam na chwilę oczy kościstymi dłońmi, by choć trochę przyzwyczaić się od panującej w tym wymiarze jasności.
Uniosłam się i ogarnęłam wzrokiem ten piękny, majestatyczny widok, wywołujący wiele wspomnień, za którym tak bardzo zdążyłam w przeciągu kilku miesięcy się stęsknić.
Niższe budynki, zbudowana na obrzeżach, były dziwną mieszanką cywilizacji Majów i Chińczyków w wydaniu białym. Zresztą jak wszystko tutaj. Zawiesiłam wzrok na strzelistych wieżach znajdujących się po środku miasta. Najwyższa i najbardziej majestatyczna z nich - Świątynia - rzucała świetlistą poświatę na otaczające ją surowe, jednak przytulne budynki. Spojrzałam na jeden z licznych pagórków, otaczających główny kompleks. Zaraz przy ogromnym wodospadzie wznosił się klasztor całkowicie w stylu wschodnim. Od czworobocznego, zagiętego dachu odbijały się promienie. Nie wysyłała ich jednak żadna gwiazda, jak to ma miejsce na Ziemi. Źródło światła było wszechobecne. Ustalonym od samego początku rankiem, wyłania się zza granic dryfującego na ogromnej wyspie Azarath. Gdy świetlista łuna zaleje całe niebo, aż po sam czubek, nazywamy to Merister - południe. Jak tylko powoli zaczyna się cofać i staje się coraz ciemniej, przybywa coś na kształt ziemskiej nocy. Ta pora doby nie trwa jednak długo. Raptem godzinę, a i tak nie zapada całkowity zmrok. I tak w kółko. Od powstania tego wymiaru.
Westchnęłam i z ociąganiem wzbiłam się w rześkie powietrze, przepełnione zapachem licznych roślin. Chłonęłam ukochany wymiar wszystkimi sześcioma zmysłami. Minęłam kilka niezwykle czystych rzek, mających swoje źródła w wyższych górach, znajdujących się na krawędziach wyspy. Jakby specjalnie wyrosły właśnie w tych miejscach, chroniąc nieświadomych przybyszów przed upadkiem w nicość.
Wylądowałam w gaju oliwnym. Delikatnie szeleszczące liście i przyjemny zapach przywołały pozytywne wspomnienia, gdy bawiłam się na tych rosnących tu od wieków drzewach. Przecięłam plantację i wyszłam na spokojną ulicę, pokrytą nieubitym piaskiem. Szłam brzegiem, starając się jak najbardziej nie rzucać w oczy, co było praktycznie niewykonalne. Każdy mijający mnie mieszkaniec miał na sobie białe, zwiewne szaty, zakrywające głownie tułów. Mnisi, którzy z łatwością rozpoznawali mnie i posyłali mi zdziwione spojrzenia, nosili płócienne habity w odcieniach bieli, kremowego lub beżowego, zależnie od stopnia wtajemniczenia. Również wiecznie ukryci pod głębokimi kapturami, przecinali prostopadłe uliczki niosąc różne przedmioty. Od stosu papirusów, przed kosze wypełnione nieznaną zawartością, po buteleczki zapełnione suszonymi ziołami lub kolorowymi proszkami.
Naciągnęłam mocniej kaptur wpadającej prawie w czarny kolor peleryny i skręciłam w wąską ścieżkę. Złapałam orientację spoglądając na błyszczący dach świątyni. Bez kłopotu dotarłam do praktycznie nieróżniącego się od pozostałych domku i zapukałam żelazną kołatką w drewniane drzwi.
Gdy po chwili nikt mi nie otworzył, obróciłam się na pięcie by odejść. Jednak kiedy zrobiłam pierwszy krok, usłyszałam ciche skrzypnięcie nienaoliwionych zawiasów. Powoli stanęłam przodem do właścicielki domu.
- Rachel - wyszeptała, jakby nie dowierzała, że wróciłam na Azarath. - Myślałam, że już nigdy cię nie zobaczę - dodała po chwili uważnego lustrowania mnie intensywnie niebieskimi oczyma.
- Tu jest mój dom, do którego przydało by się czasami wpaść - odparłam luźno i przeszłam obok kobiety stojącej w progu. - Praktycznie to przyszłam tylko po swoje rzeczy.
Nie dostałam żadnego odzewu, więc przeszłam przez niewielki pokój gościnny urządzony w jasnych kolorach i weszłam do mojego, jakże kontrastującego pomieszczenia.
Najpierw mieszkałam w klasztorze, razem z mnichami i Azar, ale potem pozwolono mi przenieść się do Arelli, bo więź między nami nie była silna i nie miało to zbyt dużego wpływu na dalszą naukę.
Ogarnęłam wzrokiem ciemne, wypchane po brzegi półki i przemalowane specjalnie na moje polecenie ściany.  To tutaj zamykałam się na długie godziny, by w izolacji pomedytować. Jak na ironię, to tutaj najczęściej dopadał mnie Trygon. Przesunęłam wyprostowanym palcem po zapełnionym księgami regale. Wyżłobiłam w cienkiej warstwie kurzu krzywą linię.
Z niechęcią zabrałam się za zdejmowanie wszystkich potrzebnych mi rzeczy.

Ponownie zlustrowałam pokaźny stos ksiąg, obwiązanych cienkimi sznurkami tak, by łatwiej było je przetransportować. Do niewielkiego kuferka obok, włożyłam wszystkie moje zioła, leki, proszki i kilka świec do rytuałów. Na samym przodzie, ustawiłam najważniejszą rzecz w całym tym pokoju - Księgę Azarath. Ręcznie napisane przez mnichów tomiszcze, oprawione w zdobioną skórę, zawierało spis rytuałów, zaklęć, symboli oraz moich zdolności i sposobu ich okiełznania - tak profilaktycznie, gdybym kiedyś straciła nad sobą panowanie. Tym razem ogarnęłam wzorkiem całkowicie ogołocone meble, przykryte jedynie kurzem. Westchnęłam. Tyle wspomnień.
Od kiedy zrobiłam się taka nostalgiczna i uczuciowa? Czy to Ziemia tak na mnie wpłynęła? Tutaj nikt nie okazywał mi emocji, zupełnie odwrotnie jak na Niebieskiej Planecie. Tam nikt nie krępuję się w mojej obecności. I to jest miłe.
Ponownie westchnęłam i rozsypałam niebieski proszek wokół kupki moich bibelotów.
- Arella. - Zawołałam po imieniu moją rodzicielkę. Od zawsze tak się do niej zwracałam. Matka to ktoś, kto cię wychował. A ona tego nie zrobiła. - Muszę już wracać - oznajmiłam, gdy czarnowłosa kobieta weszła do pogrążonego w mroku pokoju.
- Chcę tylko, żebyś pamiętała, że tu zawsze będzie twój dom i w każdej chwili możesz wrócić - powiedziała powoli, uważnie dobierając słowa jak miała to w zwyczaju.
- Azarath jest lepsze beze mnie - odparłam cicho i odwróciłam się plecami do matki. - Żegnaj - dodałam i przywołałam moc.
Nie wiem czy to energia ogłuszyła mnie, czy Arella nic nie odpowiedziała. Teleportowałam się na Ziemię.

Przedmioty delikatnie upadły na ciemną podłogę, czego nie mogłam powiedzieć o swoim lądowaniu. Wylatując z portalu w suficie, zahaczyłam o powietrze i poleciałam do przodu. Równowagę złapałam idealnie przed biurkiem. Ogarnęłam z twarzy proste jak drut kosmyki włosów i bezwiednie spojrzałam na gładki blat. W oczy rzuciła mi się kolorowa, samoprzylepna karteczka. Chwyciłam świstek i przystawiłam do ciągle palącej się świecy, by w ogóle dostrzec wyrazy.

Przyjdź do mojego pokoju - Robin

Odczytałam ciasne, proste pismo lidera. Czy on śmiał wejść do mojego pokoju? Nikt nie może wchodzić to mojej ciemnicy. 
Machnięciem ręki zamknęłam portal i zgasiłam płomyk. Zostawiając rzeczy w nieładzie, wyszłam z pokoju i skierowałam się do pomieszczenia Robina. Stanęłam przed ostatnimi, identycznymi jak wszystkie drzwiami i zapukałam. 
Usłyszałam ciche "proszę" i przestąpiłam próg. Otoczyła mnie przyjemna dla oczu łuna światła padającego z kilku lamp. 
- Miałeś czelność wejść do mojego pokoju? - spytałam pół żartem prosto z mostu. 
- Ja wszędzie mogę wejść - odparł ze śmiertelna powagą i obrócił się do mnie na biurowym fotelu. - Chciałem się dowiedzieć, gdzie zniknęłaś na tyle godzin? - zapytał, poprawiając kupki kartek ułożonych w rzędach pod zapchaną korkową tablicą. 
- Byłam w innym wymiarze - odparłam swobodnie pod jego bystrym spojrzeniem. 
- Jakieś szczegóły? - dodał, wstając od potężnego, zlewającego się z szarymi ścianami biurka. 
- Na Azarath - powiedziałam krótko, z chęcią opuszczenia tego surowego pomieszczenia. 
- Dobrze - skwitował spokojnym głosem. - Następnym razem, jeśli będziesz chciała tak się ulotnić, to zostaw jakąś wiadomość - pouczył mnie i zamilkł. 
- Będę pamiętać - zapewniłam chłopaka i wyszłam. - Irytujący człowiek - mruknęłam pod nosem, na dociekliwość Richarda.
Wróciłam do pokoju, by oddać się relaksującemu układaniu moich rzeczy.

-------------------- 
Kilka dni temu zdałam sobie sprawę z tego, że wiele całkiem porządnych blogów zniknie z powierzchni internetu przez głupie onet. Cześć pisarzy pewnie nawet o tym nie wie, bo tak długo nie odwiedzali swoich blogów. Z jakiej racji tak postępują? Tak to przynajmniej zostałaby jakaś aktywność, dowód na to, że fandom tytanów w Polsce był i nadal jest ( chociaż coraz mniejszy...) 
Nie wiem czy jestem zdenerwowana, czy może smutna. Tyle opowiadań przepadnie... A komu chciałby się robić screeny kilkudziesięciu stron z kilku blogów...


czwartek, 1 lutego 2018

12. NIEJADALNE

Zmęczona weszłam do salonu, gdzie zebrała się cała drużyna. Zadowolony z siebie Robin zamordował każdego w sparingu i na dodatek kazał nam walczyć między sobą. Do tego momentu nie było nawet źle. Piekło zaczęło wraz z licznymi ćwiczeniami siłowymi, którym podołał tylko lider oraz nadzwyczajnie silna Gwiazdka. I tylko ta dwójka wyszła z treningu z uśmiechem.
Przywołałam mocą butelkę wody ze sporej lodówki i usadowiłam się w kącie, koło dużego stalowego stołu. Łapczywie upiłam kilka ogromnych łyków przyjemnie chłodnej cieczy, jednocześnie obserwując Gwiazdkę kątem oka. Tamaranka krzątała się po kuchni, chodząc od garnka do garnka, by przemieszać ich tajemniczą i pewnie niejadalną zawartość. Długie za pas, intensywnie pomarańczowe włosy falowały za zadowoloną właścicielką, tworząc coś w rodzaju delikatnej, wyblakłej smugi. A może mi się tylko przywidziało?
Zamknęłam oczy i oparłam głowę o ścianę. Po chwili takiego trwania w zawieszeniu między umysłem a światem rzeczywistym, z powrotem do realiów przyciągnął mnie słodki zapach. Coś jakby jagody i cynamon. Otwarłam oczy. Gwiazdka przekładała właśnie intensywnie fioletową maź do miseczek. Bestia i Cyborg, którzy do tej pory grali na konsoli, również zainteresowali się przyjemną wonią.
- Przyjaciele, chciałabym poczęstować was potrawą z mojego rodzinnego Tamaran - rzekła donośnie, ustawiając pucharki w rzędzie na marmurowym, ciemnym blacie.
Bestia zerknął na Victora i zachęcająco kiwnął głową w stronę kuchni. Chłopcy wstali z kanapy i ruszyli ku dziewczynie. Niechętnie, pod spojrzeniem Robina, wstałam ze swojego bezpiecznego kąta i podeszłam powoli po ostatnią porcję. Bestia jako pierwszy dorwał się do potrawy i nabrał do ust ogromną porcję. Szybko jednak obrócił się plecami do Gwiazdki i wypluł papkę. Jakimże wyzwoleniem było usłyszenie tego irytującego alarmu. Równocześnie z Robinem odstawiłam nienaruszoną miskę i podeszłam do głównego komputera.
- To tylko napad na jubilera. Kto ze mną idzie? - spytał, nadal wpisując coś na klawiaturze.
- Ja - zgłosiłam się, dodatkowo unosząc rękę.
Usłyszałam zawiedziony jęk Bestii, który spóźnił się o kilka milisekund. Niczym małe, naburmuszone dziecko wystawił mi zielony język. Westchnęłam tylko na jego zachowanie i wyleciałam z salonu za liderem.
Chłopak w błyskawicznym tempie znalazł się w hangarze i wyjechał z wieży z rykiem potężnego silnika. Dogoniłam go na moście, oświetlonym z dwóch stron wysokimi lampami.
- Zakładam, że będziemy przed policją, więc trzeba będzie jakoś ochronić cywilów. - Usłyszałam z komunikatora.
- Robi się, ale powiedz mi tylko, skąd wiesz, że nikt jeszcze nie zareagował? - spytałam podejrzliwie.
- Nasz system ostrzegania podpięty jest pod systemy wszystkich służb. Przechwytuje też zgłoszenia na numery alarmowe, przez co możemy reagować szybciej od nich - wyjaśnił pokrótce.
Zrozumiałam na tyle, na ile może zrozumieć ktoś z innego wymiaru, praktycznie w ogóle nie zaznajomiony z pędzącą do przodu technologią ziemską.
- Dotarło do mnie tyle, że jesteśmy po prostu szybsi - odparłam lekko zdezorientowana.
Przez ryk silnika i pęd wiatru usłyszałam zniekształcone parsknięcie Robina.
- Przypomnij mi, żebym obeznał cię z naszą technologią - powiedział, ostro wchodząc w kolejny zakręt.
Znaleźliśmy się na właściwej ulicy. Ludzie w popłochu uciekali przed strzelającym na ślepo przestępcą stojącym w wyważonych drzwiach jubilera.
Zasłoniłam nas przed salwą kul lecących z zabójcza prędkością w naszą stronę.
Robin uniósł kciuk na znak podziękowania i ruszył do ataku z kijem w ręce. Czy on już kompletnie oszalał? Telekinezą wyrwałam uciekającemu mężczyźnie broń maszynową. Zgięłam metal wokół nóg przeciwnika niczym plastelinę i uciekinier padł jak placek centralnie przed nogami policjantów.
- Dobrze sobie poradziłaś - pochwalił mnie lider, gdy wylądowałam obok niego.
- Dzięki - mruknęłam nieśmiało, nieprzyzwyczajona do otrzymywania komplementów.
Ruszyliśmy wzdłuż ulicy, wymijając stadko gapiów, którzy nie zdążyli się jeszcze rozejść. Niespodziewanie, poczułam szarpnięcie za pelerynę. Kaptur zsunął mi się z głowy. Obróciłam się na pięcie z zamiarem opieprzenia Robina, który szedł za mną. Zdziwiłam się jednak, gdy zobaczyłam, że ów cel mojego emocjonalnego upustu zaczął mierzyć się z grupką nastolatków. Lider wypiął pierś i przyciszonym głosem mówił coś do przywódcy świty odzianej w skóry i pokaźne kolorowe irokezy.
- Daj spokój - powiedziałam do przyjaciela, gdy zrozumiałam, że to oni naruszyli moją prywatną strefę.
Gdy chłopak nie zareagował, odciągnęłam go telekinezą za fraki z dala od zainteresowanego tym poruszeniem tłumu.
- To tylko głupia młodzież. Nie musisz mnie tak bronić - rzekłam z powagą i stanowczością w stronę Richarda.
- Ktoś musi ich nauczyć kultury - odparł.
Poprawiłam kaptur i zerknęłam z ukosa na przechodzącą z naprzeciwka parę. Krótko ścięta kobieta objęła mnie taksującym, pogardliwym wzrokiem.
- Teleportujesz się ze mną do wieży? - spytałam, mijając kolejną przecznicę, z której był idealny widok na szklaną wieżę.
- Nie, dzięki. Chcę się trochę przespacerować - odparł pogrążając się w myślach.
Wzruszyłam obojętnie ramionami i bez skrępowania otwarłam sobie portal na środku chodnika. Wylądowałam przed wieżą i od razu zamknęłam przejście. Podeszłam do brzegu sporej wyspy i usiadłam na wygładzonej krawędzi. Zdjęłam botki i zawiesiłam gołe nogi, pozwalając by chłodna, spokojnie falująca woda oblała je. Odchyliłam głowę do tyłu i oparłam dłonie o kamieniste podłoże.
Spojrzałam w nieskończone niebo. Na Azarath noce nigdy nie były tak ciemne jak na Ziemi. Światło nigdy nie opuszczało tego wymiaru. Ukrywało się tylko poza krawędziami na chwilę, by ponownie wstać i okazać swój majestat. W moim życiu tylko raz jasność opuściła pokojowy lud. Z mojego powodu. Byłam jednym wielkim magnesem na kłopoty. Mrok ogarnął Azarath wraz z przybyciem mojego stworzyciela. Cień demona zdobywcy przysłonił blask świątyni. Niebo zaszło kłębiącymi się czerwono-czarnymi chmurami. Ludzie uciekli do białych domków. Tylko Arella została ze mną. Nie było sensu mnie ukrywać. Trygon ma stałe połączenie ze mną. Praktycznie w każdej chwili może dostać się do mego umysłu, który jest połączony z nim. Wtedy właśnie tak zrobił. Pokazał mi przyszłość dotyczącą wymiaru, który chciał zniszczyć. W ten sposób uzmysłowił mi, do czego zostałam stworzona. Jestem łącznikiem. Dzięki mojej energii, którą mi przekazał, przeniosę go do dobrze strzeżonego, ziemskiego wymiaru.
Otwarłam oczy i spojrzałam na taflę wody zmąconą przez ruchy moich stóp. Oczami wyobraźni dodałam do mojego odbicia okazałe rogi, dwie pary świecących oczu i parzącą, czerwoną skórę. Rasowy żeński demon ze mnie. Chociaż moje ciało przybrało wygląd popkulturowego wampira, w każdej chwili mogę je zamienić w damską wersję Trygona.
Wyrzuciłam czarne myśli z mojego złożonego, mrocznego umysłu i wyjęłam nogi z wody. Nie zważając na to, że pomoczę buty, wsunęłam stopy w przyjemny w dotyku materiał i wzleciałam ku rzędowi okien. Wleciałam w drugie od lewej i pogrążyłam się w jeszcze większym mroku niż na zewnątrz. Przez grube zasłony nie przedostawały się nawet nikła poświata księżyca. Powoli podeszłam do ściany na przeciwko łóżka, jak mi się zdawało i ruszyłam ku drzwiom. Po kilku metrach trafiłam na lekkie wcięcie, którym były rozsuwane drzwi szafy wpuszczonej w ścianę. Przywołałam z pamięci obraz pokoju. Za kilka kroków powinnam minąć schodek oddzielający coś w rodzaju mojej sypialni od głównego pomieszczenia. Pomimo moich starań, zahaczyłam o stopień i prawie wyrżnęłam o pusty regał zajmujący całą ścianę. Teraz już nic nie powinno stać mi na przeszkodzie do włącznika światła. Pewnym krokiem zbliżyłam się do ściany i wyciągnęłam ręce w poszukiwaniu przełącznika. Po kilku próbach wymacana przedmiotu, w końcu trafiłam na upragnioną gałkę. Przesunęłam placem dźwigienkę do góry i oślepiło mnie, co prawda lekko przytłumione, światło z dwóch rzędów wpuszczonych w sufit lampek, ciągnących się przez cały pokój w równych odstępach. Odczekałam chwilę, aż przyzwyczaję się do jasności i podeszłam do prawie pustego biurka, czarnego i matowego jak wszystkie wykonane dla mnie meble w pieczarze demona - jak zwykła żartobliwie nazywać mój pokój jedna z dziewczyn na Azarath.
Odsunęłam po kolei wszystkie szuflady. Całkiem puste. Westchnęłam na swoją sklerozę i niepoukładanie. Podeszłam do zdobionego kufra obok łóżka. Otwarłam ciężkie wieko i ujrzałam poszukiwane przeze mnie przedmioty. Sięgnęłam na dno i wyjęłam dwa woreczki oraz świeczkę.
Otwarłam jeden mieszek i rozsypałam mieniący się proszek w równe koło. Z drugiego wyjęłam jeden wysuszony listek. Świeczkę włożyłam do znalezionego przeze mnie wcześniej świecznika i ustawiłam przy krawędzi okręgu. Usiadłam w pozycji lotosu na środku i ruchem ręki podpaliłam naturalny wosk. Przystawiłam zioło do płomienia i doszczętnie je spaliłam. Odetchnęłam przyjemnym zapachem galanu*.
- Et ad aperiendam viam licentiae Azarath - wyszeptałam z zamkniętymi oczami. 
Pod powieki wdarło się jasne światło. Poczułam szarpnięcie i ogarnęła mnie całkowita cisza. 

--------------------------------
*Galan - zioło azarathckie (nazwa wymyślona na poczekaniu, aż się zdziwiłam, że mi tego nie podkreśliło, mniejsza o to co wam pokaże wyszukiwarka)
 Czekam na komentarze, których jest ostatnio wyjątkowo mało. W porównaniu do poprzedniego bloga, to praktycznie nic.  
Co prawda z małym poślizgiem, ale jest. Napisałam to środę, a że zawsze daję sobie chwilę na odpoczęcie od tego co napisałam i dopiero późniejsze tego sprawdzenie, to tak wyszło. Praktycznie to co tam widzicie, jest nieprzemyślane i nie czy będę potem z tego zadowolona. Tak naprawdę to tak z dupy przeniosłam Raven. (Przekazuje wam to, ponieważ wiem jak beznadziejnie to wygląda. Nie żebym nie wiedziała, że to takie impulsywne. Nie wiedziałam tylko, jak w tym momencie gdy się tak zagalopowałam, dopisać coś sensownego)
Może żeby trochę ożywić sekcje komentarzy, zadam wam otwarte pytanie:
Co sądzicie o demonach/diabłach/ innych szatanach/ magii w bajkach, książkach dla dzieci? Jakie macie uczucia względem walki i krytyki ze strony kościoła.

środa, 17 stycznia 2018

11. KOSZMAR

- Wiesz, że się przede mną nie ukryjesz! - ryknął Trygon.
Zdyszana, uparłam się o pozostałość jednej ze ścian świątyni. Dźwięk pękającego pod kopytami gruzu zbliżał się z każdym krokiem demona. Tylko ja przeżyłam. Zostałam jego ostatnim celem.
- Wychodź, to może oszczędzę ci tortur! - Ponownie krzyknął. Kolejne kłamstwo. W końcu to diabeł. Zawsze mijał się z prawdą.
Gdy huk jego kroków zagłuszył moje myśli, teleportowałam się na drugi koniec miasta. Nie mogę tak wiecznie uciekać. W końcu zabraknie mi sił i ojciec mnie złapie. Wychyliłam się zza rogu, by ustalić aktualną pozycję Trygona. Stał w centralnym miejscu wysypy. Tam gdzie kilka godzin temu majestatycznie wznosiła się ku niebu Świątynia Światła. Teraz jej gruzy pękały pod ogromnymi kopytami demona, który wyciągnął muskularną rękę ku krwistoczerownym, gęstym chmurom. Ostrym pazurem rozdarł powłokę, przez którą wleciały jego podwładne demony. Czerwone hordy otoczyły swego pana, oddając mu zdobytą podczas podbojów energię. Skat naprężył umięśnione ciało, wchłaniając całą aurę wymiaru. Ryknął zadowolony z dodatkowej siły.
- Brać ją - krzyknął po chwili bacznego rozglądania się, wskazując w moją stronę.Wszystkie demony rzuciły się w określonym kierunku.
Dzieląca nas odległość pozwoliła mi wykonać kilka kroków w tył. Nie uciekałam. Nie miałam możliwości wydostać się z właśnie podbitego Azarath.
Podrzędne demony utworzyły wokół mnie krąg, zaś wyżej postawieni podlecieli do mnie i pochwycili tak, bym nie mogła się wyrwać.
Poddałam się. Dostarczyli mnie przed oblicze Trygona. Popchnęli mnie. Z opuszczoną głową uklękłam przez ojcem, czekając na ból jaki miał mi zamiar sprawić.
- Grzeczna dziewczyna - rzekł niskim, zdartym głosem.
Wbrew swoim słowom pochwycił mnie za przeguby swoją mroczną energią. Mrowienie rozeszło się po całym ciele. Potem palące fale zalały mnie, odrywając od rzeczywistości. Nie chciałam krzyczeć. Nie chciałam okazać przed nim słabości ani cierpienia. Chciałam być silna. Jednak zaraz przed utratą przytomności uroniłam łzę i krzyknęłam przeraźliwie.

Wyprostowałam się i łapczywie nabrałam powietrza. Zlustrowałam pogrążone w mroku pomieszczenie, spodziewając się płomieni, smrodu Trygona i wszechobecnych demonów. Jednak nic takiego nie dojrzałam.
Zmęczona, opadłam na łóżko, zwracając twarz ku ogromnemu oknu. Spokojne morze przykrywała delikatna łuna księżyca. Nabrałam kilka głębszych wdechów. To tylko sen. Jeden z wielu koszmarów, których doświadczam od momentu spotkania z Trygonem. Rutyna. A jednak zawsze kończy się moim przebudzeniem z krzykiem i towarzyszącym mi później niepokojem. Miałam tylko nadzieję, że nikt mnie nie usłyszał. Brakowałoby mi tylko węszącego i wypytującego mnie Robina.
Naciągnęłam kołdrę na uszy i podjęłam próbę uśnięcia.

- Raven - przeciągły, kobiecy szept wybudził mnie z krótkiego, niespokojnego snu. Otwarłam jedno oko w poszukiwaniu intruza, ale nikogo nie dojrzałam. Dźwięk powtórzył się, ale dochodził jakby z każdej strony. Uniosłam się i czujnym wzrokiem ogarnęłam wyjątkowo jasny pokój. Jak nie koszmary, to omamy słuchowe. Trygon najwyraźniej nie chce mi dać spokoju. Może to i lepiej. Gdyby nie dawał żadnych sygnałów, można by podejrzewać, że coś kombinuje.
Ziewnęłam i przyciągnęłam się, zahaczając ręką o wezgłowie stylizowane na dziób ptaka.
Powoli opuściłam stopy na gładką podłogę i wsunęłam czarne botki. Zgarnęłam pelerynę, którą po patrolu niedbale rzuciłam na podłogę. W mojej głowie rozbrzmiało napomnienie od mnicha, dotyczący moich manier."Księżniczce nie przystoi takie zachowanie." Zawsze nie lubiłam, gdy przypominano mi o moim tytule, którego zresztą nie akceptowałam. Po śmierci Azar, to Arella przejęła jej funkcję. Tylko dlatego, że te dwie kobiety były dla siebie prawie jak siostry. Moja mentorka zaopiekowała się Angelą po jej samobójstwie. Ostatnią wolą bezdzietnej Azar było, aby to moja matka została duchowym przewodnikiem ludu. Z tegoż powodu jestem następną w kolejce do tego tytułu. Teoretycznie jestem również spadkobierczynią zdobytych przez Trygona światów.
Zaciągnęłam grube, szare zasłony, przywracając pomieszczeniu jego mroczny klimat i skierowałam się do łazienki.
Zamiast skręcić w lewo, obrałam przeciwny kierunek. Z irytacją stwierdziłam, że znalazłam się przy windzie. Westchnęłam i wróciłam się pod rząd pokoi. Łazienkę znalazłam za rogiem. Nie pogardziłabym planem tej ogromnej wieży.
Weszłam do sporego, jasno oświetlonego pomieszczenia. Poczułam bijące od kremowych kafelków ciepło. Zamontowane w całej wieży ogrzewanie podłogowe było świetnym pomysłem. Bez grzejników można było zagospodarować więcej miejsca na ścianach. Na przykład na mnóstwo regałów, o które poprosiłam Cyborga, zapełnionych księgami, papirusami i fiolkami.
Podeszłam do umywalki umieszczonej w ciągnącym się przez pół ściany blacie. Odkręciłam kran i nabrałam wody w dłonie. Chlusnęłam sobie zimną cieczą w twarz, skutecznie się rozbudzając. Wyprostowałam się i spojrzałam na gładką taflę lustra. W odbiciu mignęła mi damska wersja Trygona, z długimi białymi włosami i potężnymi rogami. Zacisnęłam palce na brzegu białej umywalki. Przyzwyczaiłam się już do takich krótkich ataków ze strony ojca. Jakbym mogła zapomnieć jak wyglądam po całkowitej przemianie w demona.
Odwróciłam się na pięcie i stanowczym krokiem wyszłam z łazienki. Jednak zatrzymałam się zaraz przed automatycznymi drzwiami. Do salonu? Za wcześnie. Pokój też odpada. Nie mam jeszcze żadnych ksiąg. Dach wydawał się dobrym pomysłem. Przeniknęłam przez gruby strop. Oślepiły mnie pierwsze promienie słońca. Moją uwagę przykuł długi cień, wyłaniający się zza betonowego bloku.
Cicho zbliżyłam się do krawędzi dachu, ciągle pozostając poza polem widzenia celu.
- Nie męcz się, słyszę cię - Robin stał wyprężony przy krawędzi, chłonąc każdy cenny promyczek.
Wyprostowałam się i podeszłam do chłopaka. Schowałam kilka niesfornych kosmyków pod kaptur.
- Masz koszmary? - spytał po chwili ciszy, wprawiając mnie w zakłopotanie. Jeszcze tylko jego pytań brakowało.
- Zdarza mi się, jak każdemu - odparłam powoli, z namysłem.
- Głodna? - spytał po krępującym momencie milczenia, nie wiedząc jak kontynuować poprzedni temat.
- Nie - odpowiedziałam lakonicznie. - Właściwie... to przyszłam tu pomedytować - wyjaśniłam.
- To nie przeszkadzam - powiedział i ulotnił się z lekkim uśmiechem na ustach.
Zawisłam nad krawędzią dachu. Mocny podmuch wiatru zsunął mi kaptur, rozsypując kruczoczarne włosy wokół twarzy. Poranne promienie przedzierały się przez zaciśnięte powieki, przypominając mi rytuał medytacji z mnichami w Azarath. Jedno z kilku zajęć, które pozwalało oderwać się od szarej, złej rzeczywistości.
- Skup się - mruknęłam do siebie. Nie mogąc ujarzmić myśli, powróciłam do korzystania z mantry. - Azarath Metrion Zinthos - szeptałam powoli pod nosem. Zero uciążliwych myśli, tylko te słowa.
Odpłynęłam do wnętrza siebie.


- Za dziesięć minut będzie trening. - Nabrałam głęboki wdech, jakby wybudziła się z kolejnego koszmaru.
- Przyjdę - zapewniłam Gwiazdkę, nie zaszczycając jej spojrzeniem. Uspokoiłam oddech.
Nawet podczas medytacji nie da mi spokoju. Wstałam i ogarnęłam piękny krajobraz nieskończonego zbiornika wodnego. Słońce minęło już swój najwyższy punkt i powoli chowało się za wieżowcami, by za raptem kilka godzin skryć się za wzgórzem na zachodnim krańcu miasta.
Obróciłam się na pięcie i weszłam na klatkę schodową. Zeszłam dwa piętra w dół i zatrzymałam się. Nie wiedziałam gdzie trening ma się odbyć. Skręciłam w lewo, w poszukiwaniu hali treningowej.
Gdy przeszłam całe piętro, mijając magazyn, laboratorium i kilka nienazwanych pomieszczeń, doszłam do wniosku, że to nie ta kondygnacja. Przeniknęłam przez podłogę. Dzięki mojemu idealnemu wyczuciu czasu, wpadłam na przechodząca akurat pode mną Gwiazdkę. Dziewczyna pisnęła. Zareagowałam i o centymetry minęłam jej plecy, ratując kosmitkę od bliskiego kontaktu z podłogą.
- Proszę cię, nie rób tak więcej - sapnęła przestraszona, przyciskając dłoń do klatki piersiowej.
- Przepraszam - powiedziałam, na moment zbiegając się ze spojrzeniem intensywnie zielonych oczu.
Speszona, wyminęłam dziewczynę i weszłam do sali, zajmującej całe piętro.
Obecność Tamaranki działała na mnie w dziwny sposób. Jej pokłady radości wprawiały mnie w zdziwienie, podziw, ale i zakłopotanie. Nikt nigdy nie okazywał mi takiej ilości uczuć. Każdy starał się panować nad sobą, by nie dawać mi wzorców, pretekstów. Wszyscy wkładali sporo energii w nauczenie mnie okiełznywania emocji. Kiedyś tego nie rozumiałam, ale teraz wiem, że nie chcieli mi sprawiać przykrości, robiąc coś, czego sama nie mogłam.
Przekroczyłam próg i znalazłam się w ogromnej, wysokiej hali. Po lewej stronie stało mnóstwo przyrządów do ćwiczeń. Kilka drążków, worki bokserskie zwisające z sufitu i skomplikowane maszyny do zwiększania fizycznej siły. To nie dla mnie. Spojrzałam na prawo. Po tej stronie hala była kompletnie pusta, za wyjątkiem szarej bryły umieszczonej przed wyznaczonym na podłodze kole o kilkunastometrowej średnicy. Podeszłam do Robina i Cyborga. Lider bez przerwy wskazywał coś na panelu kontrolnym, którym okazała się być ta surowa konstrukcja.
- A to służy do uruchomienia hologramów - tłumaczył dalej, tym razem wskazując na rząd czarnych przycisków, każdy z opisem symulacji. - Dobra, to skoro już wszyscy przyszliście, to zaczynamy nasz pierwszy trening - powiedział, gdy skończył objaśniać działanie urządzenia. Obrócił się do nas twarzą, na której widniał uśmieszek wyrażający zadowolenie z siebie. Robin też okazuje się dla mnie zagadką.
Chłopak wszedł na wyznaczone pole i kiwnął głową, dając Cyborgowi znak. Koło podświetliło się, a Robina otoczyli wojownicy ninja. Lider wyciągnął z paska metalowy, rozkładany kij i zaczął walkę z przeciwnikami. Każde celne trafienie oznaczone zielonymi punktami sprawiało, że ninja rozpływali się. Chłopak szybko poradził sobie z hologramami. Stanął wyprostowany, nie zauważając, że jednego nie dobił i symulowany przeciwnik podniósł się. Zrobił rozbieg i uderzył krótkim kijem w głowę Richarda.
Gwiazdka pisnęła, jakby zapominając, że to tylko hologramy. Pod nogami chłopaka pojawił się ekran z pseudonimem oraz czerwonym napisem "pokonany".
- Fajne - skomentował przeciągle Bestia.
- Technologia zapożyczona od ligi sprawiedliwości - powiedział z dumą. - To pole służy też do walki między sobą - dodał. - To kto na ochotnika? - spytał z łobuzerskim uśmieszkiem, opierając się na postawionym pionowo kiju. - Raven? - spojrzał się na mnie zachęcająco, a gdy nie ruszyłam się, przywołał mnie ręką.
Westchnęłam i długimi krokami weszłam na pole bitwy.
- Zasady są proste. Nie możesz wyjść poza pole. Walczysz tak, żeby mnie unieszkodliwić, ale nie zrobić krzywdy. I możesz korzystać ze swoich umiejętności - wyjaśnił krótko i przyjął niską postawę.
Wysunęłam ręce przed siebie, przygotowując energie astralną do ataku.
Krążyliśmy po obwodzie koła. Co chwile gwałtownie zmieniał kierunek albo kręcił tyczką by mnie sprowokować. Kilka razy nerwowo drgnęłam. W końcu nadszedł moment starcia.
Robin chyba stracił cierpliwość i ruszył na mnie. Wykonał kopniak z pół obrotu, ale zasłoniłam się tarczą. Lider wykonał serię uderzeń skierowanych prosto w moją głowę, jednak i tym razem wytwarzałam tylko małe, okrągłe pola blokujące ciosy.
Nikt nie szkolił mnie walki wręcz, dlatego nie wykonywałam ataków, a wyłącznie się broniłam.
Czerwony obwód pola był coraz bliżej. Zdematerializowałam się i przy kolejnym uderzeniu, skoncentrowany Robin nie zdążył zareagować i poleciał do przodu, prawie wypadając z koła.
- Nie możesz się tylko bronić - zganił mnie. - Musisz też atakować, bo nigdy nie wygrasz.
- Nawet nie umiem walczyć - sarknęłam i wytworzyłam dwie krucze łapy, które imitowały ruchy moich rąk. Wykonałam kilka zamachów, ale ani razu nie trafiłam zwinnie unikającego ciosów Robina. Znudziła mnie taka postać walki, więc bezmyślnie ruszyłam na chłopaka, starając się naśladować jego wcześniejsze ruchy.
Ominął każdy mój cios i niespodziewanie mnie podciął. Upadłam na podświetlane panele, wyświetlające moje imię oraz krótką informację - "pokonana".
- Całkiem dobrze, jak na kogoś, kto nigdy nie walczył - powiedział i wyciągnął rękę. Niechętnie skorzystałam i potarłam bolącą potylicę.
- Dzięki - mruknęłam, schodząc z pola.
- Kto następny? - spytał, rozkładając szeroko ręce.

 --------------------
Oddaję ten nadzwyczaj długi rozdział w wasze ręce. Postanowiłam pisać dłuższe notki, ponieważ mój pomysł na to opowiadanie składa się aż z trzech części (nie wiem czy je zrealizuje)
i nie chciałabym, aby to wszystko osiągnęło jakieś monstrualne rozmiary 300 części. Dlatego będzie rzadziej (co mniej więcej 2 tygodnie, akurat jakoś tak mi się wpasowuje), a więcej.
Koniec ogłoszeń, czekam na komentarze.