sobota, 28 października 2017

5. ZŁO NIGDY NIE ŚPI

Zamknęłam księgę i zsunęłam ją z moich nagich kolan. Wyciągnęłam zesztywniałe ciało na starym, podniszczonym materacu i odwróciłam się na bok.
Przez okno od samej podłogi do wysoko zawieszonego sufitu, rozciągał się widok oświetlonego przeróżnymi kolorami, Jump City. Małe, jaskrawe punkciki jarzyły się wśród pochłaniającej wszystko czerni, niczym gwiazdy na bezchmurnym niebie.
Wypuściłam głośno powietrze, przerywając wręcz przytłaczającą mnie ciszę. Zachłysnęłam się niewidocznym gazem, gdy między dwoma mrugnięciami, wszystko pochłonęła czerwień i ogromne, piekielne płomienie. Gwałtownie usiadłam, przez co zakręciło mi się w głowie. Uspokoiłam przyśpieszony oddech i podniosłam się na nogi.
Oparłam się czołem i otwartymi dłońmi o gładką powierzchnię szyby, która jakimś cudem ocalała. Przez chwilę stałam bez ruchu, starając się odrzucić wspomnienie o bólu, towarzyszącemu pełnej przemianie w demona. Przeniknęłam przez szybę i uderzyło mnie chłodne, nocne powietrze. Oddaliłam się od wszelkich wspomnień i ruszyłam na miasto. Może zdołam komuś pomóc...

Stanęłam na krawędzi kilkupiętrowego budynku. Przyglądałam się przez chwilę, jak kobieta stara się wyrwać rosłemu mężczyźnie. Faceci to okropne i obleśnie stworzenia. Biorą wszystko siłą, jakby byli panami świata.
Zeskoczyłam z krawędzi i wylądowałam delikatnie obok szarpiącej się dwójki. Podniosłam mężczyznę i rzuciłam nim kilka razy o zdarte ściany i brudny chodnik, pokrywający zaułek.
- Uciekaj - mruknęłam w kierunku przerażonej i zdyszanej kobiety. Ta, bez zawahania wykonała moje polecenie, a ja jeszcze parokrotnie uderzyłam, i tak, już nie kontaktującego mężczyznę.
Czy tak będzie wyglądać moje życie przez następne kilka lat? Latanie nad dachami i ratowanie ludzi stanie się moją rutyną? Razem z tytanami będę chronić to miasto przez złem, którym sama jestem?
Stop. Moje myśli idą w nieodpowiednią stronę. Każde rozważone zdanie potrafię skierować na ten nieprzyjemny temat. Urok bycia fatalistką...
Wzleciałam nad puste ulice, którymi okazjonalnie przetaczali się zygzakiem ludzie, wracający z przeróżnych imprez. Żyją tak beztrosko, w tej błogiej niewiedzy, że koło nich znajduję się ich zagłada.
Z ponurych myśli wyciągnął mnie, mocno wyróżniający się w nocy, strój. Udałam się w stronę walczącego chłopaka.
Chwilę później, Robin przykuwał nieprzytomnego mężczyznę do wysokiej lampy ulicznej.
- Wręcz świecisz w nocy - przywitałam się, gdy chłopak zgłaszał policji o zatrzymanym złodzieju.
- Hej, też miło cię widzieć - odparł po chwili, z szerokim, złośliwym uśmiechem.
- Myślałam, że Batman nauczył cię jak się maskować. - Chłopak spojrzał się tylko na mnie, ale nic nie odpowiedział.
- Co właściwie robisz tutaj o tej godzinie?
- Zło nigdy nie śpi, nie wiesz? - odparłam, niewiele mijając się z prawdą.
Robin zaśmiał się cicho. Jednak jakieś poczucie humoru gdzieś tam mam.
- Zazwyczaj patroluję miasto sam, ale dzisiaj mogę zrobić wyjątek - uśmiechnął się lekko.
- Te wyjątki staną się rutyną, skoro założyliśmy drużynę - mruknęłam do chłopaka, unosząc się kilka centymetrów nad asfaltem.
Robin pozostawił moją uwagę bez odpowiedzi i kiwnął głową, na znak, żebym podążała za nim.
Chłopak wyciągnął coś z niewiarygodnie pojemnego paska i w tempie ekspresowym dostał się na kilkupiętrowy budynek. Zwinnie przeskakiwał nawet spore przepaści między sąsiadującymi gmachami.
Nagle, z jednego zaułka dobiegły do nas podniesione głosy. Robin spojrzał na mnie porozumiewawczo. Podleciałam do wylotu wąskiej uliczki, a lider przedostał się na budynek obok.
Po drugiej stronie stała ciężarówka, z otwartą paką. Przed nią krzątało się kilku mężczyzn, którzy ładowali spore skrzynki.
Niczego niespodziewające się draby, nie zdążyły umknąć przed gradem małych kulek, z których po chwili wytrysnął zielonkawy gaz. Spojrzałam pytająco na Robina, ale ten patrzył w zupełnie inną stronę. Gdy gęsta zasłona opadła, odkrywając ludzi leżących na ziemi, Richard zeskoczył do uliczki.
Podeszłam do niego, gdy mocował się z ostatnią skrzynką. Po chwili wieko odskoczyło, ukazując małe strzykawki z jarzącym się na czerwono płynem.
Robin chwycił jedną z nich i wsadził do kieszonki w pasku.
- Mogę wiedzieć co to jest? - spytałam, gdy chłopak otwierał kolejne skrzynie wypakowane po brzegi tą samą substancją.
- Podejrzewam, że to Urtigo - narkotyk, który kiedyś już rozprowadzali - odparł, zeskakując z ciężarówki. - Pewnie kolejna, ulepszona wersja- mruknął, ni do siebie, ni do mnie.- Chodź. - Chłopak kliknął coś na niewielkim urządzeniu i po chwili dobiegł do nas ryk silnika. Pod wylot uliczki podjechał potężnie wyglądający motor, w kolorach stroju jego właściciela.
Uniosłam jedną brew, jak to miałam w zwyczaju, ale on nie zwrócił na mnie zbytniej uwagi. Odbiłam się plecami od zniszczonej ściany i poleciałam za Robinem.

- Moja dotychczasowa miejscówka - oznajmił z dumą, gdy masywne, zaszyfrowane drzwi otwarły się. Weszłam do sporego magazynu, wypchanego metalowymi stołami, wystawami z różnego rodzaju bronią i mnóstwem elektroniki.
- Batman ci to zafundował? - spytałam z kpiną, a Robin odwrócił się z dziwną miną. Jakby mieszanka przerażenia, zaskoczenia i niedowierzania. Szybko jednak przybrał swoją standardową kamienną twarz i odchrząknął. Wydał się niezadowolony ze swojej niekontrolowanej reakcji.
- Rozgość się, a ja przebadam tę próbkę - powiedział i podszedł do rzędu dziwnie wyglądających urządzeń.
Usadowiłam się wygodnie w kącie hali, śledząc ruchy nastolatka. Najpierw część płynu przelał do szklanego, podłużnego pojemniczka, który włożył do okrągłego urządzenia. Zamknął jego wieko i przeszedł do drugiego stolika. Zabrał z niego trochę bledszą substancję i obie wylał na szkiełko, które podsunął pod kolejne urządzenie. Na Azarath nie ma takiej technologii. Ten pokojowy lud jej nie potrzebuje, by żyć w szczęściu. Natura, spokój i światło to to, co kochają najbardziej.
Westchnęłam na wspomnienie tego cudownego miejsca. Zupełnie przeciwnego do mnie, ale to był mój dom. Tam się nauczyłam panować nad mocami i sobą samą. Nikt nie miał mi za złe mojego pochodzenia.
- Testy trochę potrwają. - Z rozmyślań wyrwał mnie głos Robina. - Ale wiem, że to ulepszona wersja urtigo.
Skinęłam głową na znak, że go słucham. Przez chwilę przyglądał mi się badawczo, ale szybko otrząsł się i odwrócił.
- Właściwie... - zawiesił głos, jakby nie był pewien czy chce to powiedzieć. - Nic o tobie nie wiem - dokończył i uciekł wzrokiem w oczekiwaniu na moją reakcję.
- Ja o tobie również - odparłam wymijająco. Opowiadanie o sobie to moja bardzo słaba strona. Najpierw nawymyślam jakichś kłamstw, które potem muszę pamiętać, żeby się nie wydać. Ciężkie jest życie pół demonicznej bramy.
- Mówię serio. Chciałbym wiedzieć z kim współpracuję - sapnął. - To może... ile masz lat? - spytał, pocierając w zakłopotaniu kark.
- 16 ziemskich lat - odparłam, zanim pomyślałam co mówię. Wkopałam się...
- Czyli nie pochodzisz z Ziemi? - dopytał, z zaciekawionym wyrazem twarzy.
- Z innego wymiaru - wyjaśniłam krótko i przeistoczyłam się w kruka, by dał mi spokój.
To mój rodzaj obrony. Zamykam się na innych i zagłębiam w swój mroczny umysł. Tylko tam mogę mieć względny spokój.
Robin odsunął się ze zdziwioną miną i przyglądał się przez chwilę majestatycznemu krukowi, ale nie widząc reakcji z mojej strony, odszedł.
Uciekłam w czeluście mojego skomplikowanego umysłu.
------------------------
No hej! Mam nadzieje, iż te 1058 słów was zadowoli oraz, że nie macie mi za złe takiego rzadkiego wstawiania rozdziałów. Nie będę się tłumaczyć, ani przepraszać, bo nie ma po co. Nie obiecam też, że zagęszczę ruchy i będę pisać częściej. Dajcie znać w komentarzach co sądzicie o tym rozdziale. Może coś poprawię. Trzymajcie się.

wtorek, 19 września 2017

4. LITTLE LIES

Uderzyłam plecami o jeden z wielu wysokich i jakże twardych budynków. Nieporadnie zablokowałam kilka kolejnych ciosów wyprowadzonych przez łysą wiedźmę.
- Dość tej zabawy - warknęłam i odepchnęłam dziewczynę falą czarnej energii.
Gdzieś po prawej stronie Cyborg siłował się z mężczyzną na potężnej dawce sterydów, starając się ochronić zidiociałych gapiów, którzy nadal nie uciekli.
Owinęłam wiedźmę w kaftan z mojej mrocznej energii. Szarpała się, ale była zbyt słaba by się uwolnić. Zostawiłam ją na boku, by policja się nią zajęła i poleciałam pomóc Gwiazdce, która zmagała się w wyważonych drzwiach banku z łysym kurduplem.
W połowie drogi do walczącej dwójki nagle zostałam zepchnięta z kursu przez uczącego się latać Cyborga. Złapałam chłopaka w kulę energii i w bezpieczny sposób opuściłam go na rozwalony asfalt, niedaleko grupki spłoszonych policjantów.
Odwróciłam się z zamiarem pomocy Gwiazdce, ale kosmitka odziana w fioletowy, dość skąpy strój właśnie przysmażała chłopaka promieniami z rąk. Po chwili wylądował na ścianie budynku, którego nie udało im się okraść.
Otrzepałam lekko postrzępioną u dołu pelerynę z kurzu i podleciałam do skutych przestępców. Dołączyli do mnie Gwiazdka i Cyborg,  który mamrotał coś pod nosem. I zaklęcia to raczej nie były...
- Robin i Bestia sobie poradzili, zaraz do nas dołączą - oznajmił Cyborg i wyłączył komunikator.
Obie skinęłyśmy głowami. Przyglądałam się żołnierzom, którzy wsadzali pojedynczo złodziei do masywnych furgonetek. Ciemnoskóra wiedźma bezczelnie wpatrywała się we mnie, nie uginając się pod moim chłodnym spojrzeniem. Naszą cichą wojnę przerwało donośne trzaśnięcie drzwi wozu, w którym dziewczyna zostanie przetransportowana do więzienia.
Niedaleko nas stała grupka zaciekawionych gapiów. Kilkoro z nich robiło zdjęcia, bądź kręciło nas. Pod naszymi spojrzeniami szybko jednak chowali aparaty. Nie uginali się tylko reporterzy telewizyjni wraz z nieodłączonymi kamerzystami, próbującymi przedostać się przez policyjny ludzki mur.
Większość ludzi patrzy na nas ze strachem i nieufnością, ale zdarzają się tacy, którzy wpatrują się w nas z podziwem. Może kojarzymy im się z Ligą? Tacy Sprawiedliwi z Jump City... Jak na razie dorośli superbohaterowie się nie wtrącali, ale zakładam, że będą chcieli nas chociażby w pewnym stopniu kontrolować. I raczej nie będzie się to nam podobać.
Oparłam się o nadgryziony róg banku i ze znudzeniem przyglądałam się kilku krukom, które teoretycznie nie powinny tu być. Te majestatyczne czarne ptaki nie przepadają za miejskimi ulicami i samochodowymi spalinami.
Chodziły wokół mnie, kompletnie nie zawracając sobie małych łepków moją obecnością. Osunęłam się po ścianie i przykucając, wyciągnęłam szczupłą dłoń w stronę zwierzęcia. Bez wahania podszedł do niej i po chwili wskoczył na okryte czarną rękawiczką przedramię. Podniosłam się i poczęłam delikatnie głaskać kruka po lśniących piórach, kompletnie nie zwracając uwagi na otoczenie.
Moje astralne ciało przybiera postać tego majestatycznego, ale niezbyt dobrze kojarzonego ptaka. Śmierć. Posłaniec. Wojna. Nieszczęście. Można by długo wymieniać. Nie przypadkowo właśnie tym staje się moja dusza. Tym właśnie jestem i nie mogę tego zmienić.
- Raven? - wyrwało mnie z czarnych myśli, pytanie Robina.
Uniosłam głowę i pustym wzrokiem spojrzałam na lidera.
- Możemy iść - wyjaśnił i nie czekając na mnie odszedł w stronę własnego motoru.
Wyprostowałam rękę, pozwalając ptakowi odlecieć. Ten, jakby rozumiejąc moje myśli, rozpostarł szerokie skrzydła i wzbił się w powietrze.
Rozejrzałam się po zniszczonym miejscu walki. Kilka rzuconych przeze mnie aut leżało na dachu lub wbiły się w ściany. Asfalt oberwał gorącymi promieniami od Gwiazdki. Gdzieniegdzie wgniecenia i ukruszony beton ze ścian otaczających główną drogę. Standardowe miejsce walki. Na razie nie widziałam ich zbyt wiele, ale zakładam, że z czasem ta liczba się zwiększy.
Wzbiłam się w powietrze i dołączyłam do Tamaranki oraz zielonego pterodaktyla. Cyborg zasiadał kółkiem swojego prototypowego auta, a Robin zapylał z przodu swoim równie kolorowym jak on sam, motorem.
Wleciałam na drogę, z której dokładnie było widać naszą powoli dokańczaną wieżę. Z zewnątrz budynek wyglądał na gotowy, ale w środku był w stanie kompletnie surowym. Cyborg dopiero ogarnia elektronikę i wyposażenie pomieszczeń, więc jeszcze jakiś czas zostaniemy we własnych mieszkaniach.O ile je ktoś miał... Miejsce, w którym się ulokowałam, było starym mieszkaniem mojej matki. Zaniedbane po jej samobójstwie, popadło w ruinę, ale nie mam zbyt dużych wymagań. I tak większość czasu spędzam z tytanami przy wieży bądź przy sporadycznych akcjach. Lider ma dopiero w planach podłączenie się do systemu ostrzegawczego policji, przez co nie "interweniujemy" jeszcze zbyt często. Ludzie na razie się do nas nie przyzwyczaili, więc może to i lepiej.
Odłączyłam się od drużyny, przekazując im telepatycznie, że muszę coś załatwić, na co w ogóle nie zaprotestowali. Zadziwiające, jak łatwo przychodzi mi okłamywać ludzi, którzy kandydują na zaufanych znajomych. Zaufanie - coś na co trzeba sobie zasłużyć, coś na co nie zasługuję.
W rzeczywistości muszę pomedytować. Trygon się do mnie dobija, tak jakby nagle sobie przypomniał, że spłodził sobie dziecko.
Wylądowałam na dachu budynku, w którym tymczasowo zamieszkałam. Ukryłam się w cieniu, rzucanym przez zabudowany szyb wentylacyjny i przyjęłam pozycję lotosu.
Kompletnie odcinając się od świata, zagłębiłam się w swój mroczny umysł.

Najpierw z czerwono-czarnego wiru wyłonił się lśniące, białe rogi. Dalej wielka, rubinowa twarz wraz z dwoma parami jaskrawo żółtych oczu, przepełnionych gniewem i wyższością. Kurz opadł, ukazując czerwone cielsko demona, częściowo ukryte pod metalowymi płytkami i jasnym materiałem przepasanym przez biodra. Trygon zarył kilkukrotnie kopytami o ziemię i ryknął wściekle. 
Wysunął przed siebie zakończone wielkimi pazurami dłonie, z których wyprysła mroczna energia, tak podobna do mojej i pochłonęła sparaliżowane strachem Azarath. 
Z psychopatycznym uśmiechem zniknął tak samo szybko, jak się pojawił. 

Nabrałam gwałtownie powietrza i upadłam na zakurzony dach. To zwykła wizja. On chce mnie tylko nastraszyć. Nie raz już mi pokazywał takie obrazy. 
Wchłonęłam w gruby dach i zmaterializowałam się w zniszczonym pokoju. Miotałam się po pomieszczeniu w poszukiwaniu księgi. Nie mogłam sobie przypomnieć gdzie ją odłożyłam. Na następny raz sobie zapamiętam, żeby kłaść rzeczy w jedno miejsce.
Krzyknęłam zirytowana w przepełnione kurzem i pyłem powietrze, uwalniając swój gniew na Trygona, jak i samą siebie. Pozwoliłam by otulił mnie astralny kruk. Czemu wszystko mi nie wychodzi?

--------------------------
Przepraszam! Rozdział za krótki i dodany za późno. Nie mam weny ani chęci do pisania, a i tak jakoś nikt tutaj ostatnio nie zagląda. Włączałam ten głupi, zaczęty rozdział i wgapiałam się w niego, ale nie miałam kompletnie pomysłu na pisanie. Nie spodziewajcie się, że rozdziały będą jakoś regularnie i często. Może właśnie tak co 1/2. Albo nawet więcej. Dziękuję za uwagę.

czwartek, 31 sierpnia 2017

3. WSCHÓD SŁOŃCA

Otwarłam leniwie oczy, wybudzając się z długiej medytacji. Opadłam na dach wysokiego budynku i obróciłam twarz w stronę zachodzącego słońca. Ostatnie ciepłe promienie ogrzewały moją spowitą w czerń oraz granat sylwetkę. Przeniosłam wzrok na szkielet wieży majaczący na horyzoncie. Siedziba w kształcie litery "T". Całkiem fajny pomysł...
- Raven, jesteś potrzebna przy cmentarzu na Dark Street - usłyszałam w prawym uchu lekko zdyszanego Robina.
- Zaraz będę - odparłam obojętnie, delikatnie dotykając przycisku w komunikatorze.
Naciągnęłam mocnej kaptur i wzbiłam się w powietrze, kierując się na zachód.
Po minięciu niezliczonej liczby zakorkowanych dróg i wieżowców wyleciałam na obrzeża Jump City, zabudowane podobnymi do siebie małymi domkami.
Widząc kościół rozejrzałam się dokładniej za tytanem. Wylądowałam obok bramy cmentarza, która była lekko rozwalona. Nagle zza moich pleców doleciało szybkie "padnij" Robina. Wykonałam polecenie, wchłaniając w podłoże. Zmaterializowałam się za brunetem i od razu zrozumiałam dlaczego mnie wezwał. Przy wysokim murze stał skrzydlaty mężczyzna, spowity w czarny płaszcz.
Idąc śladem Robina przyjęłam bojową pozycję, dokładnie śledząc każdy ruch demona.
Spod kaptura spozierały na nas żółte oczy zwykłego podwładnego. Mężczyzna wykonał nieokreślony gwałtowny ruch, więc nie czekając na to co się wydarzy, szybko chwyciłam go w astralną łapę kruka. Istota zaczęła się miotać, ale po chwili stężała. Przerażony spojrzał na mnie, jakby zrozumiał z kim zadarł. Przeszłam przed Robina, powoli zbliżając się do demona.
- Nie próbuj wracać - wysyczałam w jego umyśle i wciągnęłam go pod ziemie, do miejsca z którego przyszedł.
- Raven, co ty... - nie dałam mu dokończyć bo odwróciłam się i wyjaśniłam.
- To zwykły demon, odesłałam go tam, gdzie jego miejsce - odparłam, wzruszając ramionami na, co Robin już otwierał usta by zapewne spytać skąd o tym wiem, ale nie dane mu było się wysłowić.
- Już jestem! - dobiegło gdzieś z boku. Oboje spojrzeliśmy się w tamtym kierunku. Bestia biegł wzdłuż ceglanego muru otaczającego cmentarz.
- W porę - mruknęłam kąśliwie, czego nie usłyszał adresat uwagi.
A już miałam pytać tymczasowego, wybranego drogą demokratycznego głosowania lidera, czemu wezwał tylko mnie.
Zielono-skóry doczołgał się do nas, oparł ręce na kolanach i łapał głębokie oddechy.
Na usta cisnął mi się komentarz dotyczący kondycji chłopaka, ale przypomniałam sobie o swojej, która też nie jest w najlepszym stanie.
- Gdzie reszta? - rzuciłam w przestrzeń, a odpowiedział mi jeden z zaginionych tytanów, biegnący wzdłuż oświetlonych budynków.
- Przepraszam, nie mogłem się wyrwać wcześniej - wytłumaczył się Cyborg, podchodząc do nas.
- Raven sobie poradziła - odparł z lekką nutą przekąsu. Pewnie mnie potem wymagluje, skąd wiedziałam o rasie przeciwnika. Zgromiłam go wzrokiem, ale chłopak w odpowiedzi wykrzywił usta w złośliwym uśmiechu.
- A gdzie Gwiazdka? - rzucił w przestrzeń Bestia, który wtopił się w rosnące przy bramie krzaki.
W odpowiedzi uzyskał tylko wzruszenia ramionami, a potem nastała grobowa cisza (czujecie to?).
- Może ruszymy swoje bohaterskie tyłki i zrobimy coś przy wieży - zaproponował nagle Cyborg.
Ponownie zgodnie kiwnęliśmy głowami.
- Mogę nas teleportować - rzekłam cicho, trochę nieśmiało. Nie czuję się przy nich swobodnie.
Robin wykonał dziwny ruch ręką, który chyba miał oznaczać zgodę.
Wypuściłam powoli powietrze i skupiłam się na miejscu docelowym.
Ogarnęła nas czarna, mroczna energia. Całym moim ciałem szarpnęło. Chwilowy brak grawitacji. Zaraz potem uderzam stopami w skalną wysepkę.
Upewniłam się tylko czy nikt się nie rozszczepił. Jest dobrze.
- T-to czarne coś... nie... - zaczął zdławionym głosem Bestia, ale zamknął się pod moim morderczym wzrokiem. Uśmiechnął się sztucznie i wyciągnął kciuka w górę. - Było świetnie - zapewnił, prostując się.
Ja przyzwyczaiłam się do teleportacji, za to cała reszta mogła odczuwać nieprzyjemne skutki.
Nagle z mojej prawej strony dobiegł huk. Źródłem dźwięku był spadający do wody głaz, który oddzielił się od wyspy. Przy brzegu stał mokry Bestia, który chyba był sprawcą tego małego zamieszania. Chłopak popatrzył po nas jak zbity pies i grzecznie usiadł daleko od morza, które nadal mocno falowało.
- To co... - zaczęłam, ale Cyborg przerwał mi uniesieniem ręki. Pół-robot pochylał się nad planem wieży.
Omiotłam spojrzeniem wysoki szkielet w kształcie przestrzennej litery T, majaczący na spowitym w ciemne chmury nocnym niebie. Nie wiem czyj to był pomysł i wolę nie wnikać...
- Teraz mnie słuchać, bo nie będę powtarzać - rzekł głośno Cyborg, tak by dotarło nawet do Bestii.


Lekko przykurzona usiadłam na brzegu obszernej wyspy. Nad ciemnym horyzontem unosiła się pomarańczowo-różowa poświata. Słoneczna tarcza ledwie wystawała ponad nim. Piękny obraz dopełniały podświetlone obłoki, unoszące się nad lekko falującą taflą morza.
Przenoszenie betonowych bloków i dziwnych urządzeń nie należy do wyczerpujących zadań, ale jest zwyczajnie nudne. No może nie do końca, bo przecież od czego jest zielona łamaga, która spuszcza sobie na stopy różne ciężkie przedmioty. Uniosłam się nad ciemne skały i ułożyłam nogi w kwiat lotosu. Pozwoliłam myślom swobodnie przepływać przez mój umysł.
- Azarath Metrion Zinthos - mruczałam w kółko pod nosem.
Zwykła mantra, a pozwala się skupić. Azar mnie jej nauczyła. Zresztą jak wielu innych rzeczy, w tym panowaniu nad całą mocą, którą posiadam. Dar a za razem przekleństwo, pochodzące od jednego z najsilniejszych między wymiarowych demonów. Obarczył mnie proroctwem, o którym dowiedziałam się po śmierci Azar, gdy pod opiekę wzięła mnie Arella. Krótko po tym, Trygon spotkał się ze mną. Nie cieszyłam się z tego, że poznałam swojego ojca, tak jak przeważnie się dzieje. Jak można się radować z powodu rodzica, który chce podbić twój wymiar.
Stop! Opanowałam myśli, które zaczęły galopować w złym kierunku.
Wypuściłam powoli powietrze ustami.
Drgnęłam gdy poczułam dotyk na ramieniu. Powoli otworzyłam oczy, pozwalając by pierwsze dzisiejsze promienie oślepiły mnie. Czemu lubię sobie zadawać ból? Mam w ten sposób odpokutować złe czyny ojca?
Przeniosłam wzrok na Robina. Uniosłam pytająco brew, czego przecież nie mógł zobaczyć przez kaptur rzucający na moją twarz cień.
- Wracamy - rzekł krótko.
Skinęłam głową i ponownie obróciłam się w stronę dużej pomarańczowej tarczy wznoszącej się mozolnie nad horyzontem.
Każdy wschód słońca to obietnica nowego dnia, wszystko jest możliwe...

-----------------------
Nie chce mi się tego komentować, więc ten przywilej pozostawiam wam. Mam nadzieję, że się spodoba.