wtorek, 6 lipca 2021

22. ODROBINA MAGII JESZCZE NIKOMU NIE ZASZKODZIŁA

 Otaczała mnie mętna, zawiesista ciemność. Pojedyncze punkty rozproszonego światła dryfowały dookoła. Przyglądałam im się z dziecinną ciekawością, nie zwracając uwagi na basowe dudnienie dochodzące jakby spode mnie. Chciałam wyciągnąć ku nim rękę, ale poczułam opór.

Świadomość wróciła na ziemię. Zaalarmowana niemożnością ruchu, wzbudziła panikę. Serce przyspieszyło, dudnienie, które stało się jeszcze głośniejsze, okazało się być pędzącą w naczyniach krwią.

Zaczęłam się szarpać. Bezskutecznie. Przeszedł mnie zimny dreszcz. Włosy zjeżyły się na całym ciele. Było zupełnie jak w ostatnim śnie. Dostrzegłam cieniste sylwetki zacieśniające krąg wokół mnie. Chciałam krzyczeć, ale z gardła nie wydostał się żaden dźwięk.

To musiał być sen. Utknęłam wewnątrz obcego ciała i jedyne, co mogłam robić, to bezsilne przyglądanie się, co zaraz nastąpi.

– Raaaveeennn – dotarł do mnie przeciągły, złowrogi szept.

Zesztywniałam. Było inaczej. Poprzednio nikt nie wymówił mojego imienia. Świat dookoła również zaczął się zmieniać. Wyostrzać. Sylwetki odcinały się coraz wyraźniej na jasnym, kłującym w oczy tle. Dźwięki atakowały boleśnie uszy, do nosa dotarł charakterystyczny zapach.

To zdecydowanie nie był sen.

– Raven, uspokój się.

Te słowa, w połączeniu z łagodnym, znajomym głosem momentalnie ukoiły rozdygotane nerwy. Serce zwolniło, oddech pogłębił się. Uczepiłam się bodźców zmysłowych, by ponownie nie stracić kontaktu z rzeczywistością.

Chciałam unieść rękę, by przetrzeć piekące oczy, ale znowu natrafiłam na opór.

– Jesteś unieruchomiona – oznajmił uspokajająco Robin. – Poczekaj moment.

Poczułam delikatne muśnięcia na skórze i po chwili mogłam swobodnie poruszyć kończynami. Przytknęłam dłonie do kłujących skroni. Przetarłam oczy i obraz w końcu się wyostrzył.

Tytani stali wokół łóżka ze zmartwionymi twarzami.

– Naprawdę ci się tutaj spodobało – rzucił dla rozluźnienia Cyborg, drapiąc się po karku.

Chciałam oprzeć się na łokciach, ale dałam radę tylko stęknąć i upaść z powrotem na materac. Metalowe, wygłuszające moce obręcze od pasów zadźwięczały.

– Czemu mnie zakuliście? – wychrypiałam, przesuwając badawczym wzrokiem po ich twarzach.

Przez chwilę przerzucali się znaczącymi spojrzeniami, kto miał udzielić wyjaśnień i jak zwykle padło na Robina.

– W pewnym momencie zaczęłaś się miotać, więc musieliśmy cię unieruchomić – powiedział przepraszającym tonem.

– Czy… krzyczałam? – spytałam, myśląc nad jego słowami.

– Nie – wtrąciła Starfire. – Wyglądałaś, jakbyś chciała coś powiedzieć, ale nie była w stanie – wyjaśniła uczynnie. – Akurat cię wtedy pilnowałam – dodała, widząc moje pytające spojrzenie.

Kiwnęłam głową. Nie pamiętałam, bym miała jakiś sen. Byłam zbyt zmęczona, by go zarejestrować? Całkiem prawdopodobne. Na wspomnienie podtrzymywania mostu mięśnie na nowo zapłonęły żywym ogniem.

– Fearsome Five uciekli? – zapytałam, zmieniając temat.

– Yhym – odparł niezadowolony Robin.

– Za to wszystkich uratowaliśmy – wtrącił dumnie Beast Boy. – I ta twoja akcja z tymi magicznymi pajęczynami! – powiedział z entuzjazmem, wyczyniając rękami dziwne, pseudonaśladowcze ruchy.

Skrzywiłam się na jego wysoki głos, potęgujący kłucie w skroniach.

– Dajmy Raven odpocząć – stwierdził Cyborg, zauważywszy moją reakcję. – Gar, idź włączyć konsolę i przygotuj się już mentalnie na sromotną porażkę w Street Fight – rzucił, dyskretnie puszczając mi oko.

Skinęłam głową w podziękowaniu.

– Um… Mógłby mnie tylko ktoś uwolnić? – spytałam, unosząc rękę z wbitym wenflonem.

– Czemu się łudziłem, że zechcesz tu dobrowolnie zostać? – rzucił swobodnie Robin, kierując się już ku wyjściu.

– Raven, czy aby na pewno jesteś przekonana, że nie chcesz tutaj odpocząć? – spytała zmartwionym głosem Kori, przyciskając dłonie do klatki piersiowej. – Dokonałaś ogromnego wyczynu, który musiał kosztować się mnóstwo wysiłku…

– Zdecydowanie lepiej poczuję się w swoim pokoju – odparłam nieco zbyt sucho.

Chciałam, by już zostawili mnie sam na sam z Cyborgiem. W międzyczasie wpadła mi do głowy nagła myśl, którą miałam szansę zrealizować tylko wtedy, gdy w pobliżu nie było Robina.

– Ale dziękuję za troskę – dodałam, by złagodzić wydźwięk poprzednich słów.

Dla upewnienia Kori kiwnęłam lekko głową, na co odpowiedziała mi tylko pokrzepiającym uśmiechem i wyszła razem z Robinem.

Cyborg przystąpił do odłączania wszelkich urządzeń, które monitorowały mój stan. W tym samym czasie próbowałam zebrać wciąż nieco zamgloną koncentrację. Z racji, że działo się tak już któryś raz po przebudzeniu w skrzydle szpitalnym uznałam, że musiała to być wina podanych mi leków.

– Dobra, jesteś wolna – oznajmił po chwili Cyborg, uśmiechając się dumnie z wykonanej pracy.

– Dzięki – mruknęłam, rozprostowując zesztywniałe stawy.

Zsunęłam nogi poza krawędź łóżka. Obraz przed oczami był nieco niewyraźny i dryfował, przyprawiając mnie o skurcze żołądka, który usilnie chciał ulokować się bliżej gardła.

– Wszystko w porządku? – spytał zaniepokojony Cyborg widząc, że się nie podnoszę.

Pokręciłam spuszczoną głową. Zacisnęłam powieki, by nie musieć patrzeć na rozchwiany obraz.

– Czym wy mnie naszprycowaliście? – powiedziałam dopiero po chwili.

– Masz zawroty głowy? Albo nudności? – wymieniał, kucając, by móc spojrzeć mi w oczy.

– Yhym – odparłam. – Już trochę lepiej – dodałam, gdy po kilku głębokich oddechach wnętrzności powróciły na swoje miejsce.

– Może być po hydroksyzynie – stwierdził zamyślonym tonem. – Czasami działa aż zbyt usypiająco, chociaż jak do tej pory dobrze na nią reagowałaś. Miałaś wcześniej jakieś skutki uboczne?

– Głównie zawroty głowy i znużenie – odpowiedziałam, jednocześnie ryjąc nazwę w pamięci.

– To częste skutki uboczne. Przynajmniej nie wymiotujesz jak Beast Boy – przyznał z krzywym uśmiechem.

Przymusiłam się, by unieść lekko kąciki ust.

– Już lepiej? Na pewno nie chcesz tu zos…

– Nie, jest okej – wcięłam mu się w zdanie. – Będę u siebie – oznajmiłam tylko, zanim zdążył dojść do głosu.

Wniknęłam w powierzchnię łóżka, teleportując się do mojego pokoju. Zatoczyłam się przy lądowaniu, ale na całe szczęście chwyciłam się w porę szafki. Spojrzałam w lustro wiszące przede mną. Tylko jedna para zmęczonych oczu. Nic więcej. Wystarczyło kilka godzin medytacji i powinnam odzyskać większość sił.

 

 Wybudziłam się z głębokiego transu grubo po północy. Miałam wrażenie, że ktoś w międzyczasie zaglądał do mojego pokoju, ale byłam zbyt odcięta od rzeczywistości.

Postanowiłam pójść do kuchni po herbatę. Korytarze były pogrążone w kojącej ciszy, towarzyszyło mi tylko miarowe bicie serca i spokojny oddech. Byłoby czymś niespotykanym, gdyby ten stan trwał satysfakcjonująco długo. Szybko powróciły do mnie myśli o tajemniczych książkach, zaginięciach kobiet i niezrozumiałych wizjach. Czy powinnam była powiedzieć o tym Robinowi?

Weszłam do salonu. O wilku mowa. Lider stał przed ekspresem, który wypluwał dla niego zapewne którąś z kolei kawę. Obrócił głowę w stronę drzwi i przywitał mnie delikatnym skinieniem.

– Nad czym teraz pracujesz? – zagadnęłam jako pierwsza, nastawiając wodę na herbatę.

– Szukam Slade’a… – odparł, ani trochę mnie nie zaskakując. – I Fearsome Five. No i sprawdzam zaginięcia kobiet. I próbuję nie zasnąć – wymienił z krzywym uśmiechem, poczym wziął łyka kawy.

– Jakieś efekty? – spytałam, unosząc lekko brew.

Przekrzywił głowę, przypatrując mi się intensywnie. Nie spuściłam wzroku, chociaż miałam paranoiczne wrażenie, że prześwietla moje obawy na wylot.

– Slade przepadł. Fearsome Five na razie też się nie pokazuje. Brak wyraźnych powiązań między kobietami – zaraportował sucho. – Czujesz się lepiej?

Miałam ochotę przewrócić oczami, ale powstrzymałam się. Westchnęłam tylko i obróciłam się tyłem do niego, by zalać zioła.

– Yhym – mruknęłam w odpowiedzi.

Mieszając napar zdecydowanie zbyt intensywnie i niepotrzebnie długo, próbowałam przeciągnąć chwilę, by móc się namyślić. Robin chyba to wyczuł, bo rzucił niby mimochodem:

– Cały czas masz sny?

Chwyciłam kubek w dłonie i obróciłam się do niego, wzrokiem śledziłam jednak wciąż wirującą herbatę.

– Ostatnio… – podjęłam z wahaniem. – Są inne…

– To znaczy? – spytał, przekrzywiając nieco głowę.

– Nie są związane z Trygonem, a… sama nie wiem – urwałam, zastanawiając się, jak ubrać te dziwne wizje w słowa. – Jestem gdzieś przetrzymywana. A w zasadzie nie ja. Jakbym była uwięziona w obcym ciele i mogła tylko obserwować. Leżę unieruchomiona w jakimś ciemnym miejscu, jest raptem kilka źródeł światła i sylwetki dookoła. Czuję panikę, ale ona nie jest do końca moja – mówiłam powoli, wpatrując się w parującą herbatę. – Bredzę – sarknęłam, kręcąc głową.

Robin milczał przez chwilę.

– Nigdy wcześniej tak nie miałaś? – spytał w końcu rzeczowym tonem.

– Nie – przyznałam zgodnie z prawdą.

– To są sny? Wizje? A może prawdziwe zdarzenia? – mówił, myśląc na głos. – Mogłabyś „patrzeć” czyimiś oczami? – zwrócił się do mnie, kreśląc cudzysłów w powietrzu.

– Uh… Nie mam pojęcia. Ostatnio często objawia się u mnie prekognicja, ale nie wiem, jak miałabym wnikać w świadomość obcej osoby – przyznałam. – Musiałoby zachodzić jakieś połączenie, ale nie widzę sposobu w jaki mogłoby się tak stać.

– Gdy Abaddon umarł, odczułaś to bezpośrednio – przypomniał ożywionym głosem.

– Fakt – mruknęłam. – Ale wcześniej nasze umysły się złączyły.

Robin upił łyk kawy, myśląc intensywnie. Miałam wrażenie, że jednocześnie zaniepokoiło go moje wyznanie, ale i w dziwny sposób zadowoliło. Pewnie cieszył się, że powiedziałam mu o tym bez naciskania i wyciągania siłą każdego słowa. Postanowiłam jednak zachować na razie sprawę książek dla siebie.

– Może to nie ma żadnego znaczenia – stwierdziłam w końcu, wzruszając ramionami. – Sama nie mogę być pewna, co jest do końca normalne, a na co powinnam zwracać uwagę – przyznałam, sunąc palcem po brzegu kubka.

– Do tej pory twoje moce nie zawodziły – odparł pocieszająco. – Szkoda, że nie są bardziej jednoznaczne, ale może z czasem te sny staną się klarowniejsze? A może znikną? – rzucił swobodnie.

– Chciałabym – mruknęłam pod nosem i upiłam łyk herbaty. – Martwią cię te zniknięcia? – zmieniłam temat, wyczuwając jego obawy, odkąd tu weszłam.

– Znowu giną ludzie… – sarknął. – Nie podoba mi się to. Młode kobiety… – oznajmił, kręcąc głową. – Mam wrażenie, że zabicie Blooda nie zniszczyło Church of Blood – wyznał dręczące go myśli. – To potężna organizacja i utrata przywódcy nie spowoduje, że wszystko się rozleci. W dodatku Fearsome Five zostali uwolnieni, a sama mówi…

– Czekaj – przerwałam mu, podnosząc na niego wzrok. – Jak to „uwolnieni”? – spytałam zdziwiona.

– Ktoś z zewnątrz im pomógł – oznajmił chłodno. – Sama mówiłaś, że Psimon był na Zandii. A co, jeśli oni wszyscy pracowali dla Blooda? Church of Blood może mieć wpływy na całym świecie i takie wyciągnięcie kilkoro ludzi z więzienia to formalność – kontynuował.

– I myślisz, że to oni odpowiadają za te zniknięcia? – wtrąciłam, gdy zrobił przerwę na złapanie oddechu. – Ale dlaczego same kobiety? Może to jakiś seryjny morderca? – podsunęłam sceptycznie, nie chcąc wyciągać zbyt pochopnych wniosków.

Wzruszył tylko ramionami. Skąd miał wiedzieć? Wszystkiego było ostatnio za dużo, sprawy nakładały się i mogliśmy widzieć połączenia tam, gdzie tak naprawdę ich nie było.

A książki? Church of Blood w San Francisco, zaginięcia kobiet, dziwny sen, który można by uznać za jakiś rytuał. Czy to wszystko naprawdę zbiegało się w jednym punkcie, czy tylko nasza paranoja i usilna potrzeba znalezienia w tym wszystkim sensu? Do tego Slade i nienaturalne trzęsienie ziemi na dokładkę. Co jeszcze mogło się wydarzyć, by do reszty nas dobić?

– Powinieneś odpocząć – stwierdziłam po chwili przypatrywania mu się w ciszy.

Otwarł usta, by zaprotestować, ale uprzedziłam go.

– Na nic się nam nie zdasz, jeśli będziesz przemęczony. Nie wykopiesz znikąd informacji, musimy poczekać, co stanie się dalej. Nie jesteśmy w stanie zawsze być o krok przed złem – mówiłam stanowczo, ale z wyrozumiałością. – Ostatnie tygodnie były ciężkie dla nas wszystkich. – Przygryzłam wargę, zastanawiając się nad następnymi słowami. – Kori się o ciebie martwi – oznajmiłam.

Uważnie przyjrzałam się jego znikomej, ale mimo wszystko widocznej dla mnie reakcji. Przestąpił z nogi na nogę i odchylił się lekko do tyłu. Dotknęłam czułego punktu, który momentalnie przyprawił go o niewygodne uczucia.

– I wiem, jak ty się o nią martwiłeś, gdy się ukrywaliśmy – dodałam, gdy nic nie powiedział. – Niestety dla was wszystkich, nie jestem w stanie w ogóle nie zwracać uwagi na wasze emocje – rzuciłam przepraszającym tonem z cieniem krzywego uśmiechu na ustach.

– Może masz rację – przyznał cicho. – Stare przyzwyczajenia – rzucił z grymasem „cóż poradzę?” na twarzy, pomijając moją uwagę.

Dopił kawę, odbił się energicznie od blatu i wstawił kubek do zlewu.

– Dzięki, Raven – rzucił z wdzięcznością, kładąc dłoń na moim ramieniu.

Kiwnęłam tylko głową i odprowadziłam go wzrokiem do wyjścia. Nie byłam jednak do końca pewna, czy zamierzał iść odpocząć.

 

 Przerażenie zmroziło mi krew w żyłach. Chciałam uciekać, ale mogłam jedynie patrzeć. Nie byłam w stanie odwrócić wzroku od leżącego w moich ramionach monstrum. Demoniczne, odrażające niemowlę wiło się przede mną. Czułam gorąco bijące od jego krwistoczerwonej skóry.

Stwór wbił we mnie spojrzenie dwóch par żółtych oczu. Jego wzrok przewiercał umysł i duszę na wylot. Siało panikę i odrazę w sercu.

Dopiero teraz dostrzegłam wokół siebie rozmazane sylwetki. Zwrócone do mnie niewidocznymi twarzami, unosiły ręce jakby w podziękach. Z wstrzymanymi wdechami oczekiwali na pierwszy krzyk noworodka.

I nagle demon rozwarł bordowe usta.

Uderzyła mnie jedna, przemożna myśl – muszę je zgładzić. Chciałam odrzucić rozgrzane ciało na bok, zmiażdżyć, zniszczyć, rozetrzeć na proch. Byłam świadoma tylko jednej rzeczy – to czysto zło, które należało powstrzymać.

Z gardła demona wydobył się urywany, ścinający krew w żyłach płacz.

Przeżyło.

 

Obudziłam się zlana potem.  Miałam wrażenie, że gorąco jego ciała wciąż rozlewa się po moim torsie. Odrzuciłam panicznie kołdrę i odczołgałam się na bok.

Ledwo łapałam oddech. Miałam wrażenie, jakby zniekształcone cienie wyginały się ku mnie. Kątem oka dostrzegałam pary rubinowych, złowrogich ślepiów. Kręciłam gwałtownie głową na wszystkie strony, ale one znikały i pojawiały się w innym miejscu.

Zamknęłam oczy. Oparłam czoło na podciągniętych kolanach i pozwoliłam, by otoczyły mnie skrzydła kruka. Powoli uspokoiłam oddech.

– To był tylko sen – szeptałam do siebie.

Machnięciem ręki zapaliłam wszystkie światła w pokoju. Powoli rozejrzałam się dookoła, paranoicznie upewniając się, że byłam w nim sama.

– Na wielką Azar, co to miało być? – stęknęłam, wsuwając palce w splątane włosy.

Wstałam powoli i podeszłam do półki. Sunęłam palcem po grzbietach książek, ale nie przychodziła mi na myśl żadna, która mogłaby udzielić mi jakiejkolwiek odpowiedzi. Czy to miało związek z Trygonem? A może Robin miał rację i widziałam czyimiś oczami. Jednak co to oznaczało? Narodziny demonicznego dziecka? Rytuał… Kobiety…

Ręka zamarła mi w powietrzu. Serce stanęło na sekundę.

Czy ktoś próbował sprowadzić na świat kolejnego potomka dla Trygona?

– To nie ma żadnego sensu… – szepnęłam, chcąc, by była to prawda. – Ma mnie, po co kolejni? Kult Trygona nie istnieje od kilkunastu lat, tak twierdzili mnisi – mówiłam coraz szybciej, wraz z pędzącymi z większą prędkością myślami. – Starożytne księgi? „Naczynie”?

To słowo uderzyło mnie prosto w twarz, nokautując w jednej sekundzie.

– Nie, nie, nie – mruczałam desperacko, kręcąc głową. – Szukam na siłę sensu. Jestem jedynym żyjącym potomkiem Trygona. Nikt nie próbował rytuału jego przywołania odkąd udało się to w przypadku Arelli – zapewniłam samą siebie.

Jednak zalew tysiąca myśli nie dawał mi spokoju. Czy scena ze snu działa się aktualnie? A może już się wydarzyła? Co, jeśli to prekognicja?

Głowa zaczęła mnie boleć. Nie wiedziałam, co zrobić. Jeśli Trygon przybyłby w jakiejkolwiek formie na ziemię, by dokonać zaślubin, to czy wyczułabym go? Czy ukryłby przede mną swoją obecność?

Musiałam sprawdzić, gdzie się aktualnie podziewał.

Porwałam z szafki fiolkę z czarnym proszkiem, telekinezą zgarnęłam świece i świeczniki. Przywołałam księgę z demonicznymi istotami.

Rozsypałam mieniący się i szeleszczący nienaturalnie pył w okrąg. Postawiłam pięć świec na jego brzegu i połączyłam je resztą proszku w kształt pentagramu. Zgasiłam światła, pozostawiając jedynie pięć płomieni drgających rytmicznie pomimo braku jakiegokolwiek ruchu powietrza.

Odszukałam właściwą stronę. Opis Trygona zajmował kilka kartek, ale i cała książka nie oddałaby jego grozy, potęgi i dokonanych podbojów.

Położyłam się w dostatecznie dużym okręgu, kończynami i głową skierowanymi ku świecom. Księga lewitowała nade mną. Światło płomieni padało chybotliwie na stronice, sprawiając, że litery wydawały się dryfować po starym, zżółkłym papierze, a odrażająca karykatura istoty jakby wyrywała z oków książki.

Odetchnęłam głęboko. Czułam, jak moc przepływa strumieniami pomiędzy świecami, koncentrując się w czakrze trzeciego oka. Skupiłam się na postaci Trygona. Niechętnie odszukałam jego nieodłączną cząstkę żyjącą we mnie. To był ślad, który miał mnie do niego zaprowadzić.

– Suscipe me ad Trygon Terribilis – wyszeptałam.

Zamrowiła mnie skóra. Ciepło przepłynęło falą od świec, rozlewając się ponad moim ciałem. Energia skupiona w czakrze buzowała, wyrywając się ku Trygonowi.

Wiedziałam, że mogło to potrwać. Mógł być wszędzie. Rozkoszowałam się rozlewającą się po ciele mocą, która wypełniała mnie od palców u stóp, aż po czubek głowy.

Nagle wyczułam znajomą, ciągnącą mnie niczym magnes energię. Gdzieś w odległej przestrzeni, między innymi wymiarami buzowała potężna, niemożliwa do pomylenia z czymkolwiek innym aura.

Miałam pewność, że żadna jego cząstka, oprócz tej we mnie, nie plątała się po Ziemi.

Chciałam zerwać połączenie, zanim Trygon zdołałby je w jakiś sposób przejąć. Znałam jego potęgę i obawiałam się, że mógłby ściągnąć do siebie moją emanację.

I właśnie to się stało.

Poczułam szarpnięcie odrywającej się emanacji, mięśnie spięły się, oddech ustał na ułamek sekundy, gdy przenosiłam się po przez przestrzeń między wymiarami.

Otwarłam oczy w porażająco innym otoczeniu. Momentalnie zalał mnie czysty strach.

Dookoła panował gęsty mrok. Chociaż nie byłam tam fizycznie, czułam unoszący się w powietrzu odór śmierci i rozpaczy. Każda cząstka tego nieszczęsnego świata była wręcz przesiąknięta obecnością Trygona. Ślad jego potęgi przetoczył się po powierzchni porażająco przygnębiającej planety. Otaczała mnie ziejąca pustka. Zero życia. Zero energii. Całość tego, po co przybył, zabrał do ostatniej cząstki. Zrównał wszystko z ziemią.

To samo czekało nasz wymiar.

Ta myśl znokautowała mnie. Choć doskonale znałam sposób działania Trygona, dopiero zobaczenie tego na własne oczy naprawdę uzmysłowiło mi jego okrucieństwo. Zapłonął we mnie gniew. Niepokonana chęć powstrzymania go. Choćby tu i teraz, co było zresztą niedorzeczne.

Musiałam jak najszybciej wrócić. Pozostawanie w takiej odległości od ciała nie było najrozsądniejsze, a jednak… coś mnie tu trzymało. Czułam potężne przyciąganie. Znajoma aura, która bezgłośnie kazała mi zostać jeszcze moment.

I wtedy go ujrzałam.

Wyłonił się znikąd, w całej swojej demonicznej okazałości. Większy, niż zapamiętałam. Bardziej muskularny i emanujący potęgą. Białe włosy falowały dookoła szpetnej twarzy pomimo braku wiatru. Rozbudowane, szpiczaste rogi wystrzeliwały ku bezkresnemu, pogrążonego w mroku niebu.

Chciałam jednocześnie walczyć, uciekać i poddać się. Nienawiść przeplatała się ze strachem i dziwną uległością, którą poczułam na jego widok.

Mój stworzyciel. Mój początek i koniec.

– Córko – powiedział powoli, a jego głęboki głos wydobył się spod ziemi i przechodząc od stóp do głowy, wprawił w wibracje całe moje ciało. – Przybyłaś zobaczyć moje dzieło? – spytał, szczerząc kły w ironicznym uśmiechu.

Znieruchomiałam. Moc buzowała w moim ciele, wyrywając się ku Trygonowi.

Rozciągnął usta jeszcze szerzej. Zmrużył pałające czystą nienawiścią oczy. Doskonale czuł moją reakcję. Czerpał satysfakcję z dezorientacji i uległości, jakich doznawałam. Tak długo ukrywany potomek przybył i stał przed jego majestatem. I choć byłam tam tylko astralnie, to było wystarczająco. Jego potęga wydała mi się nieposkromiona.

Nagła świadomość, że był zdolny do wszystkiego, ścięła mi krew w żyłach.

Musiałam uciekać.

Przywołałam w głowie obraz pokoju. Uczepiłam się usilnie chęci powrotu do niego. I wszystkie wysiłki okazały się płonne. Trygon wsunął się niepostrzeżenie między moje myśli, kontrolując je według swojej woli.

Byłam uwięziona.

Sam na sam z Trygonem. Wystawiłam mu się jak na tacy. Jak mogłam postąpić tak pochopnie? Chciałam, by to wszystko okazało się snem. Jednym z wielu koszmarów, które miewałam co noc, a były równie realistyczne.

Jednak tym razem to była rzeczywistość.

Trygon uśmiechnął się złowieszczo, czując moją bezradność. Doskonale zdawał sobie sprawę z władzy, jaką nade mną miał. Jego potęga była niezrównanie większa od mojej, marnej cząstki mocy, a z każdym podbitym światem wzrastała jeszcze bardziej. Mogłam jedynie czekać, aż w jakiś sposób przywoła tutaj moje ciało albo któryś z Tytanów uprzedzi go i przerwie kanał łączący te wymiary.

Gardło ściskało mi się coraz bardziej z każdym jego krokiem. Zrobił głęboki oddech, delektując się martwym otoczeniem. A może moim strachem?

– I jak? Podoba ci się ten widok? – spytał, rozkładając szeroko muskularne ręce. – Ten marny kawałek świata właśnie dołączył do mojego królestwa. Twojego królestwa – zaakcentował ostatnie słowa. – Ten sam los, wybawienie z moich rąk czeka już wkrótce twój nędzny wymiar. Ci żałośni ludzie myślą, że mogą przywołać mnie jak podrzędnego demona – sarknął z bezgraniczną odrazą.

Serce stanęło na chwilę. Wnętrzności skręciły się. Czy on właśnie powiedział, że ktoś próbował sprowadzić go na Ziemię? Ktoś odnalazł sposób na dokonanie tego rytuału?

– Nie potrzebuję niczyjej czci. Nie karmię się lichą wiarą podrzędnych istot. Podbijam i biorę, co moje! – zagrzmiał i uderzył kopytem o spopielony grunt.

Poczułam wibracje przetaczające się przez astralną emanację. Jego gniew, tak czysty. Pierwotny. Emanował od niego, zalewając mnie i wzbudzając przy tym znienawidzoną cząstkę, którą próbowałam ukryć w najmroczniejszych zakamarkach umysłu.

– A ty przyłączysz się do mnie już niedługo – wysyczał, wbijając we mnie płonące spojrzenie. – Staniesz się bramą, jak zostało przepowiedziane i nikt mnie nie powstrzyma!

Poczułam szarpnięcie. Tym razem nie pochodziło od niego. Przez zasłonę rzeczywistości przebił się do mnie jakiś obcy dźwięk. Serce przyspieszyło na myśl, że ktoś znalazł moje ciało.

Trygon też to wyczuł. Pochylił się ku mnie, przekrzywiając głowę z zaciekawieniem.

– Twoi nędzni przyjaciele nie uratują cię przede mną, Raven – wysyczał. – Skazujesz ich tylko na większą mękę, pamiętaj o tym – dodał.

Wizja zaczęła mi się rozmazywać. Delikatne światło przyćmiło wszechobecny mrok. Jadowity głos Trygona powoli znikał, zastąpiony przez znajomy głos wymawiający moje imię.

Znajdowałam się z powrotem w pokoju.

– Raven, proszę, na łaskę X’Hal, powiedz coś do mnie – stękała urywanym głosem Starfire.

Musiało minąć parę sekund, nim w pełni odzyskałam kontrolę nad ciałem po ponownym połączeniu. Pokręciłam gwałtownie głową, by całkowicie otrząsnąć się z projekcji.

– X’Hal, żyjesz! – pisnęła, gdy się poruszyłam.

– Tak, Star, wszystko w porządku – stęknęłam, podnosząc się do siadu.

Byłam pewna, że w panice zdążyła obudzić już całą wieżę. Patrzyła na mnie rozszerzonymi ze strachu oczami i przykładała dłoń do ust.

– Na pewno dobrze się czujesz? Nie ruszałaś się i było to dziwne światło dookoła ciebie i zaraz po…

Jej zabójczo szybki monolog przerwał Robin, który jako pierwszy wparował do pokoju. Zaraz za nim Cyborg i Beast Boy w samych bokserkach… Założonych tył na przód…

Przewróciłam oczami. Nie potrzebowałam tego przedstawienia. Miałam pewność, że Trygon w żadnej postaci nie przybył na Ziemię, a dodatkowo uzyskałam informacje, że ktoś naprawdę chciał go przywołać. Z tego wszystkiego najgorsze było tylko to, że musiałam błyskawicznie wymyślić jakąś wymówkę dotyczącą dziwnego rytuału.

– A co to za zabawy po nocach? – rzucił na powitanie Cyborg.

– Kori, co się stało? – spytał zaniepokojony Robin, rozglądając się uważnie po pokoju.

Tytani stanęli nade mną z oczekującymi, skonfundowanymi minami.

– Gdy wracałam do sobie, dostrzegłam to dziwne światło dochodzące z pokoju Raven. Zapytałam, czy wszystko w porządku, ale nie usłyszałam odpowiedzi i zaniepokoiłam się, że mogło stać się coś złego, więc chciałam się upewnić – wyjaśniła, wyginając palce. – Przyjaciółko, przepraszam, że złamałam zakaz dotyczący naruszania twojej prywatności, ale bałam się, że coś ci się stało – dodała ze skruchą wypełniającą jej głos i szeroko otwarte oczy.

Kiwnęłam głową, jednocześnie notując w myślach pytanie, skąd Star wracała o tej godzinie. Wstałam, machnięciem ręki zgasiłam świecie i przybrałam chłodną maskę na twarz.

– Nic się nie stało, Star – zapewniłam łagodnym głosem. – A teraz koniec przedstawienia, możecie wyjść – rzuciłam sucho.

Garfield uniósł brew z zaciekawieniem, a Starfire wciąż przyglądała mi się z niepokojem, jakbym miała zaraz paść nieprzytomna. Czułam na sobie badawcze spojrzenia Cyborga i Robina, ale odpierałam je hardym wzrokiem.

– Wszystko w porządku, po prostu medytowałam… w inny sposób – wymyśliłam naprędce.

Czułam się coraz bardziej nieswojo wraz ich narastającą niepewnością. Rozumiałam, że dla Star rytuał mógł wyglądać niepokojąco, zwłaszcza, gdy leżałam nieruchomo, nie odzywałam się i otaczała mnie mroczna aura, ale znali mnie na tyle, by móc uznać to za jedno z moich niecodziennych zachowań.

Kiwnęłam powoli głową, potwierdzając moje słowa i spojrzałam przelotnie na drzwi, dając im do zrozumienia, czego oczekiwałam.

– Zaproś nas następnym razem – rzekł z krótkim śmiechem Beast Boy, wychodząc z pokoju.

Tytani zaczęli powoli wracać do siebie, chociaż widziałam ich ukradkowe spojrzenia przez ramię. Robin stał przez chwilę nieruchomo, jakby oczekiwał ode mnie wyjaśnień.

– Poczekaj – mruknęłam, gdy zmierzał ku wyjściu.

Obrócił się do mnie, potem w stronę korytarza, zamknął drzwi i przekrzywił głowę w wyczekującym geście.

– Inny sposób medytacji, huh? – powtórzył z krzywym uśmiechem błądzącym na ustach.

Przewróciłam oczami i posłałam mu zabójcze spojrzenie. Wyciągnęłam rękę za siebie, przywołałam pelerynę, otuliłam się nią szczelnie i naciągnęłam głęboko kaptur.

– Co się naprawdę stało? – spytał poważnym głosem, przez który przebijała troska.

Podszedł kilka kroków i zatrzymał się przed oddzielającym nas kręgiem.

– Miałam sen – podjęłam, zajmując się sprzątaniem po rytuale. – Albo wizję, sama już nie wiem… Widziałam nowonarodzone demoniczne dziecko. Znowu otaczali mnie jacyś ludzie… – urwałam na moment i przełknęłam rosnącą w gardle gulę. – Obudziłam się i zdałam sobie sprawę, że wszystkie te sny mogły mieć związek z Trygonem.

Sny, ale także prawdopodobnie dziwne bóle, których ostatnio doświadczałam. Sama nie wiedziałam, jakie było ich źródło, ale teraz chyba mogłam zaryzykować stwierdzenie, że była to jeszcze jednak z dróg, którą odbierałam odprawiane rytuały. Największą niewiadomą pozostawał jednak sposób, w jaki w ogóle doszło do tego połączenia.

Westchnęłam, obracając się do niego twarzą. Słuchał z uwagą, stojąc cały czas w tym samym miejscu. Czułam jego zmartwienie, chociaż nie było go po nim widać nawet w najmniejszym stopniu. Otwarł usta, ale uniosłam uciszająco rękę.

– Daj mi skończyć – powiedziałam, siląc się na stanowczy głos. – Przypomniał mi się rytuał, który odprawiali kiedyś wyznawcy Trygona. Przywołanie go, by zasiał swoje nasienie w wybranej kobiecie. Wydało mi się to bezsensu, bo ma już żyjącego potomka. – Wskazałam niechlujnie na siebie. – Ale musiałam się upewnić, że nie ma go na Ziemi, więc odprawiłam rytuał.

– I to widziała Star?

– Tak. – Kiwnęłam głową, postanawiając pominąć fakt, że gdyby nie ona, mogłabym mieć spory problem z powrotem. – Trygona nie było na Ziemi, ale powiedział mi, że ktoś próbował go przywołać.

– Ale po co? – przerwał Robin, rozkładając ręce w pytającym geście.

– Nie mam pojęcia – przyznałam dobitnie. – Myślałam, że kult upadł kilkanaście lat temu, ale wszystko wskazuje na to, że ktoś znowu zaczął interesować się Trygonem.

– Church of Blood? – zasugerował.

Rozłożyłam ręce, nie wiedząc, co powiedzieć.

– Natknęłam się niedawno na dziwne księgi – wyznałam po chwili ciszy. – Nie zdziwiłabym się na ich widok w Azarath, ale na Ziemi…? Księgi napisane w sumeryjskim w zwyczajnej księgarni? W dodatku sprzedawca zachowywał się dziwnie, nie chciał, bym się nimi interesowała. Zbył mnie i kazał przyjść następnego dnia, ale wtedy wykręcił się, że już je sprzedał – odpowiedziałam, równocześnie ponownie zastanawiając się nad całą sprawą.

– Nie dowiedziałaś się niczego o tych księgach?

– Tylko tytuły, ale nie jestem ich pewna. Połączyłam to z kultem Trygona, bo jednej z nich na pewno brzmiał „Naczynie”. Pozostałe kojarzą mi się z poszczególnymi etapami wtajemniczenia. Nie wiem, co to wszystko ma znaczyć, ale powinniśmy jak najszybciej powstrzymać tych ludzi, zanim kolejne kobiety zostaną skrzywdzone – oznajmiłam w dziwnym przypływie siły. – Albo uda im się otworzyć niewłaściwe drzwi – dodałam złowieszczo.

– Powiedz mi tylko, jak mam wytłumaczyć pozostałym, skąd wziąłem te wszystkie informacje? – spytał, krzywiąc twarz w grymasie konsternacji.

Wzruszyłam ramionami. Byłam zmęczona. Astralna projekcja pozbawiła mnie i tak osłabionych ostatnio sił. Myśl o wznowieniu kultu, porwaniach niewinnych kobiet i powstaniu Church of Blood przygniatała mnie i dusiła swoim ciężarem. Czułam się bezsilna. Ledwie pokonywaliśmy jedną przeszkodę, na naszej drodze pojawiało się kilka innych. Moja uwaga dryfowała coraz dalej od pokonania Trygona i koncentrowała się na kwestiach, które okazały się dla mnie równie ważne, ale nie mogłam dzielić sił na nie wszystkie.

– Nie wiem – szepnęłam zmęczonym głosem i pomasowałam skronie. – Zastanawiam się, czy mogłabym odnaleźć miejsce, z którego docierają do mnie te wizje – oświadczyłam powoli, rozważając tę nagłą myśl w głowie.

– Gdzie ostatnio funkcjonował kult? – podrzucił Robin.

– Możliwe, że Gotham – przyznałam po chwili namysłu.

Dick przekrzywił głowę i uniósł brew w zaskoczeniu.

– Moja matka tam żyła i najprawdopodobniej tam przyłączyła się do kultu – wyjaśniłam sucho, nie chcąc zagłębiać się w szczegóły.

Robin kiwnął tylko głową i zanurzył się w intensywnym procesie myślowym.

– Nie jestem pewny, co mam o tym sądzić – wyznał po przeciągającej się chwili milczenia. – Nie mam praktycznie nic, oprócz zgłoszonych zaginięć kobiet. To jedyne, co jest pewne.

Uniosłam brew z niemym pytaniem, które perfekcyjnie odczytał.

– Nie sugeruję, że twoje wizje nic nie znaczą, a księgi to przypadek – powiedział szybko, unosząc ręce w pokojowym geście. – Po akcji z Abaddonem nauczyłem się, że istnieją rzeczy, które sięgają daleko poza moje zdolności poznawcze. Chodzi mi o to, że tylko to jesteśmy w stanie prześledzić i zbadać. Twoje wizje się powtarzają, ale możemy co najwyżej zgadywać ich znaczenie. To samo z księgami. Nie chcę za szybko wyciągać wniosków – tłumaczył spokojnie.

– Trygon potwierdził, że ktoś chciał go przywołać – przypomniałam, czując tlący się wewnątrz mnie początek irytacji.

– Wybacz, ale nie uznałbym go za najbardziej prawdomównego gościa – odparł z przepraszającym grymasem.

Odwróciłam na moment wzrok. Prześledziłam obrzeża usypanego kręgu, który został zaburzony podczas wizyty Tytanów. Czy Robin sugerował, że Trygon mnie zmanipulował? Wyczuł, po co przyszłam, niepostrzeżenie wyciągnął z mojej głowy nurtujące mnie pytania i odpowiedział według moich płonnych nadziei? Ucisnęłam nasadę nosa i zamknęłam na moment oczy. Wszystko zaczynało mnie powoli przerastać. Problem gonił inny problem i żaden z nich nie wydawał się ostatecznie możliwy do zażegnania.

Czy było możliwe, by wszystko zatoczyło tak ogromny krąg i ostatecznie wróciło do punktu wyjścia, którym był Trygon?

Pokręciłam głową z rezygnacją i posłałam Robinowi chłodne spojrzenie. Nie potrzebowałam kolejnej osoby, która podkopywałaby moje zaufanie do siebie i poczucie kontroli nad umysłem. Sama robiłam to doskonale od najmłodszych lat. Zagrożenie dla wszystkich dookoła. Konieczność wyparcia wszelkich emocji i ciągła kontrola, by zapobiec najgorszemu. Nigdy nie mogłam zaufać sobie do końca. A co, jeśli to Trygon mieszał mi w głowie?

– Na pewno coś wymyślimy – powiedziałam obojętnie, byleby przerwać niezręczną ciszę.

Robin trafnie odczytał moje intencje ukryte za tymi słowami. Kiwnął delikatnie głową, obrzucił pokój spojrzeniem i wyszedł, rzucając przez ramię „dobranoc”.

Nie odpowiedziałam. Skupiłam się na oddechu, który nieznacznie przyspieszył. Dostrzegłam płożące się po podłodze macki ciemności, wyciągające zakrzywione haczykowato końce ku Robinowi. Wciąż czułam jego konsternację i cień niepokoju. O mnie? O komplikujące się sprawy?

Westchnęłam. Kontakt z Trygonem ewidentnie mi nie służył. Ze strachem wyczułam, że moja demoniczna strona urosła w siłę. Jakby pochłonęła część energii ze źródła, nakarmiła się jego obecnością. Miałam wrażenie, że wysuwała się z cienia, na jej twarzy gościł złowieszczy uśmiech, jak gdyby przeczuwała mój niepokój i osłabienie.

Czekała cierpliwie, by przejąć kontrolę.

*****

Chyba mnie pogrzało, bo piszę w takim tempie, jak jeszcze nigdy w życiu xD 

Rozdział 23 jest napisany, 24 się pisze, ale mogę zaspoilerować, że wydarzą się w nich ważne dla fabuły rzeczy, więc muszę jeszcze przemyśleć, czy aby na pewno chcę, żeby tak wyglądały.  

Korzystam z weny, póki zaszczyca mnie swoją obecnością :D

Coś czuję, że w lipcu pojawi się jeszcze co najmniej jeden rozdział, przy czym 23 jakimś sposobem ma pięć tysięcy słów xD

wtorek, 22 czerwca 2021

21. WHEN EVERYTHING FALLS APART

 Wstukałam w holograficzną klawiaturę kolejną nazwę. Ekran nad stołem zapełnił się mnóstwem nietrafnych wyszukiwań.

Westchnęłam i przeciągnęłam się. Od kilku godzin przekopywałam Internet w poszukiwaniu odpowiedzi. Skorzystałam z okazji, jaka się akurat nadarzyła. Pozostali Tytani najprawdopodobniej oglądali jeszcze film, więc nikt nie powinien zaglądać do pracowni. No chyba, że Robin. Po nim można było się tego spodziewać.

Przetarłam zmęczone oczy. Tłumaczenie pozostałych tytułów niewiele mi dało. Nie składało się to w żadną spójną całość. Randomowe słowa, które nie łączyły się w sensowny sposób. Zapewne tylko pozornie. Musiałam jedynie znaleźć ukryte powiązanie. Czego nie wzięłam jeszcze pod uwagę?

Nagle drzwi się otworzyły. Wyprostowałam się i spojrzałam pytająco na Victora.

– Dobra… Jesteś ostatnią osobą, której bym się tutaj spodziewał – rzucił, patrząc na mnie z rozbrajającym zdziwieniem. – Pewnie nie widziałaś Robina?

Pokręciłam głową, wygaszając ekran.                                              

– I pewnie nie będziesz chciała mi powiedzieć, czego szukasz? – spytał i oparł się barkiem o framugę.

Znowu pokręciłam głową.

– Jak będziesz potrzebować z czymś pomocy, to wiesz, kogo szukać. – Puścił mi oko i wyszedł.

Włączyłam ponownie ekran i wpatrzyłam się w ciąg pięciu słów. Kruk. Niegodny. Rodzicielka. Kapłan. Strażnik. Z nich wszystkich najbardziej niepokoiło mnie jedno – „Kruk”. Czy faktycznie miało to coś wspólnego ze mną, czy popadałam w paranoję? Trygon nie uznawał imienia, które Arella nadała mi przy narodzinach, a którym i tak posługiwała się tylko ona. Azarathczycy od zawsze zwracali się do mnie „Raven”. Tak samo Trygon… O co tutaj chodziło?

Zamknęłam wszystkie strony, zgasiłam światło i wyszłam na korytarz. Kilka godzin wgapiania się w holograficzne ekrany przyprawił mnie o ból oczu i głowy.

Zatrzymałam się. Wahałam się między powrotem do siebie, a pójściem gdziekolwiek indziej. Beast Boy był już u siebie, Starfire i Robin na dachu, Cyborg kierował się ku niższym kondygnacjom.

Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Chciałam wrócić do księgarni i dokładniej przyjrzeć się książkom, ale przecież nie mogłam włamać się tam w środku nocy.

Stałam tak jeszcze przez chwilę, aż w końcu doszłam do wniosku, że i tak nie było szans na sen, a Starfire i Robin właśnie zeszli z dachu, więc przeniknęłam przez sufit.

Pelerynę porwał gwałtowny powiew. Wiatr miotał włosami dookoła mojej twarzy, ale nie zwracałam na to uwagi. Zawisłam przed krawędzią dachu i wsłuchiwałam się w harmonijny dźwięk niesiony wraz z powietrzem. Fale rozbijały się w dole o wymywany setkami lat skalny brzeg. Rozmyta sylwetka pełnego księżyca drgała na atramentowej powierzchni oceanu, który płynnie przechodził w przetykane nielicznymi gwiazdami niebo, tworząc złudzenie nieprzerwanej, bezkresnej ciemności. Światła bijące od strony miasta, mimo odległości, ukrywały przed moim wzrokiem część z migoczących ciał niebieskich.

Synchronizowałam oddech z rytmem wygrywanym przez fale i oddaliłam się świadomością od otaczającej mnie rzeczywistości. Zanurzyłam się w mroku umysłu.

 

 Przeszyło mnie zimno. Dreszcze przebiegły po całym ciele, na plecach poczułam lodowaty dotyk. Nie mogłam się poruszyć. Jak przez gęstą, zawiesistą zasłonę mgły dostrzegałam jedynie nikłe świecące punkty dookoła.

Ogarnęła mnie całkowita panika. Chciałam się podnieść, ale nie miałam żadnej władzy nad ciałem. Mogłam jedynie zatopić się w dojmującym strachu.

Nagle jedno ze świateł zostało przysłonięte. Ciemny, bezkształtny punkt przesunął się na jego tle i zniknął w otaczającym mnie mroku. Z kolejnymi stało się to samo.

Poczułam czyjąś obecność.

Strach wzmógł się jeszcze bardziej. Mroczne sylwetki przysunęły się bliżej, osaczając mnie. Miałam wrażenie, że przez ścianę paniki i łomoczącego serca przebijają się dziwne, melodyczne szepty.

Światło wystrzeliło ku górze, oślepiając mnie. Wszystko zniknęło.

Wybudziłam się z krzykiem we własnym pokoju.

 

 Zdematerializowałam się. Auto przeleciało przeze mnie i wyrżnęło w asfalt.

Plasmus zabulgotał gniewnie. Tym razem cisnął ogromną kulą żrącego kwasu.

Umknęłam na bok. Wyrzuciłam kilka pocisków, które zniknęły w potworze bez śladu.

– Nie zbliżajcie się do niego! – rozkazał Robin. – Albo was napromieniuje i oparzy! – krzyknął, wykonując potężny zamach.

Po asfalcie potoczyły się metalowe kulki. Gęsty gaz okrył Plasmusa. Na chwilę zapanowała martwa cisza.

Nagle chmurę rozdarła fala mazi.

W sekundę znalazłam się przy Beast Boy’u. Substancja zatrzymała się na tarczy i zjechała z niej z sykiem.

– Dzięki – sapnął zdławionym głosem.

Zamienił się w ptaka i przemknął nad moim ramieniem. Ominął barierę i przeleciał niebezpiecznie blisko gorącego cielska Plasmusa. Gaz tylko jeszcze bardziej rozwścieczył monstrum.

Potwór zamachnął się za nim. Chybił, ale rzucił kulą masy. Pocisk rozprysł się od starboltu. Następne poleciały w kreaturę, ale utonęły w bulgoczącej masie bez śladu.

– Star?! Ty go chyba tylko dokarmiasz! – stwierdził z niepokojem Victor.

Potwór zaczął kroczyć w przeciwnym kierunku, ku Cyborgowi stojącemu na środku ulicy. Wymierzył działo soniczne i czekał, aż Plasmus podejdzie bliżej.

– Trzymajcie dystans! – ryknął z zaułka Robin.

Potwór był niebezpiecznie blisko.

Victor wystrzelił. Wiązka energii przeszyła cielsko na wylot. Leciała prosto na mnie.

Skrzyżowałam ręce przed twarzą. Ledwo zdążyłam stworzyć barierę. Uderzenie zmiotło mnie do tyłu. Wyrżnęłam plecami w bok radiowozu. Coś trzasnęło. Miałam nadzieję, że nie był to mój kręgosłup.

– Raven?!

– Żyję – wymamrotałam, zbierając się z asfaltu.

Zajęło mi chwilę, zanim byłam w stanie nabrać głębokiego oddechu. Żebra wyły z bólu przy najmniejszym ruchu. Wzdłuż kręgosłupa promieniowało nieprzyjemne mrowienie, które sięgało aż do stóp i dłoni. Podniosłam się najszybciej jak mogłam, zanim stałabym się posiłkiem dla Plasmusa.

– Jak mamy z nim walczyć, jeśli nie możemy go dotknąć? – spytał Beast Boy, krążąc ponad naszymi głowami.

– Razem! – odparł Robin.

Wypadł zza zakrętu na motocyklu. Jechał prosto na Plasmusa. Uniknął serii topiących asfalt pocisków. Wyminął go w ostatniej chwili, ciskając czymś w cielsko. Nim zatrzymał się przy mnie, rozległ się wybuch. Lód pokrył jedną stronę potwora, który zawył nieludzkim głosem.

– Teraz! Walcie w zmrożoną część! – rozkazał Robin.

Wzbiłam się w powietrze. Razem ze Star i Cyborgiem zaatakowaliśmy wszystkim, co mieliśmy. Różnokolorowe słupy energii zlały się w jedno. Zastygnięta masa rozprysła się na drobny mak. Potwór runął na bok, nie mogąc utrzymać równowagi na jednej nodze. Rozlał się w bezkształtną plamę, a asfalt syczał od temperatury i kwasów.

Zaczęliśmy ostrożnie zbliżać się do Plasmusa. Nie spuszczaliśmy oczu z gorącej, falującej masy.

– Nie podchodźcie bliżej – powiedział Robin. – Zaraz przyjedzie specjalny transport.

Nagle masa wystrzeliła ku górze. Padliśmy na ziemię. Plasmus wydał bulgoczący odgłos i z rozlanej kałuży zaczął formować się na nowo. Jeszcze gorętszy i jeszcze bardziej rozwścieczony. Zaryczał i wystrzelił na około falę mazi.

Odruchowo wniknęłam w podłoże. Zamieniłam się w kruka i zmaterializowałam w bezpiecznej odległości.

Tytani zdążyli uciec. Potwór ciskał gorącą masą na wszystkie strony. Topił szyby, asfalt i policyjne auta.

– Chyba mam pomysł – oznajmiłam.

Wyleciałam zza ściany. Pozostali obserwowali mnie ze swoich kryjówek. Umknęłam przed gradem pocisków i skupiłam myśli. Otoczyłam Plasmusa grubą bańką materii. Potwór zaczął nacierać jeszcze mocniej. Czułam, jak z każdym uderzeniem drgało moje ciało. Napięłam wszystkie mięśnie i wysunęłam przed siebie ręce. Zaczęłam zbliżać do siebie rozcapierzone dłonie, jednocześnie zacieśniając klatkę.

Przez barierę przedarł się stłumiony ryk. Było coraz mniej miejsca. Potwór utracił ludzką formę i tylko bezkształtna masa wrzała w środku klatki.

Napotkałam opór, którego nie byłam już w stanie przezwyciężyć. Opadłam na kolana, za wszelką cenę próbując utrzymać Plasmusa w środku. Moje ciało drżało z wysiłku. Skuliłam się, wciąż wyciągając ręce przed siebie.

– N-nie… mogę! – Z gardła wydarł mi się charkotliwy krzyk.

– Jeszcze trochę, Raven! – odparł Robin, przebiegając obok mnie. – Zmniejsz go jeszcze trochę i na mój znak, usuń barierę!

Próbowałam odsunąć na bok palący ból. Moje ciało jakby wrzało i rozpuszczało się od wewnątrz. Pot spływał mi do oczu. Kończyny odmawiały posłuszeństwa. Nie mogłam dłużej…

– Teraz! – ryknął Robin.

Puściłam. Opadłam na bok bez życia. Gdzieś w tle rozległ się huk, ale słyszałam to jak przez ścianę. Całe powietrze uszło mi z płuc, a ciało mściło się za ten nieludzki wysiłek obezwładniającym bólem. Poczułam czyjś dotyk, który był jednocześnie niemiłosiernie lodowaty i uśmierzający. Nie miałam sił się temu przeciwstawiać. Świadomość zatraciła się w ciemności.

 

– Dobra, wiem, że już nie śpisz.

Głos przedarł się przez zasłonę snu, całkowicie mnie wybudzając. Nie potrafiłam rozpoznać do kogo należał. Otwarłam oczy.

– Ostatnio coś często tutaj lądujesz – stwierdził Victor i posłał mi cierpki uśmiech.

– Za często – mruknęłam, rozglądając się po skrzydle szpitalnym.

– Możesz sobie poleżeć, jak chcesz. Miałem tylko poczekać, aż się obudzisz i dać znać Cudownemu Chłopcu – oznajmił, wstając ze stojącego obok krzesła.

– Nie ma go w wieży? – spytałam, również się podnosząc.

– Nie, razem z Kori kręcą się po mieście – odparł. – A co, wolałabyś, żeby on przy tobie czuwał? – Poruszał brwiami, uśmiechając się kpiąco.

Zbyłam jego komentarz milczeniem. Wstałam powoli z łóżka i wymijając Cyborga, palnęłam go łapą kruka w potylicę, na co parsknął śmiechem.

– Też cię lubię, Raven – rzucił za mną.

Gdy tylko wyszłam na korytarz, teleportowałam się do mojego pokoju. Zachwiałam się i w ostatniej chwili uratowałam od upadku, podpierając się od szafkę. Zakręciło mi się w głowie, żołądek wywinął się na lewo. Powstrzymałam odruch wymiotny, przymuszając się do spokojnego oddechu. Używanie mocy po takim wysiłku nie było najrozsądniejsze.

Odzyskawszy kontrolę, wyszukałam wzrokiem zegar. Było po trzeciej.

– Ugh – sarknęłam z irytacją.

Miałam iść z samego rana do księgarni i akurat dzisiaj, gdy musiałam zrobić coś ważnego, Plasmus łaskawie opuścił swoją kryjówkę, by zdemolować połowę miasta. No i oczywiście musiałam skończyć tę misję jako nieprzytomna.

Zgarnęłam komunikator, by na wszelki wypadek pozostać w kontakcie i teleportowałam się do miasta z nadzieją, że księgarnia wciąż była otwarta. Nie mogłam zwlekać ani chwili dłużej. Zachowanie mężczyzny wydawało mi się podejrzane i nie mogłam nawet mieć pewności, czy książki nie zniknęły. Było w tym wszystkim coś podejrzanego.

Nabrawszy głęboki oddech, pchnęłam drzwi i weszłam do środka. W środku dostrzegłam dwie osoby, miejsce za ladą było puste. Rozejrzałam się, ale po książkach nie było ani śladu. Nacisnęłam na stojący z boku dzwonek.

Minęło raptem kilka sekund i zza kotary wyłonił się ten sam mężczyzna, co wczoraj. Na mój widok mimowolnie zesztywniał, a przez jego twarz przebiegł grymas niezadowolenia. Szybko przybrał maskę profesjonalisty i siląc się na swobodę, podszedł do lady.

– W czym mogę pomóc? – spytał uprzejmie, ale jego oczy rzucały zza szkieł nieufne spojrzenia.

– Byłam tu wczoraj – oświadczyłam, kładąc dłoń na blacie. – Miał pan interesujące mnie książki, ale były jeszcze niewpisane i miałam po nie wrócić dzisiaj – ciągnęłam, wbijając badawcze spojrzenie w mężczyznę.

– Niestety, ale już je sprzedałem – oznajmił z rozbrajającą szczerością.

Wyprostowałam się i zacisnęłam pięść. Jego słowa uderzyły mnie zdecydowanie mocniej, niż się spodziewałam. Mogłam przypuszczać, że już nigdy więcej nie zobaczę tych książek, a jednak gdzieś głęboko liczyłam, że tak się nie stanie. Sprawa zaczęła śmierdzieć jeszcze bardziej.

Przeciągałam ciszę do momentu, aż stała się niekomfortowo dziwna, rozczytując mieszankę emocji sprzedawcy.

– Szkoda – mruknęłam, odgrywając zawiedzony ton głosu. – Czy mogę liczyć, że pojawią się jeszcze podobne książki? – spytałam, zanim obróciłam się do wyjścia.

Mężczyzna spojrzał na mnie przelotnie, chcąc jak najszybciej odejść.

– Nie nastawiałbym się na to. Takie egzemplarze to rzadkość – odparł i odczekał chwilę, czekając na moją reakcję.

Kiwnęłam tylko głową i wyszłam bez słowa.

Stanęłam na chodniku. Sznury samochodów przesuwały się powoli ulicą, tłum ludzi opływał mnie dookoła, a ja zastanawiałam się, co miałam zrobić. Wyciągnięcie siłą informacji o książkach nie wchodziło w grę. Zostawienie tej sprawy tym bardziej, ponieważ dosłownie zjadłoby mnie to od środka. Czy chciałam zawracać głowę Robinowi? Sama nie wiedziałam, czy to tylko moje paranoiczne myśli, czy prawdziwe podejrzana sprawa.

Wróciłam do wieży, by poszukać informacji o sprzedawcy. Mój plan szybko jednak poszedł w zapomnienie, gdy wyczułam w pracowni Robina. Korzystanie z komputera w salonie, czy stanowiska w laboratorium nie wchodziło w grę, musiałam więc cierpliwie poczekać. 

 

 Zwołane zebranie oderwało mnie od przeszukiwania książek. Teleportowałam się do salonu, gdzie był już Robin.

Pozostali dołączyli szybko, zaciekawieni, nad czym ostatnio Dick spędzał tyle czasu.

– Nie przedłużając – podjął. – Trzęsienia ziemi się nie powtórzyły i nic nie wskazuje na to, byśmy dowiedzieli się czegokolwiek na ten temat. Slade oczywiście zaszył się gdzieś i pewnie nie znajdziemy go, dopóki sam się nie ujawni – mówił niezadowolony. – W bazie danych policji znalazłem jednak to. – Pchnął w naszą stronę plik dokumentów.

Każdy wziął po jednej teczce. W środku trafiłam na zgłoszenie zniknięcia młodej kobiety, zapis z przesłuchań i relacji oraz zdjęcie. Zerknęłam do dokumentów pozostałych Tytanów i napotkałam praktycznie identyczne sytuacje.

– Zgłoszono zaginięcia wyłącznie tych kobiet? – spytał Cyborg, nie do końca rozumiejąc, o co chodzi Robinowi.

– Oczywiście, że nie – sapnął. – Ale te mają wspólny mianownik i pomyślałem, że warto się tym zająć. Wszędzie przewija się ten sam motyw. Relacje z najbliższymi się pogarszają, aż finalnie uciekają z domów bez śladu. Rodziny kilku z młodszych zaginionych zgłaszały też podejrzenia, że ich córki wpadły w ręce jakiejś sekty.

– Myślisz o Church of Blood? – spytał Cyborg. – Nie za szybko, żeby się podnieśli po stracie lidera? Kiedy odnotowano pierwsze zniknięcie?

– Raczej odpada. – Pokręcił głową Robin. – Zaginięcia zaczęły się parę tygodni po śmierci Blooda. Wydaje mi się, że to za szybko, żeby się podnieśli – stwierdził, patrząc przez okno.

– Chyba, że o czymś nie wiemy – wtrąciłam. – Sekty, zwłaszcza tak dobrze zorganizowane jak Church of Blood, mają plan działania na wszelki wypadek. Przywódców może być więcej, a ośrodek na Zandii mógł nie być jedyny.

Tytani popatrzeli na mnie z zaciekawieniem. Pytania krążące w ich głowach dotyczące źródeł mojej wiedzy były wręcz namacalne.

– Nie powinniśmy tak szybko odrzucać tego tropu – ciągnęłam. – Nie znamy ich dokładnej struktury, rytuałów i metod działania. Zaginięcia kobiet mogą oznaczać rekrutację… – urwałam na moment, gdy w mojej głowie przeskoczyła nagle iskra oświecenia. – Albo  przygotowania do jakiejś ceremonii – dokończyłam mechanicznie, chwytając nagłą myśl.

A co, jeśli te książki miały coś wspólnego z jakąś sektą? Ta symbolika. Niepokój księgarza. Fakt, że nie mogłam nigdzie znaleźć żadnych informacji o nich.

Miałam usilną ochotę wrócić do pokoju, by ułożyć wszystko w głowie, ale wzbudziłabym tym niepotrzebne podejrzenia. Zostałam w salonie, jednak myślami byłam zupełnie gdzie indziej, w ogóle nie słuchając dyskusji toczącej się między Tytanami.

– Aż tak przynudzałem, że całkowicie odpłynęłaś?

Nieco rozbawiony głos Robina przywołał mnie do rzeczywistości, wyrywając z intensywnego procesu myślowego.

Pokręciłam głową z roztargnieniem, nasunęłam głębiej kaptur i zanim wyszłam, wymamrotałam pod nosem coś, co miało być przeprosinami. Miałam wrażenie, jakby jego przenikliwy wzrok wbijał się w moje plecy jeszcze daleko za zamkniętymi drzwiami.

 

 Zebraliśmy się w grupkę przy pancernym wozie. Mieliśmy stamtąd dogodny widok na kilkupiętrowy budynek oraz zawieszony ponad nim wojskowy helikopter. Każda sekunda upływała w napiętym oczekiwaniu.

Lina opadła na dach, powiewając na silnym wietrze. Pierwszy żołnierz stanął na nim w przeciągu paru sekund. Zaraz potem następni zjechali bez najmniejszego problemu na dół.

Beast Boy przyglądał się poczynaniom żołnierzy z rozdziawionymi ustami. Wszyscy śledziliśmy z podziwem ich skoordynowane ruchy. W niewyobrażalnie szybkim czasie zamontowali sprzęt i już byli gotowi do zjazdu do wnętrza budynku.

Kilka kolejnych sekund, gładkie wejście przez wybite okna. Dym z granatów i zapewne wystrzały, stłumione przez wycie wiatru i wirników helikoptera.

Przenieśliśmy wzrok na rzędy ekranów wewnątrz furgonetki. Obraz z kamer zamontowanych na kamizelkach żołnierzy jasno wskazywał, że wszyscy terroryści zostali unieszkodliwieni, a zakładnicy byli cali. Było po sprawie.

– My też będziemy mogli wyskoczyć z helikoptera? – spytał Beast Boy z autentyczną nadzieją w głosie.

Jego oczy świeciły w podekscytowaniu i aż przebierał nogami na myśl o szkoleniu z jednostkami specjalnymi. I chociaż był to wymóg nałożony na nas przez rozporządzenie, wszyscy w jakimś stopniu jaraliśmy się na myśl o współpracowaniu ze specjalistami z prawdziwego zdarzenia. Mogliśmy podpatrzeć najskuteczniejsze i najszybsze metody działania, a także nauczyć się działać z jednostkami specjalnymi w zorganizowany, przećwiczony wcześniej sposób. By nie dochodziło więcej do paskudnych w skutkach konsekwencji.

Grupa żołnierzy podeszła do stanowiska. Zakryci od stóp do głów, w pełnym uzbrojeniu i… niezadowoleni?

– Ostatnio było o dwanaście sekund szybciej – stwierdził z naganą w głosie dowódca. – Wiecie, ile w tym czasie zakładników mogłoby zginąć?

Pomimo narzekania i bijącego od nich niezadowolenia, Beast Boy wpatrywał się w postawnych mężczyzn z nabożnym podziwem i ledwo powstrzymywał się przed zaatakowaniem ich swoją paplaniną. Robin i Cyborg przyglądali się z respektem, zawieszając wzrok na nowoczesnym wyposażeniu, a także podziwiając zgranie drużyny. Starfire wydawała się jednocześnie zaciekawiona, ale i skonsternowana. Robin najwyraźniej nie skupiał pełnej uwagi na żołnierzach, ponieważ wyłapał zmarszczkę zastanowienia, która wypełzła na jej czoło.

– Coś nie tak, Star? – zagadnął cicho, by nie przeszkadzać narady trwającej obok.

– Zastanawia mnie, czy zawsze rozwiązujecie sprawy w ten sposób – odparła powoli, przyglądając się karabinom i pasom wyładowanym najrozmaitszą bronią. – Mam na myśli, że zawsze wpadacie z bronią w ręku, bez jakichkolwiek negocjacji? Rozumiem potrzebę doskonalenia bojowych umiejętności, to godne pochwały, ale na Okaarze, oprócz szkolenia na doskonałego wojownika, równie ważnym było nauczenie wartości swojego, ale i cudzego życia. By znać sens w toczonej walce, znać współczucie i kompromis – mówiła z narastającą w głosie pasją, a także sentymentem na myśl o przeszłości. – Nie widzę tego tutaj. Od razu posuwacie się do ataku. A co, jeśli jest on niepotrzebny? – skończyła, wprawiając nas w niemałe osłupienie.

Robin nabrał głęboki oddech, otwarł usta, ale zaraz je zamknął. Zagryzł mocno szczękę, namyślając się. Kori zawsze miała wyczucie czasu do zadawania takich pytań.

– Gdy sytuacja na to pozwala, są podejmowane negocjacje – odparł po chwili wyrozumiałym głosem. – Jednak nie zawsze jest taka możliwość. Czasami nie ma na to czasu, a najważniejsze jest uratowanie niewinnych ludzi. Przestępcy wiedzą, na co się godzą, wybierając taką, a nie inną ścieżkę. I nie zawsze jest to kilka lat w ogrzewanej celi z trzema posiłkami dziennie – dodał nieco oschle.

Kori popatrzyła na niego, przygryzając dolną wargę. W jej oczach przeskakiwały pojedyncze iskierki frustracji. Dlaczego zadała to pytanie właśnie teraz?

– Może ci ludzie podjęli złą decyzję, ale to nie pozwala nam na umniejszanie wartości ich życia. Nawet jeśli stwarzają zagrożenie dla innych, jesteśmy właśnie od tego, żeby pomóc także im – odparła z pewnością w głosie. – A w takich sytuacjach – machnęła ręką w stronę budynku do ćwiczeń – nie dajemy im na to szansy.

Przyglądaliśmy się tej wymianie zdań z zaciekawieniem. Kątem oka dostrzegłam, że nawet żołnierze także w jakimś stopniu się przysłuchują. Robin już miał się odezwać, ale przerwał mu donośny, stawiający do pionu głos dowódcy.

– Wariant siódmy! Macie minutę na przygotowanie! – zagrzmiał do żołnierzy. – Wy także! – dodał, gdy nie zareagowaliśmy.

Starfire patrzyła na Robina jeszcze przez parę sekund, ale ten już sprawdzał wyposażenie pasa, ignorując ją.

Miałam wrażenie, jakby od jakiegoś czasu wisiało między nimi napięcie, z którego powstawał coraz grubszy mur.

 

 Niezwłocznie stawiliśmy się w salonie na kolejny tego dnia alarm.

– Mamy pięciu uciekinierów z konwoju – oznajmił Robin bez owijania. – Gizmo, Jinx, Mammut, Doctor Light i Psimon.

Na imię ostatniego przestępcy przez plecy przebiegł mi lodowaty dreszcz, a włoski na całym ciele stanęły dęba. Miałam nadzieję więcej się z nim nie spotkać. Najwyraźniej liczyłam na zbyt dużo.

– Mieli być przewiezieni, ale zaatakowano konwój – informował pospiesznie. – Policja już ich szuka, a wojsko ma dołączyć. Dostaliśmy zielone światło do wkroczenia.

Na te słowa czekaliśmy. Pospieszyliśmy na zewnątrz.

Już z daleka dało się zauważyć dwa helikoptery mknące ponad obrzeżami miasta. Zmierzały ku Golden Gate, gdzie skierował się cały pościg.

Przecięliśmy miasto, a Robin dołączył do nas w niebotycznie krótkim czasie przy wjeździe na główną drogę. Kierowcy hamowali i zjeżdżali na boki w panice przed szarżującymi przez most dwoma furgonetkami. Zaraz za nimi przedzierał się ogon wyjących, błyskających kolorowymi światłami wozów policyjnych. Helikoptery dotrzymywały kroku zbiegom, ale było zbyt niebezpiecznym, by próbować ich zatrzymać w tym momencie.

– Nie strzelajcie, póki są na moście! – rozkazał Robin, przekrzykując pęd powietrza. – Za nim policja postawiła barierę. Raven, leć tam na wszelki wypadek. Reszta, dopilnujemy, żeby po drodze nikogo nie skrzywdzili.

Odłączyłam się od lecącej obok drużyny, przemieniłam w astralną formę i pognałam ku końcowi monstrualnej konstrukcji.

Z daleka dostrzegłam mur ustawionych w poprzek drogi wozów. Między nimi kręcili się niczym mrówki ubrani na czarno ludzie. Uwijali się przy montowaniu bariery. Im byłam bliżej, tym wyraźniej widziałam ustawione w linii betonowe zapory. Jak oni chcieli tym zatrzymać dwa potężne, rozpędzone furgony?

Wylądowałam obok radiowozów. Otrzymałam kilka przelotnych spojrzeń, ale wszyscy byli zbyt zajęci, by poświęcić mi więcej uwagi.

Ostatnie osoby uwijały się przy przytwierdzaniu do podłoża betonowych barier. Inna grupa wracała z większej odległości. Najwyraźniej tam też coś montowali.

– Gar, uważaj! – wydarł się w komunikatorze Victor.

Drgnęłam odruchowo. Chciałam poderwać się do lotu i pomóc.

– Łapcie to auto! – ryknął Robin.

Zamarłam. Dostałam polecenie, by zostać przy barierze. Musiałam przypilnować, by zbiedzy zostali zatrzymani, a jednak nie potrafiłam znieść myśli, że coś mogło się przytrafić Tytanom.

– Beast Boy, weź chłopaka, ja zajmę się rodzicami! – poleciła zdyszana Starfire.

– Muszę im zaufać – przekonywałam się, mamrocząc pod nosem.

– Odsunąć się! – ryknął ktoś przez megafon.

Policjanci zaczęli usuwać się z pobliża zapór. Potok aut za naszymi plecami został przezornie wstrzymany w dużej odległości. Helikoptery zbliżały się ponad mostem w naszą stronę.

Zza wzniesienia wyłoniły się noszące ślady uderzeń furgonetki. Minęły w sekundę zatrzymane przy krawędziach jezdni auta. Zaraz za nimi pokazał się rząd policyjnych aut, a gdzieś między nimi sunął Robin.

Nagle pierwsza furgonetka podskoczyła. Zarzuciło nią na bok, prawie tarasując drogę. Kierowca błyskawicznie odzyskał panowanie nad autem, ale z drugim wozem stało się to samo. Usłyszałam wystrzał opon, metalowy zgrzyt i furgon zatańczył dookoła. Zatrzymał się w poprzek i runął na bok, niesiony siłą pędu. Pościg zatrzymał się za nim i dopadł do dymiącego auta.

Jednak druga furgonetka wciąż się toczyła. Z mniejszą prędkością, ale nieubłaganie sunęła w naszą stronę.

Spięłam mięśnie, by być gotową zareagować w każdej chwili.

Głuche dudnienie zbliżało się z sekundy na sekundę. Furgon był coraz bliżej. Wyczułam poruszenie wśród policjantów. Napływ niepewności.

Przez szybę dostrzegłam twarz kierowcy. Równocześnie uderzyła mnie znajoma energia. Tysiąc myśli jednocześnie przepłynęło mi przez głowę. Jechali zbyt szybko, by bezpiecznie zatrzymali się na zaporze!

Pochwyciłam pojazd w pozornie ulotną, cienką powłokę energii. Poczułam ogromny napór. Napięłam wszystkie mięśnie, jakbym fizycznie próbowała zatrzymać rozpędzony pojazd. Stęknęłam z wysiłku. Wysunęłam przed siebie drżące ręce.

Auto wyhamowało na styk przed barierami.

Upadłam na kolana. Pociemniało mi przed oczami. Jak przez mgłę widziałam biegnących ku furgonowi policjantów. Ktoś chwycił mnie delikatnie za ramię i pomógł wstać.

Powoli doszłam do siebie. Ledwo mogłam odnaleźć się w otaczającym mnie chaosie. Widziałam oba zatrzymane furgony, ale ludzie biegali w popłochu, jakby coś się stało. Zmrużyłam oczy, by wyostrzyć obraz.

Po przeciwnym pasie ruchu przemieszczała się grupa ludzi. Od razu rozpoznałam ogromnego Mamuta. Zgarnął auto niczym zabawkę i cisnął nim w unoszącą się w powietrzu Star. Zwinnie uniknęła pocisku i oddała serią starboltów, które jednak nie zrobiły żadnego wrażenia na gigancie.

Poderwałam się do lotu. Tytani w mgnieniu oka pojawili się obok.

Uciekinierzy zmierzali ku wylotowi mostu. Tylko Jinx stała niewzruszona. Cyborg już zamierzał się nią swoim działem.

Nagle rozległ się przerażający trzask. Most drgnął. Dudniący, wprawiający w wibracje ciało i umysł dźwięk przetoczył się po konstrukcji.

Wszyscy zamarliśmy.

– Zabierzcie wszystkich! – ryknął Robin.

Huk pękających lin. Kolejne drgania i wżynający się w uszy bolesny jęk mostu.

Ludzie wypadali z aut w panice. Inni ruszali z piskiem opon, taranując się nawzajem. Następny uskok konstrukcji zwalił z nóg uciekających.

Zignorowaliśmy zbiegów. Wszyscy rzuciliśmy się do ratowania ludzi.

Star i Beast Boy uwijali się w powietrzu, wynosząc cywilów poza most. Ja przenosiłam ich we wnętrzu emanacji, a Robin i Cyborg uwalniali nieszczęśników z zablokowanych aut.

Kolejna lina zerwała się z trzaskiem. Metalowy splot runął w dół. Zarył w ziemię, tnąc na pół samochody.

Spojrzałam z niepokojem na pozostałe liny. Kilkumetrowe pęknięcia, usiane na asfalcie niczym pajęczyna, rozszerzały się coraz bardziej. Drgania przeradzały się w miarowe falowanie. Konstrukcja nie była w stanie znieść takich przeciążeń. Kolejne liny były na granicy wytrzymałości. Część mostu mogła w każdej chwili runąć do wody.

Wzleciałam ponad poziom najbliższego pylonu. Zamknęłam oczy. Rozpostarłam  ręce, jakby chcąc objąć całą szerokość mostu. Poczułam, jak energia sunie ku moim dłoniom. Każde jej wzburzenie, przyjemne mrowienie pod skórą. Czarne nici wysunęły się z opuszków palców i wystrzeliły niezliczoną ilością ku mocowaniom. Gęsta, a jednocześnie ulotna atramentowa sieć zaczęła oplatać pękające liny, spajając je w jedno. Napięły się ponownie, biorąc na siebie ciężar sypiącego się do wody mostu.

Każde drgnięcie, każdy krok i każdy odpadający odłamek rezonował poprzez gęstą sieć. Nici wprawione w ruch, niczym struny, przenosiły falowe fluktuacje wprost do mojego ciała. Drżenie wrzynało się po skórę, parząc od wewnątrz. Najmniejszy ruch mostu wydawał się rozciągać napięte do granic możliwości pojedyncze włókna mięśniowe.

Pot spływał mi po czole prosto do oczu. Coraz trudniej łapało mi się oddech. Przez dudnienie pulsującej w szaleńczym tempie krwi przebijały się krzyki ludzi pode mną. Zacisnęłam pięści, jakbym chwytała mocniej niematerialne linii wrzynające się w skórę dłoni. Napięłam mięśnie, by przyciągnąć je chociaż minimalnie ku sobie. By most utrzymał się choć moment dłużej. By wszyscy zostali ewakuowani.

Sekundy wydawał się przeciągać w godziny. Drgania mostu wygrywały nieziemsko bolesną melodię na moich mięśniach. I nagle przez kakofonie dźwięków przebił się ten jeden wyczekiwany głos Robina:

– Wszyscy bezpieczni.

Momentalnie rozluźniłam wszystkie mięśnie. Energia rozpłynęła się w nicość. Nie miałam siły, by utrzymać się w powietrzu chociaż sekundę dłużej.

Opadłam bezwładnie w pustkę pode mną, zatracając się w ciemności.

*****

Jest za gorąco na jakikolwiek mądry komentarz xD