czwartek, 24 grudnia 2020

15. MISSION COMPLETE

 
Przez moje ciało przemknął dreszcz. Mięśnie skurczyły się boleśnie. Poderwałam się gwałtownie i otwarłam oczy. Oślepiło mnie światło, a do uszu wdarł się nieznośny pisk. Stęknęłam.

– Nie wstawaj. – Przedarło się do mnie jak przez ścianę.

Poczułam rękę na ramieniu, która pchała mnie w dół niczym kilkutonowy ciężar. Opadłam bezwładnie na miękkie podłoże, wypuszczając powietrze z płuc.

Pisk powoli ucichł, a jego miejsce zajęły odgłosy krzątania i miarowe pikanie. Wspomnienia zaczęły wracać do mnie niczym fala tsunami. W pierwszej chwili nie chciałam uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Emocje przytłoczyły mnie, przyprawiając o jeszcze silniejsze rozsadzanie czaszki. Jęknęłam.

– Co…? – sapnęłam słabym głosem.

Nie byłam w stanie uspokoić myśli i sklecić sensownego zdania. Ponowiłam próbę otwarcia oczu. Światło nie było już tak mocne. Nade mną rozpościerał się gładki sufit z długimi świetlówkami. Uniosłam głowę. Byłam w skrzydle szpitalnym naszej wieży. Znajome otoczenie, maszyny i monitory uspokoiły mnie trochę.

– Powiedziałem, żebyś nie wstawała. – Głos Robina dochodził z pokoju przylegającego do sali.

Lekko kręciło mi się w głowie, a całe ciało paliło, jakby wewnątrz mnie szalał  żywy ogień. Odgarnęłam kołdrę. Spod szpitalnej koszuli wystawały szarawe, pokryte to płytkimi, to głębszymi, gojącymi się powoli ranami nogi. Wspomnienia koszmarów powróciły ze zdwojoną siłą. Podciągnęłam kolana pod brodę i nerwowo okręciłam się kołdrą. Przez całe moje ciało przechodziły dreszcze. Oddech spłycił się, a pikanie maszyn przyspieszyło.

– Raven? – rzucił zaniepokojonym głosem Robin.

Pędem wypadł z magazynu i dopadł do mojego łóżka.

– Co się dzieje?

Schowałam twarz w pościeli i wplotłam palce we włosy. Nie byłam w stanie stwierdzić, czy bardziej bolało mnie fizycznie, czy psychicznie. Poczułam dotyk na ramieniu. Gwałtownie odsunęłam się w przeciwną stronę, o mało nie spadając z łóżka.

– Rachel, spokojnie – powiedział łagodnym głosem. – Jesteś w wieży, nic ci nie grozi – zapewniał.

Powoli unormowałam oddech. Resztkami sił zablokowałam napływ emocji i wspomnień. Nie byłam w stanie tego przetworzyć.

Uniosłam wzrok. Twarz Robina zamarła w wyrazie napięcia i niepokoju.

– Gdzie są pozostali? – szepnęłam jedyne, co przyszło mi na myśl.

– Są tutaj – machnął ręką, wskazując za płachtę parawanu. – Powoli dochodzą do siebie.

Zapadła cisza przerywana regularnym pikaniem. Teraz wychwytywałam także trzy odrębne rytmy.

– Możesz… - zaczęłam niepewnie. – Dać mi coś na sen? – spytałam i spuściłam wzrok.

– Oczywiście – odparł bez wahania.

Zniknął na chwilę w magazynie i wrócił z napełnioną strzykawką.

– Daj lewą rękę – polecił, wyciągając dłoń w moją stronę.

Wysunęłam równie pokaleczoną co nogi kończynę. Dick sprawnie wstrzyknął substancję przez otwór w wenflonie.

– Odpocznij – powiedział z nutą troski w głosie i odszedł.

Wykonałam polecenie bez najmniejszego oporu.

 

 Obudziłam się wyspana jak chyba jeszcze nigdy w życiu. Nie spodziewałam się, że środek podany przez Robina mógł być tak skuteczny. Zero koszmarów, zero snów, zero przebudzania się.  A jednak szara rzeczywistość zaatakowała mnie bez zawahania. Szpitalna sala, charakterystyczny zapach powietrza i natłok myśli, który wlał się do uspokojonego umysłu.

– Wyspana? – powitał mnie pogodnym głosem Robin.

Stał przed łóżkiem z rękami zaplecionymi na klatce piersiowej, ale bez tego upartego, wymownego znaczenia.

– Czym mnie wczoraj naszprycowałeś? – spytałam.

– Żeby to było wczoraj – odparł z uśmieszkiem ni to pobłażliwości, ni złośliwości. – Przespałaś prawie trzydzieści godzin.

Uniosłam brwi ze zdziwieniem.

- I nawet nie myśl, że pozwolę ci to brać regularnie – dodał surowo, jakby czytając mi w myślach.

Byłam aż tak przewidywalna?

– Mogę iść do siebie? – rzuciłam po chwili ciszy.

– Twoje wyniki są na tyle dobre, na ile mogą być w takim stanie, więc jeśli czujesz się na siłach, to jasne, możesz iść. Już cię uwalniam.

Sprawnie wyjął wenflon, odpiął wszystkie czujniki i wyłączył urządzenia.

– Dałbym ci twój strój, ale niewiele z niego zostało – powiedział z nutą zażenowania. – Pasek i pierścionek odniosłem ci do pokoju.

– Jasne… - Opuściłam nogi na zimną posadzkę. – A propos stroju… - powiedziałam nieco niepewnie. – Byłaby szansa na wprowadzenie w nim paru zmian?

- Nie ma problemu – odparł po chwili milczenia, podczas którego pewnie przeanalizował dziesiątki przyczyn mojej prośby. Mogłam się założyć, że znalazła się wśród nich również ta trafna. – Powiesz mi, co chcesz zmienić i się tym zajmę.

Kiwnęłam głową i postanowiłam wstać. Nogi ugięły się pod ciężarem ciała i poleciałam do przodu jak kłoda. Robin błyskawicznie mnie złapał.

– Może jeszcze trochę tu zostaniesz? – zaproponował.

Pokręciłam przecząco głową.

– Moja regeneracja jest osłabiona – mruknęłam pod nosem.

– To może cię zaniosę? – rzucił z nutą niepewności.

Podniosłam na niego mordercze spojrzenie, ale po chwili namysłu skapitulowałam. Nie uwłaczało mi to na tyle, by zrezygnować z zamknięcia się we własnym pokoju.

– Dobra – sapnęłam zrezygnowana.

Przez jego twarz przemknął cień szelmowskiego uśmiechu. Zgromiłam go wzrokiem i pozwoliłam wziąć na ręce.

– Nawet się nie odzywaj – zagroziłam szorstkim głosem.

W odpowiedzi zaśmiał się cicho.

– Pozwolisz, że jednak złamię twój nakaz – odezwał się, gdy znaleźliśmy się w windzie. – Nie chcę cię na razie męczyć, ale… musisz mi wyjaśnić parę rzeczy. I to najlepiej jak najszybciej. Cyborg jest już na chodzie, Beast Boy w zasadzie też, tylko Star jeszcze dochodzi do siebie. Jeszcze nie pytali, ale… czy wiesz, jak się wydostaliście?

Spuściłam wzrok. Do czego on zmierzał? O co mu chodziło? W sekundę stanął mi przed oczami obraz emanacji Trygona, która pojawiła się, gdy resztki energii ulatywały z mojego ciała i byłam na granicy między życiem a śmiercią. Chyba znalazłam odpowiedź na nurtujące mnie pytanie. Nie mogłam umrzeć. Trygon nie zaprzepaściłby jedynej okazji, jaka mu się nadarzyła i czuwał nad tym, bym dożyła do czasu jego przyjścia. Przerażało mnie to.

– Nie zastanawiałam się nad tym… – odparłam powoli.

– Jeśli czujesz się na siłach, to możemy porozmawiać teraz. Jeśli nie, okej, rozumiem, ale nie możesz tego odwlekać, chociaż wiem, jak bardzo nie lubisz takich rozmów – mówił spokojnym tonem.

Winda dotarła na piętro mieszkalne. Robin stanął przed drzwiami mojego pokoju.

– Czy zezwalasz mi na przekroczenie progu twego pokoju? – spytał teatralnym tonem.

Przewróciłam oczami i kiwnęłam głową na zgodę.

– To jak, teraz, czy później?

Położył mnie na zasłanym łóżku. Próbowałam zebrać myśli, co szło mi dosyć topornie.

– Nie ma sensu tego odkładać… - odparłam z niechęcią. – Daj mi tylko chwilę, przebiorę się.

– Jasne – powiedział i ruszył w stronę wyjścia. – Podać ci coś, czy sobie poradzisz?

– Nie jestem kaleką! – sarknęłam i siłą woli rzuciłam w jego stronę praktycznie wypaloną świeczką.

Pocisk wylądował kilka metrów przed nim i ledwo dotoczył się do stóp Robina. Parsknął tylko śmiechem, postawił świeczkę na półce i wyszedł.

– Zawołaj, gdy będę mógł wejść! – rzucił przez drzwi. – Albo gdy się zaplączesz w pelerynie!

Sapnęłam tylko i przewróciłam oczami, czego i tak nie mógł przecież zobaczyć.

 

 Zawołałam go, gdy nie bez problemów zdołałam się przebrać. Wszystko mnie bolało, a skóra piekła nawet pod najmniejszym dotykiem.

– Nie oczekuję, że będziesz chciała opowiadać o tym, co się tam stało. Od żadnego z was tego nie oczekuję, widziałem tylko skutki i nawet nie chcę sobie wyobrażać, co do nich doprowadziło – podjął powoli, z namysłem dobierając słowa. – Może na wejściu zaznaczę, że to od ciebie dostałem… Mentalną wiadomość… Wizję? – zawahał się. – Gdy sam jeszcze byłem w szpitalu, miałem sen. Nie umiem tego za bardzo opisać. Nawet nie tyle co widziałem, ale wiedziałem, że jesteście w niebezpieczeństwie – urwał, czekając na moją reakcję.

Podciągnęłam kolana pod brodę i uciekłam wzrokiem w bok. Nie pamiętałam, bym się z nim kontaktowała…

– Nie wiem… Naprawdę nie wiem. Mogłam wezwać pomoc nieświadomie, w akcie desperacji – odparłam po chwili. – Moja podświadomość uznała, że byłeś właściwą osobą, z którą kontakt był ułatwiony przez wcześniej utworzone połączenie – wyjaśniłam. A przynajmniej próbowałam.

– Okej. – Kiwnął głową i usadowił się wygodniej na kufrze. – Pomijając to, jak się dostałem na Zandię i pomijając powód tego porwania. Tym zajmiemy się później. Nie wiem, ile pamiętasz z tej ceremonii, ale czy jesteś w stanie mi wyjaśnić, kim... – Podrapał się po karku. – Czym był ten stwór?

Zapadła cisza. Co miałam mu powiedzieć? Prawdę? Skłamać? Półprawdę? Prędzej czy później ten temat by wrócił. Nie mogłam wiecznie uciekać, zwłaszcza w łgarstwa. Odetchnęłam głęboko i zebrałam resztki pewności siebie.

– Ta bestia, o której mówisz – podjęłam, cały czas się wahając. – To Trygon. Demon. Zdobywca światów. To, co widziałeś, było tylko emanacją, nie było go tam fizycznie.

Zamilkłam. Czekałam. Czekałam, aż przeanalizuje informacje i wyciągnie prawidłowe wnioski. Bo zawsze takie były.

– Jesteś półdemonem. – Myślał na głos. – Nie znam się na tych sprawach, ale jakiś demoniczny anioł stróż, chroniący cię przed złem, nie wchodzi w rachubę, prawda? – spytał z jakąś dziwną nutą nadziei.

Pokręciłam głową ze zrezygnowaniem.

- To twój ojciec – rzucił cicho, chociaż te słowa były dla mnie jak wystrzał z armaty. Całej artylerii armat.

Tym razem kiwnęłam twierdząco. Poczułam dreszcze przebiegające wzdłuż pleców. Wyginałam nerwowo palce.

– Zdobywca światów… Czy to ma coś dla nas znaczyć? Nie do końca rozumiem.

– Ja… On… - plątałam się. Sapnęłam.

– Jeśli nie chcesz o tym rozmawiać, nie musimy.

– Nie – rzekłam, siląc się na stanowczy ton. – Nie ma sensu dalej tego ukrywać… Jestem jego przepustką do tego świata. Dzięki mnie dostanie się tutaj i zniszczy ten wymiar – wypaliłam na jednym wdechu, zanim zdążyłabym się rozmyślić.

Robin milczał. W słabym świetle dostrzegłam, że przez jego twarz przemknął cień niepewności. Odchylił się lekko do tyłu.

Robiło mi się na przemian zimno i gorąco. Oparłam czoło na kolanach. Nie chciałam patrzeć na jego twarz. Wystarczyło mi, że czułam bijące od niego dezorientację i zaniepokojenie.

Zaczęłam wyrzucać sobie, że nazbyt się pośpieszyłam. Nie było dobrym pomysłem mówienie o tym. Liga odrzuciła mnie tylko i wyłącznie ze względu na demoniczne pochodzenie. Co by zrobili, gdyby dowiedzieli się, że jestem dzieckiem Trygona?

– Twój ojciec, demon, zagraża naszemu światu? – spytał po chwili ciszy, która ciągnęła się niczym nieskończoność.

– Yhym – mruknęłam przez ściśnięte gardło.

– Wiesz, kiedy się to wydarzy?

Uniosłam wzrok. Jak zawsze opanowany i logicznie myślący. Marszczył czoło, ale jego twarz była niewzruszona. Jego spokój udzielił mi się. Westchnęłam.

– Wiem, że to wyznanie było dla ciebie trudne i doceniam, że mi zaufałaś. Jeśli nie chcesz, nie powiem na razie reszcie – zapewnił wyrozumiałym głosem.

Kiwnęłam powoli głową.

– Około moich osiemnastych urodzin… Został nieco ponad rok – odparłam.

Znowu zapanowała przytłaczająca mnie cisza.

– Nie wyrzucisz mnie? Nie zamkniesz gdzieś głęboko, w najbardziej strzeżonym więzieniu? – spytałam z niedowierzaniem i niezrozumieniem, że przyjął to tak spokojnie.

– Dlaczego miałbym… To nie twoja wina, Raven. Bo to nie ty o tym zadecydowałaś, prawda? Pomogę ci. Wszyscy ci pomożemy. Nie zostawimy cię z tym samej. Znajdziemy sposób na zapobiegnięcie temu – zapewnił. – Nic nie jest przesądzone.

Zacisnęłam pięści na pościeli. Miałam ochotę go zwyzywać. Naiwny! Zdawało mi się, że nie dotarł do niego sens moich słów. Nie miałam jednak sił tłumaczyć mu tego. Jeszcze nie. Czułam jednak, jakby zniknęła część monstrualnego ciężaru, który od zawsze dźwigałam.

– Nie powiem o tym reszcie. Ty decydujesz. Za oficjalną wersję przyjmiemy, że wezwałaś mnie i z nieoczekiwaną pomocą Deathstroke’a zlikwido… On zlikwidował – poprawił się – Blooda, a co za tym idzie, cały interes Vertigo powinien upaść razem z Kościołem Krwi. Przynamniej jedno powinno być względnie z głowy, ale nie daje mi spokoju to, co zrobił Slade – rzucił, bardziej jakby do siebie, niż do mnie. – Dziękuję.

Uniosłam brew. Momentami mój zmęczony umysł nie nadążał za nim.

– Za co? – palnęłam.

– Że mi zaufałaś – odparł i uśmiechnął się nieznacznie.

Zostawił mnie samą z tymi słowami, odbijającymi się echem w moim umyśle.

 

 Kilka następnych dni upłynęło nam na regeneracji. Robin powiadomił władze miasta o ograniczonych możliwościach działania drużyny, wybierał się samotnie na patrole i braliśmy tylko udział w mniejszych akcjach, a i to nie całą piątką. Jak nigdy do tej pory, naprawdę nam odpuścił i chociaż przechodziło to ciężko przez gardło, autentycznie się o nas troszczył.

W zamyśleniu przesunęłam czarnego gońca. Cyborg pochylił się nieznacznie nad planszą i mruknął przeciągle. To mogła być już dziesiąta partia rozgrywana w totalnej ciszy, ale dawno przestałam liczyć. Powoli się ściemniało, chociaż dni były dłuższe i jakby na przekór panującej w wieży atmosferze, słoneczne. Wyjrzałam przez przeszkloną ścianę na panoramę miasta. Rozmyślałam o wszystkim i niczym, błądziłam po zakamarkach zmęczonego umysłu. Zmęczonego koszmarami, które dręczyły mnie każdej nocy jeszcze bardziej, niż przed porwaniem.

– Twój ruch. –Cichy głos Victora przywrócił mnie na ziemię.

Przeanalizowałam szachownicę. Ułożyłam plan w głowie. W trzech ruchach doprowadziłam do matu, jak przy każdej partii. Cyborg westchnął zrezygnowany.

– Nie mam z tobą szans… - mruknął i kiwnął głową. – Dzięki.

Złożyłam planszę i schowałam figury.

– Zapomniałbym. – Victor zawrócił w połowie drogi do kuchni. – Robin chciał zrobić dzisiaj spotkanie – oznajmił. – Za jakieś piętnaście minut w zasadzie – dodał po chwili.

Kiwnęłam głową. Poszłam do swojego pokoju, po drodze mijając Starfire, której skóra dopiero co odzyskała ten charakterystyczny, pomarańczowy odcień. Nawet nie chciałam myśleć, co mogło się stać, gdyby w porę nie otrzymała energii z promieni słonecznych. Posłała mi nikły, smutny uśmiech.

Zostawiłam szachy w pokoju i niezbyt chętnie skierowałam się do pracowni Robina. Od kilku dni prześladowało mnie silne uczucie deja vu.

Weszłam do przyciemnionego pokoju. Nad stołem wyświetlał się hologram ze ścianą tekstu, a w dolnym rogu zminimalizowane nagranie ataku na naszą wieżę. Zrobiło mi się słabo na myśl, jakich rzeczy dopuszczał się wtedy demon, który przejął kontrolę.

Zawisłam w pozycji lotosu w kącie i tylko obserwowałam pozostałych. Robin oparł się pięściami o blat i zaczął mówić:

– Rozumiem, że możecie nie chcieć wracać do tego, co wydarzyło się na Zandii. – Omiótł nas badawczym spojrzeniem. – Dlatego nie będę przedłużał. Chcecie wiedzieć, co działo się, gdy byliście nieprzytomni?

Po chwili zawahania każde z nas powoli pokiwało głowami. Robin przedłożył taką wersję streszczenia, jaką omówił ze mną. Najpierw w powietrzu zawisło napięcie, ale gdy usłyszeliśmy fragment o Deathstroke’u, cała trójka wydała zgodny okrzyk zdziwienia.

– Trochę się w tym pogubiłem – przyznał Beast Boy, drapiąc się po karku.

– Czyli miałem rację! – krzyknął tryumfalnie Victor, celując palcem wskazującym w Robina.

Dick kiwnął głową, jednak nie był tak usatysfakcjonowany.

– To nie wróży dobrze – mruknął. – Jeśli Slade wplątuje się w takie układy, to możemy się po nim spodziewać wszystkiego. Zdziwiło mnie to, że uczestniczył w tym w tak otwarcie. Nie krył specjalnie tożsamości Deathstroke’a, odkąd zaczął działać pod tym pseudonimem, ale mimo wszystko… - urwał i oparł podbródek na pięści. – No ciężko było nawet o jego zdjęcia, bo gość jest tak wyszkolony. Zawsze w cieniu, bez zostawiania zbędnych śladów, a tutaj…

– Może pomińmy to na razie i spróbujmy złożyć w całość wszystko, co do tej pory zebraliśmy? – zaproponowała Starfire i podeszła do stołu. – Mamy handel Vertigo, dwa ataki na wieżę, żołnierzy-marionetki, śmierć Abaddona – wyliczała, a mnie przeszedł niemiły dreszcz po plecach na wspomnienie o Halu. - Kościół… - urwała i spojrzała pytająco na Robina.

– Kościół Krwi i Brother Blooda, jego założyciela – odparł. – Handel Vertigo służył zdobywaniu wyznawców, z których Blood czerpał energię. Albo coś w tym stylu, nie znam się na tym – powiedział i wskazał na mnie.

Wszyscy przenieśli wzrok w moją stronę. Poczułam się nieswojo, będąc w centrum uwagi

– Byłoby mi łatwiej powiedzieć, gdybym była przytomna – odparłam obojętnie. -  Albo gdybyśmy tam wrócili i zbadali to miejsce.

– Niegłupi pomysł – wtrącił Victor.

– Mnie zastanawia, dlaczego zostawili w spokoju Robina? – wtrącił Beast Boy, bawiący się rękawiczką.

– Może nadinterpretuję, ale co, jeśli specjalnie chcieli nas pozbawić lidera? – odparł z namysłem Cyborg. ­– Czy atak na bank mógł mieć jakikolwiek związek z Kościołem Krwi?

– Nie sądzę. Robin oberwał przez moją nieuwagę, nie atakowali go bezpośrednio – stwierdziła Starfire, spuszczając wzrok.

– No to czemu go pominęli? – pytał uparcie Beast Boy.

– Bo jest tylko człowiekiem – wtrąciłam obojętnym głosem.

Cztery zaciekawione spojrzenia przeniosły się na mnie. Robin przekrzywił głowę i oparł się o stół. Kiwnął na znak, bym kontynuowała.

– Zakładając, że Blood chciał pozyskać z nas energię, to Robin miałby jej niewiele więcej, niżeli zwykły śmiertelnik – wyjaśniłam i wzruszyłam ramionami.

– Brzmi logicznie – mruknął Victor. ­– Skorzystali z okazji. Sorry, Cudowny Chłopiec tym razem nie był gwoździem programu – rzucił ze złośliwym uśmieszkiem, ale Robin zignorował zaczepkę.

– Wracając – powiedziała stanowczo Starfire, unosząc rękę dla zwrócenia naszej uwagi. – Wyczyszczenie umysłów to sprawka Abaddona. Jego śmierć – najprawdopodobniej Slade’a, który działał dla Blooda, pozyskując mu wyznawców?

Robin kiwnął głową.

– Mogę się też założyć, że to Abaddon dostarczył informacji o nas. Dostęp do wieży, nasze zdolności i jak je unieszkodliwić. A potem się go pozbyli, bo przestał być im potrzebny.

– Skąd niby miał wiedzieć takie rzeczy? – rzuciła Starfire.

– Z umysłu Raven – odparł i po raz kolejny przeniósł spojrzenie na mnie.

Opuściłam wzrok. Miał mi to za złe?

– Czyli zamknęliśmy ich interes? – Beast Boy przerwał chwilę ciszy.

– Na to wygląda. Blood nie żyje. Obawiam się jednak, że jego wyznawcy mogą sobie poradzić bez niego – odparł Robin i sapnął.

– Próbuję znaleźć cokolwiek o nich, ale cały czas rozbijam się o ślepe zaułki – mruknął Cyborg, wpatrując się martwo w przestrzeń. – Nic konkretnego, wszystko owiane tajemnicą – dodał z przekąsem.

– Może powinniśmy ich obserwować z ukrycia? – zaproponował Beast Boy, przerywając Robinowi niecierpliwe stukanie w blat.

– Na razie stracili przywódcę. Musimy mieć na nich oko, by wiedzieć, jeśli się reaktywują – zapewnił stanowczo. – Jednak mamy większy problem. Deathstroke – wymówił złowieszczo.

– Ej, a co, jeśli on wszystkich wykiwał i cała ta współpraca to był zwykły pic na wodę fotomontaż? – palnął nagle Beast Boy.

– To też bardzo niegłupi pomysł – podchwycił z uznaniem Victor i klepnął Garfielda w plecy. Trochę za mocno, bo Beast Boy aż stęknął z bólu. – Jest najemnikiem. Tutaj niby taka współpraca, a potem jeb! Morduje Blooda, by… - urwał i mruknął niezadowolony.

– No właśnie, i co? – spytał Robin i skrzyżował ręce. – Nie dostał zapłaty, więc się tak odpłacił? Wątpię, by dał się tak wrobić. Dodatkowo ściągnął sobie teraz na łeb sektę z setkami, jeśli nie tysiącami wyznawców – myślał na głos.

– To brzmi trochę dziwnie, ale… - podjęła Starfire z wahaniem.

Robin machnął ręką, zachęcając ją do kontynuowania.

– Najpierw nas dostarczył Bloodowi, ale może miał większy interes w tym, by jednak nas uratować? Wziął wynagrodzenie i zerwał umowę?

– Kłócili się – rzucił Robin.

– Co? – spytał Victor.

– Przed samą ceremonią. Pokłócili się o coś – wyjaśnił. – Mam też dziwne wrażenie… - urwał i potarł kant szczęki – Że poszło mi za łatwo.

– Co sugerujesz? – podchwyciłam.

Propozycja Deathstroke’a nie dawała mi spokoju. Robinowi też wyraźnie coś nie pasowało w całej sprawie. Czego nie dostrzegaliśmy? O czym nie wiedzieliśmy?

– Że albo udało mi się to cudem, w które nie wierzę albo ktoś mi to ułatwił – odparł dobitnym głosem.

– I myślisz o Wilsonie? – spytał sceptycznym tonem Victor. – Po co by to robił?

Podszedł do stołu, oparł się naprzeciwko Robina i pochylił w jego stronę, jakby chciał spojrzeć mu głęboko w oczy.

– Nie mam pojęcia – wycedził, zaciskając mocniej pięści. – I tego chcę się dowiedzieć.

Znowu cisza. Przepełniona domysłami, niewypowiedzianymi pytaniami i rosnącym napięciem.

– Tooo – mruknął przeciągle Beast Boy po chwili. – Co teraz?

– Na ten moment? Wracamy do normalnej pracy. Zajmiemy się pozostałymi dilerami Vertigo, pomożemy zamknąć sprawy zaginionych ludzi. A Deathstroke? Czekamy, ale na pewno nie bezczynnie. Będziemy przygotowani na wszystko – odparł stanowczo, wyprostowawszy się. – Możecie iść.

Coś mnie gryzło w jego zachowaniu.

Pierwszy ulotnił się Beast Boy, zaraz potem Victor. Miałam wrażenie, jakby Starfire czekała, aż wszyscy opuszczą pomieszczenie, ale widząc, że ja też się ociągałam, wyszła bez słowa.

– Mówiąc „czekamy” miałeś na myśli „czekacie, a ja dokopuję się do tajnych akt Pentagonu”? – spytałam zaczepnie.

Spojrzał na mnie i skrzyżował ręce.

– Czasami zastanawiam się, czy zwyczajnie nie siedzisz mi w myślach? – rzucił podejrzliwym tonem.

–  Batman nie szkolił cię na odpieranie takich ataków? – spytałam ni poważnie, nie dla żartu.

– Wiesz, że nie odpuszczę. Nie mogę czekać. Muszę być kilka kroków przed nim, by móc wcześniej zareagować – mówił tonem, jakby tłumaczył się z czegoś złego. – Zwłaszcza, że na ten moment to on jest daleko przed nami.

Kiwnęłam głową. Zastanawiałam się, czy powiedzieć mu o tym, że Deathstroke wiedział o Trygonie. Niepokoiło mnie to. Domyślałam się, że tę informację dostarczył mu Abaddon, ale dlaczego tak na mnie naciskał? Co chciał osiągnąć? Powiedziałam już tyle Robinowi… ale z drugiej strony tylko dołożyłabym mu nierozwiązanych spraw. W końcu nic się nie stało… To mogło zaczekać.

– Nad czym tak myślisz? – wyrwał mnie z chwilowego zawieszenia.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Milczałam za długo, bym zabrzmiała wiarygodnie, ale musiałam jakoś wybrnąć.

– Może… Chciałam iść dzisiaj na patrol.

Jego twarz zaczęła przybierać ten charakterystyczny wyraz troski, do której niekoniecznie chciał się przyznać.

– Tak, wolę to, niż koszmary – oznajmiłam, zanim zdążył się odezwać. – Nawet bez siedzenia ci w głowie wiem, co sobie pomyślałeś – dodałam szybko.

Odpowiedział krzywym i nieco szelmowskim uśmiechem. Pokręcił głową z politowaniem i wzruszywszy ramionami, powiedział:

– Jeśli tylko nie planujesz spadać nieprzytomna z dachu, to chętnie cię wezmę.

Posłałam mu zabójcze spojrzenie. Parsknął i machnął ręką w dziwnym geście. Zostawiłam go samego, otoczonego przez hologramy.

 

– I jak sprawuje się nowy strój? – spytał, przerywając panujące od dłuższego czasu milczenie.

Odruchowo spojrzałam w dół, taksując przylegający materiał, na który padał blask czerwonego neonu z przeciwnej strony ulicy. Zmiana nie była ogromna. Postanowiłam po prostu dodać garderoby i wzmocnień. Czułam się lepiej z całkowicie zasłoniętymi nogami oraz plecami. Rękawiczki zastąpiłam rękawami zaczepianymi o palce, by było jeszcze wygodniej i praktyczniej. Wciąż mogłam także nosić pierścień od Azar.

­­– Jest okej – odparłam po chwili, gdy dogoniłam go na następnym dachu.

– Widzę, że wręcz nie możesz ukryć ekscytacji – rzucił z cieniem ironicznego uśmiechu.

Przewróciłam oczami. Bez słowa weszliśmy na wybetonowany plac otaczający jakąś starą fabrykę z dwoma wysokimi kominami.

– Jakiś powód, dlaczego tu przyszliśmy? – spytałam, posuwając się wzdłuż ściany w ślad za Robinem.

– Przeczucie? – odparł i uniósł rękę do góry.

Zatrzymaliśmy się. Wychylił się zza rogu, by mieć lepszy widok na częściowo oświetlone tyły budynku.

Nagle, jakby z opóźnieniem wyczułam silną energię. Blisko. Niebezpiecznie blisko.

– Co jest? – mruknęłam.

Nim zdążył zareagować, dotarło do nas zza pleców:

– A kogo my tu mamy?!

Obróciliśmy się błyskawicznie. W półmroku dostrzegłam opierającą się o ścianę z pełną nonszalancją chudą, czarnoskórą, łysą kobietę. Obok mnie szczęknął metal. Kątem oka dostrzegłam małe, pędzące punkciki. Pod nogi kobiety upadło kilka kulek i nim zdążyła się ruszyć, przemknęły między nimi oślepiające wiązki prądu. Wrzask przebił się przez trzaski wyładowań.

– Gdzie pozostali? – rzucił głośno i stanowczo, podchodząc do kobiety.

Odpowiedziała jedynie złośliwym śmiechem, pozostając wciąż na czworakach. Dyszała ciężko. Czułam bijącą od niej energię. Złą energię.

– Mam wezwać pozostałych? – spytałam Robina telepatycznie.

Drgnął lekko, odzwyczajony już od tego sposobu komunikacji. Zawahał się na moment, jednak kiwnął nieznacznie głową na zgodę. Kobieta przeniosła na mnie zaciekawiony, ale i ironiczny wzrok.

Nie zdążyłam połączyć się z kimkolwiek. Potężne uderzenie w plecy zwaliło mnie z nóg. Stęknęłam, wpadając na ścianę. Rozległa się seria przytłumionych wystrzałów. Potem huk. Zadzwoniło mi w uszach. Wstałam chwiejnie, podpierając się o ścianę.

– Raven, zasłona!

Wykonałam polecenie bez namysłu. Wzniosłam niewielką kopułę, zapewniającą bezpieczeństwo mi i Robinowi, który stał obok.

– Zajmij czymś dziewczynę, ja wezmę pozostałych – polecił zdyszany. – I wezwij resztę! – dodał, wyrywając się do przodu.

Bariera zniknęła. Różowa wiązka energii rozświetliła plac. Uskoczyłam na bok, ale momentalnie spadła na mnie kupa gruzu z rozwalonej ściany. Zamroczyło mnie. Dziewczyna zaśmiała się głośno. Posłałam na oślep serię kul, kierując się słuchem. Trafiłam. Poderwałam się na nogi i wytworzywszy łapy kruka, pomknęłam w jej stronę. Nim zdążyła się podnieść, pochwyciłam ją i cisnęłam na ścianę. Wykorzystałam chwilę oddechu na wezwanie reszty. Wysłałam najsilniejszą mentalną wiadomość, na jaką było mnie stać.

Kątem oka dostrzegłam Robina. Coś wybuchło mu pod nogami. A potem z chmury dymu zaszarżowała na niego kupa mięśni. Nie zdążył uskoczyć. Upadł, przyciśnięty przerośniętym mutantem.

Chwila dekoncentracji. Niewidzialny mur zmiótł mnie z nóg. Piszczało mi w uszach. Dziewczyna stanęła nade mną, bawiąc się różową energią otaczającą jej dłoń. Z ruchu warg wyczytałam zaklęcie. Spięłam się do skoku. I nagle zielona kula śmignęła mi przed oczami, a zaraz z nią Starfire. Z rozpędu wpadła na kobietą. Przeleciały przez plac i wbiły się w ścianę.

– Odsiecz przybyła! – wydarł się Beast Boy.

Przemienił się w nosorożca i zaszarżował na wielkoluda, który próbował trafić Robina. Cyborg zajął się karłem.

Uwięziłam w energetycznym kaftanie nieprzytomną, leżącą pod wgniecioną ścianą dziewczynę. Z przewagą liczebną szybko unieszkodliwiliśmy pozostałą dwójkę, wezwaliśmy specjalne służby i dopilnowaliśmy transportu do więzienia.

– To ta trójka zaatakowała bank, gdy wy balowaliście u Doom Patrolu – oznajmił kwaśno Robin. Wytarł obitą twarz w rękawiczkę i splunął krwią. – I nie, nie mam wam tego za złe – dodał, gdy oburzony Beast Boy chciał się odezwać.  – Dzięki za szybką pomoc.

– Co oni tam w ogóle robili? – spytałam, gdy uzbrojeni po zęby strażnicy przepuścili nas przez szereg wzmacnianych bram.

– Nie mam pojęcia – odparł z rozbrajającą szczerością Robin.

– To dlaczego my się tam znaleźliśmy? – ponowiłam próbę wydobycia informacji, dotrzymując mu kroku.

- I tak musimy tam wrócić. Chcę coś sprawdzić – odparł, nie patrząc na mnie. – Teleportujesz nas do wieży?

Sposób, w jaki wymijał odpowiedzi irytował mnie. Zresztą nie tylko mnie, bo pozostali też nie byli usatysfakcjonowani jego wyjaśnieniami. Byliśmy drużyną, ale Robin czasami, jakby z przyzwyczajenia, chciał robić wszystko samemu. Nikt nie miał ochoty o tym z nim dyskutować. Bez słowa przeniosłam nas do salonu.

 

 Ocknęłam się z kolejnego koszmaru. Omiotłam wzrokiem pogrążony w mroku pokój. Echa piekielnych obrazów przebijały wciąż ze świata snów, bawiąc się moimi lękami. Zapaliłam światło. Odgarnęłam splątane włosy, przetarłam spocony kark i wygramoliłam się z kołdry. Bez większego namysłu narzuciłam pelerynę na piżamę i nie patrząc w lustro, wyszłam z pokoju. Nie spodziewałam się o tej godzinie spotkać kogokolwiek. Musiałam coś ze sobą zrobić. Choćby i miało to być przespacerowanie się po ogarniętej ciszą wieży.

Zawahałam się. Spojrzałam przez ramię na drzwi mojego pokoju.

– Już mi kompletnie odbija – mruknęłam zirytowana i ruszyłam przed siebie.

Przemierzałam ciąg korytarzy, starając się oczyścić umysł z wszelkich myśli. Nim się zorientowałam, wylądowałam przed szerokimi drzwiami skrzydła szpitalnego. Nogi same mnie tutaj skierowały.

– Moja podświadomość mnie kiedyś wykończy – sapnęłam.

Stałam chwilę bez ruchu. Wejść, czy nie wejść? Kradnięcie leków po nocach nie wydawało mi się najrozsądniejszym pomysłem. Poza tym, nawet nie wiedziałam, czego miałam szukać. Biłam się z myślami jeszcze przez moment, aż ostatecznie postanowiłam wyjść na dach.

Chłodne podmuchy wiatru rozwiały moją pelerynę i omiotły odkryte ciało, przyprawiając o gęsią skórkę. Niewielki sierp Księżyca zniknął za pędzącymi po czarnej tafli nieba chmurami. Usiadłam nad krawędzią, spuściłam nogi i odchyliwszy się do tyłu, poczęłam przyglądać się nielicznym gwiazdom, których blask zdołał przedrzeć się przez zasłonę. Odpędzałam natrętne myśli o koszmarach, Trygonie i torturach, które przesuwały mi się przed oczami, jak poszarpane chmury dryfujące na niebie. Zachodziłam w głowę, kim była osoba, która była w stanie tak namieszać w moim umyśle? Świadomość, że był to ktoś znacznie silniejszy niż Abaddon wzbudzała we mnie niepokój.

Błądząc myślami gdzieś daleko, spostrzegłam pierwsze promienie słońca wychylające się nieśmiało zza odległego horyzontu. Kładły się na gładkiej tafli wody, sprawiając wrażenie, jak gdyby była ona krwistoczerwona. Widok bezkresnego, płonącego oceanu przyprawił mnie o złe skojarzenia. Przed oczami stanęły mi obrazy końca świata. Rok. Został trochę ponad rok do moich osiemnastych urodzin. Przez ciało przebiegł nieprzyjemny dreszcz, ale byłam pewna, że nie był on spowodowany chłodnymi powiewami wiatru. Przytłoczyły mnie złe wspomnienia.

– Rok – rzuciłam z niedowierzaniem w przestrzeń.

Wiatr porwał moje słowo, które zniknęło w rytmicznym szumie fal uderzających o brzeg wyspy. Nie byłam nawet pewna, czy naprawdę je wypowiedziałam. Wolałam jednak wyprzeć ten fakt ze świadomości. Przybyłam tu, by walczyć. Tytani mieli mi w tym pomóc.




czwartek, 3 grudnia 2020

14. SOUND OF SILENCE

  Otaczało mnie światło. Wszystko było skąpane w jasności, która zdawała się dochodzić zewsząd. Przestrzeń ciągnęła się jakby w nieskończoność i brak było w niej jakichkolwiek punktów, na których można było zawiesić oko.

Chciałam zacisnąć powieki, ale dopiero teraz dotarło do mnie, że byłam ledwie świadomością, umysłem, a nie fizycznym bytem. Gdzie byłam? Co się stało? Ile czasu minęło? Jeśli miałam rację i egzystowałam jako astralna emanacja, musiałam jak najszybciej wrócić do ciała, bo mogło się to dla mnie skończyć tragicznie.

Byłam uwięziona. Zero czucia, dźwięków, rzeczy. Wydawało mi się, że krzyczałam, ale do uszu wdzierała się tylko głucha cisza. Gdybym była w ciele, pewnie dostałabym ataku paniki. Serce biłoby niebezpiecznie szybko, oddech stałby się płytki i urywany, a mnie ogarnąłby lęk przed śmiercią. Ale tutaj tak nie było. Tu… było jakby poza czasem i przestrzenią… I nic nie zapowiadało jakiejkolwiek zmiany…

 

 Starfire wydała po raz wtóry bitewny okrzyk i posłała słup energii w drzwi. Upadła ze zmęczenia na kolana. Zapanował półmrok, powietrze wciąż falowało od gorąca, ale wzmacniane drzwi pozostały nienaruszone.

Rzuciła wiązankę najgorszych tamarańskich przekleństw i spróbowała wstać. Nie udało jej się. Nie miała pojęcia, jak długo próbowała już się wydostać, ale czuła, że opadała z sił. Ogromny wysiłek i brak słońca powoli i nieubłaganie odzierały ją z energii. Jeśli w najbliższym czasie jej skóra nie otrzymałaby chociaż promyczka światła, mogło się to skończyć tragicznie.

 

 Beast Boy zawarczał. Dźwięk odbił się echem od gładkich ścian. Był zamknięty w puszce. Dosłownie. Otaczały go jedynie zimne, metalowe powierzchnie, zarówno pod łapami, nad głową, jak i wokół, których nie naruszyły nawet ostre pazury.  Zero drzwi, zero okien. Żadnych dźwięków dochodzących z zewnątrz. I tylko nietknięte truchło jakiegoś niewielkiego zwierzęcia w najdalszym kącie. Beast Boy nie chciał się do niego zbliżać za żadne skarby, ale niepatrzenie nie wystarczyło. Powietrze w klitce zdążył już zdominować mdlący smród rozkładu.

Z potężnego tygrysa zamienił się w zlęknionego kota. Wcisnął się w kąt i znieruchomiał. Nie pozostawało mu nic innego, jak czekać… Na wyrok.

 Cyborg ocknął się. A tak mu się przynajmniej wydawało. Świat przed oczami był jedną, wielką, rozmazaną plamą, w dodatku… tylko jakby połową. Spróbował zamrugać. Wytężył umysł, by włączyć chociażby podstawowe funkcje systemu, ale nic się nie zadziało. Obraz nie wyostrzył się, nie pokazał się także interfejs.

Ludzkie oko powoli przyzwyczaiło się do półmroku. Spróbował się rozejrzeć. Było to jedyne, co mógł zrobić. Z przerażeniem stwierdził, że nie miał władzy nad ciałem. Chciał szarpnąć się, ale ani drgnął. Nagle usłyszał metaliczny brzęk. Miotał wzrokiem na wszystkie strony, ale nie mógł niczego dostrzec. Dźwięk powtórzył się. Ogarnęło go przerażenie. Kolejny trzask. Pomieszczenie utonęło w ostrym świetle. Zamknął oko… i już go nie otworzył.

 

 Ciałem Robina szarpnął nagły skurcz. Wybudził się gwałtownie i nabrał powietrza, jakby właśnie wynurzył się po wielu minutach z wody. Był równie mocno zlany zimnym potem. Przez chwilowe oszołomienie przebiło się nieznośne pikanie. Urządzenie do pomiaru pracy serca wskazywało ostrzegawczo zbyt wysokie parametry.

Robin odgarnął wilgotną kołdrę i spróbował się skupić. Złapać jak najwięcej urywków snu, zanim kompletnie przepadłyby w czeluściach umysłu. Nigdy jeszcze nie doświadczył czegoś takiego… Nie potrafił uchwycić sensu, nie wiedział, co się działo, ale wyraźnie… czuł obrazy. Na myśl przyszła mu Raven i jej empatyczne zdolności. Czuł ból, dezorientację, wszechogarniający strach i… gniew. I nie były one jego. Czy to była jakaś wiadomość od Raven? Nic z tego nie rozumiał.

Był tak zamyślony, że nawet nie zauważył, gdy do sali wszedł pielęgniarz, by sprawdzić jego stan.

– Muszę wyjść – wychrypiał Robin.

Gwałtownie zerwał się z łóżka. Zbyt gwałtownie. Ledwo zaleczone rany dały o sobie znać i lider poleciał jak długi na posadzkę. Stęknął. Pielęgniarz bezzwłocznie usadził go z powrotem na materacu.

– Nie możesz – powiedział stanowczym głosem. – Dostałem polecenie, by w żadnym wypadku cię nie wypuszczać.

– Od kogo niby? – sarknął w odpowiedzi, stawiając opór przed ponownym położeniem się.

– Od Batmana – odparł.

– Mam go w dupie – warknął Robin i odepchnął od siebie mężczyznę tak, że ten upadł na podłogę. – Coś się stało Tytanom. Muszę to sprawdzić – rzucił twardo, zrywając elektrody i gwałtownie wyrywając z przedramienia wenflon.

Zgarnął z szafki swoje rzeczy i zostawiając pielęgniarza w całkowitym osłupieniu, wyszedł.

 

 Tak bardzo chciałam, by się to już skończyło. Bym mogła odpocząć. Choćby i miało to oznaczać śmierć. Wszechobecna jasność przygniatała mnie. Cisza napierała ze wszystkich stron. Wieczność…

Coś… zaczęło się zmieniać. A może były to moje urojenia? Blask jakby przygasł. Pojawiła się czerwona poświata. To nie mogło być prawdziwe… Znikąd otoczyły mnie płomienie. Nie było pożogi. Nie było trzasku iskier. Tylko głucha cisza i ogień nieubłaganie zbliżający się do mnie. Języki buchały na wszystkie strony. Nie było góry, nie było dołu. Moja świadomość, ogień i cisza.

Nagle wszystko zniknęło. Mrok pochłonął płomienie. Poczułam się… lepiej. Bezpieczniej. W końcu coś, co nie było mi obce. A jednak wciąż tkwiłam zawieszona gdzieś poza rzeczywistym światem.

Huk. Pierwszy dźwięk od, wydawało mi się, że wieczności, ogłuszył mnie, jednocześnie rozpraszając otaczającą ciemność. Uchwyciłam się tego bodźca. Musiałam dotrzeć do jego źródła.

Robiło się coraz jaśniej. Miałam wrażenie, jakbym… urzeczywistniała się. Powracała do świata żywych. Usłyszałam kolejny trzask. Wraz z nim przyszło oślepiające światło. Syknęłam i odruchowo zacisnęłam powieki. Tym razem nie był to tylko wytwór mojego umysłu. Powróciłam do ciała. Czułam, słyszałam, widziałam.

– A już myślałem, że się nie obudzisz.

Głos przesycony chłodem  wżynał się w moje uszy i rozsadzał głowę. Zmusiłam się do otwarcia oczu. Otaczała mnie przytłaczająca biel. Gdzieś naprzeciwko majaczyła ciemna, rozmazana plama przypominająca człowieka.

– Kim jesteś? – wychrypiałam pierwsze, co przyszło mi na myśl.

– Ta informacja nie jest ci do niczego potrzebna – odparł męski, niski głos. Plama przybliżyła się do mnie. – Za to ja z wielką chęcią dowiem się paru rzeczy od ciebie – wysyczał mi prosto do ucha, powodując ciarki.

Chciałam się odsunąć, ale napotkałam tylko zimną ścianę. Nagle zdałam sobie sprawę, że byłam praktycznie naga. Poziom adrenaliny błyskawicznie podskoczył. Wzrok w końcu się wyostrzył. Mężczyzna odziany w bojowy strój kucał obok mnie. Mogłam się założyć, że uśmiechał się paskudnie pod podzieloną pionowo czarno-pomarańczową maską.

– To jak, odpowiesz mi grzecznie na kilka pytań?

Spróbowałam poderwać się na nogi. Bezskutecznie. Moje ciało ledwo drgnęło. Byłam wyczerpana. Mężczyzna dostrzegł to i zaśmiał się ochryple.

– Nawet nie próbuj wstawać. Nie marnuj sił.

Przysunął się jeszcze bliżej i delikatnie dotknął mojej kostki. Przeszły mnie ciarki. Przesuwał powoli po skórze chropowatymi opuszkami rękawic.

– Więc jesteś córką Trygona… - podjął.

Zatkało mnie. Gardło ścisnęło się i oddech ugrzązł mi w piersi. Fala paniki rozlała się po moim ciele i wypełniła umysł.

– Byłoby wielką szkodą, zmarnować taki potencjał… Zwyczajne wykorzystanie twojej energii byłoby ujmą. Co powiesz na współpracę? – spytał, świdrując mnie lewym, jedynym okiem.

Oparłam się spojrzeniu, jednak nie mogłam znieść dotyku jego dłoni, która kreśliła bezkształtne wzory na poharatanej skórze. Całkowicie mnie to rozpraszało i wręcz przerażało. A najgorsza w tym wszystkim była bezsilność.

– W takim razie przejdźmy do następnego pytania. – Wstał gwałtownie i wyciągnąwszy zza pleców lśniącą katanę, zaczął się jej przyglądać jakby od niechcenia. – A może raczej propozycji. Zabiorę cię stąd. I uwierz, że inna opcja ucieczki nie istnieje.

Zamilkł. Ociężale przetwarzałam jego słowa. Ledwo łączyłam myśli w jakąkolwiek spójną całość.

– Gdzie w ogóle jestem. I gdzie są pozostali? – spytałam, siląc się na stanowczy głos.

Zatrzymał się w pół kroku. Pogładził w namyśle błyszczące ostrze.

– Nie odpowiedziałaś… W takim razie dam ci czas do zastanowienia, jednak radziłbym nie odwlekać decyzji – rzucił chłodno.

Skierował się do przeciwległej ściany, z której znikąd wyodrębniły się przesuwane drzwi. Przez ledwie moment mogłam dostrzec pogrążony w półmroku korytarz. Zanim ponownie otoczyły mnie nieskazitelnie białe i całkowicie gładkie powierzchnie doprowadzające do szału, usłyszałam szorstkie „zamknij ją”. Nim zdążyłam chociaż zastanowić się nad sytuacją swoją, czy przyjaciół, znowu zostałam siłą zaciągnięta do wnętrza umysłu. Na tortury.

 

Chciałam krzyczeć. Wyć z rozpaczy, bólu i bezsilności. Otoczona przez piekielne płomienie i smród siarki oraz… ciał. Palonych ciał. Ciał moich przyjaciół.

Łzy paliły mnie w policzki bardziej niż ogień. Zalała mnie fala furii. Nie myślałam o żadnej kontroli, tylko o zemście. Podniosłam nienawistne spojrzenie na Trygona szydzącego ze mnie. Jego trzy pary oczu jaśniały w mroku.

– Jak mówiłem, tak zrobiłem. Zawszę dotrzymuję obietnic, nie wiesz, córko? – Jego głos grzmiał, jakby dochodził zewsząd. Zwielokrotniony przez ściany jaskini niósł się i wwiercając się przez uszy, rozsadzał głowę.

– Nie jesteś moim ojcem! – ryknęłam.

Poczułam, jak moja forma zmieniła się na demoniczną. Jak pojawiła się dodatkowa, paląca para oczu, skóra nabrała czerwonego koloru, a moc buzowała, wydzierając się spod kontroli. Chciałam to zatrzymać. Nie mogłam stać się taka, jak on. Ale Trygon już przejął kontrolę. Zdobył nade mną władzę. Musiałam się poddać.

Wszystko zniknęło. Nie byłam w stanie powiedzieć, który już raz z rzędu. Choć było tak realne, rozpłynęło się jak sen. A raczej koszmar. Pozostały jednak przygniatające emocje i obrazy.

– Skończ – szepnęłam, osuwając się na podłogę.

Ledwo usłyszałam otwieranie się drzwi. Mężczyzna podszedł do mnie, przykucnął i szarpnął do góry za włosy. Stęknęłam.

– Przyznam, że z tobą jest największy problem. Żadnych wyraźnych słabości, które można wykorzystać. Żadnych fizycznych ułomności. Nawet największych koszmarów. A tu proszę, takie nieoczywiste, ale jakie proste. Największą torturą dla ciebie, jesteś ty sama – wysyczał z dziką satysfakcją. – To już ostatnia szansa. Przystajesz na moją propozycję?

Milczałam. Nie miałam siły mówić. Byłam wyczerpana psychicznie i fizycznie.

– No cóż… Szkoda. Taka potęga pójdzie na przemiał razem z innymi śmiertelnymi duszyczkami. Trochę to haniebne, nie uważasz?

Puścił moje włosy i odszedł. Zdołałam jedynie dosłyszeć niezadowolone „kończymy to, bo nic z niej nie zostanie dla Blooda” i znowu zapanowała hucząca w uszach cisza. Zwinęłam się w zbolały kłębek i pogodzona ze wszystkim, co miało nadejść, spróbowałam zapaść w normalny, wolny od koszmarów sen.

 

 Robin nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Fakty docierały do niego w dziwnym, zwolnionym tempie. Może po części przez wciąż niecałkowicie zaleczone urazy, a może też przez to, że zwyczajnie było to zbyt absurdalne. No bo jak inaczej można było odbierać hasła płynące ze wszystkich stacji telewizyjnych, bijące z każdej gazety i wrzeszczące na każdym kroku newsy na smartfonach o ataku na wieżę Tytanów i porwaniu czwórki z nich? Totalny absurd.

Wyrzuty sumienia zżerały go od środka. Czy był im aż tak niezbędny? Co mogłaby pomóc jego obecność przeciw takiej chmarze napastników, jaką widział na zdjęciach pokazywanych w mediach? Może i by ich nie ochronił, ale byłby razem z nimi. Ktoś uznał, że drużyna była na tyle osłabiona, by przypuścić atak. I nie było to nic nieprzemyślanego. Robin nie chciał przyznać tego przed samym sobą, ale napawało go lekkim strachem myślenie o tym, jak wszystko było doskonale zorganizowane. Od samego początku. Ledwo udało mu się ich wyśledzić. Teraz musiał działać w pojedynkę. Plan, a w zasadzie wielką improwizację obmyślał podczas podróży na Zandię. Obiektywny obserwator zapewne miałby wiele epitetów opisujących to, co zamierzał zrobić, zaczynając od lekkomyślności, przez ryzykanctwo, na zwykłym debilizmie kończąc. On sam nie miał pewności, którego by użył. A może wszystkich na raz? Zakradanie się i odbijanie z tajnej placówki w pojedynkę czwórki przyjaciół. Będąc zranionym. Bez żadnego rozeznania. A co lepsze, rzekoma tajna kryjówka, jak się okazało, należała do legendarnego Kościoła Krwi, w którego istnienie Robin jeszcze do niedawna wątpił. A nawet zaprzeczał, ale musiał na nowo zweryfikować swoje poglądy.

 Wysiadł ze sfatygowanej motorówki na jeszcze bardziej zapuszczony pomost. Nim zdążył podziękować, starzec zdążył już odpłynąć w pośpiechu. I tak był jedną osobą, która zgodziła się podrzucić go tak blisko celu. Oczywiście za stosowną opłatą, nie zadając niewygodnych pytań.

Między Zandią, a wysepką, na której znajdował się Dick było jakieś półtora kilometra odległości. Oczywiście do pokonania wpław. Bez większego ekwipunku, bez dania się wyśledzić. Mogło się wydawać to czymś łatwym, zwłaszcza, jeśli nie miało się pojęcia o całodobowych, doskonale zakamuflowanych patrolach, pułapkach, broniach i innych wszelkiej maści zabezpieczeniach przez nieproszonymi gośćmi. Na pewno nie była to bezludna wyspa, na jaką Zandia miała wyglądać z lotu ptaka.

Robin sprawdził, czy wszystko było na swoim miejscu i przystąpił do przeprawy.

 

 Otwarłam oczy. Płonna nadzieja, że wszystkie te zdarzenia, które ciągnęły się w nieskończoność, były tylko wyjątkowo realnym i jednym z gorszych koszmarów, zniknęła razem z dostrzeżeniem ścian, sufitu oraz podłogi oślepiających swoją bielą. Miejscami zakłócały ją zaschnięte plamy krwi. Nie byłam nawet pewna, kiedy się tam znalazła, ale przypuszczałam, że mogłam odreagowywać psychiczne tortury, sprawiając sobie fizyczny ból, który był łatwiejszy do zniesienia.

Drzwi otwarły się. Nie miałam nawet siły podnieść głowy. Udało mi się tylko dostrzec dwie osoby ubrane w ciemne szaty. Bezceremonialnie szarpnięto mną do góry. Nie byłam w stanie ustać. Zwisałam bezwładnie podtrzymywana za rozpostarte ramiona. Całe ciało paliło, ale ten ból nie mógł się równać ze spustoszeniem w moim umyśle. Czułam się złamana. Zgnieciona i zdeptana. Wewnętrznie martwa. Tak samo, jak przyjaciele w obrazach, które mnie nękały. Byłam w stanie w to uwierzyć. Pewnie zamęczyli ich na śmierć torturami, a teraz chcieli mi to pokazać, by ostatecznie mnie dobić. Nie miałam sił zastanawiać się, dlaczego to wszystko w ogóle miało miejsce. Ani gdzie byłam. Ani kto za tym stał. Z otwartymi ramionami przyjęłabym ukojenie w postaci śmierci.

 Wyciągnęli mnie z pomieszczenia. Zrobiło się ciemniej i chłodniej, co minimalnie ukoiło zmęczone oczy i ciało. Przez jakiś czas powłóczyłam nogami po ziemi, aż ktoś zlitował się i przerzucił mnie przez ramię jak worek. Było mi już wszystko jedno. Straciłam nie tylko wszelką godność, ale i siebie. Siłę, kontrolę, umysł.

 

 Robin sam nie był pewny, jak udało mu się nie zostać złapanym. Nie wierzył w szczęście, fortunę, czy jakąkolwiek opatrzność, ale przedarcie się przez nieznany, całkowicie zabezpieczony teren wydawało się niewykonalne nawet dla kogoś tak wyszkolonego, jak on. A jednak. Był w środku.

Koncentrował się tak bardzo, że praktycznie zapominał o oddychaniu. Przemykał przez korytarze, bez przerwy obserwując, czy nie został właśnie nagrany przez kamery czy zauważony przez chodzących po placówce ludzi. Musiał zdobyć przebranie. Luźne, ciemne togi z głębokimi kapturami i maskami zakrywającymi twarz nadawały się wręcz idealnie. Szczęście sprzyjało mu wyjątkowo. Akurat dostrzegł w jednej z odnóg korytarza oddalającego się samotnie mężczyznę. Nie śmiał nie skorzystać z okazji.

Wbudowaną w maskę kamerą termowizyjną sprawdził, który pokój był pusty. W najbliższym otoczeniu nie było nikogo, poza ich dwójką. Idealnie. Robin zbliżył się bezszelestnie do celu. Błyskawicznie sięgnął do twarzy mężczyzny. Zakrył usta, zacisnął rękę na szyi. Ofiara wierzgała i szarpała się, ale Robin bez większego problemu uniemożliwił ucieczkę. Ciało powoli wiotczało. Bezzwłocznie zaciągnął mężczyznę do pomieszczenia obok.

Przebrał się w nieco za dużą szatę, pod którą mógł jednak bez obaw ukryć swoje wyposażenie. Dla pewności zaaplikował mężczyźnie środek usypiający, ukrył go w szafie, zgasił światło i wyszedł. Teraz musiał tylko liczyć na to, że nikt go nie zaczepi, ponieważ nie miał pojęcia, jak miałby wybrnąć z rozmowy mając praktycznie zerowy poziom wiedzy. Starał się łączyć dostępne informacje w spójną całość, ale to nie było najważniejsze. Najpierw musiał odbić z rąk Kościoła Tytanów.

 

 Podróż przez korytarze wydawała mi się trwać całą wieczność. Ledwo widziałam, ledwo słyszałam i ledwo czułam. Resztki mocy podsuwały mi strzępki emocji, ale nie byłam pewna, czy były to strach i cierpienie innych osób, czy może moje własne, które były dla mnie tak odległe przez rozchwianie umysłu.

Nagle coś do mnie dotarło. Coś… znajomego. Coś, co sprawiło, że obudziła się w mnie iskierka nadziei, odrobina poczucia bezpieczeństwa. Musiałam się ostatecznie złamać, jeśli nachodziły mnie takie sygnały. A jednak… Nie mogłam się temu oprzeć. Starałam się uchwycić tego odczucia. To było jedyne, co mi pozostało.

 

 Robin krążył po korytarzach z najwyższą ostrożnością. Starał się wszystkich omijać, jednocześnie próbując zlokalizować Tytanów.

– Przecież oni mogą być dosłownie wszędzie – sapnął pod nosem, skręcając losowo w kolejny ciąg identycznych, oświetlonych korytarzy.

Przed nim szła dwójka postawnych, odzianych w odmienne, wzmacniane szaty mężczyzn. Jeden z nich miał przerzucone przez ramię jakieś wątłe ciało. Robin w pierwszej chwili chciał zwolnić i skręcić na najbliższym rozwidleniu, ale coś go tknęło. Przypatrzył się uważniej. Na plecach mężczyzny powiewały bezładnie długie, czarne strąki włosów. Ciepłe światło z listew biegnących pod sufitem mogło lekko zakrzywiać kolory, ale zdawało mu się, że skóra tej osoby nie była do końca cielista, a lekko… szarawa.

Krzyk ugrzązł mu w gardle. Spiął się, by nie rzucić się na grupę mężczyzn. Raven. Nieśli ją jak skatowany, skrwawiony worek ziemniaków. Zagotowało się w nim. Musiał wymyślić sposób działania i to bardzo szybko. Nie wiedział, gdzie ją prowadzili, ale mogło być tam znacznie więcej ludzi, z którymi nie miałby szans.

Nie zdążył jednak nic zrobić. Z bocznej odnogi dołączyła niespodziewanie kolejna grupa wartowników, którzy ciągnęli zakutą w potężne kajdany Starfire, której oczy dodatkowo były zastawione przez metalową obręcz. Robin podążał w bezpiecznej odległości za nimi, ale z każdą chwilą przybywało zarówno ludzi ubranych podobnie do niego, jak i mężczyzn transportujących więźniów. Wyłączony Cyborg na pionowym wózku. Nieprzytomny Beast Boy z dziwną obrożą na szyi, która pewnie blokowała jego zdolności.

Robin zachodził w głowę, skąd wiedzieli, jak zabezpieczyć się przed ich zdolnościami. Wyglądało to tak, jakby ktoś przekazał wszelkie tajne informacje o członkach drużyny… Zdrada? Nie, to było absurdalne. Dane nie były nigdzie przechowywane, tylko ich piątka miała je w pamięci.

Grupa wartowników zniknęła wraz z Tytanami w bocznym przejściu. Robin, podążając za  milczącym tłumem, przeszedł przez rozwarte, zdobione drzwi na ogromną salę. Mnóstwo rzędów ławek ustawionych jedna niżej od drugiej tak, by wszyscy obserwatorzy mogli bez problemu widzieć przedstawienie rozgrywające się w dole, poniżej poziomu, jak się okazało, swego rodzaju balkonu. Richard zajął miejsce w drugim rzędzie. Rozejrzał się uważnie.

Jeszcze większa sala pod nimi była praktycznie pusta i przywodziła na myśl raczej przystosowaną jaskinię, niżeli zbudowane od zera pomieszczenie. Ciemne, kamienne ściany, po których spływały niewielkie wodospady czerwonej cieczy,  która gromadziła się w zbiorniku pod poziomem zawieszonej nad nim platformy. Z rozstawionych wzdłuż jej boków kamiennych, dużych mis buchały krwistoczerwone płomienie, które tworzyły makabrycznie powyginanie cienie. Na samym środku stało coś w rodzaju ołtarza. Robinowi przywodził on na myśl stół ofiarny. Duży, nieregularny głaz wygładzony tylko od góry, otoczony przez mniejsze misy z ogniem, które także tworzyły swego rodzaju ścieżkę, ciągnącą się przez cały pomost zawieszony nad krwistym jeziorem i znikający pod balkonem.

Nagle w powietrzu rozniósł się dudniący, wzmocniony echem głos gongu. Niski, basowy dźwięk przenikał od stóp, aż do głowy, wzbudzając nieprzyjemne wibracje w ciele Robina. Wszelkie głosy umilkły. Nie padł nawet najmniejszy szmer. Wszystkie oczy skierowały się na pomost.

Odziana w czerwone, zdobione złotem szaty postać kroczyła dostojnie przez pomost. Twarz była ukryta pod głębokim kapturem, ale z sylwetki Robin wywnioskował, że był to mężczyzna. Czyżby sam legendarny Brother Blood? Za nim w równych odstępach kroczyła czwórka postawnych wartowników, a każdy z nich niósł na rękach niczym ofiarę bezwładne ciała Tytanów. Pochód zamykał… Deathstroke. Uzbrojony po zęby, od katany, przez wybuchowe gadżety aż po karabiny, odziany we wzmacniany, czarny strój z pomarańczowymi wstawkami był nie do pomylenia.

Robin chciał się poderwać, ale błyskawicznie się zreflektował. Zwróciłby na siebie uwagę. W głowie miał kompletną pustkę. Nie mógł tak po prostu zlecieć tam, obezwładnić Blooda i wojowników. Nie miał szans, nie wliczając nawet Deathstroke’a. Jak miał wydostać czwórkę nieprzytomnych przyjaciół?

Ceremonia zaczęła się od położenia jego przyjaciół na głazie. Robin miał ochotę odwrócić wzrok od zmasakrowanych, oblepionych krwią ciał Starfire, Beast Boy’a czy Raven, która z nich wszystkich wyglądała najgorzej. Ich stroje były w strzępkach i praktycznie nic nie zasłaniały.

Wartownicy wycofali się z platformy. Przy głazie pozostała tylko zamaskowana postać i Deathstroke. Pierwszy z nich wskazał rozkazująco ręką, by najemnik odszedł. On jednak się nie ruszył. Deathstroke stanął pomiędzy stołem, a mężczyzną. Nawet potężne echo nie było w stanie ponieść ich przyciszonych głosów przez całą salę, ale wyraźnie nie była to przyjacielska rozmowa. Robin dostrzegł, że Deathstroke był bliski sięgnięcia po broń schowaną w kaburze na udzie. O co mogło chodzić?

– Odejdź w tym momencie! – podniosło się nagle echem, a postać zrzuciła kaptur.

Siwe włosy posypały się na ramiona. 

Przez widownie przetoczył się przytłumiony szmer, niczym pomruk grzmotu oddalonej burzy. Deathstroke wycelował ostrzegawczo palec w stronę Blooda, powiedział coś i wykonał gest, jakby strzelał z pistoletu. Wyminął go szerokim łukiem i podniósł głowę w stronę widowni. Robin był pewny, że patrzył prosto na niego. Czuł to.

Brothr Blood przystąpił do ceremonii. Przybliżył się do stołu i rozłożył szeroko ramiona. Pochylił głowę, zapewne szepcząc słowa inkantacji. Nagłym ruchem zgiął się w pół. Zawył nieludzko i wyprostował się jak struna. Ciała Tytanów wygięły się w pałąki, jakby miały poderwać się z głazu. Z ich klatek piersiowych zaczęło się coś wydobywać. Jakby dym… 

Robin pochylił się do przodu, nie potrafiąc zrozumieć, co się działo. Połyskujący różnymi kolorami, nieuchwytny gaz, a może materia wzbiła się do góry. Półprzezroczyste języki zatańczyły nad Tytanami i gwałtownie skręciły ku Bloodowi, który rozpościerał szeroko ramiona. Materia uderzyła prosto w jego klatkę piersiową i ciągłym strumieniem wnikała w nią. Blood krzyczał. Nie z bólu. Z tryumfu. Przez widownię przemknął szmer poruszenia. Tylko Robin zamarł z bezradności.

Nagle energia uwalniająca się z ciała Raven zmieniła kolor. Sczerniała. Zgniła. Skóra Rachel zaczęła przybierać czerwony odcień. Gdy czarna materia pomknęła w stronę Blooda i dotknęła go, jaskinia wypełniła się rykiem. Rykiem bólu. I rykiem demona. Raven unosiła się pionowo jeszcze wyżej. Panika ogarnęła widownię.

 

 Ból przeszywał moje ciało, jednak przyćmiewała go prawdziwa furia. Czułam buzującą we mnie moc zmieszaną z nieokiełznanym gniewem demona. Przepełniona energią płynącą prosto ze źródła – Trygona – odzyskałam świadomość i siłę, jednak byłam kompletnie poza kontrolą.

Widok przesłaniała mi czerwona mgła. Nie miałam władzy nad ciałem. Nad mocami. Słyszałam tylko demoniczny ryk, który wydobywał się z mojego gardła. Nagle poczułam coś przerażającego. Źródło mocy nie było już odległe. Było tuż obok. Trygon przybył.

 

 Ludzie uciekali w popłochu. Tylko Robin tkwił bezruchu, wykonując błyskawiczną analizę sytuacji. Spojrzał w dół. Brother Blood zwijał się przed ołtarzem. Raven lewitowała ponad nim, otoczona przez buzującą czarną mgłę. I Deathstroke, który stał w połowie pomostu.

Robin przeskoczył przez barierę i zdarł w locie szatę. Wylądował, przetoczył się i rzucił z rozpędu na Deathstroke’a. On jednak wykonał unik. Robin ledwo wyhamował przed krawędzią platformy. Nim wstał, rzucił garść miniaturowych granatów pod nogi przeciwnika. Buchnęła chmura gęstego dymu. Robin wyciągnął kij i czujnie obserwował. Usłyszał metaliczny trzask i dostrzegł lufę skierowaną w jego stronę. Błyskawicznie padł na ziemię. Huk kilku wystrzałów przetoczył się ponad nim. Blood zawył jeszcze głośniej.

Robin spojrzał w stronę ołtarza. Gdy obrócił się ponownie, Deathstroke’a już nie było.

– Co do kur… - rzucił z niedowierzaniem, ale nie dane mu było skończyć.

Za ołtarzem uformował się znikąd wir czarno-czerwonej energii. Ryk, który wydobył się z jego wnętrza przeszył ciało Robina, zmrażając krew w żyłach. Z szarpanej podmuchami, opadającej materii wynurzyły się najpierw ostre rogi sięgające samego sklepienia. Trzy pary żółtych oczu prześwitywały złowieszczym blaskiem przez mgłę, a czerwona skóra zlewała się z nią. Wir zniknął, ukazując demoniczną bestię w pełnej, muskularnej okazałości, odzianą jednie w przepaskę biodrową i karwasze.

Demon zawył ponownie, szarpnął się do tyłu, omiatając białymi włosami sklepienie. Robin zamarł. Nie miał szans z bestią, jednak musiał wydostać przyjaciół. Skoncentrował się na ołtarzu. Raven wciąż unosiła się nad nim. Czy ta kreatura była jej sprawką?

Robin wystrzelił do przodu. Musiał działać błyskawicznie. Bestia ponownie szarpnęła się, ale nie zrobiła kroku. Nie mogła podnieść rąk, które wydawały się być przykute do ziemi niewidzialnymi łańcuchami. Tak samo, jak nogi zakończone kopytami. Robin poczuł się pewniej. Pruł między poprzewracanymi misami. Z rozpędu skoczył na ołtarz i wybił się z całych sił. Wleciał w chmurę przerażającej materii. Dosięgnął Raven i pociągnął ją za sobą.

 

 Ryki Trygona przedzierały się do mnie jak przez gruby mur. Czułam jego obecność. Jego potęgę. Zalała mnie fala strachu. Nie wiedziałam, co się działo. Aż nagle poczułam szarpnięcie, które było jak  zderzenie ze ścianą. Wszystko zniknęło w nicości. Razem z przytomnością.

 *****

Ja to po prostu tutaj zostawię bez jakiegoś specjalnego komentarza z mojej strony. Sami oceńcie. I ewentualnie pochwalcie się, czy macie śnieg :D