wtorek, 28 listopada 2017

7. ZASŁONA DYMNA

Od mozolnego procesu malowania oderwał mnie alarm o nieznośnie wysokim tonie i czerwone światło, rozlewające się po całym moim pokoju, rzucając jasną poświatę na świeżo nałożoną szarą farbę. Wrzuciłam wałek do tacki, rozchlapując resztkę emulsji na i tak brudną folię malarską.
Wzięłam z kąta pelerynę i wyszłam przed pokój.
Głowy tytanów wystawały z ich własnych pomieszczeń w równej odległości.Wszyscy mieli niepewne miny, więc nawet nie pytałam o co chodzi.
Po chwili z ostatniego pokoju wyłonił się Cyborg. Zupełnie spokojny i jakby zadowolony, pogwizdywał pod nosem.
- To alarm - wyjaśnił, gdy zobaczył, że stoimy, niepewni co zrobić. - Uruchamia się gdy coś dzieje się w mieście.
Spojrzeliśmy po sobie i zgodnie ruszyliśmy za ciemnoskórym mężczyzną. Weszliśmy do salonu, akurat gdy alarm ucichł, a wszystkie zimne kolory wróciły do swoich poprzednich odcieni.
- Znam miejsce pobytu tego kamiennego stwora! - Robin krzyknął do nas z drugiego końca sporego salonu. Wręcz czułam wylewający się z niego entuzjazm, co jak na niego jest dosyć dziwne. Oboje jesteśmy raczej opanowani i skąpi w okazywaniu uczuć. Jak widać on może sobie na to pozwolić.
Jednak empatki i tak nie oszuka.
- Zbieramy graty i jedziemy do starego magazynu mebli, przy Rote Street. - Zaraz po ekspresowym poinformowaniu pognał do bocznej windy, by zabrać swojego grata - co w jego języku oznaczało superszybki motor.
Cyborg równie sprawnie i ekspresowo co lider wpadł do windy na korytarzu by zjechać po swój wciąż prototypowy i niedokończony samochód.
Razem z pozostałymi wyleciałam na dach, z którego bez zbędnego czekania polecieliśmy w stronę naszego celu.
- Lećcie tam i postarajcie się go zatrzymać. Dogonimy was - rozbrzmiało w moim prawym uchu. Nie odpowiadałam, bo byłam już w połowie drogi.
Omijałam kolejne wieżowce, prześcigając się z zielonym krukiem. Czy on właśnie pije do mnie?
W odpowiedzi zamieniłam się w smolistego ptaka, trochę większego od tych ziemskich.
Nie żebym miała GPS lub wiedziała gdzie jest nasz cel. Po prostu pod jednym z wielu szarych magazynów kręciło się sporo policji, niewiedzącej co zrobić z uciekinierem.
- Robin, jesteśmy na miejscu - poinformowałam, włączając komunikator. W odpowiedzi usłyszałam ryk motoru zza pleców.
- Ja również - rzekł z łobuzerskim uśmieszkiem, gdy zszedł z potężnej, ale dziecinnie kolorowej maszyny. Muszę mu to kiedyś wyperswadować.
Chłopak odszedł od nas by porozmawiać z dowodzącym tutaj policjantem. O wiele wyższy mężczyzna gestykulował żywo. Czułam od niego strach, tak samo jak od pozostałych otaczających nas funkcjonariuszy.
- Ktoś zgłosił policji, że widział potwora, gdy wchodził z kimś do magazynu. Budynek jest otoczony, ale nikt nie chce wejść do środka. - Zdał streszczony raport. -  Czemu się nie dziwię -dodał ciszej. - Plan jest taki: ja i Raven wejdziemy górą, by zobaczyć gdzie dokładnie potwór się znajduje - mówiąc to wskazywał cały czas na mnie. - Wy poczekacie na nasz sygnał i zaatakujecie z odpowiedniej strony. - Popatrzył po wszystkich, a gdy nie uzyskał żadnej odpowiedzi dodał - Wszyscy się zgadzają? - odpowiedzieliśmy równoczesnym skinieniem głowy. - To do roboty - powiedział i uśmiechnął się lekko.
Gładko wylądowałam na płaskim dachu budynku. Zaraz za mną miękko przetoczył się Robin.
- Możesz przenikać ściany? - spytał całkiem do rzeczy.
- Tak - odparłam cicho, więc dodatkowo pokiwałam głową.
- Spróbuj ukryć się jakoś pod sufitem i poczekaj na mnie. Wejdę szybem. - Wskazał na dosyć ciasną kratę wentylacyjną.
Ponownie kiwnęłam głową i powoli wtopiłam się w betonowy dach. Przestałam czuć swoje ciało, zdematerializowałam się.
Wysunęłam głowę lekko poniżej sufitu i omiotłam wzrokiem ogromną halę produkcyjną. W najbardziej oddalonym ode mnie kącie dostrzegłam zarys potężnej, kamiennej sylwetki. Przed nią jakby stał ktoś jeszcze. Dwukrotnie mniejszy i znacznie węższy.
Jeżeli rozmawiali, to znajdowali się zbyt daleko, bym cokolwiek mogła usłyszeć.
Przeleciałam na wąskie belki podtrzymujące strop. Przeszłam kilka kroków, ale zatrzymałam się gdy całe ciało niebezpiecznie przechyliło się na lewo.
Równowaga nie jest moją mocną stroną. Powoli obróciłam głowę, gdy za sobą usłyszałam cichy, metaliczny stukot. Robin wyszedł właśnie z szybu. Odłożył wykręconą kalpę na górę wentylacji i ruchem ręki nakazał przejście do przodu. Nie wykonałam jego polecenia. W zamian za to połączyłam nasze umysły.
- Nie lepiej powiedzieć reszcie gdzie jest nasz cel? - spytałam w myślach, poprawiając lekko zsuniętą, długą rękawiczkę.
- Zaraz to zrobimy. Najpierw chcę podejść bliżej - odparł po chwili pewnym głosem.
Wzruszyłam ramionami i wzleciałam lekko na bok tak, by umożliwić liderowi przejście, ale nadal pozostać niewidoczną. Nie było to wcale takie trudne. Ciemno-granatowa postrzępiona peleryna wręcz stapiała się z panującym tu mrokiem.
Robin zwinnie minął kilka belek. Znajdowaliśmy się dokładnie nad dwoma zarysami postaci.
Robin wyszeptał coś do komunikatora. Wyciągnął kciuk do góry, a potem trzy wyprostowane palce. Z każdą sekundą zginał jeden. Następnie dłoń zanurkowała w dół, a zaraz za nią chłopak. Również rzuciłam się w mrok.
Wszystko potoczyło się szybko. Rozległ się huk i syk. Wylądowałam w chmurze dymu. Dostałam w plecy czymś tępym i nierównym. Zwinęłam się z bólu na zimnej posadzce.
- Ucieka! - Głos Robina przedarł się przez gęsty pył.
Ziemia zawibrowała i rozległ się wściekły ryk.
Wzbiłam się w powietrze. Przy otwartej do połowy bramie leżał kamienny stwór, przytwierdzony do podłogi żelaznymi podporami, wygiętymi przez Gwiazdkę.
- Gdzie ten drugi? - rzucił w przestrzeń lider.
- Nie było tu nikogo innego - odrzekła spokojnie kosmitka.
- Ta zasłona dymna nie była moja. To on ją rzucił. - Robin podniósł zirytowany głos.
- Może policja? - zaproponowałam.
- Wątpię - mruknął.- Zbieramy się. - Zamaszystymi ruchami wyszedł przez podniesioną bramę.
Bez słowa podążyliśmy za nim. Obróciłam się ostatni raz by zlustrować hangar, ale nic nie przyciągnęło mojej uwagi. Zaraz pod nas do magazynu wbiegli uzbrojeni żołnierze, którzy mieli zająć się potworem.
Robin nie czekając na nikogo odjechał z piskiem opon.. Cyborg razem z Bestią, który wepchał się na siedzenie obok wyjechali z placu nie łamiąc żadnych przepisów. Otwarłam portal do naszej wieży. Spojrzałam na lekko speszoną Korand'r i ruchem głowy wskazałam na białą taflę otoczoną fioletowym okręgiem. Dziewczyna weszła niepewnie w portal. Podążyłam za nią, zamykając przejście.
Zanim sama dotknęłam podłogi wyłożonej wykładziną rozległ się nieprzyjemny alarm, o którym kompletnie zapomniałam.
- W bazie włączył się alarm. Dziewczyny, sprawdźcie to, zanim przyjedziemy. - Rozległo się w moim uchu. Kolejna rzecz o której nie pamiętałam.
- To my go uruchomiłyśmy - odparłam, przekrzykując wysoki dźwięk. - Teleportowałam się prosto do wieży, bo o nim zapomniałam. - Przyznałam niechętnie.
- To zupełnie inna rzecz - odparł swoim niskim, ale dziwnie drażniącym mnie głosem. - Musisz go wyłączyć, o ile nie chcecie ogłuchnąć.
 - Jak mam to zrobić?
- Wpisz na klawiaturze hasło, które ci podam.
Podleciałam do głównego komputera i poinformowałam Cyborg, a że jestem gotowa. Mężczyzna dokładnie przeliterował mi ciąg liter. Wpisałam je i zatwierdziłam.
Nieznośnie irytujący alarm ucichł.
- Brawo, przyjaciółko Raven. - Gwiazdka pochwaliła mnie z szerokim uśmiechem na lekko pomarańczowej twarzy. Czy jej pokłady szczęścia są niewyczerpywalne?
- Dzięki - mruknęłam, nie wiedząc jak zareagować. Ani mnisi, ani matka nie okazywali mi zbytnich emocji, bym sama tego nie robiła. Widocznie poskutkowało. Uczucia nie są dla mnie. Brak kontroli nad sobą, oznaczałby brak kontroli nad mocą, która jest niszczycielska.
- Idę do... - urwałam w pół zdania. To nie Azarath. Jeszcze nie mam własnej ciemni w której mogłabym się zaszyć. Westchnęłam. - Będę na dachu - poprawiłam i przenikając gruby strop przeniosłam się na dach.
Powitał mnie delikatny blask pełnego księżyca. Gwiazdy ukryły się za smugami postrzępionych chmur, jakby chciały dać pole do popisu Srebrnemu Globowi, który wyjątkowo mocno odbijał dzisiaj światło.
Usiadłam na kilkunastocentymetrowym murku, otaczającym płaski dach. Nie uniosłam się. Oddałam się medytacji jak zwykli mnisi z Azarath, którzy nie mieli mocy. Przezornie wyjęłam z ucha komunikator, gdyby komuś zachciało się mnie znaleźć.
Smolisty kruk otulił mnie swoimi szerokimi skrzydłami. Odpłynęłam.

 ---------------------------------
Mam wrażenie, że moja wena wraca. Może to taki prezent na Boże Narodzenie? Kto by ją tam wiedział. Jak wam się podobało? Coś poprawić? Błąd logiczny? Piszcie, bo to dla mnie bardzo ważne.

wtorek, 14 listopada 2017

6. NIESPODZIANKA

Rzuciłam kolejnym autem w kamiennego potwora. Ten jednak zasłonił się ogromną ręką, nic sobie nie robiąc z blaszanych pocisków.
Nade mną śmignęła fioletowo-pomarańczowa smuga. Gwiazdka rzuciła w przeciwnika swoje gorące kule, które tylko lekko nadpaliły jego fasadę.
Ominęłam potężny cios wymierzony na oślep, który mógłby wgnieść mnie w asfalt.
Nagle zza mnie wyskoczył Robin z Cyborgiem. Chłopcy biegli obok siebie, jakby wykonywali wytrenowany ruch.
Cyborg zahamował kilka metrów przed rozwalającym wszystko wokół potworem, i wyrzucił w powietrze drobniejszego od siebie lidera. Brunet wyciągnął coś z paska i cisnął w mobilny posąg.
Zielony pterodaktyl złapał chłopaka w locie i oddalił się w samą porę, gdyż ładunki Robina wybuchnęły, tworząc rosnącą, czerwoną pianę wokół przeciwnika. Po chwili jakby stwardniała, unieruchomiając kamiennego stwora. Podleciałam do drużyny, stojącej blisko rozwścieczonego i wyjącego monstrum.
Bestia już przybijał z Cyborgiem piątkę, a Gwiazdka podskakiwała uradowana pierwszym, większym pokonanym przeciwnikiem. Jednak niespodziewanie rozległ się huk i ostre odłamki posypały się w naszą stronę. Instynktownie zasłoniłam wszystkich tarczą z energii astralnej. Potem ziemia za wibrowała od ciężkich kroków stwora.
Otrzepałam się z kurzu i czerwonych fragmentów czegoś, co niedawno było pianą.
- Muszę to ulepszyć - mruknął do siebie lider.
Rozejrzałam się za stworem, ale ten jakby wsiąkł w ziemię. Wzleciałam do góry, by poszukać drogi ewakuacyjnej naszego zbiega. Okazała się nią być spora, ziejąca mrokiem dziura na środku asfaltu, kawałek od nas.
Zaciekawiona podleciałam do krawędzi. Nawet swoim demonicznym wzrokiem nie byłam wstanie przebić się przez ciemność.
Gdy dobiegła do mnie drużyna, wysłałam astralnego kruka na zwiady.
- Co robisz? - spytał zaciekawiony Bestia, gdy ptak z impetem wleciał do dziury.
- To tak jakby moje oczy i uszy - wyjaśniłam pokrótce.
- Faajnie - odparł przeciągle. Strasznie irytujące z niego stworzenie.
Tunel wiódł ledwie kilka metrów w dół, a potem przeistaczał się w sporą jaskinię, z której odbiegało mnóstwo większych bądź mniejszych korytarzy.
Przywołałam astralne ciało. Ptak wleciał we mnie, powodując przyjemne uczucie mrowienia i jakby duchowej całości.
- Pod nami jest jaskinia, która rozwidla się na kilkanaście tuneli. Nie wiem którym uciekł potwór, ani nie potrafię go już wyczuć - zdałam raport Robinowi. Ten pokiwał z namysłem głową, mrucząc coś pod nosem.
- Nie wiem czy jest sens uganiać się po tych korytarzach, skoro jest ich tak dużo. Poszukiwania mogłyby zając godziny, a on w tym czasie miałby sposobność do przypuszczenia kolejnego ataku - zakończył swój wywód, skierowany ni do nas, ni do samego siebie.- Wracamy do wieży - zadecydował.
Wzruszyłam ramionami. Reszta drużyny nie zaprotestowała, więc drogą powietrzną wróciliśmy do bazy.

Cyborg wprowadził tymczasowy kod na panelu. Urządzenie wydało z siebie krótkie piknięcie i drzwi automatycznie rozsunęły się. Wkroczyłam do wieży, która wciąż była w surowym stanie.
W ogromnym, pustym holu, nałożono dopiero pierwszą warstwę łagodnej, czerwonej farby. Przeszliśmy przez całą długość pomieszczenia wyłożonego ciemno-szarą wykładziną i weszliśmy do sporej windy. Robin trzepnął Bestie w wyciągniętą rękę i nacisnął guzik oznaczający najwyższe piętro, na którym znajdowały się nasze niedokończone pokoje oraz główne pomieszczenie.
W kilka sekund znaleźliśmy się koło stu metrów wyżej. Krótkie, łagodne piknięcie i drzwi otworzyły się.
Jedynie wszystkie korytarze zostały wykończone, ponieważ nie było z nimi specjalnie dużo roboty. Wyłożenie kilkuset metrów podłóg oraz pomalowanie wielu metrów kwadratowych niebiesko-szarą farbą zajęło nam, wspólnymi siłami, koło 5 dni. Co prawda nie wszystkie lampki zostały jeszcze przez Cyborga-Elekrytka założone, więc przemierzaliśmy teraz korytarze pogrążone w mroku.
Kilka złych zakrętów dalej dotarliśmy do drzwi, za którymi znajdował się salon. Właściwie to był on dla wszystkich poza Robinem, niespodzianką. Lider od kilku dni nie wpuszczał nikogo na plac budowy. Podobno miał jakiś świetny pomysł.
- Panie i panowie - zaczął. Odchrząknął teatralnie i kontynuował. - Mam zaszczyt przedstawić wam tytanowy salon - po jego słowach drzwi rozsunęły się, ukazując ogromne pomieszczenie.
Wszyscy poza mną i oczywiście samym wykonawcą wydali z siebie "ach" i "och" zachwytu.
Najbardziej zaciekawiony - Cyborg - wparował do pomieszczenia jako pierwszy. Prawie zachłysnął się gdy dostrzegł szereg nowoczesnych urządzeń ustawionych przed podwyższeniem oddzielających niższy poziom od tego wyższego, stykającego się z gładką taflą szkła. Przez monstrualne szyby widać było część miasta, długą linię brzegową oraz rozświetlone promieniami słońca, falujące morze.
Weszłam razem z częścią, wręcz oszołomionej drużyny na środek, obok półokrągłej sofy.
Po prawej rozciągał się aneks kuchenny, utrzymany w czerwieni i ciemnej szarości.Wyposażenie wyglądało na najwyższą półkę.
Zaś po przeciwnej stronie, na ścianach umieszczono rzędy ekranów i jeden podświetlony, dość długi metalowy stół.
Bestia przeskoczył oparcie kanapy i zabrał z owalnego, szklanego stołu paczkę popcornu, pewnie przygotowanego przez wcześniej przez lidera, na wypadek imprezy.
- Nie rozsiadaj się tak - rzekł Robin, stojąc nad Zielonym. - Idziemy malować swoje pokoje.
Bestia jęknął z niezadowolenia, ale powoli zjechał z kanapy i poczłapał do kąta, w którym stała piramida z puszek.
Ruszyłam za pozostałymi. Odszukałam stos farb oznaczonych moim nieprawdziwym imieniem. Wzięłam jeszcze kilka niezbędnych narzędzi i ruszyłam niechętnie ku wyjściu, za drużyną.
- Nie idziesz? - spytałam Robina, który jakby się zawiesił. Drgnął na moje słowa i obrócił głowę.
- Muszę jeszcze coś sprawdzić. - Pognał w stronę rzędu komputerów.
Wzruszyłam ramionami i poszłam do mojego nowego pokoju.

Już na wejściu powitał mnie mrok. Dla wygody zapaliłam wpuszczone w sufit dwa rzędy lampek i ustawiłam na środku puszki.
Powolnym krokiem podeszłam do sporego okna od podłogi do sufitu. Za nim rozpościerała się wyłącznie falująca tafla intensywnie niebieskiego morza. Słońce nie wschodziło już tak wysoko nad horyzont. Jeszcze parę godzin, a zacznie ocierać się o lekko zakrzywioną linię widnokręgu.
Westchnęłam. Zdjęłam pelerynę i zwinęłam ją w kłębek. Rzuciłam w kąt sporego pokoju i zabrałam się za malowanie. Minęłam jeden niewielki stopień oddzielający dalszą część pomieszczenia od tej położonej nieco wyżej, przy drzwiach.
Rozwinęłam folię, tak jak pokazywał mi Cyborg. Nalałam do tacki ciemno-szarej farby, którą miałam zamiar pomalować wszystkie ściany.
Uchyliłam jeszcze okno i zabrałam się do żmudnej pracy.

------------------
Witam was moi ludkowie! Jakoś tak wyszło i ten rozdział napisałam szybciej. Także delektujcie się tym czymś i komentujcie z łaski swojej...

sobota, 28 października 2017

5. ZŁO NIGDY NIE ŚPI

Zamknęłam księgę i zsunęłam ją z moich nagich kolan. Wyciągnęłam zesztywniałe ciało na starym, podniszczonym materacu i odwróciłam się na bok.
Przez okno od samej podłogi do wysoko zawieszonego sufitu, rozciągał się widok oświetlonego przeróżnymi kolorami, Jump City. Małe, jaskrawe punkciki jarzyły się wśród pochłaniającej wszystko czerni, niczym gwiazdy na bezchmurnym niebie.
Wypuściłam głośno powietrze, przerywając wręcz przytłaczającą mnie ciszę. Zachłysnęłam się niewidocznym gazem, gdy między dwoma mrugnięciami, wszystko pochłonęła czerwień i ogromne, piekielne płomienie. Gwałtownie usiadłam, przez co zakręciło mi się w głowie. Uspokoiłam przyśpieszony oddech i podniosłam się na nogi.
Oparłam się czołem i otwartymi dłońmi o gładką powierzchnię szyby, która jakimś cudem ocalała. Przez chwilę stałam bez ruchu, starając się odrzucić wspomnienie o bólu, towarzyszącemu pełnej przemianie w demona. Przeniknęłam przez szybę i uderzyło mnie chłodne, nocne powietrze. Oddaliłam się od wszelkich wspomnień i ruszyłam na miasto. Może zdołam komuś pomóc...

Stanęłam na krawędzi kilkupiętrowego budynku. Przyglądałam się przez chwilę, jak kobieta stara się wyrwać rosłemu mężczyźnie. Faceci to okropne i obleśnie stworzenia. Biorą wszystko siłą, jakby byli panami świata.
Zeskoczyłam z krawędzi i wylądowałam delikatnie obok szarpiącej się dwójki. Podniosłam mężczyznę i rzuciłam nim kilka razy o zdarte ściany i brudny chodnik, pokrywający zaułek.
- Uciekaj - mruknęłam w kierunku przerażonej i zdyszanej kobiety. Ta, bez zawahania wykonała moje polecenie, a ja jeszcze parokrotnie uderzyłam, i tak, już nie kontaktującego mężczyznę.
Czy tak będzie wyglądać moje życie przez następne kilka lat? Latanie nad dachami i ratowanie ludzi stanie się moją rutyną? Razem z tytanami będę chronić to miasto przez złem, którym sama jestem?
Stop. Moje myśli idą w nieodpowiednią stronę. Każde rozważone zdanie potrafię skierować na ten nieprzyjemny temat. Urok bycia fatalistką...
Wzleciałam nad puste ulice, którymi okazjonalnie przetaczali się zygzakiem ludzie, wracający z przeróżnych imprez. Żyją tak beztrosko, w tej błogiej niewiedzy, że koło nich znajduję się ich zagłada.
Z ponurych myśli wyciągnął mnie, mocno wyróżniający się w nocy, strój. Udałam się w stronę walczącego chłopaka.
Chwilę później, Robin przykuwał nieprzytomnego mężczyznę do wysokiej lampy ulicznej.
- Wręcz świecisz w nocy - przywitałam się, gdy chłopak zgłaszał policji o zatrzymanym złodzieju.
- Hej, też miło cię widzieć - odparł po chwili, z szerokim, złośliwym uśmiechem.
- Myślałam, że Batman nauczył cię jak się maskować. - Chłopak spojrzał się tylko na mnie, ale nic nie odpowiedział.
- Co właściwie robisz tutaj o tej godzinie?
- Zło nigdy nie śpi, nie wiesz? - odparłam, niewiele mijając się z prawdą.
Robin zaśmiał się cicho. Jednak jakieś poczucie humoru gdzieś tam mam.
- Zazwyczaj patroluję miasto sam, ale dzisiaj mogę zrobić wyjątek - uśmiechnął się lekko.
- Te wyjątki staną się rutyną, skoro założyliśmy drużynę - mruknęłam do chłopaka, unosząc się kilka centymetrów nad asfaltem.
Robin pozostawił moją uwagę bez odpowiedzi i kiwnął głową, na znak, żebym podążała za nim.
Chłopak wyciągnął coś z niewiarygodnie pojemnego paska i w tempie ekspresowym dostał się na kilkupiętrowy budynek. Zwinnie przeskakiwał nawet spore przepaści między sąsiadującymi gmachami.
Nagle, z jednego zaułka dobiegły do nas podniesione głosy. Robin spojrzał na mnie porozumiewawczo. Podleciałam do wylotu wąskiej uliczki, a lider przedostał się na budynek obok.
Po drugiej stronie stała ciężarówka, z otwartą paką. Przed nią krzątało się kilku mężczyzn, którzy ładowali spore skrzynki.
Niczego niespodziewające się draby, nie zdążyły umknąć przed gradem małych kulek, z których po chwili wytrysnął zielonkawy gaz. Spojrzałam pytająco na Robina, ale ten patrzył w zupełnie inną stronę. Gdy gęsta zasłona opadła, odkrywając ludzi leżących na ziemi, Richard zeskoczył do uliczki.
Podeszłam do niego, gdy mocował się z ostatnią skrzynką. Po chwili wieko odskoczyło, ukazując małe strzykawki z jarzącym się na czerwono płynem.
Robin chwycił jedną z nich i wsadził do kieszonki w pasku.
- Mogę wiedzieć co to jest? - spytałam, gdy chłopak otwierał kolejne skrzynie wypakowane po brzegi tą samą substancją.
- Podejrzewam, że to Urtigo - narkotyk, który kiedyś już rozprowadzali - odparł, zeskakując z ciężarówki. - Pewnie kolejna, ulepszona wersja- mruknął, ni do siebie, ni do mnie.- Chodź. - Chłopak kliknął coś na niewielkim urządzeniu i po chwili dobiegł do nas ryk silnika. Pod wylot uliczki podjechał potężnie wyglądający motor, w kolorach stroju jego właściciela.
Uniosłam jedną brew, jak to miałam w zwyczaju, ale on nie zwrócił na mnie zbytniej uwagi. Odbiłam się plecami od zniszczonej ściany i poleciałam za Robinem.

- Moja dotychczasowa miejscówka - oznajmił z dumą, gdy masywne, zaszyfrowane drzwi otwarły się. Weszłam do sporego magazynu, wypchanego metalowymi stołami, wystawami z różnego rodzaju bronią i mnóstwem elektroniki.
- Batman ci to zafundował? - spytałam z kpiną, a Robin odwrócił się z dziwną miną. Jakby mieszanka przerażenia, zaskoczenia i niedowierzania. Szybko jednak przybrał swoją standardową kamienną twarz i odchrząknął. Wydał się niezadowolony ze swojej niekontrolowanej reakcji.
- Rozgość się, a ja przebadam tę próbkę - powiedział i podszedł do rzędu dziwnie wyglądających urządzeń.
Usadowiłam się wygodnie w kącie hali, śledząc ruchy nastolatka. Najpierw część płynu przelał do szklanego, podłużnego pojemniczka, który włożył do okrągłego urządzenia. Zamknął jego wieko i przeszedł do drugiego stolika. Zabrał z niego trochę bledszą substancję i obie wylał na szkiełko, które podsunął pod kolejne urządzenie. Na Azarath nie ma takiej technologii. Ten pokojowy lud jej nie potrzebuje, by żyć w szczęściu. Natura, spokój i światło to to, co kochają najbardziej.
Westchnęłam na wspomnienie tego cudownego miejsca. Zupełnie przeciwnego do mnie, ale to był mój dom. Tam się nauczyłam panować nad mocami i sobą samą. Nikt nie miał mi za złe mojego pochodzenia.
- Testy trochę potrwają. - Z rozmyślań wyrwał mnie głos Robina. - Ale wiem, że to ulepszona wersja urtigo.
Skinęłam głową na znak, że go słucham. Przez chwilę przyglądał mi się badawczo, ale szybko otrząsł się i odwrócił.
- Właściwie... - zawiesił głos, jakby nie był pewien czy chce to powiedzieć. - Nic o tobie nie wiem - dokończył i uciekł wzrokiem w oczekiwaniu na moją reakcję.
- Ja o tobie również - odparłam wymijająco. Opowiadanie o sobie to moja bardzo słaba strona. Najpierw nawymyślam jakichś kłamstw, które potem muszę pamiętać, żeby się nie wydać. Ciężkie jest życie pół demonicznej bramy.
- Mówię serio. Chciałbym wiedzieć z kim współpracuję - sapnął. - To może... ile masz lat? - spytał, pocierając w zakłopotaniu kark.
- 16 ziemskich lat - odparłam, zanim pomyślałam co mówię. Wkopałam się...
- Czyli nie pochodzisz z Ziemi? - dopytał, z zaciekawionym wyrazem twarzy.
- Z innego wymiaru - wyjaśniłam krótko i przeistoczyłam się w kruka, by dał mi spokój.
To mój rodzaj obrony. Zamykam się na innych i zagłębiam w swój mroczny umysł. Tylko tam mogę mieć względny spokój.
Robin odsunął się ze zdziwioną miną i przyglądał się przez chwilę majestatycznemu krukowi, ale nie widząc reakcji z mojej strony, odszedł.
Uciekłam w czeluście mojego skomplikowanego umysłu.
------------------------
No hej! Mam nadzieje, iż te 1058 słów was zadowoli oraz, że nie macie mi za złe takiego rzadkiego wstawiania rozdziałów. Nie będę się tłumaczyć, ani przepraszać, bo nie ma po co. Nie obiecam też, że zagęszczę ruchy i będę pisać częściej. Dajcie znać w komentarzach co sądzicie o tym rozdziale. Może coś poprawię. Trzymajcie się.