niedziela, 23 maja 2021

20. POSZUKIWANY SEJSMIK

 Z zewnątrz dochodziła wrzawa. Przez okna dostrzegałam tylko falującą, poprzetykaną transparentami i banerami taflę ludzi. Wgapiałam się tępo raz w ten przytłaczający obraz, to za chwilę w drzwi, przez które mieliśmy wyjść na sygnał.

Wszyscy kręciliśmy się niespokojnie po korytarzu. Napięcie wzrastało, powietrze stawało się coraz bardziej duszące i nie tylko mi oddychało się z większym trudem.

Nikt, poza Beast Boy’em nie wykazywał chociażby najmniejszej krztyny entuzjazmu na ten teatrzyk. Czułam skrępowanie na myśl o staniu przed obiektywami kamer i ogromną ilością ludzi, którzy przyszli specjalnie po to, by zobaczyć nas na żywo.

Starfire kręciła się nerwowo, ale z zaciekawieniem spozierała raz po raz przez okno. Robin i Cyborg zgodnie przyjęli niemal identyczne pozy. Oparci plecami o ściany, z założonymi rękami emanowali niezadowoleniem. Oni także nie chcieli wystawiać się na widoku, zwłaszcza Victor, któremu wciąż pozostało coś z dawnego lęku przed oceniającym, a nierzadko przestraszonym wzrokiem ludzi.

– Przynajmniej nie musimy odwalać jakiegoś przemówienia – rzucił pocieszająco Beast Boy.

Równocześnie z Victorem posłaliśmy mu jedno z kolekcji wielu naszych spojrzeń, mówiące jasno „lepiej się nie odzywaj”.

Nagle boczne drzwi otwarły się i wrzawa wdarła się do pomieszczenia.

Jako pierwszy zebrał się Robin. Posłusznie podążyliśmy jego śladem, minęliśmy ubranego w garnitur ochroniarza i wyszliśmy na podest przed wejściem do Hali Sprawiedliwości. Stanęliśmy za Wellingtonem, który przemawiał z przygotowanej mównicy. Kawałek dalej ustawili się przedstawiciele Ligi Sprawiedliwości. Tkwili w sztywnych, wyprostowanych pozach.

Zastygliśmy na widok zadziwiająco licznego tabunu ludzi. Zajmowali pozamykane ulice, napierali na oddzielające nas barierki, a z tyłu i bocznych uliczek wciąż napływały kolejne grupy.

Skupiłam uwagę na rozstawionych dookoła kamerach i krążącym ponad tłumem helikopterem. Hałas wdzierał się do uszu i już czułam pierwsze ukłucia bólu w skroniach. Czy ktoś mógł mnie oświecić, w jakim celu odbywała się ta cała publiczna szopka?

A, no tak. Przecież od teraz mieliśmy stać się całkowicie kryształowymi, niegroźnymi bohaterami z sąsiedztwa, jak to ładnie określił Victor.

Wyłapywałam raptem pojedyncze słowa z przemowy. Górnolotne stwierdzenia przeplatały się z wymienianiem zalet, a także równie ważnych „niedogodnościach” naszej działalności. Zignorowałam słuchanie po raz enty tych samych zasad, nad ustaleniem których spędziliśmy kilka dni.

Moja świadomość coraz bardziej uciekała do wewnątrz. Ledwo zanotowałam, gdy do mównicy podszedł Batman. Na ziemię przywróciło mnie dopiero uderzenie w ramię.

Przeniosłam rozkojarzony wzrok na Robina. Ten kiwnął tylko głową w stronę tłumu.

Część barierek została stratowana przez napierający tłum. Rozgniewani ludzie zaczęli wylewać się przez wyrwę niczym woda przez pękniętą tamę. Policjanci z całych sił próbowali utrzymać blokadę, ale grupie ubranych w identyczne koszulki ludzi udało się przepchnąć w naszą stronę. Wywijali transparentami, których treści nie byłam w stanie odczytać. Fala ochroniarzy spacyfikowała już część awanturników i przygniatała ich do jezdni.

Jednej kobiecie udało się przedostać bliżej. Zaaferowana, zaczęła coś wykrzykiwać w naszą stronę, a szczególnie do Starfire. Było zbyt głośno, by wyłapać konkretne słowa, chociaż mimowolnie postąpiliśmy kilka kroków do przodu. Chciała odepchnąć policjantów. Szarpała się i wywijała transparentem, ale w końcu udało im się ją unieruchomić. W tym samym momencie ogromne litery stały się dla nas czytelne. „SPRAWIEDLIWOŚĆ DLA JOSEPHA, KARA DLA MORDERCZYNI”.

Lodowata świadomość nasunęła się do naszych umysłów, unieruchamiając nas w swoich objęciach.

Przyjrzałam się dokładniej odprowadzanej na bok kobiecie. Sądząc po wieku, mogła to być matka niefortunnie zabitego żołnierza. Przeniosłam wzrok na Starfire.

Jej ciało zastygło z napiętymi mięśniami, bezgranicznym zdumieniem na twarzy wymieszanym z beznadziejnością. Odprowadzała kobietę zdezorientowanym spojrzeniem. Rozwarła usta i wybudziła się jakby ze snu. Rozejrzała się rozgorączkowana dookoła. Wszystkie spojrzenia były skierowane na nią. Bez ostrzeżenia wzbiła się w powietrze.

Robin kiwnął do mnie głową.

Bez zwłoki podążyłam za Kori. Dostrzegłam kątem oka, że pozostali Tytani również zbiegli z podestu.

Niewielki punkcik, jakim była na niebie Star coraz bardziej znikał mi z oczu. Była niebywale szybka i wydawała się zmierzać ku górnym warstwom atmosfery.

Powietrze stało się rozrzedzone. Ogarnął mnie wrzynający się aż do kości chłód. Musiałam zamienić się w kruka, by w ogóle móc przetrwać w tych warunkach.

Krzywizna Ziemi zaczęła się uwidaczniać. Miasta stawały się raptem gęstą siecią, a po chwili i one zniknęły na monstrualnym kontynencie.

Nie chcąc stracić z oczu Kori, zerkałam tylko kątem oka i chłonęłam niesamowity, ale i onieśmielający widok na całą okazałość Ziemi.

Starfire zatrzymała się dopiero gdzieś daleko poza atmosferą. Była niczym jedna z miliardów gwiazd na nieskończonym, niemożliwie czarnym tle wszechświata. Dryfowała w przestrzeni, odwrócona do mnie tyłem. Jej włosy falowały i otaczały ją, unosząc się bezwładnie, wolne od siły grawitacji.

Podleciałam wolno. Nie chciałam zakłócać jej spokoju, jakiego niespodziewanie tutaj doznała.

Wpatrywała się w nieuchwytny, tylko jej znany punkt, gdzieś między niezliczonymi, migającymi leniwie gwiazdami. Wylewały się z niej tęsknota i żal.

– Chciałabyś wrócić na Tamaran? – spytałam telepatycznie, starając się brzmieć jak najłagodniej.

Obróciła się gwałtownie w moją stronę. Utkwiła we mnie wzrok, który po chwili spuściła i tylko uśmiechnęła się smutno.

– Tamaran nie jest już moim domem, tylko Ziemia – odparła wymijająco, znowu wpatrując się w dal. – Wszystko jest tutaj takie inne… To smutne, że nie wszyscy są dla siebie życzliwi, ale staram się dopasować, a jednak… cały czas coś robię źle – wyznała z rozgoryczeniem.

– Nie możemy dogodzić każdemu. Zawsze znajdzie się ktoś, komu nie będziemy odpowiadać – powiedziałam po chwili namysłu. – To normalne, że matka czuje do ciebie żal i złość, jednak wiem, że zrobiłabyś wszystko, żeby to naprawić. Pewnie nigdy nie będzie wiwatować na nasz widok, ale czy to oznacza, że teraz mamy zaniechać jakichkolwiek działań?

Spojrzała na mnie przelotnie i pokręciła wolno głową.

– Tak bardzo chciałabym móc to wynagrodzić… Jednak nie ważne ile dobrego zrobię, nigdy nie przywróci to życia Josephowi. Wcześniej wydawał się kimś anonimowym, ale kiedy zobaczyłam jego matkę… Może miał żonę, dzieci i był szczęśliwi, a ja to wszystko zniszczyłam? Jak mam żyć z tą świadomością? – ciągnęła tonem, który nawet w myślach wzbudzał współczucie.

– Masz rację – przyznałam smutno. – Życie ze świadomością, że zrobiło się coś okropnego nie jest łatwe, ale właśnie to czyni cię kimś dobrym. Ta świadomość, której źli ludzie nie mają – stwierdziłam hardo. – Nie przywrócisz mu życia, ale wciąż możesz pomagać innym.

Miałam wrażenie, że gdyby tylko była taka możliwość, odetchnęłaby głęboko. Przeniosła na mnie niewyraźne spojrzenie i uśmiechnęła się z lekkim wysiłkiem.

– Dziękuję, Raven.

 

 Wolni od lokalizatorów i postępowania sądowego nad głową, za to z nieubłagalnie towarzyszącym nam posmakiem niezadowolenia, wsiedliśmy do czekającej w hangarze maszyny. Usadowiliśmy się i w niekomfortowym milczeniu opuściliśmy Halę Sprawiedliwości jako uniewinnieni, co jednak nie równało się spokojni w duchu. Zamach na nasze życie, Slade, pożar, ofiary. Teraz, gdy w końcu mogliśmy zająć myśli czymś innym, niż ukrywaniem się, dotarł do nas ogrom innych problemów, które zwaliły się nam po drodze na głowy.

Beast Boy przemienił się w kota i posłał mi błagalną minę. Zbyłam go chłodnym spojrzeniem. Mogąc wybrać między Donną a Kori, szybko skierował się ku przednim siedzeniom. Widząc go, Starfire uśmiechnęła się nikle, wzięła na kolana i zaczęła głaskać, na co odpowiedział głośnym mruczeniem.

– A tak w ogóle… – Cyborg przerwał monotonny odgłos silników. – Zastanawiałem się nad tą próbą usmażenia nas żywcem.

Przenieśliśmy na niego zainteresowane spojrzenia.

­– Nie wyśledziła nas Liga, o rządowych agentach nawet nie wspominając, ale Slade’owi jak widać udało się to bez najmniejszego problemu.

– Musieliście naprawdę mocno go wkurzyć, żeby aż tak się fatygował – mruknęła Donna.

– Domyślam się, że usunięcie nas jest korzystne dla wielu osób…  – podjął po chwili zastanowienia Robin. – Ale Deathstroke nie zawodzi. Miał nas jak na talerzu, osłabionych, poza wieżą i nie pofatygował się po coś bardziej… skutecznego? – myślał na głos.

– Może to coś w stylu zabawy? – rzucił Beast Boy.

Cyborg uniósł brew i wykrzywił twarz w zażenowaniu.

– No wiecie – zaczął tłumaczyć nieco zniekształconym głosem dzięki skonstruowanemu przez Victora urządzeniu. – Jak koty i ich ofiary. Kot wie, że mysz mu już nie ucieknie i się nią bawi. Puszcza, daje nadzieję na przeżycie, a potem znowu ją łapie. I tak w kółko, aż się znudzi i ją zje. – Wyszczerzył się w groteskowym kocim uśmiechu.

– Oglądasz za dużo Animal Planet – skwitował cierpko Cyborg.

– On tak nie działa. Wszystko, co robi, ma jakiś cel – mruknął Robin, pocierając podbródek. – Kwestia tego, że jeszcze nie wiemy jaki.

Beast Boy zeskoczył z kolan Starfire, dopadł do rzuconego na siedzenie smartfona i grzebał w nim przez chwilę.

– Na razie mamy ważniejsze rzeczy do zrobienia – wtrącił Beast Boy. – Hashtag „Młodzi Tytani” bije ostatnio rekordy, tylko niekoniecznie w dobrym znaczeniu – mruknął ze skwaszoną miną, wpatrując się w ekran. – Ew… Na tych filmikach nie wyglądam nawet w połowie tak przystojnie, jak w rzeczywistości.

Pozostawiliśmy tę uwagę bez komentarza. Dzisiejsza akcja nie pozostawiła nam żadnych wątpliwości, co do opinii części społeczeństwa.

Resztę podróży przesiedzieliśmy w ciszy, każdy pogrążony we własnych myślach.

 

 Lewitowałam przed ogromną szybą. Przez przymknięte powieki przebijało się intensywne, popołudniowe światło. Wpadało przez okno i otulało mnie przyjemnym ciepłem, wprawiając w jeszcze głębszy stan relaksacji, której nie mogły zniszczyć nawet odgłosy Tytanów krzątających się za moimi plecami.

Jednak nagle coś się zmieniło. Błogi spokój i odprężenie zniknęły. Przytłoczył mnie niepokój, ale nie miałam pojęcia, skąd pochodził. Nie mój i nie Tytanów, a jednak znikąd objął mnie zimnymi mackami strachu i zacisnął się na gardle oraz klatce piersiowej. Czarne myśli wsunęły się do umysłu. Niezrozumiałe i tajemnicze przeczucie, że nadchodziło coś złego.

Skoncentrowałam się na uspokojeniu oddechu. Uczepiłam się tego dziwnego wrażenia, próbując dojść do jego źródła. Grzebałam coraz głębiej, ale wydawało się, jakby pojawiło się znikąd. Raptem kilka razy wżyciu doświadczyłam podobnego stanu, a ostatnio wyjątkowo często. Czyżby chodziło o prekognicję? Dlaczego teraz? Co miało się stać?

– Ej, też to czujecie? – rzucił głośno Beast Boy.

Obróciłam się w jego stronę. Poderwał się z kanapy i najeżył w postaci kota.

– Co jest?! – krzyknął Victor z kuchni.

Poczułam delikatne wibracje. Spojrzałam na szybę, która drgała praktycznie niezauważalnie.

– Trzęsienie ziemi – powiedzieliśmy wszyscy jednocześnie.

– Silniejsze niż zwykle – oznajmił Cyborg, szperając w swoim interfejsie.

Faktycznie, na początku nie mogłam przyzwyczaić się do praktycznie codziennych wstrząsów. Wyczuwałam nawet te najmniejsze, rejestrowane przez urządzenia i najbardziej wyczulonych ludzi. Z czasem przyzwyczaiłam się do tego i przestałam zwracać uwagę tak, jak większość mieszkańców miejsc o tak dużej aktywności sejsmicznej. Tym razem jednak było silniejsze.

– Dziwne – mruknął Victor, podchodząc do nas. – Tak jakby… Nie było naturalne – stwierdził ze zdziwieniem.

– Co to znaczy? – spytałam.

– Że nie pochodzi z ruchów płyt tektonicznych, a ze znacznie płytszych warstw ziemi. Bardzo mały obszar, nawet nie całe San Francisco – raportował. – To nie jest normalne.

– Gdzie są Starfire i Robin? – spytał Beast Boy.

– O wilku mowa – mruknął Victor.

Z jego oka wystrzeliła wiązka światła i ukazała nam się hologramowa twarz Robina.

– Jest zgłoszenie o dziwnym trzęsieniu ziemi…

– Tak, już wiemy – przerwał mu Cyborg. – Ale wygląda to tak, jakby nie było hipocentrum. Ziemia po prostu drga na jakimś obszarze, a nie że fale rozchodzą się z jednego punktu – wyjaśnił błyskawicznie.

– Ktoś musiał je wywołać – stwierdził Robin. – Musimy to sprawdzić. Dołączcie do nas jak najszybciej.

Lider rozłączył się i hologram zniknął, zostawiając nas w lekkiej konsternacji. Pytanie wiszące między nami było wręcz namacalne. Kto i jak był w stanie wywołać coś takiego?

– No, zbieramy się – zarządził Cyborg. – Nie, nigdzie nas nie teleportujesz – powiedział groźnie w moją stronę. – Wciąż nie mogę się przyzwyczaić do tej pustki… i tego zimna – wyjaśnił, celując we mnie palcem, drgającym lekko na wspomnienie teleportacji.

– Mądrze gada – dorzucił pod nosem Beast Boy.

Dotarcie na miejsce nie zajęło nam dużo czasu. Przelecieliśmy raptem nad oddzielającą nas taflą wody i dołączyliśmy do Kori oraz Robina, którzy czekali na jednym z budynków.

– Chcemy przeszukać cały teren, na którym wystąpiły wstrząsy – zaczął bez ogródek. – Żaden z więźniów, którzy uciekli, nie miał takiej mocy, więc to odpada. Albo ktoś testował właśnie jakąś technologię i musimy założyć, że był to ledwie próba przed czymś znacznie większym albo… – urwał na moment. – Mamy do czynienia z kimś, kto ma władzę nad ziemią.

– Geokineza… – mruknęłam z zamyśleniem pod nosem.

– Pytanie tylko, jakie ma zamiary – stwierdził ponuro. – Raven, byłabyś w stanie wyczuć źródło mocy czy coś w tym stylu?

– Mogę spróbować, ale to bardzo duży obszar i mnóstwo ludzi. Jakikolwiek ślad mógł już dawno zniknąć – odparłam po chwili.

– Zobacz, co jesteś w stanie zrobić.

– Na razie wygląda mi to jak szukanie igły w stogu siana – rzucił niezadowolony Cyborg. – Nie wiemy, kogo, czy czego mamy szukać.

– I nie mamy pojęcia, czy było to jednorazowe wydarzenie, czy powinniśmy spodziewać się kolejnych – wtrąciła Starfire.

Odwróciłam uwagę od rozmowy. Zawisłam w powietrzu, złożyłam nogi do pozycji lotosu i wyjęłam z oczu targane wiatrem włosy. Odetchnęłam głęboko.

Otoczyła mnie czarna przestrzeń wypełniona przemieszczającymi się malutkimi punktami. Każdy inny, drgający we właściwy tylko sobie sposób, wypełniony jedną lub kilkoma emocjami z całej gamy. Odcięłam ich napływ, by skupić się tylko i wyłącznie na energii płynących od ludzi. Na początku zlewały się w jedną, wymieszaną masę. Wysilałam się jak tylko mogłam, ale nawet po ich odseparowaniu, żadna nie jawiła się jako wyjątkowo intensywna lub przepełniona magią. Zakładając, że za wstrząs była odpowiedzialna osoba obdarzona geokinezą,  mogła być równie dobrze już poza miastem, jak i stać pod tym wieżowcem. Nie było szans, bym ją zlokalizowała. Nie wyczuwałam nawet śladu nadzwyczajnej energii.

Powróciłam do rzeczywistości. Tytani milczeli, wpatrując się we mnie z wyczekiwaniem.

– Nie wyczuwam niczego nadzwyczajnego. Wydaje mi się, że powinien zostać jakikolwiek ślad po użyciu tak potężnej energii, ale… Sama nie wiem – przyznałam z wahaniem.

– Myślisz, że to raczej jakieś urządzenie? – spytał dla pewności Robin.

Uciekłam wzrokiem na bok. Nie potrafiłam tego zagwarantować. Ilość bodźców była tak duża…

– Jest taka możliwość – odparłam, gdy milczenie zbytnio się przeciągało.

– Cyborg?

Przeniesienie uwagi na Victora przyprawiło mnie o lekką ulgę.

– Pewnie chcesz wiedzieć, czy jestem w stanie zlokalizować jakieś dziwne urządzenie, które jest w stanie zrobić coś takiego? – Ubiegł Robina. – Nie mam bladego pojęcia – przyznał z rozbrajającą szczerością. – Jak zawsze, zobaczę, co da się zrobić, ale tak naprawdę nie mamy nawet strzępka informacji i w zasadzie będę musiał najpierw samemu wymyślić takie urządzenie i dopiero potem wykombinować, jak je namierzyć.

– Okej, okej, rozumiem – odparł z nutą niezadowolenia. – Wróć do wieży i zacznij pracę. My się rozejrzymy, może akurat na coś trafimy – zarządził.

Cyborg nie wydawał się najbardziej zadowolony z rozkazywania mu. Wymamrotał coś pod nosem, popatrzył z ukosa na Robina i odleciał w stronę wieży.

– Szukajcie dosłownie wszędzie. Sprawdzajcie kogokolwiek czy cokolwiek, co wyda wam się podejrzane.

Wzbiłam się bez pośpiechu w powietrze. Tak ogólny plan działania wydawał mi się jedynie stratą czasu. Prędzej natrafiłabym na skok na bank czy kradzież torebki, niż tajemnicze urządzenie wywołujące wstrząsy, pozostawione na widoku. Mogłam jedynie natknąć się na ślad aury osoby, która to wywołała, o ile faktycznie takowa istniała, a i to było dosyć wątpliwe w środku miasta. Przypuszczałabym, że wyniosła się, gdy tylko zarejestrowano to nadzwyczajne trzęsienie ziemi. Westchnęłam z rezygnacją. Przemieniłam się w niewielkiego kruka i zagłębiłam w labirynt budynków.

 

 Jak przewidywałam, krążyliśmy przez resztę dnia po mieście bezcelowo. Żadnych urządzeń, żadnych podejrzanych osób, żadnych ponownych wstrząsów. Domyślałam się, że złość Robina tylko narastała. Od dłuższego czasu mieliśmy zastój w sprawie Deathstroke’a, a teraz dochodziła kolejna sprawa. Bezczynność była dla niego gorsza, niż niepowodzenie.

Wracałam do wieży, przelatując ponad przerzedzającymi się sznurami aut. Wleciałam w jedną z uliczek i kątem oka dostrzegłam szyld księgarni, którą zdążyłam w ostatnich tygodniach odwiedzić już kilkukrotnie. W pierwszej chwili uznałam, że byłam zbyt zmęczona, ale po krótkim namyśle zawróciłam. Wylądowałam przed oknem wystawowym, zza którego spozierały ustawione w piramidę książki. Wydawało mi się, że wewnątrz było już ciemno, ale dla pewności pchnęłam drzwi. Ustąpiły. Weszłam do środka w akompaniamencie przyjemnego dla ucha odgłosu dzwonka. Omiotła mnie kojąca cisza i charakterystyczny zapach książek. Wsunęłam się między oświetlone alejki. Sunęłam palcem po oprawach, przekrzywiając głowę, by przeczytać tytuły. Sama nie byłam pewna, czego szukałam. Po co w ogóle tu przyszłam? Wiedziona impulsem, niżeli konkretnym celem. Chociaż mieliśmy pokaźny zbiór książek w wieży i praktycznie nieograniczony dostęp do wszelkich dokumentów oraz zbiorów, buszowanie między zapełnionymi półkami sprawiało mi przyjemność. Przywoływało dobre wspomnienia z Azarath.

Przystanęłam przy dziale związanym z okultyzmem i religiami. Powietrze było przesycone zapachem papieru i ciężkie od rozstawionych wszędzie kadzidełek. Zignorowałam odgłos otwieranych drzwi.

Przejrzałam tytuły, ale z niezadowoleniem stwierdziłam, że były to brednie dla laików. Otwarłam z ciekawości księgę obitą skórą z wypalonym pentagramem, ale tylko upewniłam się w moim przekonaniu. Westchnęłam, myśląc z tęsknotą o przepełnionych wiedzą księgach w Azarath. Tutaj magia była postrzegana jako coś złego, niebezpiecznego i niezrozumiałego. Przedstawiana w wypaczony sposób albo odstraszała albo przyciągała, faktycznie krzywdząc tych, którzy korzystali z niej nieumiejętnie.

Zerknęłam przelotnie na tabliczkę ouija. Przewróciłam oczami skierowałam się do wyjścia. Nagle moją uwagę przykuł stos zniszczonych książek leżących na ladzie. Rozejrzałam się na boki, ale nikogo nie było. Zerknęłam na pierwszy tytuł.

 „निन्दित”. „Kruk”. Co to miało znaczyć? I skąd znalazła się tu książka w sumeryjskim? W Azarath było ich mnóstwo, ale na Ziemi, w zwykłej księgarni? Sięgnęłam po nią z zaintrygowaniem. Szorstka, sztywna oprawa sprawiała wrażenie, jakby parzyła drobnymi, gorącymi igiełkami, które wbijały się w skórę pod najmniejszym naciskiem. Okładka była jednolita, z wyrytym jednym znakiem, którego nie potrafiłam rozpoznać. W mojej głowie toczyła się walka między usilną chęcią przeczytania tej książki, a cichym głosem intuicji, który podpowiadał, żebym czym prędzej ją odłożyła. Emanowała z niej dziwna energia, oddziaływująca na ciekawość i jednocześnie odpychająca racjonalną część umysłu.

Rozejrzałam się, jakby ktoś miał mnie podglądać, westchnęłam i otwarłam księgę. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że w środku była napisana łaciną, a litery zlewały się na podniszczonym papierze w ciąg szlaczków. Stronnice zapisane ścianą tekstów, z nielicznymi zdobieniami i raptem kilkoma rycinami wołały do mnie głośno i wyraźnie „weź mnie!”. Przyjrzałam się nieco rozmazanemu szkicowi, który mógł przedstawiać zarówno jakieś zwierzę, jak i bestię z podań.

Zatrzasnęłam książkę. Zamarłam. Znikąd pojawił się starszy mężczyzna, ubrany w kamizelkę i eleganckie spodnie.

– Dzień dobry. – Skinął głową, lustrując mnie uważnie zza okularów.

– Dzień dobry – odparłam, kryjąc zdziwienie i położyłam książkę na ladzie. – Czy te książki są na sprzedaż?

– Nie – odparł z irytacją. – Muszę je opisać, a mam jeszcze dużo pracy na dzisiaj – dodał szybko, siląc się na uprzejmy ton. – Możesz przyjść jutro.

Łysiejący mężczyzna spojrzał jakby mimowolnie na stos książek. Oparł się pięściami o blat, wyraźnie niezadowolony z pierwszej reakcji.  

Uniosłam pytająco brew. Chciałam przyjrzeć się pozostałym książkom, ale chrząknięcie i grzebanie w szafce jasno dawały mi znać, że nie byłam mile widziana. Ostatni raz spojrzałam na niewyraźne tytuły, starając się je zapamiętać i wymamrotawszy pożegnanie, wyszłam.

 

 Wróciłam do wieży jako ostatnia. Kręciłam się jeszcze bez celu po mieście, bijąc się z myślami dotyczącymi podejrzanych książek. Dlaczego sprzedawcy tak bardzo nie spodobało się moje zainteresowanie nimi? Co w sobie zawierały? Jaka tajemnica się za nimi kryła?

– Mogłam nie odpuszczać… – wymamrotałam pod nosem, stojąc przed drzwiami mojego pokoju. – Muszę tam jutro wrócić.

Przed oczami stanęły mi sumeryjskie symbole. Jeden był wciąż wyraźny, ale pozostałe zaczęły znikać za mgłą zapomnienia. Przeklęłam się za lenistwo w odświeżaniu języków i wyszperałam kartkę. Spisałam tylko cztery  tytuły, z czego połowę w dwóch wersjach, ponieważ nie byłam ich całkiem pewna. Usiadłam podirytowana na podłodze, zawiesiłam przed sobą kartkę i wgapiałam się w nią tępo. „Kruk”. „Kapłan”. „Przeznaczenie” lub „Początek”. „Rodzicielka” lub „Naczynie”. Co to miało niby znaczyć?

Nagle rozległo się pukanie.

Wsunęłam pospiesznie kartkę między książki i otwarłam drzwi.

– Hej – rzucił Cyborg, jakbyśmy wcale nie widzieli się dzisiaj kilka razy. – Robimy wieczór filmowy. Może chciałabyś dołączyć? – spytał i wyszczerzył się.

Mogłam się założyć, że tym razem to on przegrał losowanie nieszczęśnika, który miał za zadanie wyciągnąć mnie z pokoju.

– Dzięki, ale nie – odparłam po chwili. – Naprawdę potrzebuję teraz pomedytować w samotności – dodałam, uznawszy, że moja odpowiedź była zbyt chłodna.

Wskazałam kciukiem za siebie, cokolwiek ten gest miał oznaczać. Chciałam już wrócić do środka.

– A, jasne, spoko – powiedział pospiesznie, gestykulując bez składu. – Miłej medytacji – rzucił na odchodnym.

Zamknęłam drzwi, ale dręczyło mnie dziwne przeczucie, że nie był to ostatni raz, gdy ktoś miał zakłócić mój spokój.

Stanęłam na środku pokoju. Z lamp sączyło się ciepłe światło, które niknęło w tafli czerni za szybą. Ogarnęło mnie jakieś dziwne, niezdefiniowane uczucie. Pozwoliłam czarnej mgle energii pełgać wokół moich dłoni, przyglądając się im z niezrozumianą satysfakcją. Zadowoleniem z aury mroku, jaka roztaczała się dookoła. Spojrzałam w lustro i napotkałam szyderczy wzrok pary czerwonych oczu. Moich oczu.

Zgięłam się w pół. Poczułam, jakby ktoś rozszarpywał moje wnętrzności. Przed oczami latały mi wielobarwne plamy. Na krótką chwilę zabrakło mi oddechu. Nie mogłam spanikować.

Rozległo się pukanie. Jak zawsze w porę.

Odrzuciłam wpadające do oczu włosy. Miałam ochotę zostać w pozycji embrionalnej na kojącej ból podłodze, ale zza drzwi doleciał wyraźnie zaniepokojony głos Robina. Wstałam pomimo kłucia w podbrzuszu. Naciągnęłam głęboko kaptur, zgasiłam światła i uchyliłam drzwi.

– Wszystko w porządku? – Przekrzywił głowę, przyglądając mi się badawczo.

– Chciałam pomedytować – odparłam wymijająco, starając się nie odwracać wzroku.

Miałam wrażenie, że bez problemu dostrzegł, iż mimowolnie kuliłam się w z bólu. Intuicja podpowiadała mi, że przejrzał mnie na wylot, co było przecież niedorzeczne.

– Nie rozmawialiśmy, odkąd… powiedziałaś mi o Trygonie – rzekł i już miał skrzyżować ręce, ale powstrzymał się. – Wiesz, że nie musisz czegokolwiek przede mną ukrywać. Pomagasz wszystkim, ale nie dajesz pomóc sobie. Raven, proszę, powiedz mi, co się dzieje?

– Po prostu… – Westchnęłam i przewróciłam oczami. – Po prostu mi zaufaj. Umiem o siebie zadbać – ucięłam.

– Mówisz, bym ci zaufał…

Zamknęłam drzwi. Stęknęłam i skrzywiłam się z bólu. A może z powodu reszty słów, które mimo wszystko usłyszałam? „…ale sama mi nie ufasz?”. Czy faktycznie nie ufałam? Nie rozumiał, że byłam niebezpieczna? Że wszystkie mury, którymi się otoczyłam, wcale nie miały chronić mnie, a ludzi w moim otoczeniu? Nie pojmował, jakim zagrożeniem był Trygon. Byłam jego bramą, która uchylała się tym mocniej, im więcej czułam, aż w końcu miała otworzyć się na oścież.

Czy ból pochodził od niego? Czy chciał sprawić mi cierpienie za to, że sprzymierzyłam się z ludźmi? Może naciągałam fakty, a w rzeczywistości było to coś zwykłego?

Czemu było tak wiele pytań, a tak mało odpowiedzi? Wszystko stawało się zbyt przytłaczające i męczące. A sen nie dawał oczekiwanego odpoczynku.

 *****

 Jak dobrze mieć napisane rozdziały do przodu... Gdyby nie to, że właśnie pracuję nad 21, a ten sobie czekał na sprawdzenie, to pewnie opublikowałabym coś dopiero w czerwcu...  

 Jakieś teorie spiskowe?

niedziela, 18 kwietnia 2021

19. FREEDOM (ALMOST)

 Zgodnie z prośbą Robina zebraliśmy się na ustaloną godzinę w swego rodzaju salonie, jeśli Hala Sprawiedliwości mogła posiadać takie pomieszczenie. W milczeniu czekaliśmy na Garfielda, który nie byłby sobą, gdyby się nie spóźnił.

Nagle drzwi rozwarły się z łoskotem.

– Już… – Garfield wparował do środka, dysząc. – Jestem…

Padł na jeden z foteli, by złapać oddech.

– Ciężko się połapać w tych korytarzach, no i jeszcze jak chciałem się przemienić, żeby przybiec szybciej, to zapiszczało. – Potrząsnął rękę, na której miał lokalizator. – I prawie mnie zastrzelili – tłumaczył, wyrzucając z siebie słowa niczym karabin.

Poprawił uwierającą bransoletką i rozwalił się w szerokim fotelu.

Z zaciekawieniem i nutą obawy przywołałam moce.

Nic się nie stało.

Oczekiwane macki czarnej energii nie wyłoniły się. Nie poczułam tego znajomego przepływu mocy. Wpatrywałam się w wysunięte przed siebie dłonie z niedowierzaniem. Jak w ogóle byli w stanie dezaktywować moje zdolności?

Wyłapałam badawcze spojrzenie Robina. Szybko schowałam dłonie pod pelerynę i okryłam się nią szczelniej.

– Czy tylko ja odczuwam niezwykle silne wibracje deja vu? – zapytał dla rozluźnienia martwej atmosfery Beast Boy i zaśmiał się nerwowo.

Robin obracał w dłoniach rozporządzenie. Po chwili rzucił go z trzaskiem na blat stolika i zapadł się w fotelu. Oparł czoło na rozpostartych palcach i w tej pozie zamarł.

Wszyscy znieruchomieliśmy w otępieniu. Wciąż przetwarzaliśmy słowa, które padły. Zauważyłam dystans, który wytworzył się między nami. Nie tylko fizyczny, ale i emocjonalny. Każdy zamknął się w swoim wnętrzu, rozmyślając nad wszystkim, co się wydarzyło i dokąd to prowadziło.

Odsunęłam na bok napierające na mnie emocje. Nikt nie chciał wykonać pierwszego kroku, więc ja go zrobiłam. Podeszłam powoli do stolika i chwyciłam rozporządzenie. Przewertowałam pobieżnie strony zapisane ścianami tekstu, z którego połowa była pewnie formalnymi zapychaczami, zwrotami gmatwającymi wszystko laikowi i odwołaniami do paragrafów, których nikt z nas nie znał. A gdzieś pomiędzy tym zasady, którym mieliśmy się podporządkować.

– Czy ktoś może się w końcu odezwać? – wypalił błagalnie Garfield. – Musimy się na coś zdecydować… Ludzie… – stęknął przeciągle.

– To wszystko nie powinno was nawet dotyczyć – odezwała się w końcu Starfire, opierając się plecami o ścianę. – To ja zawiniłam, a teraz wszyscy dookoła ponoszą za mnie karę.

Podeszła w moją stronę. Zawahała się, ale po chwili wyciągnęła rękę po rozporządzenie.

– Mogę?

Oddałam jej dokument. Chwyciła go, ale nie otwarła.

– Bardzo mi przykro, że tak się to skończyło, ale jeśli takie mają być konsekwencje, jestem gotowa je przyjąć – oświadczyła.

– Okej, okej, rozumiemy, w zasadzie nie mamy innego wyboru, ale musisz trochę zwolnić – ostudził ją Cyborg i wskazał palcem na dokument. – Najpierw musimy się dowiedzieć, co naprawdę chcą nam wcisnąć do podpisania, chociaż już teraz mogę stwierdzić, że nie będzie się nam to podobać.

– Robin? – spytałam nieobecnego duchem lidera.

Drgnął. Podniósł głowę i popatrzył dookoła, jakby wyrwany ze snu.

– Hm?

– Nie chcesz nic powiedzieć? – mruknęłam.

– Zawaliłem, tyle mogę powiedzieć – odparł sucho. – Nie mamy innego wyjścia, niż zgodzić się na ich warunki. Zrobili nam wielką łaskę, oferując ugodę, więc po prostu ten jeden raz się dostosujmy.

Jego rezygnacja udzieliła się wszystkim. Nigdy dotąd go takim nie widzieliśmy, ale jak zwykle brał winę na siebie.

– Jest już za późno, by się zastanawiać, co by było gdybyśmy nie uciekli – rzuciłam stanowczo, podchodząc do niego. – Zajmijmy się tym, co możemy zrobić teraz.

Drzwi do pokoju otwarły się z rozmachem.

Donna weszła do środka w akompaniamencie skrzydeł trzaskających o odboje. Przenieśliśmy na nią pytające spojrzenia. Wyraźnie próbowała ukryć zirytowanie, ale zdradzały ją miotane z oczu pioruny i zaciśnięte szczęki.

– Zawsze musicie zrobić wejście smoka? – sarknęła i w kilku gniewnych krokach znalazła się koło Robina. – Mówiłam, żebyście się od razu ujawnili, to nie byłoby może takiego problemu, a tak? Co to w ogóle za akcja z wysadzaniem budynku? Powaliło was do reszty? – ciągnęła rozdrażnionym tonem, gestykulując żywo, już nawet nie starając się ukrywać złości.

– Myślisz, że celowo narazilibyśmy tyle ludzi? – wysyczał Dick i wstał gwałtownie. – Ktoś wrzucił nam granaty do mieszkania – oznajmił, z satysfakcją patrząc, jak mina Donny zrzedła.

– Ale po co…? Kto by was wyśledził? – spytała bardziej opanowanym głosem.

– Slade… – wysyczał Robin.

Jedno słowo, które znaczyło tak wiele. Zawisło między nami, zagęszczając atmosferę do tego stopnia, że odebrało nam na chwilę oddech. Wciąż wybrzmiewało w naszych uszach i rozbijało się po umysłach, siejąc zamęt.

– To jedyna osoba, która byłaby w stanie nas wyśledzić i z zimną krwią wysadzić cały budynek, byleby dopiąć swego – rozwinął myśl. – Wykorzystał okazję, że byliśmy osłabieni. I nie musisz nam mówić, jak źle postąpiliśmy. Dotarło – dodał dobitnie i ponownie usiadł.

– A jak tam rozmowa z Wonder Woman? – wtrącił z zaciekawieniem Victor.

Donna posłała mu mordercze spojrzenie. Wydęła wargi w niezadowoleniu, westchnęła i usiadłszy na podłokietniku obok Robina, odparła:

– Zrobiła mi wykład, że mogłam zostać oskarżona o pomoc zbiegom, i że powinnam była od razu im powiedzieć, et cetera, et cetera – mówiła, przedrzeźniając Wonder Woman. – A tak poza tym, to spoko, wręcz się kochamy – dodała i uśmiechnęła się cierpko.

Już w samolocie Ligi wyraźnie wyczuwałam ich wzajemną niechęć do siebie, ale nie miałam pojęcia, z czego to wynikało. Donna przez całą podróż mordowała wzrokiem siedzenie Wonder Woman i nie odezwała się ani słowem w siedzibie.

– Mniejsza o to. – Machnęła ręką. – Co oni chcą wam wcisnąć w tym rozporządzeniu? – spytała i sięgnęła po dokument. – Ktoś już próbował to rozczytać?

– Może nam to trochę zająć – mruknął z przekąsem Cyborg.

– To radzę wam zacząć jak najszybciej – odparła. – I bez dyskusji, już raz mnie nie posłuchaliście, gdy miałam rację – dodała i uśmiechnęła się z politowaniem.

Siedliśmy dookoła szklanego stolika, by wspólnie znaleźć wyjście z tej beznadziejnej sytuacji.

 

– A co, jeśli się nie zgodzą?

Beast Boy wypowiedział z obawą pytanie, które wszyscy sobie zadawaliśmy.

No właśnie, co jeśli nie rozpatrzą naszych propozycji?

Pomimo, że była to pierwsza wersja dokumentu przeczuwaliśmy, że nie będą przychylni jakimkolwiek zmianom na naszą korzyść. Dlaczego mieliby w ogóle być? Bo zwalczaliśmy przestępczość?

Prychnęłam na własne myśli, czym zwróciłam na siebie uwagę Robina. Zbyłam jego spojrzenie machnięciem ręki.

– Wtedy będziemy musieli się dostosować – odparł bez przekonania Victor.

– Uważam, że możliwość kontynuowania naszej działalności, nawet na narzuconych zasadach wciąż jest lepsza od trafienia do więzienia – stwierdziła cicho Starfire.

Wpatrywaliśmy się w leżące na stole rozporządzenie. Zajęło nam kilka godzin, by dokładnie je przeczytać, przeanalizować wynikające z zawartości implikacje i dojść do wspólnych wniosków. Atmosfera na przestrzeni czasu zmieniała się od przepełnionej irytacją, strachem przed nieznanym i silną chęcią buntu, przez napływające powoli zrozumienie oraz skruchę, kończąc na pewności i ponownym zjednoczeniu drużyny. Musieliśmy odnaleźć siłę w nas. W rodzinie, którą tworzyliśmy. Nie ważne, co miało się stać, byliśmy w tym razem.

Obracałam w zamyśleniu lokalizator. Błądziłam wzrokiem po pomieszczeniu, raz po raz zawieszając je na którymś z Tytanów lub Donnie. Przyglądałam się spod kaptura zmartwionej twarzy Kori, bawiącemu się obręczą Garfieldowi, czy tkwiącym nieruchomo w skupieniu Donnie, Vicowi oraz Robinowi. Usilnie ignorowałam wypełniającą pokój mieszankę emocji. Wiedziałam, że czekała nas jeszcze jedna rozmowa z Ligą, a nie było nawet chwili, by przetrawić moje własne uczucia podczas medytacji. Miałam jednak świadomość buzującej w zakątkach umysłu energii, wzburzonej i niestabilnej przez kilkudniowe przeładowanie bodźcami. Chciałam, by wszystko się już skończyło, ponieważ obawiałam się, że czara mogła się niedługo przepełnić.

– Dobra, podsumowując – odezwał się Robin, ściskając nasadę nosa. – Nie zgadzamy się na zapisy dotyczące stałego monitorowania naszych pozycji, upublicznienia naszych danych, ograniczenia reagowania na wezwania i potrzeby zatwierdzenia każdej misji wykraczającej poza granice San Francisco.

– A te raporty? – wtrącił Victor. – Kto to będzie pisał? Może mamy jeszcze uwzględniać, kto gotował obiad, kto zmywał i kto co robił o drugiej nad ranem w łazience? – ciągnął, gestykulując.

– To jest bez różnicy, bo i tak piszę je codziennie – odparł obojętnie Dick.

Wszyscy jednocześnie spojrzeliśmy na niego z wyraźnym „serio?” wypisanym na twarzach, ale przecież mogliśmy się tego spodziewać.

– A z tymi danymi to w ogóle pojechali – prychnął Cyborg. – Oczekują, że Batek zrobi im pełny wykaz majątku, drzewa genealogicznego i poda wszystkie trzy imiona?

– O tym nawet nie wspominam, ponieważ Liga na pewno nie będzie chciała się na to zgodzić. Pamiętajmy, że to wstępna wersja i część zapisów można jeszcze przeforsować – odparł spokojnie Robin.

– Mnie zastanawia, jak oni to sobie w ogóle wyobrażają – rzuciła Donna i podrapała się w zamyśleniu po podbródku. – Macie alarm o włamaniu do jubilera i co? Zbiera się sztab decyzyjny, by ustalić, czy Młodzi Tytani mogą udać się na miejsce zbrodni i jakich środków mogą użyć, by unieszkodliwić sprawców? Do reszty ich powaliło? – skończyła swój wywód i wykrzywiła twarz w konsternacji.

– Dlatego się na to nie zgadzamy. Rozumiem, że mamy być poddani większej kontroli, co nawet ja uważam za rozsądne, ale to jest zwyczajne zabieranie wolności – stwierdził Beast Boy, leżąc z nogami przewieszonymi przez oparcie fotela.

– Jeśli mogłabym o coś spytać – rzekła cicho Starfire, wyciągając nieśmiało rękę do góry.

Robin kiwnął głową.

– Nie do końca rozumiem, na czym miałby polegać rejestr wszystkich osób o nadnaturalnych zdolnościach? Czy ma to coś wspólnego z przeprowadzaniem eksperymentów na nas i ludziach nam podobnych? – spytała z namacalnym strachem.

Powiodła wokół pytającym spojrzeniem, bawiąc się nerwowo rękami. Czyżby znowu powróciły nieprzyjemne wspomnienia?

– Nie, Star, nikt nie będzie eksperymentował na ludziach takich, jak my – zapewnił łagodnie Robin. – Nie wiem, na czym dokładnie ma to polegać. Pewnie będą chcieli poznać nasze zdolności i dokładne informacje o nas, ale to tyle. Zero eksperymentów.

Zaskoczyło mnie sformułowanie „tyle”. Dla mnie było to zdecydowane „aż”. Nie rozumiałam, jak mogło mu to nie przeszkadzać? Temu, który praktycznie od roku nie zdradził swojej tożsamości, ani nawet koloru oczu. A Batman? Nie wierzyłam, że się na to zgodził.

– Nie uważasz, że to narusza naszą prywatność, do której mamy prawo? – spytałam chłodno, patrząc mu prosto w oczy.

Dick obrócił głowę w moją stronę. Wyczuwałam to świdrujące, badawcze spojrzenie. Doskonale wiedział, czemu zaprotestowałam. Wystarczyło, że Zatanna wyczuwała moje demoniczne pochodzenie, a największy plotkarz Ligi posiadał dokładne informacje na ten temat.

– Możemy o tym wspomnieć, chociaż myślę, że członkowie Ligi również nie są temu przychylni – odparł po chwili ciszy.

– Nie rozumiem, jak oni mogą być przychylni któremukolwiek z tych przepisów – wydusił Garfield, wyrzucając przed siebie ręce.

– Nie mają wyboru – stwierdziła dobitnie Donna. – Od dłuższego czasu trwała dyskusja na temat zbyt dużej swobody bohaterów. Pal licho zniszczenia, jakie powodujemy. Robimy to kosztem ludzkiego zdrowia i życia.

– I ich podatków – wtrącił z przekąsem Victor.

Donna spojrzała na niego z politowaniem, ale zignorowała komentarz i kontynuowała dobitnie:

– Chodzi o samowolkę. Mamy dostęp do wszelkich baz danych. Obchodzimy procedury, które spowalniają działanie oficjalnych służb. Przekraczamy granice państw. Jesteśmy w posiadaniu broni i systemów, które w niewłaściwych rękach stanowiłyby śmiertelne zagrożenie dla całej ludzkości. A przede wszystkim – urwała, dla podbicia znaczenia swoich słów. – Sami jesteśmy śmiercionośną bronią.

Jej wypowiedź trafiła prosto w nasze czułe punkty. Wszyscy zdawaliśmy sobie z tego sprawę, chociaż nie chcieliśmy tego głośno przyznać.

Byliśmy niebezpieczni.

– Rejestr ma służyć temu, by obserwować ludzi z nadnaturalnymi zdolnościami. My jesteśmy po dobrej stronie, ale pomyślcie, ile osób trafia na złą? – Kolejna pauza, zasiewająca w naszych głowach więcej pytań i wątpliwości. – Gdyby opracować system dostatecznie skuteczny, zamiast zwalczać przestępczość, moglibyśmy zapobiegać jej, zanim w ogóle by się wykluła. Przynajmniej częściowo – zaznaczyła.

– Ale pomyśl o jednym – odparł Victor, wpatrując się w nią. – Informacje o wszystkich bohaterach w jednym miejscu. Ich tożsamości, umiejętności, słabości i rodziny – wymieniał.

Na twarzy Donny odmalowało się zrozumienie, w jakim kierunku zmierzał wywód Cyborga.

– Aż się prosi o wykradzenie tych danych. A wtedy… No cóż… Dopiero będą mieli prawdziwy problem z bohaterami – stwierdził sceptycznie.

– Nie wiem, ile uda nam się wywalczyć – podsumował Robin i wstał. – Ale wiem jedno. Jesteśmy w tym razem i razem się z tym zmierzymy – oznajmił z dawną pewnością, której tak nam brakowało.

Wyciągnął ponad stołem zwiniętą w pięść dłoń.

Popatrzyliśmy na niego pytająco. Beast Boy załapał pierwszy, zerwał się z fotela i dołączył się do gestu. Starfire i Victor podążyli jego śladem z szerokimi uśmiechami.

Zawahałam się, ale uznałam, że nie warto było psuć takiej chwili moją powściągliwością. Wysunęłam rękę, dopełniając okrąg.

– Ty też – rzucił zachęcająco Robin, patrząc na Donnę.

Popatrzyła na nas niepewnie.

Beast Boy kiwnął głową w stronę złączonych dłoni i zrobił dla niej miejsce.

Uśmiechnęła się w odpowiedzi i zapełniła powstałą lukę.

– Tytani… – Robin nabrał głęboki wdech. – Razem!

 

 Każdy dotychczasowy spacer na spotkanie z Ligą przyprawiał mnie o uczucie skręcania wnętrzności w każdą możliwą stronę. I tym razem nie było inaczej, ale obecność przyjaciół znacząco mi pomagała. Udzielała mi się ich pewność siebie i siła do walki. Chłonęłam energię, jaka emanowała od każdego z nich, odganiając jednocześnie napływające fale czarnych scenariuszy i obaw. Tylko spokój i jedność mogły nas ocalić.

Szliśmy w jednej linii, otoczeni przez uzbrojonych agentów. Przed nami dumnym krokiem szedł Wellington, którego łysina połyskiwała w świetle lamp, na widok czego Beast Boy nie omieszkał się złośliwie uśmiechnąć.

Kręcący się po korytarzach Hali Sprawiedliwości ludzie schodzili nam bez słowa z drogi. Część posyłała współczująca spojrzenia, inni byli w najgorszym wypadku obojętni.

Przechodząc przez główny hol mieliśmy doskonały widok na potężny tłum zebrany na rozległym placu przed siedzibą. Zza sznura policyjnych samochodów oddzielających zbiorowisko od wejścia wyrastały falujące w morzu ludzi banery, plakaty i ogromne transparenty. Wyczułam konsternację Starfire na ten widok.

– Czy ci wszyscy ludzie zebrali się tutaj z naszego powodu? – spytała cicho, pochylając się ku Robinowi.

– Na to wygląda, Kori – odparł z cieniem uśmiechu na ustach.

Jakkolwiek media czy władze nie chciałyby zepsuć naszego wizerunku, zawsze była chociaż garstka ludzi, która stawałaby za nas murem. I nawet jeśli gdzieś między demonstrującymi znajdowali się przeciwnicy działalności superbohaterów, to nikt nie mógł zaprzeczyć, że mimo wszystko czyniliśmy dobro.

Moje pozytywne rozmyślania w jednej chwili przemieniły się w czarne scenariusze, a wystarczył do tego widok Zatanny czekającej przy drzwiach sali obrad razem z kilkoma członkami Ligi.

Nie przepełniała jej złośliwa satysfakcja z położenia, w jakim się znaleźliśmy, mimo wszystko wyczuwałam jej nieustanną niechęć do mnie.

Podeszliśmy do drzwi, które otwarły się automatycznie. Przechodząc obok Zatanny, skinęłam wyraźnie głową, patrząc jej głęboko w oczy, na co odpowiedziała tylko zaciśnięciem szczęki.

Weszliśmy do jasno oświetlonej, ogromnej sali. Strażnicy zatrzasnęli za nami drzwi, a my podeszliśmy do stołu stojącego w samym centrum. Wszyscy już na nas czekali. Zajęliśmy te same miejsca, co poprzednio. Robin, siadając, rzucił rozporządzenie na blat, przerywając ciche rozmowy prowadzone przez zgromadzonych. Wszystkie spojrzenia skierowały się na nas.

– Zapoznaliśmy się ze wszystkimi zapisami – podjął stonowanym głosem, złączając ze sobą opuszki palców. – I mamy propozycje dotyczące zmiany niektórych z nich.

Batman kiwnął nieznacznie głową na znak, by kontynuował.

Robin przedstawił wszystkie nasze wątpliwości i dokładnie uargumentował każdą z nich. Stanowczym głosem i stoickim spokojem, który tworzył nie tylko fasadę, ale i wypełniał także jego umysł, zyskał pełną uwagę zebranych. Nikt mu nie przerywał. Nawet Batman słuchał z uznaniem i dumą, czego jednak nie pozwolił po sobie poznać.

Gdy Robin skończył mówić, zapadła cisza. Słowa wybrzmiewały przez moment, a w nas ponownie zaczął narastać niepokój.

Członkowie Ligi wymieniali między sobą porozumiewawcze spojrzenia, a niektórzy kiwali nieznacznie głowami, zgadzając się z nami. Przedstawiciele władz nie wydawali się jednak tak samo przychylni naszym propozycjom.

– Jedna z poruszonych przez was kwestii jest nienaruszalna – podjął Wellington, wstając. – O spisie osób z nadzwyczajnymi umiejętnościami dyskutowano od dłuższego czasu i ten zapis miał wejść w życie tak czy owak, a wy jedynie to przyspieszyliście. Jeśli chodzi o pozostałe. – Odchrząknął i poprawił krawat. – Jest pole do dyskusji i wprowadzenia ewentualnych poprawek, ale to będzie wymagać zebrania komisji i ponownego zatwierdzenia wszystkich paragrafów – wyrecytował beznamiętnym tonem i usiadł.

Wymieniliśmy pytające spojrzenia. Czy ten wywód oznaczał pokrętną zgodę?

– W takim razie… – podjął po chwili Robin, jakby zdziwiony przychylną reakcją. – Skoro wstępnie doszliśmy do porozumienia, co dalej?

– Zgadzacie się działać zgodnie z nowymi regulacjami, gdy zostaną oficjalnie zatwierdzone i wprowadzone, więc nie traficie do więzienia, a postępowanie przeciwko wam zostanie umorzone – oznajmił.

Zajęło nam chwilę przetrawienie tych słów, których tak bardzo łaknęliśmy.

Byliśmy wolni.

W momencie, gdy ten fakt uderzył nasze świadomości, otoczyła nas wszechogarniająca ulga. Udzieliła mi się radość pozostałych, w tym Starfire, która nie powściągając emocji, złapała za ramiona siedzących obok Robina oraz Beast Boy’a i posłała dookoła uśmiechy. Nie była jednak w stanie ukryć przede mną poczucia winy zakopanego pod wywołanym chwilą ukojeniem. Cieszyła się, że kłopoty, w które nieumyślnie nas wpakowała się skończyły, ale nic nie wskazywało na to, by potrafiła sobie przebaczyć. Na pewno nie teraz.

– Czy w takim razie możecie w końcu mi to zdjąć? – spytał Beast Boy, wymachując w powietrzu ręką z bransoletą. – Strasznie niewygodne i niemodne macie te lokalizatory – rzucił z wyczuwalną w głosie ulgą.

– Nie tak szybko – uspokoił nasz zapał Wellington. – Nie traficie do więzienia, ale na razie nie możecie także wrócić do bazy. Rozporządzenie, według którego macie działać, nie weszło jeszcze w życie – oznajmił. – Na razie możecie zostać tutaj, pod okiem rządowych agentów i członków Ligi. Przed publikacją nowych zasad dotyczących działalności bohaterów, powiadomimy media o waszym uniewinnieniu.

Radość i ulga nieznacznie opadły, jednak nie zniknęły całkowicie. Kilka kolejnych dni w zamknięciu nie robiło nam już znaczenia, uwzględniając dodatkowo błogą świadomość uniewinnienia i znacznie większą powierzchnię, na której miałam możliwość omijać Beast Boy’a.

– Jesteście prawie że wolni – oznajmiła z cieniem uśmiechu Wonder Woman.

– Co nie równa się naprawieniu reputacji – dodał ponuro Batman. – Tym razem podjęliście mądrą decyzję, ale musicie mieć na uwadze, że przez ten czas namnożyło się nie tylko przeciwko wam, ale i nam, mnóstwo nowych wrogów i to tych najgorszych – ciągnął beznamiętnie. – Wśród ludzi, których macie za zadanie bronić – powiedział dobitnie.

– On to zawsze umie zniszczyć zabawę – mruknął z przekąsem Beast Boy.

– Wiemy o tym – odparł spokojnie Robin. – Dajcie nam wrócić do pracy i tym również się zajmiemy – zapewnił i wstał. – Prosiłbym o informowanie nas na bieżąco w sprawie rozporządzenia i wypuszczenia nas.

Skinął głową zebranym i popatrzył na nas z uśmiechem majaczącym na ustach.

Kori poderwała się gwałtownie i zamknęła go w żelaznym uścisku. Dick zesztywniał. Nie miał szans wyrwać się z jej objęć, więc tylko stał zażenowany i zabijał wzrokiem Beast Boy’a oraz Cyborga, którzy nie ukrywali złośliwych uśmiechów. Gdy w końcu wydostał się z uścisku i każdy po kolei otrzymał od Starfire własne sine pręgi na żebrach oraz szeroki uśmiech, opuściliśmy salę. Odprowadziły nas uważne spojrzenia, na które jednak nie zwracaliśmy uwagi. Cieszyliśmy się, że wszystko zakończyło się względnie dobrze.

W teorii mieliśmy kilka dni wytchnienia, w praktyce nie spodziewałam się jednak, by Robin siedział spokojnie w czasie, gdy Slade grasował gdzieś na wolności. Dick niezaprzeczalnie czuł ulgę z uniewinnienia nas, ale pomimo, że szedł razem z nami i nawet uśmiechnął się w odpowiedzi do Starfire, to duchem był zupełnie gdzie indziej. Skupiony na planowaniu, rozpracowywaniu i łączeniu znanych tylko jemu elementów.

Odłączyłam się bez słowa od grupy i skręciłam do mojego tymczasowego pokoju. Musiałam się zregenerować w spokoju i ciszy. Potrzebowałam odciąć się od Tytanów, wszelkich przestępców, wiadomościach o kolejnych ofiarach i wymieniania wad superbohaterów. Ostatnie dni doszczętnie wykończyły pokłady cierpliwości nie tylko moje, ale także pozostałych. Wyraźnie czułam mieszankę radości, ale i ulgi, że w końcu całe napięcie opadło. I chociaż za murami Hali czyhały na nas morderca, prawne ograniczenia i fala krytyki wylewająca się ze sfrustrowanych ludzi, to wszyscy potrzebowaliśmy odpoczynku od całego zamieszania. Chwili zapomnienia.

 *****

 Ja to tylko tutaj zostawię i powiem, że już nie mogę się doczekać publikacji następnych rozdziałów. Co zadziwiające, jestem z nich naprawdę zadowolona (tak chociaż raz dla odmiany xD). Myślę, że uda mi się opublikować następny rozdział nawet szybciej, niż w przeciągu miesiąca, ale te dni tak lecą, że nawet tego nie zauważam. 

 Dajcie znać, co myślicie o tym rozdziale i wyczekujcie ciekawych wydarzeń w przyszłości (a przynajmniej mam nadzieję, że takie są xD).