niedziela, 18 kwietnia 2021

19. FREEDOM (ALMOST)

 Zgodnie z prośbą Robina zebraliśmy się na ustaloną godzinę w swego rodzaju salonie, jeśli Hala Sprawiedliwości mogła posiadać takie pomieszczenie. W milczeniu czekaliśmy na Garfielda, który nie byłby sobą, gdyby się nie spóźnił.

Nagle drzwi rozwarły się z łoskotem.

– Już… – Garfield wparował do środka, dysząc. – Jestem…

Padł na jeden z foteli, by złapać oddech.

– Ciężko się połapać w tych korytarzach, no i jeszcze jak chciałem się przemienić, żeby przybiec szybciej, to zapiszczało. – Potrząsnął rękę, na której miał lokalizator. – I prawie mnie zastrzelili – tłumaczył, wyrzucając z siebie słowa niczym karabin.

Poprawił uwierającą bransoletką i rozwalił się w szerokim fotelu.

Z zaciekawieniem i nutą obawy przywołałam moce.

Nic się nie stało.

Oczekiwane macki czarnej energii nie wyłoniły się. Nie poczułam tego znajomego przepływu mocy. Wpatrywałam się w wysunięte przed siebie dłonie z niedowierzaniem. Jak w ogóle byli w stanie dezaktywować moje zdolności?

Wyłapałam badawcze spojrzenie Robina. Szybko schowałam dłonie pod pelerynę i okryłam się nią szczelniej.

– Czy tylko ja odczuwam niezwykle silne wibracje deja vu? – zapytał dla rozluźnienia martwej atmosfery Beast Boy i zaśmiał się nerwowo.

Robin obracał w dłoniach rozporządzenie. Po chwili rzucił go z trzaskiem na blat stolika i zapadł się w fotelu. Oparł czoło na rozpostartych palcach i w tej pozie zamarł.

Wszyscy znieruchomieliśmy w otępieniu. Wciąż przetwarzaliśmy słowa, które padły. Zauważyłam dystans, który wytworzył się między nami. Nie tylko fizyczny, ale i emocjonalny. Każdy zamknął się w swoim wnętrzu, rozmyślając nad wszystkim, co się wydarzyło i dokąd to prowadziło.

Odsunęłam na bok napierające na mnie emocje. Nikt nie chciał wykonać pierwszego kroku, więc ja go zrobiłam. Podeszłam powoli do stolika i chwyciłam rozporządzenie. Przewertowałam pobieżnie strony zapisane ścianami tekstu, z którego połowa była pewnie formalnymi zapychaczami, zwrotami gmatwającymi wszystko laikowi i odwołaniami do paragrafów, których nikt z nas nie znał. A gdzieś pomiędzy tym zasady, którym mieliśmy się podporządkować.

– Czy ktoś może się w końcu odezwać? – wypalił błagalnie Garfield. – Musimy się na coś zdecydować… Ludzie… – stęknął przeciągle.

– To wszystko nie powinno was nawet dotyczyć – odezwała się w końcu Starfire, opierając się plecami o ścianę. – To ja zawiniłam, a teraz wszyscy dookoła ponoszą za mnie karę.

Podeszła w moją stronę. Zawahała się, ale po chwili wyciągnęła rękę po rozporządzenie.

– Mogę?

Oddałam jej dokument. Chwyciła go, ale nie otwarła.

– Bardzo mi przykro, że tak się to skończyło, ale jeśli takie mają być konsekwencje, jestem gotowa je przyjąć – oświadczyła.

– Okej, okej, rozumiemy, w zasadzie nie mamy innego wyboru, ale musisz trochę zwolnić – ostudził ją Cyborg i wskazał palcem na dokument. – Najpierw musimy się dowiedzieć, co naprawdę chcą nam wcisnąć do podpisania, chociaż już teraz mogę stwierdzić, że nie będzie się nam to podobać.

– Robin? – spytałam nieobecnego duchem lidera.

Drgnął. Podniósł głowę i popatrzył dookoła, jakby wyrwany ze snu.

– Hm?

– Nie chcesz nic powiedzieć? – mruknęłam.

– Zawaliłem, tyle mogę powiedzieć – odparł sucho. – Nie mamy innego wyjścia, niż zgodzić się na ich warunki. Zrobili nam wielką łaskę, oferując ugodę, więc po prostu ten jeden raz się dostosujmy.

Jego rezygnacja udzieliła się wszystkim. Nigdy dotąd go takim nie widzieliśmy, ale jak zwykle brał winę na siebie.

– Jest już za późno, by się zastanawiać, co by było gdybyśmy nie uciekli – rzuciłam stanowczo, podchodząc do niego. – Zajmijmy się tym, co możemy zrobić teraz.

Drzwi do pokoju otwarły się z rozmachem.

Donna weszła do środka w akompaniamencie skrzydeł trzaskających o odboje. Przenieśliśmy na nią pytające spojrzenia. Wyraźnie próbowała ukryć zirytowanie, ale zdradzały ją miotane z oczu pioruny i zaciśnięte szczęki.

– Zawsze musicie zrobić wejście smoka? – sarknęła i w kilku gniewnych krokach znalazła się koło Robina. – Mówiłam, żebyście się od razu ujawnili, to nie byłoby może takiego problemu, a tak? Co to w ogóle za akcja z wysadzaniem budynku? Powaliło was do reszty? – ciągnęła rozdrażnionym tonem, gestykulując żywo, już nawet nie starając się ukrywać złości.

– Myślisz, że celowo narazilibyśmy tyle ludzi? – wysyczał Dick i wstał gwałtownie. – Ktoś wrzucił nam granaty do mieszkania – oznajmił, z satysfakcją patrząc, jak mina Donny zrzedła.

– Ale po co…? Kto by was wyśledził? – spytała bardziej opanowanym głosem.

– Slade… – wysyczał Robin.

Jedno słowo, które znaczyło tak wiele. Zawisło między nami, zagęszczając atmosferę do tego stopnia, że odebrało nam na chwilę oddech. Wciąż wybrzmiewało w naszych uszach i rozbijało się po umysłach, siejąc zamęt.

– To jedyna osoba, która byłaby w stanie nas wyśledzić i z zimną krwią wysadzić cały budynek, byleby dopiąć swego – rozwinął myśl. – Wykorzystał okazję, że byliśmy osłabieni. I nie musisz nam mówić, jak źle postąpiliśmy. Dotarło – dodał dobitnie i ponownie usiadł.

– A jak tam rozmowa z Wonder Woman? – wtrącił z zaciekawieniem Victor.

Donna posłała mu mordercze spojrzenie. Wydęła wargi w niezadowoleniu, westchnęła i usiadłszy na podłokietniku obok Robina, odparła:

– Zrobiła mi wykład, że mogłam zostać oskarżona o pomoc zbiegom, i że powinnam była od razu im powiedzieć, et cetera, et cetera – mówiła, przedrzeźniając Wonder Woman. – A tak poza tym, to spoko, wręcz się kochamy – dodała i uśmiechnęła się cierpko.

Już w samolocie Ligi wyraźnie wyczuwałam ich wzajemną niechęć do siebie, ale nie miałam pojęcia, z czego to wynikało. Donna przez całą podróż mordowała wzrokiem siedzenie Wonder Woman i nie odezwała się ani słowem w siedzibie.

– Mniejsza o to. – Machnęła ręką. – Co oni chcą wam wcisnąć w tym rozporządzeniu? – spytała i sięgnęła po dokument. – Ktoś już próbował to rozczytać?

– Może nam to trochę zająć – mruknął z przekąsem Cyborg.

– To radzę wam zacząć jak najszybciej – odparła. – I bez dyskusji, już raz mnie nie posłuchaliście, gdy miałam rację – dodała i uśmiechnęła się z politowaniem.

Siedliśmy dookoła szklanego stolika, by wspólnie znaleźć wyjście z tej beznadziejnej sytuacji.

 

– A co, jeśli się nie zgodzą?

Beast Boy wypowiedział z obawą pytanie, które wszyscy sobie zadawaliśmy.

No właśnie, co jeśli nie rozpatrzą naszych propozycji?

Pomimo, że była to pierwsza wersja dokumentu przeczuwaliśmy, że nie będą przychylni jakimkolwiek zmianom na naszą korzyść. Dlaczego mieliby w ogóle być? Bo zwalczaliśmy przestępczość?

Prychnęłam na własne myśli, czym zwróciłam na siebie uwagę Robina. Zbyłam jego spojrzenie machnięciem ręki.

– Wtedy będziemy musieli się dostosować – odparł bez przekonania Victor.

– Uważam, że możliwość kontynuowania naszej działalności, nawet na narzuconych zasadach wciąż jest lepsza od trafienia do więzienia – stwierdziła cicho Starfire.

Wpatrywaliśmy się w leżące na stole rozporządzenie. Zajęło nam kilka godzin, by dokładnie je przeczytać, przeanalizować wynikające z zawartości implikacje i dojść do wspólnych wniosków. Atmosfera na przestrzeni czasu zmieniała się od przepełnionej irytacją, strachem przed nieznanym i silną chęcią buntu, przez napływające powoli zrozumienie oraz skruchę, kończąc na pewności i ponownym zjednoczeniu drużyny. Musieliśmy odnaleźć siłę w nas. W rodzinie, którą tworzyliśmy. Nie ważne, co miało się stać, byliśmy w tym razem.

Obracałam w zamyśleniu lokalizator. Błądziłam wzrokiem po pomieszczeniu, raz po raz zawieszając je na którymś z Tytanów lub Donnie. Przyglądałam się spod kaptura zmartwionej twarzy Kori, bawiącemu się obręczą Garfieldowi, czy tkwiącym nieruchomo w skupieniu Donnie, Vicowi oraz Robinowi. Usilnie ignorowałam wypełniającą pokój mieszankę emocji. Wiedziałam, że czekała nas jeszcze jedna rozmowa z Ligą, a nie było nawet chwili, by przetrawić moje własne uczucia podczas medytacji. Miałam jednak świadomość buzującej w zakątkach umysłu energii, wzburzonej i niestabilnej przez kilkudniowe przeładowanie bodźcami. Chciałam, by wszystko się już skończyło, ponieważ obawiałam się, że czara mogła się niedługo przepełnić.

– Dobra, podsumowując – odezwał się Robin, ściskając nasadę nosa. – Nie zgadzamy się na zapisy dotyczące stałego monitorowania naszych pozycji, upublicznienia naszych danych, ograniczenia reagowania na wezwania i potrzeby zatwierdzenia każdej misji wykraczającej poza granice San Francisco.

– A te raporty? – wtrącił Victor. – Kto to będzie pisał? Może mamy jeszcze uwzględniać, kto gotował obiad, kto zmywał i kto co robił o drugiej nad ranem w łazience? – ciągnął, gestykulując.

– To jest bez różnicy, bo i tak piszę je codziennie – odparł obojętnie Dick.

Wszyscy jednocześnie spojrzeliśmy na niego z wyraźnym „serio?” wypisanym na twarzach, ale przecież mogliśmy się tego spodziewać.

– A z tymi danymi to w ogóle pojechali – prychnął Cyborg. – Oczekują, że Batek zrobi im pełny wykaz majątku, drzewa genealogicznego i poda wszystkie trzy imiona?

– O tym nawet nie wspominam, ponieważ Liga na pewno nie będzie chciała się na to zgodzić. Pamiętajmy, że to wstępna wersja i część zapisów można jeszcze przeforsować – odparł spokojnie Robin.

– Mnie zastanawia, jak oni to sobie w ogóle wyobrażają – rzuciła Donna i podrapała się w zamyśleniu po podbródku. – Macie alarm o włamaniu do jubilera i co? Zbiera się sztab decyzyjny, by ustalić, czy Młodzi Tytani mogą udać się na miejsce zbrodni i jakich środków mogą użyć, by unieszkodliwić sprawców? Do reszty ich powaliło? – skończyła swój wywód i wykrzywiła twarz w konsternacji.

– Dlatego się na to nie zgadzamy. Rozumiem, że mamy być poddani większej kontroli, co nawet ja uważam za rozsądne, ale to jest zwyczajne zabieranie wolności – stwierdził Beast Boy, leżąc z nogami przewieszonymi przez oparcie fotela.

– Jeśli mogłabym o coś spytać – rzekła cicho Starfire, wyciągając nieśmiało rękę do góry.

Robin kiwnął głową.

– Nie do końca rozumiem, na czym miałby polegać rejestr wszystkich osób o nadnaturalnych zdolnościach? Czy ma to coś wspólnego z przeprowadzaniem eksperymentów na nas i ludziach nam podobnych? – spytała z namacalnym strachem.

Powiodła wokół pytającym spojrzeniem, bawiąc się nerwowo rękami. Czyżby znowu powróciły nieprzyjemne wspomnienia?

– Nie, Star, nikt nie będzie eksperymentował na ludziach takich, jak my – zapewnił łagodnie Robin. – Nie wiem, na czym dokładnie ma to polegać. Pewnie będą chcieli poznać nasze zdolności i dokładne informacje o nas, ale to tyle. Zero eksperymentów.

Zaskoczyło mnie sformułowanie „tyle”. Dla mnie było to zdecydowane „aż”. Nie rozumiałam, jak mogło mu to nie przeszkadzać? Temu, który praktycznie od roku nie zdradził swojej tożsamości, ani nawet koloru oczu. A Batman? Nie wierzyłam, że się na to zgodził.

– Nie uważasz, że to narusza naszą prywatność, do której mamy prawo? – spytałam chłodno, patrząc mu prosto w oczy.

Dick obrócił głowę w moją stronę. Wyczuwałam to świdrujące, badawcze spojrzenie. Doskonale wiedział, czemu zaprotestowałam. Wystarczyło, że Zatanna wyczuwała moje demoniczne pochodzenie, a największy plotkarz Ligi posiadał dokładne informacje na ten temat.

– Możemy o tym wspomnieć, chociaż myślę, że członkowie Ligi również nie są temu przychylni – odparł po chwili ciszy.

– Nie rozumiem, jak oni mogą być przychylni któremukolwiek z tych przepisów – wydusił Garfield, wyrzucając przed siebie ręce.

– Nie mają wyboru – stwierdziła dobitnie Donna. – Od dłuższego czasu trwała dyskusja na temat zbyt dużej swobody bohaterów. Pal licho zniszczenia, jakie powodujemy. Robimy to kosztem ludzkiego zdrowia i życia.

– I ich podatków – wtrącił z przekąsem Victor.

Donna spojrzała na niego z politowaniem, ale zignorowała komentarz i kontynuowała dobitnie:

– Chodzi o samowolkę. Mamy dostęp do wszelkich baz danych. Obchodzimy procedury, które spowalniają działanie oficjalnych służb. Przekraczamy granice państw. Jesteśmy w posiadaniu broni i systemów, które w niewłaściwych rękach stanowiłyby śmiertelne zagrożenie dla całej ludzkości. A przede wszystkim – urwała, dla podbicia znaczenia swoich słów. – Sami jesteśmy śmiercionośną bronią.

Jej wypowiedź trafiła prosto w nasze czułe punkty. Wszyscy zdawaliśmy sobie z tego sprawę, chociaż nie chcieliśmy tego głośno przyznać.

Byliśmy niebezpieczni.

– Rejestr ma służyć temu, by obserwować ludzi z nadnaturalnymi zdolnościami. My jesteśmy po dobrej stronie, ale pomyślcie, ile osób trafia na złą? – Kolejna pauza, zasiewająca w naszych głowach więcej pytań i wątpliwości. – Gdyby opracować system dostatecznie skuteczny, zamiast zwalczać przestępczość, moglibyśmy zapobiegać jej, zanim w ogóle by się wykluła. Przynajmniej częściowo – zaznaczyła.

– Ale pomyśl o jednym – odparł Victor, wpatrując się w nią. – Informacje o wszystkich bohaterach w jednym miejscu. Ich tożsamości, umiejętności, słabości i rodziny – wymieniał.

Na twarzy Donny odmalowało się zrozumienie, w jakim kierunku zmierzał wywód Cyborga.

– Aż się prosi o wykradzenie tych danych. A wtedy… No cóż… Dopiero będą mieli prawdziwy problem z bohaterami – stwierdził sceptycznie.

– Nie wiem, ile uda nam się wywalczyć – podsumował Robin i wstał. – Ale wiem jedno. Jesteśmy w tym razem i razem się z tym zmierzymy – oznajmił z dawną pewnością, której tak nam brakowało.

Wyciągnął ponad stołem zwiniętą w pięść dłoń.

Popatrzyliśmy na niego pytająco. Beast Boy załapał pierwszy, zerwał się z fotela i dołączył się do gestu. Starfire i Victor podążyli jego śladem z szerokimi uśmiechami.

Zawahałam się, ale uznałam, że nie warto było psuć takiej chwili moją powściągliwością. Wysunęłam rękę, dopełniając okrąg.

– Ty też – rzucił zachęcająco Robin, patrząc na Donnę.

Popatrzyła na nas niepewnie.

Beast Boy kiwnął głową w stronę złączonych dłoni i zrobił dla niej miejsce.

Uśmiechnęła się w odpowiedzi i zapełniła powstałą lukę.

– Tytani… – Robin nabrał głęboki wdech. – Razem!

 

 Każdy dotychczasowy spacer na spotkanie z Ligą przyprawiał mnie o uczucie skręcania wnętrzności w każdą możliwą stronę. I tym razem nie było inaczej, ale obecność przyjaciół znacząco mi pomagała. Udzielała mi się ich pewność siebie i siła do walki. Chłonęłam energię, jaka emanowała od każdego z nich, odganiając jednocześnie napływające fale czarnych scenariuszy i obaw. Tylko spokój i jedność mogły nas ocalić.

Szliśmy w jednej linii, otoczeni przez uzbrojonych agentów. Przed nami dumnym krokiem szedł Wellington, którego łysina połyskiwała w świetle lamp, na widok czego Beast Boy nie omieszkał się złośliwie uśmiechnąć.

Kręcący się po korytarzach Hali Sprawiedliwości ludzie schodzili nam bez słowa z drogi. Część posyłała współczująca spojrzenia, inni byli w najgorszym wypadku obojętni.

Przechodząc przez główny hol mieliśmy doskonały widok na potężny tłum zebrany na rozległym placu przed siedzibą. Zza sznura policyjnych samochodów oddzielających zbiorowisko od wejścia wyrastały falujące w morzu ludzi banery, plakaty i ogromne transparenty. Wyczułam konsternację Starfire na ten widok.

– Czy ci wszyscy ludzie zebrali się tutaj z naszego powodu? – spytała cicho, pochylając się ku Robinowi.

– Na to wygląda, Kori – odparł z cieniem uśmiechu na ustach.

Jakkolwiek media czy władze nie chciałyby zepsuć naszego wizerunku, zawsze była chociaż garstka ludzi, która stawałaby za nas murem. I nawet jeśli gdzieś między demonstrującymi znajdowali się przeciwnicy działalności superbohaterów, to nikt nie mógł zaprzeczyć, że mimo wszystko czyniliśmy dobro.

Moje pozytywne rozmyślania w jednej chwili przemieniły się w czarne scenariusze, a wystarczył do tego widok Zatanny czekającej przy drzwiach sali obrad razem z kilkoma członkami Ligi.

Nie przepełniała jej złośliwa satysfakcja z położenia, w jakim się znaleźliśmy, mimo wszystko wyczuwałam jej nieustanną niechęć do mnie.

Podeszliśmy do drzwi, które otwarły się automatycznie. Przechodząc obok Zatanny, skinęłam wyraźnie głową, patrząc jej głęboko w oczy, na co odpowiedziała tylko zaciśnięciem szczęki.

Weszliśmy do jasno oświetlonej, ogromnej sali. Strażnicy zatrzasnęli za nami drzwi, a my podeszliśmy do stołu stojącego w samym centrum. Wszyscy już na nas czekali. Zajęliśmy te same miejsca, co poprzednio. Robin, siadając, rzucił rozporządzenie na blat, przerywając ciche rozmowy prowadzone przez zgromadzonych. Wszystkie spojrzenia skierowały się na nas.

– Zapoznaliśmy się ze wszystkimi zapisami – podjął stonowanym głosem, złączając ze sobą opuszki palców. – I mamy propozycje dotyczące zmiany niektórych z nich.

Batman kiwnął nieznacznie głową na znak, by kontynuował.

Robin przedstawił wszystkie nasze wątpliwości i dokładnie uargumentował każdą z nich. Stanowczym głosem i stoickim spokojem, który tworzył nie tylko fasadę, ale i wypełniał także jego umysł, zyskał pełną uwagę zebranych. Nikt mu nie przerywał. Nawet Batman słuchał z uznaniem i dumą, czego jednak nie pozwolił po sobie poznać.

Gdy Robin skończył mówić, zapadła cisza. Słowa wybrzmiewały przez moment, a w nas ponownie zaczął narastać niepokój.

Członkowie Ligi wymieniali między sobą porozumiewawcze spojrzenia, a niektórzy kiwali nieznacznie głowami, zgadzając się z nami. Przedstawiciele władz nie wydawali się jednak tak samo przychylni naszym propozycjom.

– Jedna z poruszonych przez was kwestii jest nienaruszalna – podjął Wellington, wstając. – O spisie osób z nadzwyczajnymi umiejętnościami dyskutowano od dłuższego czasu i ten zapis miał wejść w życie tak czy owak, a wy jedynie to przyspieszyliście. Jeśli chodzi o pozostałe. – Odchrząknął i poprawił krawat. – Jest pole do dyskusji i wprowadzenia ewentualnych poprawek, ale to będzie wymagać zebrania komisji i ponownego zatwierdzenia wszystkich paragrafów – wyrecytował beznamiętnym tonem i usiadł.

Wymieniliśmy pytające spojrzenia. Czy ten wywód oznaczał pokrętną zgodę?

– W takim razie… – podjął po chwili Robin, jakby zdziwiony przychylną reakcją. – Skoro wstępnie doszliśmy do porozumienia, co dalej?

– Zgadzacie się działać zgodnie z nowymi regulacjami, gdy zostaną oficjalnie zatwierdzone i wprowadzone, więc nie traficie do więzienia, a postępowanie przeciwko wam zostanie umorzone – oznajmił.

Zajęło nam chwilę przetrawienie tych słów, których tak bardzo łaknęliśmy.

Byliśmy wolni.

W momencie, gdy ten fakt uderzył nasze świadomości, otoczyła nas wszechogarniająca ulga. Udzieliła mi się radość pozostałych, w tym Starfire, która nie powściągając emocji, złapała za ramiona siedzących obok Robina oraz Beast Boy’a i posłała dookoła uśmiechy. Nie była jednak w stanie ukryć przede mną poczucia winy zakopanego pod wywołanym chwilą ukojeniem. Cieszyła się, że kłopoty, w które nieumyślnie nas wpakowała się skończyły, ale nic nie wskazywało na to, by potrafiła sobie przebaczyć. Na pewno nie teraz.

– Czy w takim razie możecie w końcu mi to zdjąć? – spytał Beast Boy, wymachując w powietrzu ręką z bransoletą. – Strasznie niewygodne i niemodne macie te lokalizatory – rzucił z wyczuwalną w głosie ulgą.

– Nie tak szybko – uspokoił nasz zapał Wellington. – Nie traficie do więzienia, ale na razie nie możecie także wrócić do bazy. Rozporządzenie, według którego macie działać, nie weszło jeszcze w życie – oznajmił. – Na razie możecie zostać tutaj, pod okiem rządowych agentów i członków Ligi. Przed publikacją nowych zasad dotyczących działalności bohaterów, powiadomimy media o waszym uniewinnieniu.

Radość i ulga nieznacznie opadły, jednak nie zniknęły całkowicie. Kilka kolejnych dni w zamknięciu nie robiło nam już znaczenia, uwzględniając dodatkowo błogą świadomość uniewinnienia i znacznie większą powierzchnię, na której miałam możliwość omijać Beast Boy’a.

– Jesteście prawie że wolni – oznajmiła z cieniem uśmiechu Wonder Woman.

– Co nie równa się naprawieniu reputacji – dodał ponuro Batman. – Tym razem podjęliście mądrą decyzję, ale musicie mieć na uwadze, że przez ten czas namnożyło się nie tylko przeciwko wam, ale i nam, mnóstwo nowych wrogów i to tych najgorszych – ciągnął beznamiętnie. – Wśród ludzi, których macie za zadanie bronić – powiedział dobitnie.

– On to zawsze umie zniszczyć zabawę – mruknął z przekąsem Beast Boy.

– Wiemy o tym – odparł spokojnie Robin. – Dajcie nam wrócić do pracy i tym również się zajmiemy – zapewnił i wstał. – Prosiłbym o informowanie nas na bieżąco w sprawie rozporządzenia i wypuszczenia nas.

Skinął głową zebranym i popatrzył na nas z uśmiechem majaczącym na ustach.

Kori poderwała się gwałtownie i zamknęła go w żelaznym uścisku. Dick zesztywniał. Nie miał szans wyrwać się z jej objęć, więc tylko stał zażenowany i zabijał wzrokiem Beast Boy’a oraz Cyborga, którzy nie ukrywali złośliwych uśmiechów. Gdy w końcu wydostał się z uścisku i każdy po kolei otrzymał od Starfire własne sine pręgi na żebrach oraz szeroki uśmiech, opuściliśmy salę. Odprowadziły nas uważne spojrzenia, na które jednak nie zwracaliśmy uwagi. Cieszyliśmy się, że wszystko zakończyło się względnie dobrze.

W teorii mieliśmy kilka dni wytchnienia, w praktyce nie spodziewałam się jednak, by Robin siedział spokojnie w czasie, gdy Slade grasował gdzieś na wolności. Dick niezaprzeczalnie czuł ulgę z uniewinnienia nas, ale pomimo, że szedł razem z nami i nawet uśmiechnął się w odpowiedzi do Starfire, to duchem był zupełnie gdzie indziej. Skupiony na planowaniu, rozpracowywaniu i łączeniu znanych tylko jemu elementów.

Odłączyłam się bez słowa od grupy i skręciłam do mojego tymczasowego pokoju. Musiałam się zregenerować w spokoju i ciszy. Potrzebowałam odciąć się od Tytanów, wszelkich przestępców, wiadomościach o kolejnych ofiarach i wymieniania wad superbohaterów. Ostatnie dni doszczętnie wykończyły pokłady cierpliwości nie tylko moje, ale także pozostałych. Wyraźnie czułam mieszankę radości, ale i ulgi, że w końcu całe napięcie opadło. I chociaż za murami Hali czyhały na nas morderca, prawne ograniczenia i fala krytyki wylewająca się ze sfrustrowanych ludzi, to wszyscy potrzebowaliśmy odpoczynku od całego zamieszania. Chwili zapomnienia.

 *****

 Ja to tylko tutaj zostawię i powiem, że już nie mogę się doczekać publikacji następnych rozdziałów. Co zadziwiające, jestem z nich naprawdę zadowolona (tak chociaż raz dla odmiany xD). Myślę, że uda mi się opublikować następny rozdział nawet szybciej, niż w przeciągu miesiąca, ale te dni tak lecą, że nawet tego nie zauważam. 

 Dajcie znać, co myślicie o tym rozdziale i wyczekujcie ciekawych wydarzeń w przyszłości (a przynajmniej mam nadzieję, że takie są xD).

środa, 17 marca 2021

18. MIĘDZY MŁOTEM A KOWADŁEM

– Przypomina mi to trochę czasy, gdy działaliśmy we dwójkę – oznajmił ni stąd, ni zowąd Robin.

– Tyle, że wtedy nie byliśmy ścigani – odparłam z przekąsem, spuszczając głowę nieco niżej.

– Punkt dla ciebie – mruknął.

Przeszliśmy przez pasy i skręciliśmy w praktycznie pustą ulicę. Specjalnie wybraliśmy wieczorne godziny, by uniknąć największego tłoku. Donna zapewniła, że może załatwiać nam zakupy tak długo, jak będziemy się ukrywać, ale razem z Dickiem i Victorem stwierdziliśmy, że potrzebujemy świeżego powietrza po czterech dniach całkowitego zamknięcia. Współczułam tylko Kori i Garfieldowi, którzy nie mogli zaznać tej przyjemności.

Ze sklepu z elektroniką wyszedł postawny, czarnoskóry mężczyzna. Rozejrzał się na boki i dojrzawszy nas, kiwnął nieznacznie głową.

– No, ptaszki, jak tam zakupy? – rzucił wesoło, gdy się zrównaliśmy. – Nie zgadniecie, co kupiłem. – Podniósł torbę, przez którą prześwitywał karton i uśmiechnął się szeroko.

– Nie żartuj sobie – sapnął Robin. – Konsola?

– Bingo!

– Mieliśmy ograniczyć się do niezbędnych wydatków. Nie powinniśmy nawet wychodzić – zaczął swoją reprymendę Robin. – I to, że nie korzystamy z żadnych kart nie gwarantuje, że nas nie namierzą.

– Prędzej się pozabijamy albo umrzemy z nudów, niż w końcu zdecydujemy się coś zrobić – odparł kąśliwie Victor.

Przewróciłam oczami. Po raz kolejny ta sama, bezowocna dyskusja.

– Ja cię widzę, Rachel – rzucił ostrzegawczo Cyborg, mrużąc praktycznie czarne oczy. – Zobaczymy, kiedy znudzi ci się ta medytacja i przyjdziesz błagać, bym dał ci zagrać.

Tym razem ograniczyłam się do popatrzenia na niego z politowaniem.

– Możemy już wracać? – spytałam.

Przez plecy przebiegł mi nieprzyjemny dreszcz. W głowie zakiełkowało dziwne przeczucie, którego nie umiałam jednoznacznie określić, ale wprawiało mnie w niepokój.

Ruszyliśmy z powrotem na przedmieścia. Zgiełk powoli zanikał. Ubywało ludzi oraz aut, ale podświadomość nieprzerwanie wysyłała mi sygnały ostrzegawcze.

– Mam wrażenie, że ktoś nas śledzi – wypaliłam w końcu, bo nie dawało mi to spokoju.

Oboje spojrzeli na mnie zaniepokojeni.

– Nie odwracajcie się – polecił cicho Robin.

Cyborg nie zdążył powstrzymać zerknięcia przez ramię. Dick syknął na niego niezadowolony.

– Nikogo nie widzę, ale przez to, że musiałem powyłączać większość funkcji, nie jestem w stanie sprawdzić terenu – oznajmił.

– Jesteś pewna?

Spojrzałam kątem oka na Robina. Szedł luźnym krokiem, ale moje słowa od razu wprowadziły go w tryb czujności, o czym świadczyły niezwykłe skupienie w oczach i narastający niepokój.

– Ja… Uh… – zaczęłam z wahaniem. – Nie wiem. Moje moce mogą ostatnio szwankować – przyznałam, wbijając ręce w kieszenie kurtki.

– Kto mógłby nas śledzić? Czy gdyby poznali naszą lokalizację, nie zrobiliby od razu nalotu? – rzucił Victor.

– Może udziela mi się zmęczenie – mruknęłam.

Czułam, że nie powinnam ignorować podświadomości. Do tej pory mnie nie zawodziła, ale postanowiłam uciszyć niejasne obawy ze względu na ostatnie wydarzenia.

Robin poprowadził nas do mieszkania okrężną drogą, klucząc między budynkami. Uczucie w pewnym momencie zniknęło. Przemknęliśmy przez niewielki hol i wspięliśmy się po schodach na ostatnie, czwarte piętro. Robin zapukał w ustalony sposób i Kori otwarła nam drzwi. Wszystko to względy bezpieczeństwa, jak mawiał lider.

Postanowiłam poszukać chociaż chwili spokoju w sypialni. Musiałam odpocząć. Odcinanie się od intensywnych emocji członków drużyny przychodziło mi z coraz większym trudem, w dodatku ciągłe napięcie nie pomagało w radzeniu sobie z moimi własnymi.

Rzuciłam kurtkę na fotel i opadłam bez sił na łóżko. Sen pochłonął mnie niebywale szybko.

 

 Obudziłam się z walącym sercem. Poderwałam się gwałtownie do góry. Było ciemno i cicho. Nic się nie działo, a jednak od środka zjadał mnie ogromny niepokój. I nie było to spowodowane koszmarem.

– Przyjaciółko, wszystko w porządku? – spytała zaspanym głosem Kori.

Utkwiłam spojrzenie w jej połyskujących oczach. Nie, nie było w porządku, ale nie potrafiłam stwierdzić, co konkretnie. Co tak usilnie chciała przekazać mi moja podświadomość?

Odrzuciłam kołdrę i wstałam.

– Śpij, nic się nie dzieje – odparłam uspokajająco.

Star przyglądała mi się przez chwilę, ale ostatecznie opadła z powrotem na materac.

Wymknęłam się po cichu do salonu. Serce powoli się uspokajało, jednak myśli wciąż galopowały i nie zamierzały przestać.

– Co się dzieje? – wyszeptałam.

Ścisnęłam nasadę nosa, próbując się skupić. Czy coś nam zagrażało? Powinnam obudzić resztę? A może to była tylko moja paranoja?

Sięgnęłam po kubek, by nalać sobie wody.

– Raven?

Drgnęłam. Stłumiłam krzyk, ale naczynie wysunęło mi się z dłoni. Roztrzaskało się na podłodze z przeraźliwym hukiem. Obróciłam się.

Robin przeskoczył przez oparcie kanapy i podszedł do mnie powoli.

– Nie musisz się tak czaić – syknęłam.

– Czemu nie śpisz? – wyszeptał, jakbym właśnie nie narobiła hałasu.

– Mam jakieś nieprzyjemne przeczucie… – przyznałam, również bezsensownie zniżając ton. – Że coś nam grozi…

– Nie musicie tak szeptać – powiedział teatralnie ściszonym głosem Victor. – I tak obudziliście połowę piętra – kontynuował tym samym, prześmiewczym tonem.

Wstał z dmuchanego materaca, który leżał na podłodze. Równocześnie z sypialni wychyliła się zaciekawiona Starfire.

– Nie ważne – machnął na niego Robin. – Raven, możesz konkretniej? Co nam grozi? Kto? – mówił z naciskiem.

Popatrzył na mnie, wyczekując odpowiedzi.

Nie miałam ich.

– Nie jestem jasnowidzką – odparłam kąśliwie. – Nie wiem, co dokładnie, po prostu czuję, że…

Przerwał mi trzask szkła. Szyba w kuchni rozprysła się na milion kawałków. Na podłogę upadło coś małego. Zaraz potem posypały się kolejne okna. Metalowe odgłosy przetoczyły się po mieszkaniu.

– Granaty! – wydarł się Cyborg.

– Uciekajcie! – nakazałam, otwierając portal na zewnątrz.

Pchnęłam Robina w jego stronę. Cyborg złapał Garfielda i zniknął razem ze Starfire.

Chwyciłam wszystkie granaty. Otoczyłam je najgrubszą bańką, na jaką było mnie stać.

Eksplodowały oślepiającym światłem. Ogień wypełnił kulę. Drugi huk rozległ się tuż obok. Fala gorąca pchnęła mnie na ścianę. Świat zawirował.

Pominęłam granat.

Cała koncentracja uciekła wraz z powietrzem uchodzącym z moich płuc. Ogień strawił bańkę i wystrzelił na wszystkie strony.

Zdołałam przemienić się w kruka. Przeleciałam przez rozerwaną ścianę na zewnątrz. Wylądowałam obok zastygłych w bezruchu Tytanów i upadłam na kolana.

– Tam są ludzie! – krzyknęła Star. – Musimy im pomóc!

Nie byłam w stanie się podnieść. Czułam, jakby moje ciało rozrywano na kawałki. Jakby trawił je ogień. Co ja najlepszego zrobiłam?

Ktoś mnie podniósł. Świat wirował mi przed oczami.

– Ja… – wycharczałam. – N-nie utrzymałam… Przeoczyłam – mamrotałam, wpatrując się w buchający ogień.

– Raven, musisz się skupić – powiedział stanowczo Robin, trzymając mnie za ramiona. – Musimy pomóc tym ludziom.

Ścisnął mnie mocniej za rękę. Pokręciłam głową. Musiałam się skupić. Musiałam pomóc. To było najważniejsze. Oprzytomniałam.

– Nie pakujcie się w ogień! Ewakuujcie wszystkich – komenderował Dick. – Raven, Kori. Jesteście najodporniejsze. Uwolnijcie ludzi, ale tak, żebyście same nie potrzebowały pomocy – rzucił i pobiegł pędem do budynku.

Ludzie wybiegali się w panice. Nie patrząc na nikogo, rozpychali się i wpadali na siebie, wzajemnie się taranując.

Zebrałam resztki koncentracji. Dwa ostatnie piętra były trawione przez ogień. Wyczuwałam niewyraźne aury kilkunastu ludzi.

– Starfire, musimy przedostać się na samą górę – oznajmiłam i wzbiłam się w powietrze. – Zajmij się tamtą stroną. – Wskazałam na przeciwny koniec budynku, gdzie płomienie nie strzelały jeszcze z okien.

Zamieniłam się w astralnego kruka i wleciałam w sam środek pożaru. Otoczyła mnie krwista poświata i gęsty dym, przez które ledwo widziałam. Część ścian dosłownie zdmuchnęło. Wybuch przebił podłogę na wylot. Modliłam się tylko, by jakaś instalacja nie postanowiła wysadzić wszystkiego razem z fundamentami.

Przeniknęłam przez ścianę i wparowałam do kolejnego mieszkania. Byłam praktycznie ślepa. Musiałam zdać się na szósty zmysł.

Przebiłam się przez buchające płomienie. Ledwo dostrzegłam dwójkę przytulonych do siebie ludzi. Przecięłam pokój i bez wahania wchłonęłam ich do wnętrza emanacji. Wyleciałam przez ścianę i poszybowałam w stronę przybyłych służb. Minęłam biegnących do środka strażaków, zawisłam obok karetki i jak najdelikatniej opuściłam ludzi na ziemię. Ratownicy błyskawicznie do nich dopadli i chyba chcieli mnie o coś zapytać, ale już zawróciłam ku budynkowi.

Zlokalizowałam ostatnią osobę na najwyższym piętrze. Wleciałam w ścianę i nie zatrzymując się, zabrałam ze sobą nieprzytomną kobietę. Ją także oddałam w ręce ratowników i przemieniłam się w ludzką formę.

Dostrzegałam wokół siebie migające, kolorowe światła i biegających w pośpiechu ludzi. Dźwięki zlewały się w jedną masę. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim wyłapałam nieufne spojrzenia policjantów. Wahali się. Byliśmy ścigani i mieli obowiązek nas aresztować.

Odpędziłam rozpraszające myśli. Przymknęłam oczy. Wyczuwałam pozostałych Tytanów na niższych piętrach. W środku wciąż pozostało parę osób.

Nagle ktoś mnie dotknął. Otwarłam oczy. Ratowniczka o coś mnie pytała, ale dostrzegałam wyłącznie ruch jej warg. Pokręciłam tylko głową i ruszyłam w stronę budynku.

Star wypadła przez okno z dwójką dzieci na rękach. Płomienie wyciągnęły za nią swoje macki, ale zdążyła uciec. Wylądowała obok mnie.

Robin wyprowadził kobietę, zaraz za nim wypadł Beast Boy z niemowlęciem na rękach.

Ruszyłyśmy w ich stronę.

Nagle światło stało się jeszcze intensywniejsze. Ogień na moment wycofał się do wnętrza budynku, by momentalnie eksplodować. Gorący podmuch rozsadził szyby. Kula ognia wystrzeliła do góry.

Rzuciłyśmy się na ziemię.

Podłoże zatrzęsło się. Huk przeciął powietrze.

Poderwałam się na nogi. Falujące języki ognia zlewały się w oślepiającą kulę.

– Gdzie są pozostali? – Star rozglądała się gorączkowo. – Przed chwilą tam stali! – stęknęła z rozpaczą.

Rzuciła się do przodu. Przepchała się między  biegającymi w jeszcze większym popłochu strażakami.

– Robin! – Próbowała przekrzyczeć hałas.

Strażacy nie nadążali z rozwijaniem węży. Wzywano kolejne jednostki. Ratownicy odciągali ludzi powalonych przez falę żaru.

Stałam pośrodku tego Armagedonu, próbując zlokalizować Tytanów. Było zbyt głośno. Zbyt tłoczno.

Przemknęłam przed grupą strażaków. Minęłam wóz. Zobaczyłam Robina i Garfielda. Byli cali.

– Gdzie jest Victor? – Starfire dopadła do nich z drugiej strony.

 Złapała chłopaków za ramiona. Skrzywili się.

– On… Nie wyszedł przed nami? – odparł Garfield.

Rozszerzył oczy w przerażeniu. Obrócił się w stronę pochłoniętego ogniem wejścia.

– Nawet się nie waż – warknął Robin i przytrzymał go za ramię. – Raven? Możesz go wyczuć?

– Za dużo ludzi. Mogę sprawdzić budynek – odparłam.

– X’hal!– krzyknęła zdumiona Kori, wskazując na coś ręką. – Patrzcie!

Spojrzeliśmy w stronę rozsadzonego wejścia. Sylwetka Cyborga zamajaczyła pomiędzy płomieniami. Skulił się i zaszarżował w ścianę ognia. Przebił się, przetoczył po ziemi i znieruchomiał.

Dopadliśmy do niego. Przepchaliśmy się przed ratownikami. Cyborg trzymał w objęciach strażaka. Od metalowych powierzchni bił żar.

– Odsuńcie się – poleciłam.

Robin powstrzymał nadbiegających ratowników.

Victor poruszył się. Syknął i odchylił głowę na bok. Ludzki fragment twarzy pokrył się ogromnymi, brunatnymi bąblami.

– Jeszcze jeden – wymamrotał.

Poruszył się, zsuwając z siebie nieprzytomnego strażaka. Przyklękłam, by sprawdzić jego stan.

– Poczekaj – poleciłam, gdy Cyborg chciał wstać. – Zaraz zajmę się twoimi ranami.

– Został jeszcze jeden – powtórzył bardziej stanowczo, ignorując mnie.

– Cyborg, nie wejdziesz tam – oświadczył twardo Robin.

Victor podniósł się do siadu.

Przysunęłam dłonie do jego okrutnie poparzonej twarzy. Poczułam na własnej skórze powalający, napływający falami żar. Przeminął równie szybko, jak pęcherze na ciele Cyborga.

– Zostawiłem go w osłonie. Muszę po niego wrócić. – Nie dawał za wygraną.

– Ja po niego pójdę – oznajmiłam, kończąc uleczanie go.

Poderwałam się na nogi. Nim ktokolwiek zdążył zaprotestować, zamieniłam się w kruka.

Ponownie zatopiłam się w wijące się płomienie. Otoczyły mnie trzaski, dym i krwista poświata. Do świadomości napłynęły nieprzyjemne obrazy piekła. Odpędziłam je. Nie mogłam dać się rozproszyć.

Przeszukiwałam piętro po piętrze. Przecinałam zawalone kondygnacje wzdłuż i wszerz. Wybuch rozniósł wszystko w pył. Ogień rozlewał się po każdej dostępnej powierzchni.

Wleciałam niżej przez dziurę w suficie. Zaczynałam się irytować. Nikogo nie było. Zostały tylko dwa piętra.

Przecięłam korytarz. Rozglądałam się na boki. Wszystko tonęło w czerwieni. Zatrzymałam się. Po lewej mignęło mi niebieskie światło. Wleciałam do pokoju.

W kącie połyskiwała dziwna, metaliczna powierzchnia. Płomienie trzymały się od niej z daleka.

We wnętrzu kopuły wyczułam człowieka. Wleciałam do środka i zabrałam strażaka. W końcu mogłam opuścić budynek.

Przeniknęłam przez ścianę i zamarłam.

Tytani przylgnęli do siebie plecami, otoczeni przez żołnierzy. Jeden z nich wskazał na mnie. Część luf błyskawicznie się uniosła.

Opadłam powoli między pancerne wozy. Za policyjną barierą tłoczyli się reporterzy z kamerzystami. Wszystkie obiektywy skupiły się na nas. Ewakuowani ludzie i pracownicy służby również przyglądali się z zaintrygowaniem.  

Żołnierze patrzyli na mnie ze strachem. Napinali wszystkie mięśnie, gotowi oddać strzał.

Spojrzałam na Tytanów, którzy tkwili w bezruchu pod gradem tańczących na ich ciałach zielonych punkcików. Cyborg przewieszony przez ramię zdezorientowanej Starfire, Robin uważnie lustrujący otoczenie i Beast Boy, który wyglądał, jakby miał ochotę rzucić się żołnierzom do gardeł.

– Nie ruszaj się! – krzyknął jeden z mężczyzn, ledwie ukrywając drganie głosu.

Rozpostarłam ostrożnie skrzydła. Musiałam wypuścić strażaka. Opuściłam go delikatnie na ziemię.

Żołnierze drgnęli. Usłyszałam metaliczny szczęk. Pocisk przeciął astralną emanację.

– Ej! – wydarł się Robin.

Rzucił się do przodu, ale powstrzymał go ostrzegawczy ruch karabinów.

– Nie dałem rozkazu na otwarcie ognia! – warknął głównodowodzący.

Przybrałam ludzką formę. Powoli wysunęłam ręce spod peleryny i uniosłam je do góry.

– On potrzebuje pomocy – powiedziałam głośno, wskazując na leżącego u moich stóp strażaka.

Dowódca machnął ręką. Dwóch żołnierzy odniosło ostrożnie mężczyznę.

– Podejdź powoli. Tylko bez żadnych sztuczek – nakazał, przyglądając mi się uważnie.

Zrobiłam pierwszy krok. Dostrzegłam z boku, że drzwi jednego z wozów odsunęły się, ukazując mobilne centrum dowodzenia. Z wnętrza wyłonił się ubrany w płaszcz mężczyzna. Szedł prosto w naszą stronę.

Zrobiłam drugi krok. Lufy podążały za mną powoli. Cichy głosik w mojej głowie podpowiadał, bym teleportowała nas jak najdalej stąd. Wzięłam głęboki oddech. To nie było właściwe. Sama tak powiedziałam. Musieliśmy zmierzyć się z konsekwencjami naszych czynów.

Mężczyzna skinął głową dowódcy, mijając go. Stanął przed żołnierzami w szerokim rozkroku, chwycił klamrę paska i uśmiechnął się pobłażliwie.

– Na mocy wydanego przez prokuratora listu gończego, aresztujemy was – poinformował nieadekwatnym do potężnej sylwetki, wysokim głosem.

Zrobiłam trzeci krok.

Nagle coś przemknęło ponad nami. Wszyscy zadarli głowy do góry. Wysoko między budynkami krążyły tylko dwa helikoptery. Nic poza tym.

– Nie powinniście przypadkiem poczekać na Ligę!? – Krzyk Donny poniósł się ponad zatłoczonym placem.

Dostrzegliśmy ją dopiero po chwili.

Przemknęła ponownie nad wozami, wylądowała obok mnie i sadząc z rozpędu ogromne kroki, podeszła do mężczyzny. Mina zrzedła mu na widok ubranej w czarny, wzmacniany strój Donny. W dłoni mocno ściskała połyskujące lasso, jakby powstrzymywała się przed jego użyciem. Wydawała się w ogóle nie przejmować skierowanymi ku niej lufami. Posłała nam spojrzenie przepełnione jednocześnie dezaprobatą, jak i mówiące „dajcie mi to załatwić”. Czy to nie ona przypadkiem kazała nam się ujawnić jak najszybciej?

– Tytani podlegają Lidze Sprawiedliwości i jej przedstawiciele powinni być przy zatrzymaniu – oznajmiła chłodnym głosem. – Poza tym, nie zwróciliście uwagi, że właśnie uratowali mnóstwo osób? – Wskazała zamaszystym gestem na płonący budynek.

– Wonder Girl, jak mniemam – rzekł powoli, uważnie jej się przyglądając. – Nie wiem, czy twoja inteligencja jest równie niesamowita, ale czy nie pomyślałaś, że gdyby Tytani nie ukryli się tutaj, może nie doszłoby do pożaru?

Wszyscy spuściliśmy wzrok. Nie „może”. Na pewno. Zwyczajnie jeszcze nie wiedział, że ktoś na nas zapolował.

Pytanie, kto?

– Jesteś przekonana, że wszyscy ludzie wyszli z tego cało? – drążył nieubłaganie.

Każde pytanie odzierało Donnę z pewności siebie. Facet może i zachowywał się chamsko, ale miał rację. Zawaliliśmy na całej linii.

– Jeśli to wszystko, co miałaś do powiedzenia, to grzecznie się odsuń i pozwól nam pracować – rzekł lodowatym głosem, patrząc na nią spod byka.

Donna posłała nam przepraszające spojrzenie. Zrobiła, co mogła, by przeciągnąć czas. Musieliśmy się poddać. Nie mogliśmy  czekać na Ligę. Może w ogóle nie mieli zamiaru się pojawić? Może to miał być ich sposób ukarania nas? Zostawienie zupełnie samych, byśmy radzili sobie jak dorośli? Tego przecież chcieliśmy…

– Puk puk! – rozległo się jakby znikąd.

Tego akcentu nie dało się pomylić.

Obok nas buchnęły kłęby dymu. Żołnierze błyskawicznie skierowali lufy w stronę chmury.

– No, dzieciaki, narobiliście sobie kłopotów – rzucił John, wyłoniwszy się z rzednącego dymu. – I wcale nie mam na myśli  tego wesołego pościgu – dodał prześmiewczo, wskazując szerokim gestem rąk otoczenie. – Oderwaliście nietoperza od łowów.

Chmura opadła, ukazując stojących za Constantinem Batmana oraz Wonder Woman. Żadne z nich nie miało zadowolonej miny.

– Zabieramy ich ze sobą – oznajmił chłodno Batman.

Starł kciukiem krew z rozciętej wargi i powiódł wokoło wzrokiem, jakby czekał na ofiarę.

– Nie ma żadnych powodów, by Liga dokonywała zatrzymania – odparł mężczyzna, wychodząc do przodu. – O ile to w ogóle zatrzymanie – dodał i uśmiechnął się ironicznie.

– Najwyraźniej nie jest pan na tyle ważny, panie Green, by otrzymać od prokuratora informację, że Młodzi Tytani mają być przetransportowani prosto do Hali Sprawiedliwości zaraz po znalezieniu – rzekła Wonder Woman nietypowym dla niej, lodowatym głosem.

Mężczyzna zacisnął mocniej szczęki. Wydął wargi do przodu, popatrzył na nas z niechęcią i wbił ręce w kieszenie płaszcza. Rozważał przez chwilę jej słowa.

– Zwijajcie się, szkoda na nich czasu – wycedził głośno.

Dowódca oddziału nakazał gestem opuszczenie luf. Żołnierze wykonali polecenie z ociąganiem i zaczęli powoli się wycofywać.

Podeszłam do Tytanów. Staliśmy w milczeniu, spoglądając na siebie raz za razem. Każdemu w głowie kotłowało się od pytań i niepewności, co nas czekało. Donna trzymała się na uboczu, ale wyglądała, jakby chciała odlecieć. Obróciła się na pięcia i już miała się wzbić w powietrze…

– Ty też idziesz z nami – oznajmiła chłodno Wonder Woman.

Donna wykrzywiła twarz w niezadowoleniu, ale posłusznie do nas podeszła. Założyła ręce na klatce piersiowej i miotała dookoła piorunami z oczu.

– Na waszym miejscu nie cieszyłbym się, że to nie oni was zgarniają – oznajmił wesoło John. – Oj, wcale bym się nie cieszył. Raczej bym uciekał, a to akurat wychodzi wam całkiem dobrze – dodał, wetknął w usta papierosa i puścił nam oko.

 

 Siedzieliśmy wciśnięci w krzesła przy jednym z ramion zakrzywionego stołu. Donna usadowiła się zaraz obok, ale wydawała się zupełnie nieobecna. Batman stał niewzruszenie u jego szczytu. Naprzeciwko nas, praktycznie całą długość zajmowali członkowie Ligi, a na samym końcu przedstawiciele organów ścigania.

Pogrążałam się coraz głębiej w czarnych myślach, poczuciu winy i spirali pytań. W momencie, gdy mieliśmy zmierzyć się z konsekwencjami, cała pewność siebie wyparowała. Pożar budynku tylko wszystko pogorszył. Nie miałam pojęcia, czy udało się wszystkich uratować, ale miałam przeczucie, że nie. Że kolejne niewinne osoby zginęły.

Przeze mnie.

Przez moją nieuwagę. Dekoncentrację. Gdybym nie pominęła tego granatu… Moglibyśmy się ujawnić w mniej spektakularny sposób. Może miałoby to łagodzący wpływ na karę, a w tej sytuacji mieliśmy na sumieniu także stworzenie zagrożenia dla życia cywili.

Odpuściłam rozmyślanie nad tym, kto to zrobił. Mieliśmy znacznie większy problem nad głową. Przed oczami przeszła mi nieprzyjemna wizja, że o złapaniu sprawcy będziemy marzyć zza więziennych krat, o ile wsadzeni tam przez nas przestępcy nie rozerwaliby nas na strzępy zaraz po wejściu.

Powróciłam świadomością do rzeczywistości.

Tkwiliśmy w ciszy od momentu przybycia Ligi. Milczeliśmy przez całą podróż do Hali Sprawiedliwości w Waszyngtonie, prowadzenie ciągiem korytarzy niczym na ścięcie i dłużące się minuty w sali obrad. Każdy pogrążony we własnych myślach, wątpliwościach, pytaniach. Przyparci do muru. Niepewni, zirytowani, przestraszeni.

I ja w środku tego wszystkiego, rozdarta na pół. Wiedziałam, że musieliśmy ponieść konsekwencje, ale jednocześnie chciałam, by wszystko uszło nam na sucho. Byśmy mogli już odetchnąć, a zwłaszcza Starfire, która siedziała zesztywniała obok Robina i wpatrywała się tępo w blat. Czekanie na tyradę Batmana tylko jeszcze bardziej szargało nasze nerwy. Trzymali nas w niepewności. Chcieli, byśmy poczuli się winni i szło im to wyśmienicie.

Robin zaczął bębnić palcami w podłokietnik. Miałam wrażenie, jakby ledwo powstrzymywał się przed zerwaniem się z krzesła i wykrzyczeniem wszystkiego, co tłumił w środku. Jednak siedział cicho z kamienną twarzą. Czekał.

Jeden raz już wykazaliśmy się niedojrzałością. Tym razem musieliśmy być cierpliwi. Musieliśmy pokazać, że potrafiliśmy zachować się dorośle.

Batman powiódł wzrokiem po zgromadzonych. Nikt nie chciał się poruszyć, by nie wydać chociażby szmeru. W końcu przerwał przytłaczającą, wręcz przerażającą ciszę. Osiągnął swój zamiar. Jego głos potoczył się po sali niczym grzmot, chociaż był lodowaty i opanowany. Nie pozwoliłby sobie na krzyk.

– Egzekwujemy prawo. Nie stoimy ponad nim – podjął. – Nie chcecie być traktowani jak dzieci, ale gdy należy wziąć odpowiedzialność za swoje czyny, uciekacie. Wszyscy musimy liczyć się z konsekwencjami naszych działań – rzucił dosadnie, uciszając wzrokiem Robina, który chciał coś wtrącić. – Popełniliście przestępstwo i tak jak każdy powinniście być sądzeni.

Słowo „przestępstwo” uderzyło nas prosto w twarz i prawie znokautowało. Ktoś musiał powiedzieć to wprost. Popełniliśmy przestępstwo. My, Młodzi Tytani, którzy mieli egzekwować prawo tam, gdzie sądy i policja nie potrafiły sobie poradzić.

 – W czasie, gdy się ukrywaliście, doszliśmy do porozumienia – kontynuował. – Do tej pory mieliście zbyt dużo swobody i wasza działalność nie była dostatecznie dobrze kontrolowana. W związku z tym zgodziliśmy się na wprowadzenie dokumentu, który reguluje tę kwestię. Panie Wellington – zwrócił się do grupy przedstawicieli siedzących z tyłu.

Mężczyzna w okularach i z idealnie zaczesanymi włosami sięgnął pod blat. Wyciągnął teczkę i wydobył z niej pakiet bindowanych kartek. Podał ją Batmanowi. Ten skinął głową w podziękowaniu i oparł opuszki palców na całkowicie białej okładce.

Wszyscy wgapialiśmy się w gruby dokument. Czułam narastające niepokój i irytację Robina. Przestał wybijać rytm i ścisnął mocniej podłokietnik. Czyżby wiedział, co się szykowało?

– Ten dokument szczegółowo opisuje, w jaki sposób będzie od teraz regulowana działalność bohaterów – oświadczył obojętnym głosem. – Macie dwie opcje. Albo zgadzanie się na warunki i działacie zgodnie z nimi – zrobił pauzę i przypatrzył się każdemu z nas uważnie. – Albo traficie przed sąd stanu Kalifornia i nikt nie zagwarantuje, że dotychczasowa walka z przestępczością załagodzi wyrok.

Zdrętwieliśmy.

Utkwiliśmy niedowierzające spojrzenia w Batmanie, jakby sprawdzając, czy nie żartował. Stał wyprostowany, jak zwykle śmiertelnie poważny i… niezadowolony? Nie dawał po sobie poznać jakichkolwiek emocji, ale wyraźnie to czułam. Nie podobało mu się to, co rzekomo wspólnie opracowali.

Popatrzyłam na pozostałych Tytanów. Zgodnie obróciliśmy się ku sobie i miotaliśmy na około niemymi pytaniami. Starfire złapała Robina za dłoń i ścisnęła tak mocno, że lider aż się skrzywił. Wszyscy zawiesiliśmy pełne niepewności spojrzenia właśnie na nim. Czekaliśmy na jego ruch, czego prawdziwie mu współczułam. Miał najgorszą robotę do wykonania.

– Dwa pytania – odezwał się w końcu, odchrząknąwszy. – Powiedziałeś, że dokument dotyczy działalności bohaterów – powiedział opanowanym głosem, akcentując ostatnie słowo. – Wszystkich?

Atmosfera w sali momentalnie zgęstniała. Członkowie Ligi wymienili znaczące spojrzenia, a ostatecznie utkwili je w Batmanie, który wciąż stał niewzruszony.

– Tak, wszystkich – odparł dobitnie. 

Popatrzyliśmy na siebie z jeszcze większym niedowierzaniem.

– Wkopaliśmy Ligę? – wymamrotał Beast Boy, unosząc wysoko brwi.

– Regulacje dotyczące Ligi Sprawiedliwości również zostały dopracowane. Od teraz będzie… – urwał mężczyzna siedzący z tyłu, by poszukać właściwego słowa. – Bardziej przejrzysta.

– Drugie pytanie – powiedział głośno Robin, zbywając komentarz. – Mamy bezkrytycznie zgodzić się na przedstawione warunki, czy po zapoznaniu się z nimi, będziemy mogli wskazać fragmenty do zmiany?

– Jest to wstępna wersja rozporządzenia – odparł Wellington. – Należy go jeszcze dopracować, ale nie liczcie, że będziecie mogli zmienić wszystko, co wam nie odpowiada – dodał sucho.

Zaniemówiliśmy. Wszyscy skierowali w naszą stronę wyczekujące spojrzenia.

Robin odsunął krzesło z nieprzyjemnym zgrzytem i wyciągnął rękę w stronę Batmana.

– Najpierw musimy się z tym zapoznać i porozmawiać – oznajmił stanowczo.

Batman bez słowa popchnął dokument w naszą stronę.

– Część mieszkalna jest do waszej dyspozycji – odezwała się po raz pierwszy Wonder Woman. – Doprowadźcie się do początku i przedyskutujcie wszystko – dodała, patrząc na nas wymownie.

Wszystko potoczyło się tak szybko, że nawet nie mieliśmy okazji ogarnąć się po wyciąganiu ludzi z pożaru. A raczej nikt nam na to nie pozwolił.

– Oczywiście nie możecie opuścić Hali Sprawiedliwości – wtrącił jeden z mężczyzn. – Otrzymacie lokalizatory. Jeśli się teleportujecie lub spróbujecie je dezaktywować, tymczasowa ugoda zostanie zerwana i traficie prosto do więzienia – oznajmił, wskazując na leżące na blacie czarne obręcze.

Myślałam, że nic nie mogło zdziwić nas jeszcze bardziej, a jednak kompletnie osłupieliśmy. Starfire spuściła głowę całkowicie zrezygnowana. Beast Boy wyglądał, jakby chciał zerwać się z krzesła, a Victor uniósł tylko brwi w bezgranicznym zdumieniu.

W tym momencie znokautował nas fakt, jak okropnym pomysłem była ucieczka. Gdyby nie to, może wszystko już by się skończyło.

Ubrany w garnitur mężczyzna podszedł do nas z metalowymi bransoletami i popatrzył wyczekująco.

– Donna, pójdziesz ze mną – oznajmiła nagle Wonder Woman, wstając.

Troy popatrzyła na nią pytająco. Widząc stanowczość kobiety, odsunęła z ociąganiem krzesło, posłała nam przepraszająco-pokrzepiające spojrzenie i opuściła salę przepełniona niepewnością.

Nikt z nas nie chciał wstać pierwszy. Starfire jednocześnie wystraszona, wściekła i kompletnie przybita przylgnęła do oparcia. Beast Boy i Victor, w których wrzała chęć buntu wyglądali, jakby prędzej mieli go zaatakować, niż dać się zakuć. Ja z mnóstwem wątpliwości, wyrzutów sumienia i niezdecydowaniem patrzyłam tylko tępo przed siebie. A Robin…

Robin posłusznie wyciągnął przed siebie rękę. Mężczyzna zatrzasnął na niej bransoletkę. Metaliczny klik rozdarł martwą ciszę. Dick spojrzał na nas przez ramię, zachęcając do wstania.

Z ociąganiem wykonaliśmy nieme polecenie. Może i nie były to kajdany, ale tak właśnie się czuliśmy. Jakby związywali nam ręce i zabierali wolność.

Starfire ponownie zalała fala traumatycznych wspomnień. Obawiałam się, by nie przejęły one kontroli, przyprawiając nas o kolejne problemy. Ręka jej drgała, gdy trzymała ją wysuniętą przed siebie.

Beast Boy obnażył kły na niewzruszonego mężczyznę.

Cyborg skrzywił się, gdy obręcz zatrzasnęła się niemal na styk. Otwarł usta, ale ugryzł się w język i odszedł bez słowa.

Podeszłam jako ostatnia. Wpatrywałam się, jak połyskująca, solidna obręcz nieuchronnie zbliżała się do mojego nadgarstka. Miałam ochotę cofnąć rękę. Czułam napływającą do niej energię. Jednocześnie z dźwiękiem mojego westchnięcia, rozległo się kliknięcie. Bransoletka zatrzasnęła się, przyprawiając mnie o niekomfortowe poczucie zamknięcia. Nie potrafiłam zignorować uwierania metalu, zupełnie, jakby w moje ciało wbijały się kraty niemożliwie małej klatki. Niczym ptak obijający się w panice o ściany ciasnego, ciemnego pudełka.

Stanęliśmy blisko siebie. Pomimo otaczającej nas ogromnej przestrzeni, czuliśmy się ściśnięci i osaczeni. Spojrzenia, od współczujących, przez oskarżycielskie i  obojętne, na złośliwie usatysfakcjonowanych kończąc, wypalały w nas dziury, odzierając z pewności siebie i resztek dumy.

– Chodźcie – mruknął Robin.

Nawet w jego głosie przebijała rezygnacja. On, zawsze najbardziej  zdeterminowany, pewny siebie i wierzący, że z każdej sytuacji było jakieś wyjście. Swoista latarnia morska, która przygasła, a razem z nią nasza nadzieja.

  *****

Bez zbędnego przeciągania: odświeżony, o niebo lepszy wygląd bloga to sprawka Aris, której bardzo dziękuję za stworzenie dla mnie szablonu <3