czwartek, 21 stycznia 2021

16. WANTED

– Potwierdźcie pozycje – rozległ się w komunikatorze głos Robina.

Wszyscy byli gotowi. Otoczyliśmy teren fabryki. Razem z Beast Boy’em oraz Robinem zaczęliśmy zbliżać się do jednego wejścia, podczas gdy Starfire wraz z Cyborgiem pilnowali tylnej, jedynej drogi ucieczki.

– Musimy być bardzo ostrożni – mruknęłam do Robina, kładąc mu dłoń na ramieniu. – Wyczuwam naprawdę silną energię.

Przyjął moje słowa bez odpowiedzi i dał znak, byśmy ruszyli naprzód.

Narastał we mnie pewien niepokój. Miałam nieprzyjemne poczucie deja vu, jak z Abaddonem. Rozpoznawałam tę energię, ale za nic nie mogłam przypisać do niej konkretnej osoby. Liczyłam, że nie przyniesie nam to większych kłopotów.

W środku powinna być tylko dwójka przeciwników. Pozostała trójka siedziała od kilku dni w więzieniu. Robin miał rację. Wywęszył kryjówkę grupy złodziei, którzy byli odpowiedzialni za kilka spektakularnych kradzieży, w tym nieszczęsny atak na bank, jednak zachodziliśmy w głowę, czy stało za nimi coś większego.

Przemknęliśmy przez niknący w mroku plac. Nie stwierdziliśmy żadnego monitoringu. Dokładnie poznaliśmy plan fabryki, ale i tak nie wiedzieliśmy, co mogło kryć się za ciężkimi drzwiami dawno opuszczonego budynku.

Stanęliśmy po bokach masywnych, zamkniętych grubym łańcuchem skrzydeł. Robin kiwnął głową. Otwarłam przejście na drugą stronę. Oboje weszli w nie bez wahania. Podążyłam zaraz za nimi. Zamknęłam portal i utonęłam w mroku przesyconym kurzem i wilgocią.

Przemieniłam się w astralnego kruka, by móc dojrzeć cokolwiek w ciemności. Robin przeciął zapuszczony hol, bez zawahania omijając pozostawione wyposażenie dzięki noktowizji. Zrównałam się z Beast Boy’em stąpającym bezgłośnie jako kot.

Mój niepokój narastał. Pomieszczenia wypełniała przytłaczająca energia, która z każdą chwilą napierała na moje zmysły jeszcze bardziej. Beast Boy zawahał się na chwilę i spojrzał na mnie. Czyżby też coś wyczuł? Źródło było naprawdę blisko.

– Robin – powiedziałam niepewnie, burząc jego skupienie.

Obrócił się. Nie zdążył zapytać.

Ściana za nim rozsypała się w drobny mak. Grad odłamków posypał się na Robina i Beast Boy’a. Przez huk przedarł się trzask zapalanych lamp. Strumień oślepiającego światła wpadł przez dziurę i przeleciał przeze mnie. Odpowiedziałam falą energii, by kupić choć trochę czasu.

Błyskawicznie odszukałam chłopaków i osłoniłam nas kopułą. Zgarnęłam z Robina kupę gruzu. Gwałtownie sięgnął ku twarzy, jakby chciał zerwać maskę. Spróbował wstać, ale zatoczył się. Był oślepiony.

W kopułę uderzyła kolejna fala światła. Czarna tafla pokryła się gęstą siecią pęknięć. Chwyciłam Robina za rękę i błyskawicznie sięgnęłam do Beast Boy’a, który zdążył sam się wygrzebać. Chciałam nas teleportować. Nagle poczułam napieranie na mój umysł. Ktoś bez najmniejszego problemu forsował moje mury obronne.

Szarpnęło mną. Beast Boy pociągnął mnie na bok. Struga światła minęła nas o mały włos. Spojrzałam na niego oszołomiona. Poruszał ustami, ale nie nic nie słyszałam. Przed oczami stanęły mi obrazy martwych przyjaciół i tryumfującego Trygona. Ktoś znowu był w mojej głowie.

Straciłam kontakt z rzeczywistością. Moc wyrywała mi się spod kontroli. Wręcz opuszczała mnie, zostawiając kompletnie bezbronną. Przeniosłam całą uwagę na wyrzucenie intruza z umysłu. Znajoma aura przedzierała się przez moje zapory. Mieszała we wspomnieniach, uczuciach i świadomości. Zalała mnie fala najgorszych obrazów. Każdemu z nich towarzyszyła sylwetka ukrywająca się w cieniu, ale mająca całkowitą kontrolę.

Wyparłam wszelkie myśli. Odcięłam wszystkie uczucia. Nie pozostawiłam miejsca, w którym intruz mógłby się ukryć. Miałam go jak na tacy.

Otaczała mnie całkowita ciemność. Zwizualizowałam moją sylwetkę. Nieuchwytna, ulotna niczym mgła aura przeciwnika zgromadziła się przede mną, formując się powoli w człekokształtną postać. Czekałam, aż przybierze wyraźną formę, ale ta pozostawała cały czas poza moim zasięgiem. Skupiłam całą energię wokół niej. Nie mogłam pozwolić, by ponownie rozlała się po umyśle. Rozdarłam powierzchnię mentalnego wymiaru. Pchnęłam intruza w stronę wyrwy. Opierał się, ale świat rzeczywisty wessał go niczym czarna dziura. Znów byłam sama.  To nie był jednak koniec.

Wróciłam do realności. Gdzieś obok toczyła się walka. Co chwilę błyskały oślepiające światła, ściany trzęsły się od uderzeń, gruz leciał na głowę. Słyszałam krzyki i huki. Musiałam jednak zająć się telepatą.

Bez trudu zlokalizowałam, skąd dochodziła energia. By nie tracić czasu, skierowałam się prosto do źródła, przenikając przez ściany. Oddaliłam się od centrum bitwy. Przez myśl przeszło mi, że mogła nie być to najlepsza decyzja.

Dotarłam do źródła. Zakapturzona, chuda postać siedziała oparta plecami o ścianę. Słabe światło sprawiało, że dłonie, w których obracała jakiś mały przedmiot, wyglądały na trupioblade.

Wstrzymałam oddech. Osoba jakby nic nie robiła sobie z mojej obecności. Z oddali dochodziły odgłosy walących się ścian, a my trwaliśmy bez ruchu. Zamarłam. Siedział przede mną kat, który spustoszył mój umysł. Zafundował największe tortury w Kościele Krwi.

Rzuciłam się do przodu. Krzyk wydarł się ze ściśniętego gardła. Energia napłynęła do dłoni. Już miałam sięgnąć do szyi, gdy postać uniosła głowę. I zatrzymałam się.

Znieruchomiałam pod jego wolą. Patrzyłam, jak ściąga kaptur, obnażając obrzydliwy widok, na który żołądek zawinął mi się w supeł. Przezroczysta, górna część czaszki przypominała kopułę. Mężczyzna podniósł na mnie spojrzenie czerwonych, jednocześnie zaciekawionych i pełnych okrucieństwa oczu. Różowo-szara masa mózgu poruszyła się nieznacznie.

– No proszę, nawet nie musiałem się fatygować. Sama do mnie przyszłaś – wysyczał.

Podniósł się powoli, podrzucając w dłoni kawałek betonu. Ogarnęła mnie fala strachu. Nie mogłam się poruszyć, a on zbliżał się do mnie, wręcz zjadając wzrokiem. Musiałam wyrwać się spod jego kontroli.

– Dawno nie spotkałem kogoś z tak silnym umysłem – przyznał z aprobatą.

Zniknął mi z pola widzenia. Podczas gdy on okrążał mnie, podrzucając nieustannie odłamkiem, ja próbowałam przedostać się niezauważona do jego umysłu, by wyrwać się spod kontroli.

Stanął naprzeciwko mnie i uśmiechnął się, ukazując pożółkłe zęby. Wwiercał we mnie spojrzenie przepełnione chorą satysfakcją. Odpowiedziałam zabójczym wzrokiem. Chwila dekoncentracji. Wykorzystałam okazję.

Zerwałam telekinetyczny kaftan, którym mnie otoczył. Błyskawicznie rzuciłam się na niego i zasypałam gradem uderzeń. Nie czekając, aż się pozbiera, natarłam na jego umysł.

Przedarłam się przez naruszone mury. Wpadłam w szał. Rozrywałam na strzępy każde wspomnienie, każdą myśl i szczątkowe emocje, które napotkałam. Rozpostarłam macki mrocznej energii, by objąć cały umysł i zmiażdżyć go. Rozetrzeć na pył. Nagle uderzyła mnie jedna myśl. Wspomnienie Abaddona. Przyrzekłam nigdy więcej nie tracić kontroli. Właśnie ku temu zmierzałam. Nie byłam zła… Nie byłam okrutna.

Nie mogłam stać się taka, jak Trygon.

Wycofałam się do rzeczywistości. Przez chwilę przyciskałam kolanami klatkę piersiową mężczyzny, wpatrując się w zmasakrowaną, zalaną krwią twarz. Zsunęłam się na bok i skuliłam. Moim ciałem wstrząsały dreszcze. Złapałam się za głowę. Było tak blisko, bym straciła kontrolę.

Szum krwi buzującej w skroniach przycichł. Oddech uspokoił się. Musiałam pomóc reszcie. Bezmyślnie ich zostawiłam.

Zebrałam się w sobie, uciszyłam wszelkie emocje i wstałam. Poderwałam wiotkie ciało mężczyzny do góry i klucząc między pomieszczeniami, szłam w kierunku umysłu Robina.

Nagle zza zakrętu wyszła Starfire. Drgnęłam, przestraszona. Byłam tak rozproszona, że jej nie wyczułam. Niekontrolowana wiązka energii wystrzeliła do góry.

– Uważaj! – krzyknęła.

Ledwo uskoczyłam przed sypiącym się na mnie stropem. Podniosłam się z kolan, otrzepałam strój i nabrałam kilka głębokich wdechów. Musiałam uspokoić emocje. Przybrałam obojętny wyraz twarzy.

– Wszystko w porządku? – spytała zaniepokojona.

Wyciągnęła rękę, by położyć mi ją na ramieniu, ale zawahała się i zamarła w pół ruchu.

– Tak – odparłam chłodnym głosem. – Zajęłam się ich telepatą – oznajmiłam, wskazując kciukiem za siebie.

Nieprzytomny mężczyzna leżał przywalony gruzami. Przynajmniej miałam wymówkę dla jego zmasakrowanej twarzy…

– Mieliśmy przez moment malutki problem z Doctorem Lightem, ale już sobie z nim poradziliśmy.

Patrzyłam, wciąż lekko oszołomiona, jak Starfire odgrzebała mężczyznę, przerzuciła go bez najmniejszego problemu przez ramię i jakby nigdy nic ruszyła z powrotem. Podążyłam za nią.

– Czasami wciąż nie umiem do końca pojąć ludzkich zachowań – podjęła swobodnym tonem. Zerknęła na mnie z ukosa i kontynuowała. – Pierwszy raz spotkałam się z kimś, kto co chwilę przypomina, że nazywa się „Doctor Light”, w dodatku mówiąc o sobie w trzeciej osobie i zapewnia, że nikt go nie pokona – ciągnęła, jednocześnie zaintrygowana, jak i rozbawiona.

Milczałam przez moment. Do głowy nie przychodziła mi żadna dobra odpowiedź.

– Mój nie był zbyt rozmowny – rzuciłam, gdy cisza zbytnio się przeciągała.

Tym razem to ona milczała przez dłuższą chwilę. Ja to jednak potrafiłam zabić rozmowę…

Nie odzywając się więcej, wyszłyśmy tylnym wyjściem, gdzie wszyscy już czekali. Beast Boy kucał przy związanym i nieprzytomnym mężczyźnie. Pociągnął go za kozią bródkę, zlepioną kurzem i krwią, zrobił głupią minę i powiedział coś, czego nie dosłyszałam. Starfire oparła telepatę o porozcinane plecy drugiego. Cała trójka posłała nam zaciekawione spojrzenia, pod którymi czaiła się ulga. Zwłaszcza Robina.

– Nie baw się w Batmana i nie znikaj tak na drugi raz, dobrze? – rzucił kwaśnie Robin. – Martwiliśmy się – dodał.

– Pamiętaj, że jestem empatką i wyczuwam wasze emocje. Po prostu się przyznaj, że cię wystraszyłam – odparłam z uniesioną kpiąco brwią. – To jedyne, co mi dobrze wychodzi.

– Wolę, gdy muszę się użerać z całą waszą czwórką – powiedział zgryźliwie. Wskazał na przytaszczonego przez Starfire mężczyznę. – O tym wiemy najmniej. Raven, cokolwiek?

– Tak. Telepata. Ten sam, który torturował mnie w Kościele Krwi – odparłam.

Twarz Robina stęgła w wyrazie zaciekawienia. Potarł się po podbródku i wszyscy mogliśmy sobie wyobrazić ten intensywny proces myślowy biegnący w jego głowie.

– Ktoś chętny zostać tutaj i poczekać, aż przyjedzie po nich transport? – spytał po chwili.

– Ja mogę – zaoferowała Starfire.

Posłała mi krótkie spojrzenie. Miałam wrażenie, że wyrażało niemą prośbę, ale z jej całkowicie zielonych oczu nawet mi było ciężko czasami coś wyczytać.

– Zostanę ze Starfire – rzuciłam, gdy pozostali już ruszyli w stronę wyjazdu.

Robin patrzył na mnie przez moment, ale w odpowiedzi tylko wzruszył ramionami i mruknął coś pod nosem.

Skrzyżowałam nogi, lewitując. Przymknęłam lekko powieki, obserwując zarówno nieprzytomnych mężczyzn, jak i Starfire.

Oparła się o ceglany mur otaczający fabrykę i wyciągnęła smukłe ciało, ukryte pod ubiorem w mniejszym, niż większym stopniu. Nie wyglądała na speszoną, czy niepewną, wręcz przeciwnie, jak zwykle sprawiała wrażenie swobodnej i pewnej siebie, ale czułam jej wahanie. Obracała w głowie jakieś uwierające myśli, ale nie śmiałam naruszać jej prywatności. Czekałam w ciszy.

– Raven? – podjęła w końcu.

– Tak? – odparłam, koncentrując na niej wzrok.

– Wielokrotnie widziałam, że oddajesz się medytacji… Zastanawiałam się, jakie korzyści z tego czerpiesz?

Miałam ochotę spytać ją bezpośrednio o sedno sprawy, ale i tak czekałyśmy, więc pozwoliłam jej obrać okrężną drogę dotarcia do celu.

– Pozwala mi kontrolować emocje – odparłam po krótkim namyśle.

Kiwnęła głową i spojrzała gdzieś w bok, przetwarzając moje słowa.

– Ostatnio… – urwała. – Od zdarzenia z Kościołem Krwi towarzyszy mi cały czas takie przeczucie, że wydarzy się za niedługo coś złego –  powiedziała, patrząc na mnie uważnie. – Nawiedzają mnie też koszmary, a nigdy wcześniej mi się to nie zdarzało. Czuję, że moje moce wymykają mi się spod kontroli – dodała.

Myślałam przez chwilę nad jej słowami, przywołując szczątkowe informacje o Tamarańczykach, które przechowywałam w zakątkach pamięci.

– I zastanawiasz się, czy medytacja mogłaby ci pomóc? – zadałam pytanie, które od początku rozmowy podejrzewałam, że padnie.

Kiwnęła głową.

– Jest taka możliwość – odparłam.

– Czy nie sprawiłoby ci to problemu, gdybyś poinstruowała mnie na temat medytacji? – spytała, nie kryjąc błagalnej nuty w głosie. – Wiem, że lubisz to robić w samotności… – dodała szybko.

– Spróbuję ci pomóc – przerwałam jej.

Wypuściła cicho powietrze i posłała mi uśmiech. Dostrzegłam, że przez ułamek sekundy miała ochotę okazać swoją wdzięczność w bardziej wylewny, typowy dla siebie sposób, ale powstrzymała się w porę. Mogłam tylko dociekać, czy spowodowała to znajomość mojego stosunku do tego typu interakcji, czy może światła więziennego furgonu.

 

 Weszłam do jasnego, przestronnego pomieszczenia i od razu poczułam się nieswojo. Biel, blady róż i cała gromadka roślin, których, mogłam się założyć, przynajmniej część nie pochodziła z Ziemi, były zupełnym przeciwieństwem mojego pokoju.

– Jeszcze raz dziękuję, że się zgodziłaś. – Starfire posłała mi lekki uśmiech na powitanie.

Kiwnęłam głową. Omiotłam wzrokiem proste, białe meble i zawiesiłam się na chwilę na stercie futrzastych poduszek, pod którymi tonęło okrągłe łóżko. Wybrałam wolny kawałek przestrzeni między garderobą a ogromną, szarą pufą. Zawisłam w powietrzu w pozycji lotosu.

Starfire błyskawicznie podłapała wyczekujące znaczenie mojego milczenia i z niewielkimi trudnościami ułożyło odpowiednio nogi, unosząc się przede mną.

– Są różne techniki medytacji. Można całkowicie oczyszczać umysł z myśli, a można też swobodnie dryfować razem z nimi. Wszystko zależy od celu – wyjaśniłam spokojnym głosem.

– Sama nie wiem… – odparła z zamyśleniem. – Ty znasz się na tym najlepiej, więc po prostu zaufam tobie.

Jej otwartość i bezpośredniość trochę mnie przytłaczała. To, jak nieskrępowanie wyrażała swoje emocje i myśli… Nigdy nie było mi dane tego zasmakować. Mogłam się tylko domyślać, jak wolni byli tacy ludzie.

– Jeśli chcesz uspokoić myśli i emocje, możesz spróbować całkowicie się od nich odciąć.

– Nie wiem, czy mi się uda… – odparła z wahaniem. – Nigdy nie ukrywałam swoich emocji. Nawet tamarańskie dzieci uczy się nieskrępowanego okazywania uczuć. – Na wspomnienia rodzimej planety jej oczy zajarzyły się jakby intensywniejszą zielenią, w głosie pojawiła się nuta nostalgii, a pokój wypełnił się smutkiem, tęsknotą, jak i rozmarzeniem. ­– W naszej naturze leży otwarte okazywanie emocji i ich aprobowanie. One są… – urwała, by znaleźć odpowiednie słowa. – Fundamentalnym elementem naszego życia.

– Rozumiem – przyznałam.

Chciałam, czy nie, to było kłamstwo. Jej słowa były dla mnie czymś tak odległym, że wręcz nieosiągalnym. Mogłam angażować całe pokłady empatii, by spróbować postawić się w jej sytuacji, ale nie byłam w stanie przekonać się, jak naprawdę wyglądało takie życie. Odkąd tylko pamiętam, uczono mnie ukrywania emocji. Odcięto mnie od wszystkiego, co mogło w ogóle je wywołać, a jeśli już jakieś się pojawiły, zaraz nakazywano mi je zdławić. Walcząc o utrzymanie lodowej pustki w moim wnętrzu, paradoksalnie, jako emaptka, mogłam wypełniać ją cudzymi emocjami. Doświadczałam ich, ale jedynie jak przez grubą szybę. Widziałam, manipulowałam, rozumiałam, ale zawsze pozostawały poza moim zasięgiem.

– Możesz spróbować skupić się na jednej myśli. Może to być jakaś mantra – zaproponowałam, bacznie ją obserwując. – Przekierowujesz całą uwagę na jeden punkt i wtedy wszystko inne jest spychane głębiej samoistnie.

– Mantra? – zapytała i przekrzywiła z zaciekawieniem głowę.

– Słowo lub zdanie, na którym się skupiasz i ciągle powtarzasz.

Kiwnęła głową i w milczeniu zaczęła nawijać na palec płomiennorude włosy.

– Chyba wiem, co może być moją mantrą – oznajmiła w końcu z cieniem uśmiechu.

– Dobrze. Zamknij teraz oczy – poleciłam. – Pomyśl o wybranych słowach i skup się na nich… Powtarzaj je… Zwróć uwagę na oddech. Głęboki i powolny. Spróbuj zharmonizować go z mantrą – mówiłam powoli i wyraźnie monotonnym głosem. – Jeśli zauważysz, że uciekłaś gdzieś myślami, nie denerwuj się. Odepchnij je i spokojnie przenieś uwagę na mantrę oraz oddech.

Rozluźniające się powoli rysy twarzy pozwalały mi domyślać się, że wykonywała moje polecenia. Nie musiałam nawet być w głowie Starfire by wyczuć, że jej emocje lekko opadły. Atmosfera w pokoju wysycała się spokojem i ciszą. Przymknęłam oczy. Podświadomie zgrałam mój oddech z powolnym i głębokim oddechem Star. Kontemplowałam tę chwilę przyjemności…

Alarm. Byłam przyzwyczajona. Nie otwarłabym nawet oczu, gdyby nie głuche plaśnięcie świadczące o bliskim spotkaniu czegoś z podłogą. Starfire poderwała się gwałtownie z ziemi, krzywiąc w twarz w niezadowolonym grymasie.

– Często tak masz? – spytała.

Pokręciłam głową z politowaniem.

– Za często – odparłam krótko.

Wspólnie skierowałyśmy się do głównego pomieszczenia.

 

 Minęła nas dwójka strażników. Jeden pomagał drugiemu, kulejącemu dotrzeć do podstawionego rzędu karetek. Na betonie ciągnął się sznur kropli krwi.

– Aż tak źle? ­– rzucił z niedowierzaniem Beast Boy.

– Myślisz, że będą się obchodzić delikatnie ze strażnikami? – odparł szorstko Robin, torując nam drogę w stronę wejścia do więzienia.

Zza murów zwieńczonych gęstą siecią drutu kolczastego wylewała się wrzawa pełna wystrzałów i krzyków. Krzyków agresji i bólu. Starałam odciąć się od napierającej na mnie fali furii i strachu. Musieliśmy opanować tę rebelię, zanim więcej osób zostałoby rannych.

Przedarliśmy się przez sznur pojazdów uprzywilejowanych. Grupy jednostek specjalnych wysypały się z opancerzonych furgonów. Na wieżach strażniczych rozstawili się już snajperzy. Nie było mowy o półśrodkach.

– Z którą grupą mamy wejść? – Robin podszedł do głównodowodzącego i oparł pięści na biodrach.

Barczysty mężczyzna zjechał nas wszystkich taksującym wzrokiem, krzyknął jakieś polecenie i dopiero odezwał się stanowczym głosem, przekrzykując panujący wokół harmider.

– Najlepiej z żadną.

Przewróciłam oczami. Miałam już dość tego typu tekstów. Tyle miesięcy działalności i dalej nie byli nam przychylni.

Cyborg już zrobił krok do przodu, ale Starfire go uprzedziła. Odsunęła Robina i stanęła naprzeciwko mężczyzny, przewyższając go wzrostem. Jej włosy wydawały się płonąć.

– Może nam pan ułatwić sprawę i wskazać konkretną grupę, by nie zrobić niepotrzebnego zamieszania, jeśli wejdziemy tam sami. A gwarantuję, ze wejdziemy – rzekła nadzwyczaj niskim, pobrzmiewającym groźbą głosem.

Mężczyzna przez chwilę walczył z jej spojrzeniem, potem przeniósł je na nas i machnął ręką.

– Steward, weźmiesz dzie… ­– urwał. – Wejdą razem z twoją grupą – rzucił do uzbrajającego się żołnierza i wskazał na nas kciukiem,

– Dziękujemy – odparła Starfire jadowicie miłym głosem.

Męska część drużyny wymieniła zdziwione spojrzenia. Następnie posłali mi nieme pytania, na co wzruszyłam ramionami. Nie miałam z tym nic wspólnego. Sama byłam zdziwiona wyjątkową, nawet jak na jej wojowniczą naturę, bojowością Kori.

– Zajmiemy się wschodnią ścianą, gdzie więźniowie postanowili sobie zrobić wyjście ewakuacyjne – oznajmił Robin. – Bądźcie ostrożni. Większość to najgroźniejsi przestępcy, ale tylko ludzie.  Części zaś udało się uciec z bloku dla tych wyjątkowo niebezpiecznych i posiadających nadludzkie umiejętności. Musicie uważać na siebie i strażników – zaznaczył.

Okrążyliśmy mury. Wzburzone fale uderzały o sterczące na brzegu wyspy skały. Agenci na łodziach już zajęli się uciekinierami przedzierającymi się przez niepokojąco ciemną, poszarpaną taflę wody.

Wpadliśmy do środka przez wyrwę w murze. Agenci rozproszyli się między kotłującą się masę ludzi. Huki wystrzałów i wybuchów otumaniły mnie w pierwszej chwili. Betonowy plac wrzał od pomarańczowych więziennych uniformów i agentów, którzy byli ledwie czarnymi punkcikami w tej masie pchającej się ku wolności.

Bałam się atakować hurtem. Ludzie poruszali się zbyt szybko. Mogłam skrzywdzić niewinnych.

Poczekałam, aż ostatnie jednostki weszły na plac bitwy. Korzystając z większych odłamków muru i głazów, zatarasowałam drogę ucieczki. Więźniowie, dostrzegłszy to, przestali przepychać się w tę stronę. Kotłujący się tłum przerzedził się. Mogłam zająć się przestępcami.

Uwolniłam astralnego kruka. Zapikował, zwalając z nóg grupę mężczyzn. W samym centrum błysnęło oślepiające światło. Biały strumień pomknął przez cały plac, tworząc kolejną wyrwę w murze. Na drodze, którą przebyło światło, został tylko zwęglony dywan nieszczęśników, którzy nie zdążyli uciec.

Uciszając narastającą panikę, starałam się zlokalizować Tytanów. Ludzie tłoczyli się, walcząc w zwarciu. Huki, wystrzały i najróżniejsze przejawy nadnaturalnych zdolności więźniów. Znowu rzucili się tłumnie w stronę dziury. Gotowi zabić, by uciec.

Dostrzegłam zielonego słonia otoczonego przez chmarę pomarańczowych uniformów. Zagonili go do rogu. Pomknęłam w tamtą stronę. Uważając na szamotającego się nosorożca, zmiotłam przestępców falą energii. Ich krzyki zlały się z ogólną wrzawą.

Beast Boy przemienił się w ludzką formę. Przykucnęłam przy nim i zlustrowałam badawczo.

– Jesteś cały? – spytałam, przekrzykując hałas.

Pomacał się po całym ciele. Upewniwszy się, że nic mu nie było, podniósł tylko kciuk i ruszył do dalszej walki. Zaszarżował na najbliższych więźniów jako nosorożec.

– Raven, potrzebuję cię przy przejściu B3! – zagrzmiał w komunikatorze zdyszany głos Robina.

Wypatrzyłam podane oznaczenie i błyskawicznie wykonałam polecenie. Kilku żołnierzy leżało opartych o ścianę. Nawet czarny materiał mundurów nie był w stanie zamaskować przesiąkającej krwi.

– Zajmiesz się nimi?

Robin był równie mocno poharatany i zmęczony, ale ledwo wskazał na poszkodowanych, już pobiegł dalej opanowywać zbiegłych więźniów.

Oddzieliłam nas tarczą. Ogarnęłam spojrzeniem mężczyzn. Zrobiłam krok, ale wszyscy poruszyli się niespokojnie, patrząc na mnie ze strachem.

– Nie musicie się bać – szepnęłam.

Pochłonęłam ich przerażenie, karmiąc wewnętrznego demona. Poczułam napływ energii. Przykucnęłam po kolei przy każdym i bez problemów uleczyłam ich rany.

Wzbiłam się ponownie w powietrze. Tłum jakby się przerzedził. Słabszych przeciwników powoli odciągano poza pole walki i unieszkodliwiano specjalnymi obrożami. Cały czas jednak kotłowało się w samym centrum placu. Blaski światła, huki, wystrzały.

Ledwo wyminęłam ciśniętego w powietrze żołnierza. Błyskawicznie pochwyciłam go i odstawiłam bezpiecznie na ziemię.

– Wszyscy do centrum! Musimy opanować Mamuta, Jinx i Doctora Lighta! – wykrzyczał urywanym głosem Robin.

Przypuściłam atak z powietrza razem ze Starfire. Posłałyśmy jednocześnie strugi energii. Czarno-zielona masa uderzyła w ogromne plecy Mamuta, odrzucając go. Cielsko poszybowało przez plac i zaryło w ścianę. Błyskawicznie pojawiła się przy nim chmara żołnierzy, by założyć mu obrożę.

Grupa agentów zbliżyła się do Jinx. Miotała energią na wszystkie strony, wręcz czerpiąc satysfakcję z zadawanego cierpienia. Mężczyźni otwarli ogień. Kobieta zaczęła przemieszczać się z miejsca na miejsce, jakby wnikając i wyłaniając się z ziemi. Podleciałam, by unieruchomić ją chociaż na chwilę.

Kule przecinały plac wzdłuż i wszerz. Zamiast trafiać w kobietę, raniły żołnierzy. Nie nadążałam z osłanianiem ich. Traciłam skupienie, próbując podążać za skaczącą z miejsca na miejsce Jinx.

Starfire przemknęła z mojej lewej. Zapikowała na obróconą tyłem kobietę. Wystrzeliła strumień energii. Zielony słup już sięgał jej pleców, gdy ta zniknęła. Promień pędził jednak dalej. Nie zdążyłam zareagować. Żołnierza praktycznie zmiotło z powierzchni ziemi.

Rozpaczliwy krzyk i przepełniony złośliwością śmiech zmieszały się w jedno. Starfire rzuciła się do poszkodowanego. Cyborg, uporawszy się z Lightem, wykorzystał okazję i ogłuszył zdekoncentrowaną Jinx działem sonicznym.

Czas jakby zwolnił. Hałas opadł. Podleciałam do klęczącej przy agencie Starfire. Przeniosła na mnie wilgotne oczy. Bez wahania przyłożyłam dłonie do nadpalonego torsu mężczyzny. Poczułam ciepło bijące od jego skóry. Nie byłam w stanie pomóc. Widziałam duszę wyrywającą się ze skorupy. Zdałam sobie sprawę, że sługi śmierci już dopadły do mężczyzny. Krążyły wokół, wyczekując tylko na sposobność, by dobrać się do każdej duszy. A gdy ta już trafiła w ich zachłanne łapska, nie było powrotu.

A nawet jeśli, to nie miałam do czego jej zwrócić. Energia, którą skumulowała Starfire musiała być ogromna. Ciało nie nadawało się do niczego. Odchyliłam się do tyłu. Kori posłała mi jeszcze bardziej zrozpaczone spojrzenie.

– Musisz go uratować! – warknęła stanowczo ze łzami w oczach. – On nie… On nie może…

Ukryła twarz w dłoniach. Wyciągnęłam z zawahaniem rękę w jej stronę. Mogłam ukoić jej emocje, ale nie chciałam robić nic bez jej zgody.

Nagle otoczyła nas grupa ludzi. Czarne mundury, broń w gotowości. Robin przedarł się między mężczyznami i dopadł do nas. Mogłam tylko domyślać się, jakie niedowierzanie i niezrozumienie czaiły się w jego spojrzeniu.

Pokręciłam głową ze zrezygnowaniem.

Seria metalicznych trzasków. Lufy karabinów uniosły się. Prosto na Starfire.

– Ej, gdzie mi z tym! – krzyknął ostrzegawczo Robin.

Starfire poderwała się gwałtownie do góry. Mężczyźni drgnęli nerwowo. Przemknęła wzrokiem naokoło i zawiesiła pytające spojrzenie na mnie. Musieliśmy zachować spokój. Nie mogliśmy pogorszyć sytuacji, jednak broń w pełnej gotowości skierowana w jej stronę nie pomagała. Wzrastał w niej gniew. Oczy zalśniły jaśniej, pięści zacisnęły się mocno.

– Musimy opanować resztę zbiegów! – Robin chciał podejść do Starfire, ale lufy uniosły się na niego. – To był wypadek!

– Robin, co robimy? – spytałam telepatycznie.

Sekundy przeciągały się niemiłosiernie. Staliśmy pośrodku wygasającej już walki. Padło na nas światło z reflektora helikoptera. Chłopcy stali w kręgu razem z agentami. Ja i Starfire w samym środku. To nie mogło skończyć się dobrze.

– Nie przewidziano dla was żadnych odstępstw od prawa! Kosmitka pójdzie z nami! – wydał rozkaz jeden z mężczyzn.

Starfire oddychała ciężko. Powstrzymywała napływającą falę gniewu.

– Na kolana. Ręce za głowę! – nakazał agent.

Tama puściła. Ogarnął ją szał.

– Nie dam się ponownie zamknąć! – wrzasnęła i rzuciła się na najbliższego żołnierza.

– Star, nie! – krzyknął rozpaczliwie Beast Boy.              

Przewróciła mężczyznę. Zaraz doskoczyła do drugiego. Lufy podążały za nią. Pchnęła agenta z wściekłością. Jej dłonie zalśniły zielenią. Padły strzały. Zdematerializowałam się, by nie dostać.

– Raven, zabierz nas! – zarządził Robin.

Pochłonęłam Tytanów do środka astralnej emanacji. Przeniosłam nas do pierwszego bezpiecznego miejsca, które przyszło mi na myśl. Mojego własnego, wewnętrznego wymiaru.

– Jasna cholera, ale tu zimno – sarknął Beast Boy, rozcierając ramiona. – I jakoś tak… martwo – dodał ciszej, rozejrzawszy się wokół.

Staliśmy całą piątką na skale dryfującej gdzieś w nieskończonej przestrzeni. Nie dziwiły mnie ich dezorientacja i strach. Wywlokłam nas do przerażająco cichego, zimnego miejsca, gdzie jedynym źródłem światła były niezliczone, ledwo widoczne punkty, migoczące na niebie niczym gwiazdy i galaktyki w ziemskim wymiarze. Prawdziwe czy nie, majaczyły w oddali gdziekolwiek się nie spojrzało, zaburzając idealnie czarną taflę rozciągającą się wokół. Niezliczona ilość poszarpanych skał bezpowrotnie tutaj zagubionych. Ta przestrzeń każdorazowo wzbudzała we mnie zarówno fascynację, podziw, jak i przytłoczenie, gdy uciekałam tutaj przed realnym światem.

– Gdzieś ty nas wywiozła? – spytał Victor nieco wyższym niż zazwyczaj głosem, sprawdzając coś na swoim interfejsie.

– Tutaj jesteśmy bezpieczni. Możemy pomyśleć, co powinniśmy teraz zrobić – odparłam wymijająco.

To nie był właściwy moment na tłumaczenie zawiłości mojego umysłu, astralnej projekcji i wymiarów poza czasem oraz rzeczywistością.

Pytające spojrzenia przeniosły się ze mnie na Starfire. Jej gniew powoli opadał. Oddech się uspokajał. Rozluźniła zaciśnięte pięści, a twarz błyskawicznie zmieniła się z pełnej agresji na oszołomioną. Powiodła wokół rozszerzonymi oczami. Zamarła, jakby w jednym momencie dotarło do jej świadomości, co się przed chwilą stało. Ukryła twarz w dłoniach.

– Nie chciałam… – wymamrotała zdławionym głosem. – Nie chciałam go skrzywdzić. To wszystko moja wina. Nie powinnam była używać pełnej mocy. Gdybym tylko pomyślała – mówiła coraz szybciej, kręcąc głową.

Wyczułam, jak jej wspomnienia ją przytłaczają. Bardzo złe wspomnienia. Rozpacz, bezsilność i wywodzący się z niej gniew targały nią od środka, przyprawiając o dreszcze.

Było mi jej szkoda. Nie wiedziałam, czy zaabsorbowanie jej cierpienia nie byłoby przekroczeniem granic. To byłaby tylko tymczasowa, doraźna ulga… Jak leki, przeszło mi przez myśl.

– Nie zrobiłaś tego celowo – powiedział uspakajająco Cyborg. – Wiemy, że nigdy byś nikogo nie skrzywdziła.

– Nie chcę trafić do niewoli – wyszeptała przestraszonym głosem.

Robin podszedł do niej i delikatnie położył rękę na jej ramieniu. Drgnęła.

– Nie pozwolimy nikomu cię zabrać – zapewnił. – Musimy wyjaśnić to zajście. Wszyscy działali w pośpiechu, stracili agenta, pewnie stąd taka reakcja, a nie inna.

– Ucieczka nie była chyba najlepszym pomysłem – rzucił cicho Beast Boy. – Teraz jesteśmy zbiegami…

Victor spiorunował go wzrokiem. Garfield zamknął usta i z zakłopotanym wyrazem twarzy utkwił spojrzenie gdzieś w oddali.

Postąpiliśmy zbyt pochopnie. Zgadzałam się z nim, ale było już za późno i przypominanie o tym nie pomogłoby nam w żaden sposób, a zwłaszcza Kori.

– Raven, jesteś w stanie nas teleportować na dużą odległość? – spytał Robin.

Mogłam sobie wyobrazić, na jakich obrotach pracował obecnie jego umysł, by znaleźć najlepsze wyjście z tej sytuacji.

– Zależy, co masz na myśli, mówiąc „dużą” – odparłam. – Masz jakąś kryjówkę?

– Najpierw wieża – powiedział i potarł kant szczęki. – Zabierzcie to, co uważacie za niezbędne do przeżycia. Tylko szybko. Żadnych urządzeń, które pozwolą nas namierzyć. Cyborg, ty w szczególności. – Wycelował palcem w Victora, mówiąc stanowczo i bez zawahania. – Znikniemy na jakiś czas i poczekamy, aż się wszystko uspokoi.

Słuchałam w milczeniu. Nie potrafiłam jednoznacznie stwierdzić, czy uznawałam to za dobrą, czy złą decyzję. Podziwiałam jasność umysłu Robina, ale z tyłu głowy kotłowała mi się myśl, że w ten sposób nie polepszymy sytuacji. Nieumyślne spowodowanie śmierci? Zaatakowanie żołnierzy w gniewie? To było jednocześnie tak dużo i tak mało.

– Chcesz, żebyśmy wtopili się w tłum? – spytał sceptycznie Cyborg.

– Żaden problem – dodał kąśliwie Beast Boy.

– Zostawcie to mnie. Raven, zabierz nas do wieży – zarządził, nawet nie patrząc w moją stronę. – Macie dziesięć minut – dodał surowo.

Wykonałam polecenie. Chłód i mrok pogłębiłyby się jeszcze bardziej, co wydawało się być niemożliwe.

Już po chwili staliśmy w salonie. Z powrotem w realnym, szarym świecie.

– Dziesięć minut – przypomniał Dick.

Rozeszliśmy się w ciszy.

 *****

Dzisiaj krótko. Jak zwykle żebrzę o komentarze. Informuję, ze następny rozdział jest napisany, a następny następny praktycznie też. Ale. Zawsze jest jakieś ale. Nie oznacza to, że będzie szybko opublikowany xD

 

czwartek, 24 grudnia 2020

15. MISSION COMPLETE

 
Przez moje ciało przemknął dreszcz. Mięśnie skurczyły się boleśnie. Poderwałam się gwałtownie i otwarłam oczy. Oślepiło mnie światło, a do uszu wdarł się nieznośny pisk. Stęknęłam.

– Nie wstawaj. – Przedarło się do mnie jak przez ścianę.

Poczułam rękę na ramieniu, która pchała mnie w dół niczym kilkutonowy ciężar. Opadłam bezwładnie na miękkie podłoże, wypuszczając powietrze z płuc.

Pisk powoli ucichł, a jego miejsce zajęły odgłosy krzątania i miarowe pikanie. Wspomnienia zaczęły wracać do mnie niczym fala tsunami. W pierwszej chwili nie chciałam uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Emocje przytłoczyły mnie, przyprawiając o jeszcze silniejsze rozsadzanie czaszki. Jęknęłam.

– Co…? – sapnęłam słabym głosem.

Nie byłam w stanie uspokoić myśli i sklecić sensownego zdania. Ponowiłam próbę otwarcia oczu. Światło nie było już tak mocne. Nade mną rozpościerał się gładki sufit z długimi świetlówkami. Uniosłam głowę. Byłam w skrzydle szpitalnym naszej wieży. Znajome otoczenie, maszyny i monitory uspokoiły mnie trochę.

– Powiedziałem, żebyś nie wstawała. – Głos Robina dochodził z pokoju przylegającego do sali.

Lekko kręciło mi się w głowie, a całe ciało paliło, jakby wewnątrz mnie szalał  żywy ogień. Odgarnęłam kołdrę. Spod szpitalnej koszuli wystawały szarawe, pokryte to płytkimi, to głębszymi, gojącymi się powoli ranami nogi. Wspomnienia koszmarów powróciły ze zdwojoną siłą. Podciągnęłam kolana pod brodę i nerwowo okręciłam się kołdrą. Przez całe moje ciało przechodziły dreszcze. Oddech spłycił się, a pikanie maszyn przyspieszyło.

– Raven? – rzucił zaniepokojonym głosem Robin.

Pędem wypadł z magazynu i dopadł do mojego łóżka.

– Co się dzieje?

Schowałam twarz w pościeli i wplotłam palce we włosy. Nie byłam w stanie stwierdzić, czy bardziej bolało mnie fizycznie, czy psychicznie. Poczułam dotyk na ramieniu. Gwałtownie odsunęłam się w przeciwną stronę, o mało nie spadając z łóżka.

– Rachel, spokojnie – powiedział łagodnym głosem. – Jesteś w wieży, nic ci nie grozi – zapewniał.

Powoli unormowałam oddech. Resztkami sił zablokowałam napływ emocji i wspomnień. Nie byłam w stanie tego przetworzyć.

Uniosłam wzrok. Twarz Robina zamarła w wyrazie napięcia i niepokoju.

– Gdzie są pozostali? – szepnęłam jedyne, co przyszło mi na myśl.

– Są tutaj – machnął ręką, wskazując za płachtę parawanu. – Powoli dochodzą do siebie.

Zapadła cisza przerywana regularnym pikaniem. Teraz wychwytywałam także trzy odrębne rytmy.

– Możesz… - zaczęłam niepewnie. – Dać mi coś na sen? – spytałam i spuściłam wzrok.

– Oczywiście – odparł bez wahania.

Zniknął na chwilę w magazynie i wrócił z napełnioną strzykawką.

– Daj lewą rękę – polecił, wyciągając dłoń w moją stronę.

Wysunęłam równie pokaleczoną co nogi kończynę. Dick sprawnie wstrzyknął substancję przez otwór w wenflonie.

– Odpocznij – powiedział z nutą troski w głosie i odszedł.

Wykonałam polecenie bez najmniejszego oporu.

 

 Obudziłam się wyspana jak chyba jeszcze nigdy w życiu. Nie spodziewałam się, że środek podany przez Robina mógł być tak skuteczny. Zero koszmarów, zero snów, zero przebudzania się.  A jednak szara rzeczywistość zaatakowała mnie bez zawahania. Szpitalna sala, charakterystyczny zapach powietrza i natłok myśli, który wlał się do uspokojonego umysłu.

– Wyspana? – powitał mnie pogodnym głosem Robin.

Stał przed łóżkiem z rękami zaplecionymi na klatce piersiowej, ale bez tego upartego, wymownego znaczenia.

– Czym mnie wczoraj naszprycowałeś? – spytałam.

– Żeby to było wczoraj – odparł z uśmieszkiem ni to pobłażliwości, ni złośliwości. – Przespałaś prawie trzydzieści godzin.

Uniosłam brwi ze zdziwieniem.

- I nawet nie myśl, że pozwolę ci to brać regularnie – dodał surowo, jakby czytając mi w myślach.

Byłam aż tak przewidywalna?

– Mogę iść do siebie? – rzuciłam po chwili ciszy.

– Twoje wyniki są na tyle dobre, na ile mogą być w takim stanie, więc jeśli czujesz się na siłach, to jasne, możesz iść. Już cię uwalniam.

Sprawnie wyjął wenflon, odpiął wszystkie czujniki i wyłączył urządzenia.

– Dałbym ci twój strój, ale niewiele z niego zostało – powiedział z nutą zażenowania. – Pasek i pierścionek odniosłem ci do pokoju.

– Jasne… - Opuściłam nogi na zimną posadzkę. – A propos stroju… - powiedziałam nieco niepewnie. – Byłaby szansa na wprowadzenie w nim paru zmian?

- Nie ma problemu – odparł po chwili milczenia, podczas którego pewnie przeanalizował dziesiątki przyczyn mojej prośby. Mogłam się założyć, że znalazła się wśród nich również ta trafna. – Powiesz mi, co chcesz zmienić i się tym zajmę.

Kiwnęłam głową i postanowiłam wstać. Nogi ugięły się pod ciężarem ciała i poleciałam do przodu jak kłoda. Robin błyskawicznie mnie złapał.

– Może jeszcze trochę tu zostaniesz? – zaproponował.

Pokręciłam przecząco głową.

– Moja regeneracja jest osłabiona – mruknęłam pod nosem.

– To może cię zaniosę? – rzucił z nutą niepewności.

Podniosłam na niego mordercze spojrzenie, ale po chwili namysłu skapitulowałam. Nie uwłaczało mi to na tyle, by zrezygnować z zamknięcia się we własnym pokoju.

– Dobra – sapnęłam zrezygnowana.

Przez jego twarz przemknął cień szelmowskiego uśmiechu. Zgromiłam go wzrokiem i pozwoliłam wziąć na ręce.

– Nawet się nie odzywaj – zagroziłam szorstkim głosem.

W odpowiedzi zaśmiał się cicho.

– Pozwolisz, że jednak złamię twój nakaz – odezwał się, gdy znaleźliśmy się w windzie. – Nie chcę cię na razie męczyć, ale… musisz mi wyjaśnić parę rzeczy. I to najlepiej jak najszybciej. Cyborg jest już na chodzie, Beast Boy w zasadzie też, tylko Star jeszcze dochodzi do siebie. Jeszcze nie pytali, ale… czy wiesz, jak się wydostaliście?

Spuściłam wzrok. Do czego on zmierzał? O co mu chodziło? W sekundę stanął mi przed oczami obraz emanacji Trygona, która pojawiła się, gdy resztki energii ulatywały z mojego ciała i byłam na granicy między życiem a śmiercią. Chyba znalazłam odpowiedź na nurtujące mnie pytanie. Nie mogłam umrzeć. Trygon nie zaprzepaściłby jedynej okazji, jaka mu się nadarzyła i czuwał nad tym, bym dożyła do czasu jego przyjścia. Przerażało mnie to.

– Nie zastanawiałam się nad tym… – odparłam powoli.

– Jeśli czujesz się na siłach, to możemy porozmawiać teraz. Jeśli nie, okej, rozumiem, ale nie możesz tego odwlekać, chociaż wiem, jak bardzo nie lubisz takich rozmów – mówił spokojnym tonem.

Winda dotarła na piętro mieszkalne. Robin stanął przed drzwiami mojego pokoju.

– Czy zezwalasz mi na przekroczenie progu twego pokoju? – spytał teatralnym tonem.

Przewróciłam oczami i kiwnęłam głową na zgodę.

– To jak, teraz, czy później?

Położył mnie na zasłanym łóżku. Próbowałam zebrać myśli, co szło mi dosyć topornie.

– Nie ma sensu tego odkładać… - odparłam z niechęcią. – Daj mi tylko chwilę, przebiorę się.

– Jasne – powiedział i ruszył w stronę wyjścia. – Podać ci coś, czy sobie poradzisz?

– Nie jestem kaleką! – sarknęłam i siłą woli rzuciłam w jego stronę praktycznie wypaloną świeczką.

Pocisk wylądował kilka metrów przed nim i ledwo dotoczył się do stóp Robina. Parsknął tylko śmiechem, postawił świeczkę na półce i wyszedł.

– Zawołaj, gdy będę mógł wejść! – rzucił przez drzwi. – Albo gdy się zaplączesz w pelerynie!

Sapnęłam tylko i przewróciłam oczami, czego i tak nie mógł przecież zobaczyć.

 

 Zawołałam go, gdy nie bez problemów zdołałam się przebrać. Wszystko mnie bolało, a skóra piekła nawet pod najmniejszym dotykiem.

– Nie oczekuję, że będziesz chciała opowiadać o tym, co się tam stało. Od żadnego z was tego nie oczekuję, widziałem tylko skutki i nawet nie chcę sobie wyobrażać, co do nich doprowadziło – podjął powoli, z namysłem dobierając słowa. – Może na wejściu zaznaczę, że to od ciebie dostałem… Mentalną wiadomość… Wizję? – zawahał się. – Gdy sam jeszcze byłem w szpitalu, miałem sen. Nie umiem tego za bardzo opisać. Nawet nie tyle co widziałem, ale wiedziałem, że jesteście w niebezpieczeństwie – urwał, czekając na moją reakcję.

Podciągnęłam kolana pod brodę i uciekłam wzrokiem w bok. Nie pamiętałam, bym się z nim kontaktowała…

– Nie wiem… Naprawdę nie wiem. Mogłam wezwać pomoc nieświadomie, w akcie desperacji – odparłam po chwili. – Moja podświadomość uznała, że byłeś właściwą osobą, z którą kontakt był ułatwiony przez wcześniej utworzone połączenie – wyjaśniłam. A przynajmniej próbowałam.

– Okej. – Kiwnął głową i usadowił się wygodniej na kufrze. – Pomijając to, jak się dostałem na Zandię i pomijając powód tego porwania. Tym zajmiemy się później. Nie wiem, ile pamiętasz z tej ceremonii, ale czy jesteś w stanie mi wyjaśnić, kim... – Podrapał się po karku. – Czym był ten stwór?

Zapadła cisza. Co miałam mu powiedzieć? Prawdę? Skłamać? Półprawdę? Prędzej czy później ten temat by wrócił. Nie mogłam wiecznie uciekać, zwłaszcza w łgarstwa. Odetchnęłam głęboko i zebrałam resztki pewności siebie.

– Ta bestia, o której mówisz – podjęłam, cały czas się wahając. – To Trygon. Demon. Zdobywca światów. To, co widziałeś, było tylko emanacją, nie było go tam fizycznie.

Zamilkłam. Czekałam. Czekałam, aż przeanalizuje informacje i wyciągnie prawidłowe wnioski. Bo zawsze takie były.

– Jesteś półdemonem. – Myślał na głos. – Nie znam się na tych sprawach, ale jakiś demoniczny anioł stróż, chroniący cię przed złem, nie wchodzi w rachubę, prawda? – spytał z jakąś dziwną nutą nadziei.

Pokręciłam głową ze zrezygnowaniem.

- To twój ojciec – rzucił cicho, chociaż te słowa były dla mnie jak wystrzał z armaty. Całej artylerii armat.

Tym razem kiwnęłam twierdząco. Poczułam dreszcze przebiegające wzdłuż pleców. Wyginałam nerwowo palce.

– Zdobywca światów… Czy to ma coś dla nas znaczyć? Nie do końca rozumiem.

– Ja… On… - plątałam się. Sapnęłam.

– Jeśli nie chcesz o tym rozmawiać, nie musimy.

– Nie – rzekłam, siląc się na stanowczy ton. – Nie ma sensu dalej tego ukrywać… Jestem jego przepustką do tego świata. Dzięki mnie dostanie się tutaj i zniszczy ten wymiar – wypaliłam na jednym wdechu, zanim zdążyłabym się rozmyślić.

Robin milczał. W słabym świetle dostrzegłam, że przez jego twarz przemknął cień niepewności. Odchylił się lekko do tyłu.

Robiło mi się na przemian zimno i gorąco. Oparłam czoło na kolanach. Nie chciałam patrzeć na jego twarz. Wystarczyło mi, że czułam bijące od niego dezorientację i zaniepokojenie.

Zaczęłam wyrzucać sobie, że nazbyt się pośpieszyłam. Nie było dobrym pomysłem mówienie o tym. Liga odrzuciła mnie tylko i wyłącznie ze względu na demoniczne pochodzenie. Co by zrobili, gdyby dowiedzieli się, że jestem dzieckiem Trygona?

– Twój ojciec, demon, zagraża naszemu światu? – spytał po chwili ciszy, która ciągnęła się niczym nieskończoność.

– Yhym – mruknęłam przez ściśnięte gardło.

– Wiesz, kiedy się to wydarzy?

Uniosłam wzrok. Jak zawsze opanowany i logicznie myślący. Marszczył czoło, ale jego twarz była niewzruszona. Jego spokój udzielił mi się. Westchnęłam.

– Wiem, że to wyznanie było dla ciebie trudne i doceniam, że mi zaufałaś. Jeśli nie chcesz, nie powiem na razie reszcie – zapewnił wyrozumiałym głosem.

Kiwnęłam powoli głową.

– Około moich osiemnastych urodzin… Został nieco ponad rok – odparłam.

Znowu zapanowała przytłaczająca mnie cisza.

– Nie wyrzucisz mnie? Nie zamkniesz gdzieś głęboko, w najbardziej strzeżonym więzieniu? – spytałam z niedowierzaniem i niezrozumieniem, że przyjął to tak spokojnie.

– Dlaczego miałbym… To nie twoja wina, Raven. Bo to nie ty o tym zadecydowałaś, prawda? Pomogę ci. Wszyscy ci pomożemy. Nie zostawimy cię z tym samej. Znajdziemy sposób na zapobiegnięcie temu – zapewnił. – Nic nie jest przesądzone.

Zacisnęłam pięści na pościeli. Miałam ochotę go zwyzywać. Naiwny! Zdawało mi się, że nie dotarł do niego sens moich słów. Nie miałam jednak sił tłumaczyć mu tego. Jeszcze nie. Czułam jednak, jakby zniknęła część monstrualnego ciężaru, który od zawsze dźwigałam.

– Nie powiem o tym reszcie. Ty decydujesz. Za oficjalną wersję przyjmiemy, że wezwałaś mnie i z nieoczekiwaną pomocą Deathstroke’a zlikwido… On zlikwidował – poprawił się – Blooda, a co za tym idzie, cały interes Vertigo powinien upaść razem z Kościołem Krwi. Przynamniej jedno powinno być względnie z głowy, ale nie daje mi spokoju to, co zrobił Slade – rzucił, bardziej jakby do siebie, niż do mnie. – Dziękuję.

Uniosłam brew. Momentami mój zmęczony umysł nie nadążał za nim.

– Za co? – palnęłam.

– Że mi zaufałaś – odparł i uśmiechnął się nieznacznie.

Zostawił mnie samą z tymi słowami, odbijającymi się echem w moim umyśle.

 

 Kilka następnych dni upłynęło nam na regeneracji. Robin powiadomił władze miasta o ograniczonych możliwościach działania drużyny, wybierał się samotnie na patrole i braliśmy tylko udział w mniejszych akcjach, a i to nie całą piątką. Jak nigdy do tej pory, naprawdę nam odpuścił i chociaż przechodziło to ciężko przez gardło, autentycznie się o nas troszczył.

W zamyśleniu przesunęłam czarnego gońca. Cyborg pochylił się nieznacznie nad planszą i mruknął przeciągle. To mogła być już dziesiąta partia rozgrywana w totalnej ciszy, ale dawno przestałam liczyć. Powoli się ściemniało, chociaż dni były dłuższe i jakby na przekór panującej w wieży atmosferze, słoneczne. Wyjrzałam przez przeszkloną ścianę na panoramę miasta. Rozmyślałam o wszystkim i niczym, błądziłam po zakamarkach zmęczonego umysłu. Zmęczonego koszmarami, które dręczyły mnie każdej nocy jeszcze bardziej, niż przed porwaniem.

– Twój ruch. –Cichy głos Victora przywrócił mnie na ziemię.

Przeanalizowałam szachownicę. Ułożyłam plan w głowie. W trzech ruchach doprowadziłam do matu, jak przy każdej partii. Cyborg westchnął zrezygnowany.

– Nie mam z tobą szans… - mruknął i kiwnął głową. – Dzięki.

Złożyłam planszę i schowałam figury.

– Zapomniałbym. – Victor zawrócił w połowie drogi do kuchni. – Robin chciał zrobić dzisiaj spotkanie – oznajmił. – Za jakieś piętnaście minut w zasadzie – dodał po chwili.

Kiwnęłam głową. Poszłam do swojego pokoju, po drodze mijając Starfire, której skóra dopiero co odzyskała ten charakterystyczny, pomarańczowy odcień. Nawet nie chciałam myśleć, co mogło się stać, gdyby w porę nie otrzymała energii z promieni słonecznych. Posłała mi nikły, smutny uśmiech.

Zostawiłam szachy w pokoju i niezbyt chętnie skierowałam się do pracowni Robina. Od kilku dni prześladowało mnie silne uczucie deja vu.

Weszłam do przyciemnionego pokoju. Nad stołem wyświetlał się hologram ze ścianą tekstu, a w dolnym rogu zminimalizowane nagranie ataku na naszą wieżę. Zrobiło mi się słabo na myśl, jakich rzeczy dopuszczał się wtedy demon, który przejął kontrolę.

Zawisłam w pozycji lotosu w kącie i tylko obserwowałam pozostałych. Robin oparł się pięściami o blat i zaczął mówić:

– Rozumiem, że możecie nie chcieć wracać do tego, co wydarzyło się na Zandii. – Omiótł nas badawczym spojrzeniem. – Dlatego nie będę przedłużał. Chcecie wiedzieć, co działo się, gdy byliście nieprzytomni?

Po chwili zawahania każde z nas powoli pokiwało głowami. Robin przedłożył taką wersję streszczenia, jaką omówił ze mną. Najpierw w powietrzu zawisło napięcie, ale gdy usłyszeliśmy fragment o Deathstroke’u, cała trójka wydała zgodny okrzyk zdziwienia.

– Trochę się w tym pogubiłem – przyznał Beast Boy, drapiąc się po karku.

– Czyli miałem rację! – krzyknął tryumfalnie Victor, celując palcem wskazującym w Robina.

Dick kiwnął głową, jednak nie był tak usatysfakcjonowany.

– To nie wróży dobrze – mruknął. – Jeśli Slade wplątuje się w takie układy, to możemy się po nim spodziewać wszystkiego. Zdziwiło mnie to, że uczestniczył w tym w tak otwarcie. Nie krył specjalnie tożsamości Deathstroke’a, odkąd zaczął działać pod tym pseudonimem, ale mimo wszystko… - urwał i oparł podbródek na pięści. – No ciężko było nawet o jego zdjęcia, bo gość jest tak wyszkolony. Zawsze w cieniu, bez zostawiania zbędnych śladów, a tutaj…

– Może pomińmy to na razie i spróbujmy złożyć w całość wszystko, co do tej pory zebraliśmy? – zaproponowała Starfire i podeszła do stołu. – Mamy handel Vertigo, dwa ataki na wieżę, żołnierzy-marionetki, śmierć Abaddona – wyliczała, a mnie przeszedł niemiły dreszcz po plecach na wspomnienie o Halu. - Kościół… - urwała i spojrzała pytająco na Robina.

– Kościół Krwi i Brother Blooda, jego założyciela – odparł. – Handel Vertigo służył zdobywaniu wyznawców, z których Blood czerpał energię. Albo coś w tym stylu, nie znam się na tym – powiedział i wskazał na mnie.

Wszyscy przenieśli wzrok w moją stronę. Poczułam się nieswojo, będąc w centrum uwagi

– Byłoby mi łatwiej powiedzieć, gdybym była przytomna – odparłam obojętnie. -  Albo gdybyśmy tam wrócili i zbadali to miejsce.

– Niegłupi pomysł – wtrącił Victor.

– Mnie zastanawia, dlaczego zostawili w spokoju Robina? – wtrącił Beast Boy, bawiący się rękawiczką.

– Może nadinterpretuję, ale co, jeśli specjalnie chcieli nas pozbawić lidera? – odparł z namysłem Cyborg. ­– Czy atak na bank mógł mieć jakikolwiek związek z Kościołem Krwi?

– Nie sądzę. Robin oberwał przez moją nieuwagę, nie atakowali go bezpośrednio – stwierdziła Starfire, spuszczając wzrok.

– No to czemu go pominęli? – pytał uparcie Beast Boy.

– Bo jest tylko człowiekiem – wtrąciłam obojętnym głosem.

Cztery zaciekawione spojrzenia przeniosły się na mnie. Robin przekrzywił głowę i oparł się o stół. Kiwnął na znak, bym kontynuowała.

– Zakładając, że Blood chciał pozyskać z nas energię, to Robin miałby jej niewiele więcej, niżeli zwykły śmiertelnik – wyjaśniłam i wzruszyłam ramionami.

– Brzmi logicznie – mruknął Victor. ­– Skorzystali z okazji. Sorry, Cudowny Chłopiec tym razem nie był gwoździem programu – rzucił ze złośliwym uśmieszkiem, ale Robin zignorował zaczepkę.

– Wracając – powiedziała stanowczo Starfire, unosząc rękę dla zwrócenia naszej uwagi. – Wyczyszczenie umysłów to sprawka Abaddona. Jego śmierć – najprawdopodobniej Slade’a, który działał dla Blooda, pozyskując mu wyznawców?

Robin kiwnął głową.

– Mogę się też założyć, że to Abaddon dostarczył informacji o nas. Dostęp do wieży, nasze zdolności i jak je unieszkodliwić. A potem się go pozbyli, bo przestał być im potrzebny.

– Skąd niby miał wiedzieć takie rzeczy? – rzuciła Starfire.

– Z umysłu Raven – odparł i po raz kolejny przeniósł spojrzenie na mnie.

Opuściłam wzrok. Miał mi to za złe?

– Czyli zamknęliśmy ich interes? – Beast Boy przerwał chwilę ciszy.

– Na to wygląda. Blood nie żyje. Obawiam się jednak, że jego wyznawcy mogą sobie poradzić bez niego – odparł Robin i sapnął.

– Próbuję znaleźć cokolwiek o nich, ale cały czas rozbijam się o ślepe zaułki – mruknął Cyborg, wpatrując się martwo w przestrzeń. – Nic konkretnego, wszystko owiane tajemnicą – dodał z przekąsem.

– Może powinniśmy ich obserwować z ukrycia? – zaproponował Beast Boy, przerywając Robinowi niecierpliwe stukanie w blat.

– Na razie stracili przywódcę. Musimy mieć na nich oko, by wiedzieć, jeśli się reaktywują – zapewnił stanowczo. – Jednak mamy większy problem. Deathstroke – wymówił złowieszczo.

– Ej, a co, jeśli on wszystkich wykiwał i cała ta współpraca to był zwykły pic na wodę fotomontaż? – palnął nagle Beast Boy.

– To też bardzo niegłupi pomysł – podchwycił z uznaniem Victor i klepnął Garfielda w plecy. Trochę za mocno, bo Beast Boy aż stęknął z bólu. – Jest najemnikiem. Tutaj niby taka współpraca, a potem jeb! Morduje Blooda, by… - urwał i mruknął niezadowolony.

– No właśnie, i co? – spytał Robin i skrzyżował ręce. – Nie dostał zapłaty, więc się tak odpłacił? Wątpię, by dał się tak wrobić. Dodatkowo ściągnął sobie teraz na łeb sektę z setkami, jeśli nie tysiącami wyznawców – myślał na głos.

– To brzmi trochę dziwnie, ale… - podjęła Starfire z wahaniem.

Robin machnął ręką, zachęcając ją do kontynuowania.

– Najpierw nas dostarczył Bloodowi, ale może miał większy interes w tym, by jednak nas uratować? Wziął wynagrodzenie i zerwał umowę?

– Kłócili się – rzucił Robin.

– Co? – spytał Victor.

– Przed samą ceremonią. Pokłócili się o coś – wyjaśnił. – Mam też dziwne wrażenie… - urwał i potarł kant szczęki – Że poszło mi za łatwo.

– Co sugerujesz? – podchwyciłam.

Propozycja Deathstroke’a nie dawała mi spokoju. Robinowi też wyraźnie coś nie pasowało w całej sprawie. Czego nie dostrzegaliśmy? O czym nie wiedzieliśmy?

– Że albo udało mi się to cudem, w które nie wierzę albo ktoś mi to ułatwił – odparł dobitnym głosem.

– I myślisz o Wilsonie? – spytał sceptycznym tonem Victor. – Po co by to robił?

Podszedł do stołu, oparł się naprzeciwko Robina i pochylił w jego stronę, jakby chciał spojrzeć mu głęboko w oczy.

– Nie mam pojęcia – wycedził, zaciskając mocniej pięści. – I tego chcę się dowiedzieć.

Znowu cisza. Przepełniona domysłami, niewypowiedzianymi pytaniami i rosnącym napięciem.

– Tooo – mruknął przeciągle Beast Boy po chwili. – Co teraz?

– Na ten moment? Wracamy do normalnej pracy. Zajmiemy się pozostałymi dilerami Vertigo, pomożemy zamknąć sprawy zaginionych ludzi. A Deathstroke? Czekamy, ale na pewno nie bezczynnie. Będziemy przygotowani na wszystko – odparł stanowczo, wyprostowawszy się. – Możecie iść.

Coś mnie gryzło w jego zachowaniu.

Pierwszy ulotnił się Beast Boy, zaraz potem Victor. Miałam wrażenie, jakby Starfire czekała, aż wszyscy opuszczą pomieszczenie, ale widząc, że ja też się ociągałam, wyszła bez słowa.

– Mówiąc „czekamy” miałeś na myśli „czekacie, a ja dokopuję się do tajnych akt Pentagonu”? – spytałam zaczepnie.

Spojrzał na mnie i skrzyżował ręce.

– Czasami zastanawiam się, czy zwyczajnie nie siedzisz mi w myślach? – rzucił podejrzliwym tonem.

–  Batman nie szkolił cię na odpieranie takich ataków? – spytałam ni poważnie, nie dla żartu.

– Wiesz, że nie odpuszczę. Nie mogę czekać. Muszę być kilka kroków przed nim, by móc wcześniej zareagować – mówił tonem, jakby tłumaczył się z czegoś złego. – Zwłaszcza, że na ten moment to on jest daleko przed nami.

Kiwnęłam głową. Zastanawiałam się, czy powiedzieć mu o tym, że Deathstroke wiedział o Trygonie. Niepokoiło mnie to. Domyślałam się, że tę informację dostarczył mu Abaddon, ale dlaczego tak na mnie naciskał? Co chciał osiągnąć? Powiedziałam już tyle Robinowi… ale z drugiej strony tylko dołożyłabym mu nierozwiązanych spraw. W końcu nic się nie stało… To mogło zaczekać.

– Nad czym tak myślisz? – wyrwał mnie z chwilowego zawieszenia.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Milczałam za długo, bym zabrzmiała wiarygodnie, ale musiałam jakoś wybrnąć.

– Może… Chciałam iść dzisiaj na patrol.

Jego twarz zaczęła przybierać ten charakterystyczny wyraz troski, do której niekoniecznie chciał się przyznać.

– Tak, wolę to, niż koszmary – oznajmiłam, zanim zdążył się odezwać. – Nawet bez siedzenia ci w głowie wiem, co sobie pomyślałeś – dodałam szybko.

Odpowiedział krzywym i nieco szelmowskim uśmiechem. Pokręcił głową z politowaniem i wzruszywszy ramionami, powiedział:

– Jeśli tylko nie planujesz spadać nieprzytomna z dachu, to chętnie cię wezmę.

Posłałam mu zabójcze spojrzenie. Parsknął i machnął ręką w dziwnym geście. Zostawiłam go samego, otoczonego przez hologramy.

 

– I jak sprawuje się nowy strój? – spytał, przerywając panujące od dłuższego czasu milczenie.

Odruchowo spojrzałam w dół, taksując przylegający materiał, na który padał blask czerwonego neonu z przeciwnej strony ulicy. Zmiana nie była ogromna. Postanowiłam po prostu dodać garderoby i wzmocnień. Czułam się lepiej z całkowicie zasłoniętymi nogami oraz plecami. Rękawiczki zastąpiłam rękawami zaczepianymi o palce, by było jeszcze wygodniej i praktyczniej. Wciąż mogłam także nosić pierścień od Azar.

­­– Jest okej – odparłam po chwili, gdy dogoniłam go na następnym dachu.

– Widzę, że wręcz nie możesz ukryć ekscytacji – rzucił z cieniem ironicznego uśmiechu.

Przewróciłam oczami. Bez słowa weszliśmy na wybetonowany plac otaczający jakąś starą fabrykę z dwoma wysokimi kominami.

– Jakiś powód, dlaczego tu przyszliśmy? – spytałam, posuwając się wzdłuż ściany w ślad za Robinem.

– Przeczucie? – odparł i uniósł rękę do góry.

Zatrzymaliśmy się. Wychylił się zza rogu, by mieć lepszy widok na częściowo oświetlone tyły budynku.

Nagle, jakby z opóźnieniem wyczułam silną energię. Blisko. Niebezpiecznie blisko.

– Co jest? – mruknęłam.

Nim zdążył zareagować, dotarło do nas zza pleców:

– A kogo my tu mamy?!

Obróciliśmy się błyskawicznie. W półmroku dostrzegłam opierającą się o ścianę z pełną nonszalancją chudą, czarnoskórą, łysą kobietę. Obok mnie szczęknął metal. Kątem oka dostrzegłam małe, pędzące punkciki. Pod nogi kobiety upadło kilka kulek i nim zdążyła się ruszyć, przemknęły między nimi oślepiające wiązki prądu. Wrzask przebił się przez trzaski wyładowań.

– Gdzie pozostali? – rzucił głośno i stanowczo, podchodząc do kobiety.

Odpowiedziała jedynie złośliwym śmiechem, pozostając wciąż na czworakach. Dyszała ciężko. Czułam bijącą od niej energię. Złą energię.

– Mam wezwać pozostałych? – spytałam Robina telepatycznie.

Drgnął lekko, odzwyczajony już od tego sposobu komunikacji. Zawahał się na moment, jednak kiwnął nieznacznie głową na zgodę. Kobieta przeniosła na mnie zaciekawiony, ale i ironiczny wzrok.

Nie zdążyłam połączyć się z kimkolwiek. Potężne uderzenie w plecy zwaliło mnie z nóg. Stęknęłam, wpadając na ścianę. Rozległa się seria przytłumionych wystrzałów. Potem huk. Zadzwoniło mi w uszach. Wstałam chwiejnie, podpierając się o ścianę.

– Raven, zasłona!

Wykonałam polecenie bez namysłu. Wzniosłam niewielką kopułę, zapewniającą bezpieczeństwo mi i Robinowi, który stał obok.

– Zajmij czymś dziewczynę, ja wezmę pozostałych – polecił zdyszany. – I wezwij resztę! – dodał, wyrywając się do przodu.

Bariera zniknęła. Różowa wiązka energii rozświetliła plac. Uskoczyłam na bok, ale momentalnie spadła na mnie kupa gruzu z rozwalonej ściany. Zamroczyło mnie. Dziewczyna zaśmiała się głośno. Posłałam na oślep serię kul, kierując się słuchem. Trafiłam. Poderwałam się na nogi i wytworzywszy łapy kruka, pomknęłam w jej stronę. Nim zdążyła się podnieść, pochwyciłam ją i cisnęłam na ścianę. Wykorzystałam chwilę oddechu na wezwanie reszty. Wysłałam najsilniejszą mentalną wiadomość, na jaką było mnie stać.

Kątem oka dostrzegłam Robina. Coś wybuchło mu pod nogami. A potem z chmury dymu zaszarżowała na niego kupa mięśni. Nie zdążył uskoczyć. Upadł, przyciśnięty przerośniętym mutantem.

Chwila dekoncentracji. Niewidzialny mur zmiótł mnie z nóg. Piszczało mi w uszach. Dziewczyna stanęła nade mną, bawiąc się różową energią otaczającą jej dłoń. Z ruchu warg wyczytałam zaklęcie. Spięłam się do skoku. I nagle zielona kula śmignęła mi przed oczami, a zaraz z nią Starfire. Z rozpędu wpadła na kobietą. Przeleciały przez plac i wbiły się w ścianę.

– Odsiecz przybyła! – wydarł się Beast Boy.

Przemienił się w nosorożca i zaszarżował na wielkoluda, który próbował trafić Robina. Cyborg zajął się karłem.

Uwięziłam w energetycznym kaftanie nieprzytomną, leżącą pod wgniecioną ścianą dziewczynę. Z przewagą liczebną szybko unieszkodliwiliśmy pozostałą dwójkę, wezwaliśmy specjalne służby i dopilnowaliśmy transportu do więzienia.

– To ta trójka zaatakowała bank, gdy wy balowaliście u Doom Patrolu – oznajmił kwaśno Robin. Wytarł obitą twarz w rękawiczkę i splunął krwią. – I nie, nie mam wam tego za złe – dodał, gdy oburzony Beast Boy chciał się odezwać.  – Dzięki za szybką pomoc.

– Co oni tam w ogóle robili? – spytałam, gdy uzbrojeni po zęby strażnicy przepuścili nas przez szereg wzmacnianych bram.

– Nie mam pojęcia – odparł z rozbrajającą szczerością Robin.

– To dlaczego my się tam znaleźliśmy? – ponowiłam próbę wydobycia informacji, dotrzymując mu kroku.

- I tak musimy tam wrócić. Chcę coś sprawdzić – odparł, nie patrząc na mnie. – Teleportujesz nas do wieży?

Sposób, w jaki wymijał odpowiedzi irytował mnie. Zresztą nie tylko mnie, bo pozostali też nie byli usatysfakcjonowani jego wyjaśnieniami. Byliśmy drużyną, ale Robin czasami, jakby z przyzwyczajenia, chciał robić wszystko samemu. Nikt nie miał ochoty o tym z nim dyskutować. Bez słowa przeniosłam nas do salonu.

 

 Ocknęłam się z kolejnego koszmaru. Omiotłam wzrokiem pogrążony w mroku pokój. Echa piekielnych obrazów przebijały wciąż ze świata snów, bawiąc się moimi lękami. Zapaliłam światło. Odgarnęłam splątane włosy, przetarłam spocony kark i wygramoliłam się z kołdry. Bez większego namysłu narzuciłam pelerynę na piżamę i nie patrząc w lustro, wyszłam z pokoju. Nie spodziewałam się o tej godzinie spotkać kogokolwiek. Musiałam coś ze sobą zrobić. Choćby i miało to być przespacerowanie się po ogarniętej ciszą wieży.

Zawahałam się. Spojrzałam przez ramię na drzwi mojego pokoju.

– Już mi kompletnie odbija – mruknęłam zirytowana i ruszyłam przed siebie.

Przemierzałam ciąg korytarzy, starając się oczyścić umysł z wszelkich myśli. Nim się zorientowałam, wylądowałam przed szerokimi drzwiami skrzydła szpitalnego. Nogi same mnie tutaj skierowały.

– Moja podświadomość mnie kiedyś wykończy – sapnęłam.

Stałam chwilę bez ruchu. Wejść, czy nie wejść? Kradnięcie leków po nocach nie wydawało mi się najrozsądniejszym pomysłem. Poza tym, nawet nie wiedziałam, czego miałam szukać. Biłam się z myślami jeszcze przez moment, aż ostatecznie postanowiłam wyjść na dach.

Chłodne podmuchy wiatru rozwiały moją pelerynę i omiotły odkryte ciało, przyprawiając o gęsią skórkę. Niewielki sierp Księżyca zniknął za pędzącymi po czarnej tafli nieba chmurami. Usiadłam nad krawędzią, spuściłam nogi i odchyliwszy się do tyłu, poczęłam przyglądać się nielicznym gwiazdom, których blask zdołał przedrzeć się przez zasłonę. Odpędzałam natrętne myśli o koszmarach, Trygonie i torturach, które przesuwały mi się przed oczami, jak poszarpane chmury dryfujące na niebie. Zachodziłam w głowę, kim była osoba, która była w stanie tak namieszać w moim umyśle? Świadomość, że był to ktoś znacznie silniejszy niż Abaddon wzbudzała we mnie niepokój.

Błądząc myślami gdzieś daleko, spostrzegłam pierwsze promienie słońca wychylające się nieśmiało zza odległego horyzontu. Kładły się na gładkiej tafli wody, sprawiając wrażenie, jak gdyby była ona krwistoczerwona. Widok bezkresnego, płonącego oceanu przyprawił mnie o złe skojarzenia. Przed oczami stanęły mi obrazy końca świata. Rok. Został trochę ponad rok do moich osiemnastych urodzin. Przez ciało przebiegł nieprzyjemny dreszcz, ale byłam pewna, że nie był on spowodowany chłodnymi powiewami wiatru. Przytłoczyły mnie złe wspomnienia.

– Rok – rzuciłam z niedowierzaniem w przestrzeń.

Wiatr porwał moje słowo, które zniknęło w rytmicznym szumie fal uderzających o brzeg wyspy. Nie byłam nawet pewna, czy naprawdę je wypowiedziałam. Wolałam jednak wyprzeć ten fakt ze świadomości. Przybyłam tu, by walczyć. Tytani mieli mi w tym pomóc.