sobota, 31 sierpnia 2019

5. DANSE MACABRE

 Odłożyłam książkę na bok i zgasiłam lampę stojącą obok łóżka. Mój pogrążony w półmroku pokój został zalany przez czerwone, migające światełko zamontowane w rogu. Gdyby komuś udało się jednak nie zauważyć tej oznaki, że coś się dzieje, zawsze pozostawał jeszcze niezbyt głośny, ale upierdliwy dla uszu dźwięk alarmu, który za pierwszym razem przyprawił mnie o ciarki. 

Zgarnęłam pelerynę z okrągłego łóżka i szybko przemknęłam przez spory pokój, wykonany na wzór tego w Azarath. Bardzo podobał mi się klimat, który tworzyły nieco groteskowe, drewniane meble w stylu gotyckim i mnóstwo dodatków oraz ozdób podkreślających atmosferę tajemniczości, jaka panowała między tymi wygłuszonymi, pomalowanymi na szaro ścianami. Drzwi rozsunęły się przede mną automatycznie i wyszłam na pusty korytarz.

Trochę skomplikowany układ pomieszczeń w wieży potrafił na samym początku sprawić małe problemy w przemieszczaniu się, ale już po kilku dniach udawało mi się trafić do celu bez gubienia drogi i w ostateczności przenikania przez kondygnacje i ściany.

Wleciałam do salonu. Jak zwykle, wszyscy zebraliśmy się wokół stalowego stołu, by wysłuchać najważniejszych informacji. Beast Boy ochrzcił ten kąt, jak dla mnie trochę przesadzonym mianem ,,centrum dowodzenia".

– Mamy zgłoszenie o masowym morderstwie w szpitalu psychiatrycznym, 1001 Potrero Avenue – powiedział Robin, wpatrując się w holograficzny ekran, na którym, obok mapy miasta przewijały się okienka z relacjami telewizyjnymi, czy najnowszymi artykułami na stronach internetowych. – Raven? – rzucił pytająco.

Spojrzałam na rząd sporych ekranów zawieszonych na ścianie, gdzie wyświetliła się dokładna lokalizacja i zdjęcie szpitala w rogu. Kiwnęłam głową i skupiłam myśli na docelowym miejscu. Spod moich stóp rozlała się czarna tafla energii, która, otoczywszy wszystkich, wystrzeliła ku górze, zamykając nas w półkolistej bańce. Na ułamek sekundy znowu poczułam, jakbym unosiła się w nicości, a moje ciało straciło kontakt z umysłem. Ten błogi stan przemienił się jednak w mgnieniu oka w kompletną ciemność, a zaraz potem znaleźliśmy się na pełnym od policjantów i medyków podjeździe.

Było pochmurno i zbliżał się wieczór. Policyjne koguty tańczyły wokoło, rzucając kolorowe światła na niezbyt zachęcającą do pobytu fasadę starego budynku rozciągającego się na boki. Panował lekki tłok. W drzwiach ciągle mijali się funkcjonariusze, agenci i ratownicy. Niestety, ci ostatni nie wynosili nikogo do podstawionych karetek.

– Komisarzu Drake. – Robin kiwnąwszy na powitanie głową, podszedł do wysokiego mężczyzny w płaszczu.

– Robin – odparł nieco zdziwiony, jakby wyrwany z rozmyślań. Podali sobie rękę. – Takimi sprawami też się zajmujecie? – spytał, chowając telefon do kieszeni.

– Nie ograniczamy się do skakania po dachach i łapania podstarzałych magików. Podzieli się pan informacjami?

Zebraliśmy się w ciasnej grupce przy wozie komisarza Drake'a. Mężczyzna pod pięćdziesiątkę przeczesał w bezradnym geście szpakowate włosy i spojrzał na nas z głębokim bólem. Oparł się o dach samochodu i zaczął mówić nieco zdławionym głosem:

– Pięćdziesiąt dwa ciała. W tym jedenaście pracowników – zrobił pauzę, jakby dając nam czas na przyswojenie tych zatrważających danych.

Beast Boy zakrztusił się wciąganym powietrzem.

– Ile? – wycharczał, a zaraz znowu zaniósł się kaszlem.

Uniosłam brwi z niedowierzania. Z zaniepokojeniem zastanawiałam się, kim musieli być sprawcy i jakimi umiejętnościami dysponowali, że dokonali czegoś takiego.

– Cholera – mruknął Cyborg i podrapał się po głowie.

– Cały szpital – rzekł dobitnie komisarz i pokręcił głową, jakby sam wciąż nie mógł w to uwierzyć.

– Podejrzani? – spytał Robin.

– Najpierw musimy zidentyfikować wszystkie ciała. Wtedy porównamy je z osobami, które przebywały w szpitalu i wyłonimy sprawców.

– Spróbujemy pomóc, jak tylko będziemy mogli – zapewnił Robin. – Możemy się rozejrzeć, czy musimy poczekać aż technicy skończą robotę? – spytał, wskazując głową w stronę budynku.

– Teoretycznie możecie się pokręcić tam gdzie już skończyli robotę, ale nie wiem, czy to jest dobry pomysł byście w ogóle tam wchodzili – odparł z wahaniem. – Nie chodzi nawet o zasady, ale... nie powinniście tego oglądać. Nikt nie powinien, a zwłaszcza osoby tak młode jak wy – dokończył i spojrzał na nas z troską w oczach.

– Oczywiście, jeśli nie chcecie tam wchodzić, nie ma problemu. – Robin spojrzał na nas. – Mogę iść sam, po prostu poczekacie.

Nikt nie zaprotestował, ani się nie odezwał.

– W takim razie... – westchnął i obrócił się do komisarza. – Dziękuję za informacje. – Kiwnął głową i machnął ręką, żebyśmy poszli za nim.

Odchodząc, chciałam wyminąć policjantkę, która niosła na rękach spory karton, przez co przez przypadek trąciłam komisarza łokciem. W sekundę przed oczami przewinęły mi się setki obrazów. Pełnych krwi i ludzkich szczątków, doprawionych nieznośnie przytłaczającymi uczuciami. Zakręciło mi się w głowie. Kolana ugięły się pode mną, a od makabrycznych widoków zawartość żołądka podeszła do gardła. Nie byłoby tak źle, gdyby nie fakt, że przez głowę przetoczyły mi się wszystkie emocje Drake'a, których nie byłam w stanie na raz przetrawić.

Jak zza ściany docierały do mnie jakieś niewyraźne słowa. Ktoś mnie wołał, ale tylko skuliłam się jeszcze bardziej i chwyciłam za pulsujące od bólu skronie. Nie mogłam pozbyć się sprzed oczu widoku pomieszczeń, w których ściany były pokryte krwią, a podłogi usłane powyginanymi, rozszarpanymi ciałami. I to przerażenie, które napływało do mnie zewsząd. Straciłam koncentrację, przez co zaczęłam odczuwać emocje wszystkich zgromadzonych wokoło ludzi.

Poczułam czyjś dotyk na ramieniu. Miałam wrażenie, jakby ktoś wgniatał mnie w ziemię. Chciałam się odsunąć, ale mięśnie spięły się boleśnie. Musiałam otworzyć zaciśnięte powieki.

Obraz był zamazany i kołysał się. Twarz Robina była w niekomfortowo bliskiej odległości, dodatkowo trzymał mnie za ramiona, jakbym miała się zaraz przewrócić na bok.

– Raven? – spytał zaniepokojony.

Potrząsnęłam głową, chcąc pozbyć się obrazów i emocji sprzed oczu, ale wiedziałam, że czekały mnie godziny medytacji, by w pełni się od nich uwolnić. Wszyscy członkowie drużyny stali wokół mnie. Pochylali się i w napięciu czekali, aż się odezwę.

– Już dobrze – wycharczałam. Zaschło mi w ustach.

Jakiś uczynny ratownik, który przechodził obok, zainteresował się i zapytał, czy nie potrzebujemy pomocy.

– Raven, na pewno? – spytał Robin, gdy w odpowiedzi pokręciłam głową.

Ból zelżał, a obraz ustabilizował się, więc podjęłam próbę stanięcia na nogach. Niechętnie, ale skorzystałam z udzielonego przez Dicka ramienia. Zakołysałam się niepewnie, ale gdy po chwili skurczone do granic możliwości mięśnie puściły, mogłam normalnie się poruszać.

– Co ci się w ogóle stało? – spytał Cyborg.

– Komisarz chyba miał racje, gdy mówił, żebyśmy tam nie wchodzili. Przez przypadek odczytałam jego wspomnienia i uczucia. To wygląda tak, jakby... – urwałam, nie potrafiąc znaleźć odpowiedniego porównania – ...przeszedł tam huragan z zębami – palnęłam, gdyż brakło mi słów na opisanie tego.

– Gdy Raven tak mówi, to serio musi tam być makabrycznie – stwierdził Beast Boy. – Nawet nie mrugnęła, gdy oglądaliśmy maraton horrorów – dodał, jak dla mnie trochę nie na miejscu.

– Wejdę tam sam. Nie będę was zmuszać do oglądania tego – zakomunikował Robin. – Poczekajcie na mnie, postaram się szybko uwinąć.

Nikt nie kwapił się, by iść z liderem. Miny pozostałych członków były ciężkie do odczytania, jakby wahali się między towarzyszeniem mu, a darowaniem sobie późniejszych koszmarów.

– Poczekaj. – Zatrzymałam go, gdy już chciał odejść. – Pójdę z tobą – powiedziałam, zanim jeszcze do końca pomyślałam, co robię.

– Raven... Wszyscy widzieliśmy, jak przed chwilą zareagowałaś – zaoponował.

– To było niespodziewane. Poza tym, to morderstwo nie mieści się w ramach normalności. Jeśli ktoś użył magii czy innych nadprzyrodzonych umiejętności, będę mogła to wykryć – rzekłam stanowczo.

Robin westchnął i kiwnął głową na zgodę.

– Poczekajcie gdzieś tutaj – oznajmił i bez problemów przeszliśmy pod żółtą taśmą otaczającą budynek.

Coś ciągnęło mnie do środka. Jakaś niezidentyfikowana siła wręcz mnie przyzywała. Cała ta sytuacja sprawiła, że z jednej strony byłam przestraszona a z drugiej zaciekawiona.

Już od progu uderzył mnie niezwykle intensywny, metaliczny zapach krwi wymieszany z tą często spotykaną w szpitalach sterylną wonią. Na niewielkim holu, gdzie mieściła się rejestracja, leżało kilka ciał, na szczęście zapakowanych do czarnych worków. Minęliśmy ostrożnie morze porozstawianych wszędzie znaczników z numerkiem dowodu w sprawie, których technicy nie skończyli jeszcze fotografować.

– Szukasz czegoś konkretnego? – spytałam, gdy Robin z rozmachem otwarł ciężkie drzwi na klatkę schodową.

– Chciałbym zobaczyć gabinety lekarzy, ale i tak muszę poczekać na raporty. Jedyne co mogę na razie zrobić, to przekopać dokumenty wszystkich pacjentów i personelu – odparł, wspinając się po schodach. – A ty? Wyczuwasz cokolwiek?

Nabrałam głęboki oddech i oczyściłam umysł. Odcięłam dostęp do myśli oraz uczuć znajdujących się w budynku ludzi i skupiłam się na nietypowych śladach, które mogli pozostawić sprawcy.

Gniew. Uderzył we mnie niczym fala tsunami i sprawił, że ponownie poczułam się dzisiaj przytłoczona. Niewyobrażalna złość, która mieszała się z jakimiś aurami nadnaturalnych stworzeń. Miałam wrażenie, jakbym znała te ślady, które jawiły mi się jako różnokolorowe plamy na czarnym tle. Wyczuwałam wręcz unoszącą się w powietrzu śmierć. Śmierć, ale tą złą, wygłodniałą, która zabiera ludzi przedwcześnie. I nieczystość. Coś, co odebrało te życia, miało powiązania z piekielnymi, teoretycznie zapieczętowanymi wymiarami.

– Poczekaj chwilę – mruknęłam do Robina i zatrzymałam się, by bardziej się skupić.

Bezkształtne plamy energii zaczęły przybierać formę. Ni to ludzką, ni to zwierzęcą. Kreatury z rogami, pazurami, czy skrzydłami. Piekielne istoty! Demony! Ktoś przywołał tutaj demony. Całą hordę. Sprawca miał nad nimi kontrolę. Nie mogliśmy trafić gorzej.

– Masz coś?

– Chyba wiem co tu się stało i kto za tym stoi – odparłam, maskując zaniepokojenie w głosie.

– To świetnie – rzekł bez entuzjazmu w głosie. – Sprawdzimy jeszcze kilka pokoi i opowiesz nam wszystko w wieży – zarządził i wyszedł na korytarz.

Tutaj było o wiele gorzej, bo nie wszystkie ciała zostały jeszcze spakowane do worków. Zalane krwią trupy leżały zgięte w pół pod ścianami. Minęliśmy przewrócony wózek inwalidzki. Pootwierane ciężkie drzwi z zasuwanymi okienkami ukazywały nam wnętrza niegdyś nieskazitelnie białych i czystych pokoi, teraz pokrytych ludzkimi wnętrznościami. Odwróciłam wzrok, gdy poczułam, że treść mojego żołądka jednak postanowiła zawrócić. Nie byłam jakoś wrażliwa na takie widoki. Tak mi się przynajmniej kiedyś wydawało. Krew, otwarte złamania, ludzkie szczątki. Byłam odporna, ale do pewnego momentu. Takie widoki w wydaniu masowym w połączeniu z gryzącą, metaliczną wonią i przytłaczającą atmosferą śmierci i strachu tworzyły mieszankę, której pospolity policjant, a nawet doświadczony technik czy detektyw mógł się nie oprzeć, czego śmierdzące i niepowstrzymane dowody można było dostrzec w paru miejscach.

Przystanęliśmy przed gabinetem z plakietką głoszącą ,,Ordynator – Dr. Timothy David". Robin pchnął delikatnie drzwi i zajrzał do oświetlonego wnętrza. Skrzywiłam się lekko. Scena wyglądała tak, jakby lekarz chciał opuścić pokój w pośpiechu, jednak nie było mu dane. Na środku kremowego dywanu ze sporą szkarłatną plamą leżało rozwleczone ciało elegancko ubranego mężczyzny. Jego twarz, która była skierowana na bok, zastygła w grymasie, jakby zaraz przed śmiercią się dusił. Z jego ust i oczodołów, tak jak u wszystkich pozostałych ciał, które widziałam, wypływała zakrzepła już krew.  Obok leżały okulary z pękniętym szkłem.

Cały pokój był już oznaczony żółtymi plakietkami. Robin okrążył powoli ciało i podszedł do masywnego biurka z ciemnego drewna, przed którym stały również zakrwawione dwa fotele. Na blacie zastawionym stosikami papieru, lampką i ramką ze zdjęciem stał otwarty laptop. Podeszłam bliżej. Minęłam odsunięty daleko od biurka skórzany, głęboki fotel i przyjrzałam się biblioteczce zajmującej całą ścianę. Z zaciekawieniem sunęłam wzrokiem po grzbietach książek. Niektóre z nich były stare, nadgryzione czasem, inne zaś, w skórzanych, praktycznie nietkniętych oprawach. Większość dotyczyła zagadnień medycyny, głównie psychiatrii, znalazłam też parę klasyków, jak ,,Makbeth" Shakespeare'a czy ,,Zbrodnia i kara" Dostojewskiego. Przykucnęłam, by spojrzeć na najniższe półki, które wydały mi się specjalnie osłonięte za szerokim biurkiem przed wzrokiem nieupoważnionych, wścibskich osób.

Wysunęłam pierwszą lepszą książkę. Uniosłam wysoko brwi ze zdziwienia. ,,Przewodnik po świecie duchów i demonów".

– Eee... Robin? – Uniosłam książkę ponad głowę, by pokazać ją chłopakowi, który zainteresował się laptopem.

– Co masz? – spytał i odwrócił się.

Chwycił księgę i obejrzał ją ze zdziwieniem z każdej strony, jakby miał taki przedmiot pierwszy raz w swoich rękach.

– Tego jest tutaj więcej – oznajmiłam i wyjęłam kolejne dzieła. – Demonologia i bestiariusze. Mistycyzm, egzorcyzmy – wymieniałam, przyglądając się ciekawym tytułom. – Szukałeś czegoś takiego? – spytałam i pochyliłam się obok niego nad otwartą książką.

– Kto by się spodziewał, że tak ceniony psychiatra będzie zajmował się takimi absurdalnymi wymysłami – powiedział, przerzucając kolejne bogato zdobione strony z misternymi rycinami przedstawiającymi różne stworzenia.

– Nie wierzysz w takie rzeczy? – spytałam, trochę zdziwiona jego ignoranctwem.

– Wiemy o życiu pozaziemskim, alternatywnych światach i jako takiej pojmowanej magii. Wiele razy widziałem, jak Zatanna rzucała czary, no ale demony? Wydawało mi się, że to stworzenia z ludowych podań i mitologii – stwierdził, ale miałam wrażenie, że samo moje pytanie trochę wpłynęło na to co sądził. Ależ by się zdziwił, gdyby dowiedział się, że stoi przed nim półdemon.

– Mogę cię zapewnić, że ,,demony" – rzekłam z naciskiem na nieścisłość znaczenia tego słowa – istnieją. Zresztą nie tylko one. Ludzie wielu istot nie mogą nawet zobaczyć. A co dopiero jeszcze jakoś sklasyfikować i opisać. Poza tym i tak większość z was to niedowiarki – stwierdziłam z lekką irytacją i wzruszyłam ramionami, dodatkowo rozkładając ręce.

– Czy to co się tutaj wydarzyło, ma z tym związek? – spytał po chwili namysłu.

– Niestety tak. I wydaje mi się bardzo podejrzane, że doktor David się tym interesował – odparłam.

Przysunęłam księgę do siebie i z zaciekawieniem zaczęłam ją przeglądać. Czy był tam Trygon? Sam władca demonów?

– Może jeden z pacjentów miał coś wspólnego z demonami? – zasugerował Robin. – Albo to po prostu jego hobby. Każdy ma jakieś dziwactwo – stwierdził. – Możemy się już zbierać.

Odstawiłam książkę na swoje miejsce i zanotowałam sobie w pamięci, by przy najbliższej wizycie w księgarni udać się na dział mistycyzmu. Wiedza o potencjalnych przeciwnikach zawsze mogła się przydać.

                                                                                                       

  Obracałam w dłoniach ciepły kubek z herbatą. Stałam przed szklanym stołem i półokrągłą kanapą. Wszyscy siedzieli z zaciekawieniem wymalowanym na twarzach. Miałam opowiedzieć, czego dowiedziałam się w szpitalu. Fakt, że nie lubiłam przemawiać, nawet przed tak małą grupą ludzi sprawił, że trochę się speszyłam. Zwłaszcza, iż nie wiedziałam, jak do końca mam przekazać wszystko, czego doświadczyłam. Sprowadzenie uczuć i przeżyć do słów nie wychodziło mi zbyt dobrze.

– Za śmierć tych ludzi odpowiedzialne są demony – zaczęłam prosto z mostu, gdyż nie wiedziałam jak mogłabym to lepiej wyrazić. – Oczywiście ktoś musiał je przyzwać, ale na wyłonienie potencjalnych sprawców musimy jeszcze poczekać. Nie byłam w stanie określić, jakie to konkretnie demony i ile ich tam było. W historii znane są osoby, a w zasadzie byty, które miały kontrolę nad takimi istotami, ale nie słyszałam nigdy, by był to człowiek. – Jesteście zwyczajnie zbyt słabi, dodałam w myślach. – W zbiorach książek ordynatora znaleźliśmy sporo pozycji na temat mistycyzmu, głównie właśnie o demonach, ale były też egzorcyzmy i opętania. Dosyć prawdopodobne wydaje mi się, że jakiś pacjent potrafił kontrolować demony, ale na razie nie mamy w niczym pewności. Razem ze Starfire przeszukałyśmy archiwa, a Cyborg przekopał Internet i znaleźliśmy sporo doniesień o dziwnych zdarzeniach z tego szpitala. Ostatnie sprzed ponad roku – powiedziałam, odstawiłam kubek i zaprezentowałam im skserowaną stronę z artykułem o intrygującym tytule: ,,Kryzys kadry medycznej? Egzorcyści rozwiązaniem problemu w szpitalu psychiatrycznym w San Francisco" – Jakiś dziennikarz podłapał, że do szpitala został sprowadzony znany egzorcysta i napisał ten tekst. Ani ordynator, ani żaden pracownik nie wypowiedział się na ten temat i wydaje mi się, że autor wiele sobie dopowiedział, ale biorąc pod uwagę, że w szpitalu popełniono w ciągu kilku ostatnich lat cztery rzekome samobójstwa, a kadra z reguły nie zagrzewa tam dosyć długo miejsca, to coś musi być na rzeczy i to od jakiegoś czasu – zakończyłam swój wywód i podałam im kilkanaście kartek z różnymi artykułami na temat incydentów.

– No dobra... – mruknął przeciągle Cyborg. – Ale dlaczego mieliby w ogóle trzymać kogoś takiego w psychiatryku? A nie, bo ja wiem, w jakimś więzieniu, czy chociażby w Arkham? – spytał, przeglądając z zaciekawieniem strony.

– Chyba nie mamy na to na razie odpowiedzi – odparł Robin. – Jesteśmy praktycznie uziemieni, dopóki nie zidentyfikują ofiar. Rzeczywiście jest to podejrzane, że ktoś, kto miał w swoich rękach tak niebezpieczne umiejętności, był przetrzymywany w zwykłym szpitalu.

– Zakładając, że był to pacjent – wtrąciła Starfire.

– No tak – zgodził się Robin. – Ale ordynator nie bez powodu miał te wszystkie książki. Może zobowiązał się, że zajmie się tą osobą?

– Możemy tak gdybać w nieskończoność – rzucił Beast Boy i ziewnął szeroko. – Może darujmy to sobie na dzisiaj? I tak nie ustalimy nic konkretnego – zaproponował i wstał.

– Możecie iść – powiedział Robin, a sam zabrał się za wertowanie kolejnych drobno zadrukowanych stron.

Wszyscy powoli opuścili salon. Ja zaś lewitowałam w pozycji lotosu i przyglądałam się spod kaptura poczynaniom lidera.

– Głupim pytaniem będzie, jeśli spytam, czy ty też pójdziesz spać? – Skrzyżowałam ręce na piersiach i spojrzałam na niego z politowaniem.

Pracoholik. Jak już wciągnął się w jakąś sprawę, tak kilka godzin non stop potrafił spędzić przed komputerem w poszukiwaniu informacji, czy w terenie, niezależnie od pory dnia ani pogody.

– Posiedzę jeszcze trochę – odparł z łobuzerskim uśmiechem – ale obiecuję, że gdy tylko coś znajdę, położę się spać.

Pokręciłam głową z politowaniem. Uparty i niereformowalny.

 

 Przez następne dwa dni wszyscy siedzieliśmy jak na szpilkach. Policja wciąż nie ustaliła tożsamości wszystkich ofiar, a w telewizji rozhuczała się afera o masowym morderstwie. Z zażenowaniem słuchałam kolejnych, coraz to głupszych i mniej prawdopodobnych teorii głoszonych przez reporterów czy anonimowych znawców pod artykułami w Internecie.

Najgorzej było z Robinem. Nienawidził siedzieć bezczynnie, a na to byliśmy skazani. Nie ważne jak dużo informacji by przejrzał albo ile osób by chciał przesłuchać, nie posunęliśmy się do przodu ani o krok.

– Kori, przełącz to proszę – burknął lider.

Dziewczyna zmieniła kanał informacyjny na kolejne wydanie wiadomości. Tutaj dla odmiany nie było nic o szpitalu psychiatrycznym, a strzelaninie w szkole w Nowym Jorku, w której zginęło sześcioro dzieci.

Siedziałam w kącie, z którego miałam dobry widok na cały salon. Spojrzałam na Robina. Stał w kuchni, oparty dłońmi o blat. Pochylał się nad gazetą i popijał co chwilę kawę, zapewne nie pierwszą dzisiaj. Jego włosy były w jeszcze większym nieładzie niż zazwyczaj i mogłam dać głowę, że za maską ukrywały się wory pod oczami. Ciekawe, czy takiego zatracania się w aktualnej sprawie nauczył się od Batmana?

– O dziesiątej zrobimy trening – oznajmił Dick, odstawiwszy kubek do zlewu. Zwinął gazetę i skierował się do drzwi. – Dzisiaj dla odmiany poćwiczymy na torze na zewnątrz – dodał, a zapatrzony w telefon Beast Boy stęknął. – A, i tak dla przypomnienia. Garfield, zmywasz dzisiaj naczynia. – Ton Robina nie zdradzał ani krzty złośliwości, ale gdy spojrzałam na zawalony, dwukomorowy zlew, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Dick od tego niewyspania i drążenia stawał się trochę zrzędliwy.

Wstałam z zamiarem zrobienia sobie herbaty, ale rozległ się alarm. Hologram oraz ekrany w centrum dowodzenia włączyły się automatycznie, pokazując lokalizację zdarzenia, informacje, co konkretnie się stało i ewentualne relacje na żywo lub zdjęcia.

– Morderstwo na Harrington Street 12. Jedna ofiara śmiertelna, druga w ciężkim stanie. Możliwe, że jest to powiązane ze szpitalem – oznajmił Robin, przeglądając powiadomienie. – Raven, zabierzesz nas? – spytał, jakbym mogła zaprotestować.

W momencie, gdy się pojawiliśmy, z podjazdu akurat odjeżdżała karetka na sygnale. Policjanci zdążyli już zakleić otoczenie domu żółtą taśmą. Podeszliśmy do ubranego w kraciastą koszulę i niedopasowany krawat detektywa.

Robin standardowo zaczął wyciągać od niego informacje, ale moją uwagę przyciągnęło coś innego. A może ktoś? Czułam tą samą złą energię i demoniczną aurę co w szpitalu, ale tu wkradło się jeszcze jedno, dodatkowe źródło potężnej mocy. W dodatku, ten ktoś cały czas był w środku!

– Możemy wejść? – wtrąciłam się w jakże pasjonujący opis zdarzeń wysnuty przez znużonego mężczyznę.

– Tak – odparł bez wahania i wrócił do czytania Robinowi zapisków ze swojego notesika.

Pośpiesznie ruszyłam do środka. Kątem oka dostrzegłam, jak zaciekawiony Cyborg, Beast Boy i Starfire idą za mną. A biedny Dick musiał zostać i wysłuchiwać niezbyt rozgarniętego faceta.

Wparowałam do środka. Skupiłam myśli. Przecięłam hol, niespecjalnie interesując się zakrwawionym dywanem i plamami na ścianie. Wbiegłam po schodach. Z pokoju po prawej wyszedł właśnie technik w roboczym stroju, uznałam więc, że to tam musiało zdarzyć się coś ważnego. Źródło magicznej mocy było coraz bliżej. Uchyliłam powoli wgniecione drzwi i zajrzałam do pomieszczenia.

Przed ogromną plamą krwi i ludzkimi wnętrznościami na ścianie stał wysoki blondyn odziany w beżowy prochowiec i pomiętą koszulę ze zwisającym swobodnie czerwonym krawatem. Nie poruszył się. Wpatrywał się w podłogę i miałam wrażenie, że mamrotał coś pod nosem. Niemożliwe, żeby ten chuderlawy facet z sianem na głowie był źródłem tej mocy! Nawet nie zwrócił na mnie uwagi, więc weszłam ostrożnie do środka. Był jakimś ekscentrycznym detektywem? Już miałam się spytać, czy przypadkiem się nie zgubił, ale uprzedził mnie.

– Ładna pelerynka. – Miał silny, brytyjski akcent. I wciąż się nie odwrócił. – I uważaj na rzygi koło łóżka – dodał i wreszcie okręcił się na pięcie. Uśmiechnął się kpiąco, a jego wydatne kości policzkowe uwidoczniły się jeszcze bardziej.

– Twoje? – odgryzłam się, wskazując głową wymiociny.

– Nie takie rzeczy w życiu widziałem – odparł i wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów.

Odpalił jednego zapalniczką i zlustrował mnie z zaciekawieniem. Starając się nie zwracać uwagi na jego taksujące spojrzenie, wyminęłam go i przykucnęłam przy pozostałościach ofiary. Ślady wyglądały bardzo podobnie do tych ze szpitala. Jakby część narządów wewnętrznych wydostała się na zewnątrz w postaci sieczki, a został tylko sflaczały szkielet i mięśnie obciągnięte pomarszczoną skórą. Tym razem jednak skutecznie panowałam nad żołądkiem i resztki mózgu czy wyplutych płuc nie robiły na mnie wrażenia. Zrobiły chyba jednak na Beast Boy, który chwilę po wejściu do pokoju, wykonał szybki odwrót.

Zawisłam w powietrzu w pozycji lotosu, by spróbować zidentyfikować energię. Przymknęłam oczy. Zignorowałam obecność Cyborga i Starfire, ale osobliwy blondyn rozpraszał mnie. Jego umysł i aura, które cały czas wyczuwałam.

– Coś nie tak? – spytał ironicznie z tym swoim akcentem.

Spojrzałam na niego morderczo.

– Specjalnie mnie rozpraszasz? – spytałam, cały czas czując bijącą od niego magiczną energię.

– Tylko testuję twoją czułość – odparł i wydmuchał kłąb dymu. – Nieźle, jak na taki wiek – powiedział, kiwając głową z podziwem. – Kto cię uczył?

– Chciałbyś się podszkolić? – ucięłam i zamknęłam oczy, by móc się skupić.

Zablokowałam wszystkie bodźce dźwiękowe i wzrokowe. Pozostałości różnokolorowych aur falowały i przeplatały się nawzajem, to blednąc, to uwydatniając się. Po chwili skupienia część z nich zniknęła. Zostało tylko wiele czerwono–czarnych, postrzępionych plam, które wciąż były wyraźne i intensywne. Z jednej strony nie było tu tyle demonów, co w szpitalu, ale wydawały mi się one potężniejsze, a sam główny ślad, ten najmroczniejszy i wręcz najstraszniejszy był o wiele bardziej wyraźny. Z przerażeniem doszłam do wniosku, że osoba, która przywołała piekielne istoty, chyba urosła w siłę. Robiło się coraz gorzej.

Otrząsnęłam się z chwilowego transu akurat w momencie, gdy do pokoju wszedł Robin.

– Constantine? – rzucił nieco zdziwiony. – Liga cię przysłała?

– Oczywiście. A teraz jak ten łącznik grzecznie zaniosę im wszystkie zebrane przeze mnie informacje – odparł zgryźliwie. – Przyznam, że wplątaliście się w niezłą sprawę. Rzadko spotykam takie zbiorowisko demonów, nawet przyzwanych.

– Ktoś musi być potężny – wtrąciłam. – I cały czas rośnie w siłę – dodałam z zaniepokojeniem.

Cyborg podrapał się odruchowo po łysej głowie, a Starfire poprawiła metalową bransoletę na przedramieniu.

– Najlepiej byłoby, gdybyśmy złapali tę osobę jak najszybciej – stwierdził Beast Boy, który już wrócił, jednak nieco bledszy i usilnie unikający wzrokiem zalanego krwią kąta pokoju.

Constantine prychnął.

– Co? – spytał naburmuszony Garfield.

– Nie wiecie na co się porywacie. Czy chociaż jedno z was miało kiedykolwiek do czynienia z demonem? – spytał, a odpowiedziała mu cisza. – Tylko nie wszyscy na raz! – podniósł głos, jakby chciał nas przekrzyczeć.

– Nie musisz się o nas martwić – rzucił Cyborg. – Jeśli będziemy potrzebowali czarodzieja, zadzwonimy.

– Może darujmy sobie te docinki – wtrąciła się Starfire. – Chyba nie będziemy sobie nawzajem przeszkadzać, jeśli będziemy pracować nad tym razem?

– Dobrze prawisz – skomentował Constantine. Kiwnął głową z uznaniem i machnął dłonią, w której trzymał papierosa. – Trzymajmy się więc tej wersji i nie przeszkadzajmy sobie – ucichł i jakby przez chwilę nasłuchiwał. – Na razie żegnam, droga młodzieży. – Zasalutował niedbale i zniknął, pozostawiając po sobie tylko wirującą, czarną mgiełkę, która zaraz też się ulotniła.

– Ekscentryczny facet – stwierdził Cyborg. – Pracuje z Ligą?

– Nie do końca – odparł Robin. – Raczej nie powinien się wtrącać, a może nawet okazać się pomocny. Jest naprawdę niezły, jeśli chodzi o wszelkie paranormalne sprawy.

– Miejmy nadzieję, bo ten psychopata cały czas jest na wolności – powiedział Beast Boy.

– Nic nie poradzimy, że policja się grzebie – skomentował Cyborg, jednocześnie uważnie przyglądając się ponad ramieniem Robina, jak ten zbiera własne próbki.

– W zasadzie to nie policja. Cała sprawa została przekazana wojsku i specjalnym służbom, a jeśli oni i my nic nie zdziałamy, do zabawy dołączy się Liga – wyjaśnił Dick.

Beast Boy chciał coś powiedzieć, ale po chwili namysłu jednak zamknął usta.

– Musimy pokazać, że poradzimy sobie sami, bez ich pomocy – stwierdził stanowczo Cyborg.

– Chciałbym, żeby się tak stało – odparł Robin. – Niestety nie wszystko zależy od nas – dodał ponuro.

***** 

Umilam wam ostatni dzień wakacji. No dobra, przedostatni. To przyznać się, kto w poniedziałek idzie do szkoły, a kto jeszcze obija się na studenckich wakacjach? A może ktoś pracuje? 

Co sądzicie: lepsze było poprzednie, ciemniejsze tło, czy może to aktualne, jaśniejsze? Czyta się wygodniej? W zasadzie sama rzadko zaglądam na stronę i nie zwracam na to uwagi, ale jeśli trzeba się wpatrywać w ścianę tekstu przez jakiś czas to jednak robi to różnicę. Bardzo proszę o wyrażenie zdania na ten temat (i na temat rozdziału oczywiście też).
Jak każdy doskonale wie, rok szkolny właśnie nadszedł i nie ma zmiłuj. Nie mam pojęcia kiedy znajdę czas na pisanie, niestety przyszłe miesiące jawią mi się jako permanentny brak czasu wolnego... Rozdziały pewnie będą jeszcze rzadziej niż teraz, ale spokojnie, nie odpuszczę i napiszę tę cholerną historię do końca (przynajmniej ten jeden raz xD) choćby nie wiem co. Whatever it takes!
PS. Wciąż nie mogę odżałować Wdowy i Starka...

niedziela, 7 lipca 2019

4. TITANS, GO!

 Znowu przemierzałam te niczym nie różniące się od siebie, szare, puste korytarze bazy Ligi Sprawiedliwości. Tym razem było jednak trochę inaczej. Za mną kroczyła czwórka dosyć niecodziennie wyglądających postaci, a prowadził nas sam Flash, który co jakiś czas próbował nas zagadać, ale bez skutku.

W sumie, jakby nie patrzeć, to akurat w tym miejscu nie wyróżnialiśmy się specjalnie z tłumu. Nikogo nie dziwiły maski, peleryny, czy zbroje z pozaziemskiego metalu. Nikt nie zwracał też uwagi na zieloną skórę, kamyczek na czole, a nawet sunące gładko ponad podłogą postacie. Można by rzec, że my, piątka nastoletnich odmieńców, świetnie wpasowywaliśmy się w atmosferę tej tajnej bazy.

Szliśmy przed dłuższą chwilę w milczeniu. Nie mieliśmy nastroju do rozmowy. W końcu Liga nie wzywała nikogo na miłą pogawędkę. Czułam nieprzyjemny ścisk w brzuchu. Miałam wrażenie, jakby żołądek skręcał mi się i podnosił do gardła. Starałam się nad sobą panować, ale nie byłam pewna, czego mogliśmy się spodziewać. Szliśmy jak na ścięcie. A gdy otwarły się drzwi ogromnej sali narad, poczułam, jakby właśnie wokół naszych szyi zatrzasnęły się dyby.

Tym razem przywitało nas znacznie więcej członków, niż gdy byłam tu sama. Wielu z nich nawet nie rozpoznawałam. Moją uwagę przykuła za to Zatanna. A właściwie jej trudny do określenia grymas na twarzy. Na mój widok jakby się zezłościła, potem przewróciła oczami, a na koniec próbowała przybrać pokerową twarz, ale zdradzał ją pełen nieufności wzrok. Z czystej złośliwości zajęłam miejsce naprzeciwko niej.

– Pewnie domyślacie się, po co was tutaj sprowadziliśmy – zaczął Batman. Wstał od stołu i zaczął przechadzać się wokół. – Śledziliśmy wasze poczynania w San Francisco i uznaliśmy, że macie w sobie potencjał. Trzeba tylko odpowiednio wami pokierować. – Zatrzymał się i omiótł nas wzrokiem, niczym drapieżnik wybierający ofiarę. – Wstąpienie do Ligi nie wchodzi w waszym wypadku w grę, postanowiliśmy więc, że stworzymy z was drużynę, która będzie działać pod naszym nadzorem.

Poczułam, jak w Robinie narastał gniew. Przewidział, co planował Batman. Atmosfera zagęściła się. W naszych głowach kłębiły się pytania, które baliśmy się zadać. Nikt nie chciał się odezwać.

– Oczywiście, nie musicie się na to zgadzać – dodał po chwili ciszy, przerywanej jedynie stukaniem palców Robina o blat. Miałam jednak wrażenie, że decyzja już zapadła, a my nie mieliśmy nic do gadania.

– Chcemy jedynie dać wam szansę na legalną działalność. Zapewnimy trening, mieszkanie i jakiekolwiek inne wsparcie, którego będziecie potrzebować. – Do akcji wkroczyła Wonder Woman. Wstała i oparła się pięściami o stół. W jej oczach nie widziałam jednak wrogości. Rzeczywiście jej na nas zależało. – Możecie się zastanowić, damy wam czas. Przemyślcie to – powiedziała spokojnym głosem.

Obejrzała się przez ramię na stojącego w milczeniu Batmana. Kiwnął głową na zgodę, że możemy się rozejść.

– Nawet na to nie liczcie! –  warknął Robin, wstając gwałtownie od stołu. W końcu stracił cierpliwość i dał upust emocjom. – Nie mam zamiaru grać w te wasze gierki. Chcecie nas nadzorować! Nie liczcie, że zgodzę się dołączyć do tej drużyny. Na pewno nie na waszych zasadach! – dokończył dosadnie, a dla wzmocnienia swoich słów, uderzył pięściami w stół.

– Robin, spokojnie – rzekła Wonder Woman. Wysunęła ręce w pokojowym geście. – Nikt was nie zmusza. – Wyłapałam, jak wymownie zerka w bok, w stronę Batmana. Znała jego motywy. Wiedziała, dlaczego to robił i chyba jej się to nie podobało.

Pozostali członkowie Ligi milczeli. Nasza piątka również.

– Dajemy wam szansę. Możecie już iść – powiedziała, a wysokie drzwi otwarły się automatycznie. – Macie czas, przemyślcie to na spokojnie – dodała.

Wstaliśmy i ruszyliśmy do wyjścia. Minęłam Robina, który stał bez ruchu. Nie dziwiłam się, że się buntował. W zasadzie ten pomysł też niezbyt mi się podobał. Przystanęłam. Reszta praktycznie już wyszła, ale ja chciałam zaczekać na Dicka. Pewnie rzucał na lewo i prawo mordercze spojrzenia spod maski, a w ustach mielił stos przekleństw, którymi chętnie obdarzyłby Batmana. Zbierał myśli, chciał się sprzeciwić, ale w końcu drgnął i niechętnie wyszedł z sali. Szliśmy razem, na końcu milczącego pochodu. Musieliśmy ustalić, co teraz.

 

– Co o tym sądzicie? – spytał Robin.

Znowu przybrał maskę opanowanego, obojętnego człowieka. Jednak jak bardzo by się nie starał, nie był w stanie zablokować sygnałów, które wysyłały jego ciało i umysł. Czułam jego irytację i niepewność, które mieszały się z niezdecydowaniem pozostałych zgromadzonych tu osób.

Siedzieliśmy w jakimś ,,pokoju gościnnym", jeśli mogło istnieć coś takiego w tajnej bazie. Skórzana sofa, kilka foteli, drewniana ława pomiędzy. A to wszystko na środku salonu z ceglanymi ścianami i nieskazitelnie czystymi podłogami. Miałam wrażenie, że gdzieś na którejś z pustawych półek może znajdować się ukryta kamera. A może nawet kilka?

– Nigdy nie ciągnęło mnie do łapania złoczyńców, będąc ubranym w pelerynę i obcisłe spodnie – jako pierwszy odważył się odezwać Cyborg. – A już zwłaszcza jako członek Ligi.

– Nie możemy być członkami... – zaoponował Beast Boy, ale Victor mu przerwał.

– Albo podczłonkami, co za różnica – poprawił się, wzruszając metalowymi ramionami.

– Mi tam w sumie obojętne. – Garfield leżał z nogami na podłokietniku fotela. – Z drużyny do innej drużyny. I to bardziej prestiżowej – dodał, poruszając brwiami w górę i w dół.

Zdziwiło mnie, jak szybko pozbierał się po śmierci Rity. Albo jak szybko to wyparł i przybrał maskę przygłupiego klauna.

– Starfire? – Robin spytał zamyśloną i milczącą kobietę.

Uniosła głowę i rozejrzała się trochę niepewnie, pytająco.

– Co sądzisz o propozycji Ligi? – podpowiedział Dick.

– Ja... W sumie nie wiem... – Nawijała na palec niezwykle długie, płomienne włosy. – Nie wiem, czy mogę zaufać, że chcą nam tak po prostu ułatwić... bycie drużyną? Nie jestem po prostu pewna... tego wszystkiego.

– Nikt cię nie zmusza. Nikogo z was. Możemy stworzyć drużynę pod rządami Ligi, ale możemy też zrobić to zupełnie sami. – Robin patrzył gdzieś na ścianę, jakby prosto w obiektyw kamery. – Decyzja należy do nas.

Znowu zapadła cisza. Tylko ja jeszcze nie zabrałam głosu. Nie lubiłam wypowiadać się na forum grupy, ale w tak ważnej sprawie musiałam odstawić na bok swoje lęki.

– Powinniśmy zrobić to na swoich zasadach – powiedziałam stanowczo. – Możemy być jakimiś przybocznymi przydupasami pod szyldem Ligi, która chce nas kontrolować, a możemy też działać tak, jak sami chcemy. Może niekoniecznie musimy odrzucać ich pomoc? Po prostu nie pozwólmy, byśmy zostali dziećmi na posyłki. – Miałam wrażenie, że aż się zapędziłam w tej przemowie, ale zawsze lubiłam być niezależna, działać według swoich zasad. Jak się niestety okazało, samo moje istnienie zostało podporządkowane komuś innemu już bardzo dawno temu. Musiałam to zmienić.

– To chyba rozsądny pomysł – powiedział Cyborg. – Ustalmy zasady. Jeśli się nie zgodzą, będą mogli nas pocałować... – urwał, gdy spojrzał na wymachującego nogami Beast Boy'a. – Robin, co sądzisz?

Dick stał wpatrzony w jakiś nieuchwytny dla innych punkt. Miał skrzyżowane ręce i trudny do określenia wyraz twarzy. Coś jakby chęć buntu połączona z głębokim zamyśleniem.

– Robin? – spytałam przeciągle.

Ocknął się z transu. Spojrzał na nas, podrapał się po podbródku i oparł się o mój fotel.

– Zgadzam się z Raven. Ktoś chce coś dodać? – Cisza. – Więc przejdźmy do ustalenia warunków – powiedział z zacięciem w głosie.

 

 Siedliśmy obok siebie, w zwartej, gotowej do walki grupie. Zmierzyłam wyzywającym wzrokiem Zatannę. Po ustaleniu wszystkiego, czułam się pewnie. Jeśli nie poradzilibyśmy sobie z Ligą, dalibyśmy radę sami. Miałam gwarancję, że nie zostanę na lodzie.

Tym razem to Robin wstał jako pierwszy. Jednak zamiast chodzić, stał wyprostowany i pewny siebie z założonymi z tyłu rękami. Świadomie czy nie, naśladował Batmana.

– Przedstawimy wam zasady, które wspólnie ustaliliśmy. Jeśli się na nie zgodzicie, my przyjmiemy waszą propozycję. A więc – odchrząknął i kontynuował stanowczym, chłodnym głosem – pomimo, że nie będziemy członkami Ligi, wymagamy równego traktowania. Nie będziemy waszymi dziećmi na posyłki. Ani maskotkami dla dzieci i dziennikarzy. Pozwolicie nam na niezależną działalność, głównie na terenie San Francisco, ale nie wykluczając misji gdziekolwiek indziej. Przyjmiemy pomoc jeśli chodzi o budowę naszej własnej bazy – powiedział z naciskiem na ,,naszej własnej". – Za oczywiste uważamy też, że będziemy zajmować się zarówno zwykłymi napadami i atakami, jak i sprawami większej wagi. Wiemy, że nie unikniemy całkowicie kontroli ze strony waszej i rządu, z którym współpracujecie, ale chcemy się usamodzielnić. W zamian będziemy działać, teoretycznie, z waszego ramienia – zakończył z maską opanowania.

Tym razem to Batman i Wonder Woman wstali jednocześnie. Również jednocześnie spojrzeli na siebie. Oboje chcieli zabrać głos. Zmierzyli się przez moment wzrokiem, aż w końcu to nietoperz kiwnął ugodowo głową i usiadł.

– Nie wiem co sądzą pozostali, ale ja uważam to za rozsądne rozwiązanie. Bardzo podoba mi się też, że potraficie postawić na swoim, nie ustępujecie. To dobrze o was świadczy i widzę was jako naprawdę zgraną drużynę. Grzechem byłoby, gdybyśmy zaprzepaścili taką okazję. – Jej słowa trochę mnie uspokoiły. Jedna po naszej stronie. Teraz pozostała dziesiątka. – Niech wypowiedzą się inni.

Usiadła i przemknęła wzrokiem po zgromadzonych. Członkowie wymienili w ciszy porozumiewawcze spojrzenia. Superman pochyliwszy się w stronę Wonder Woman, szepnął jej coś na ucho. Flash wzruszył ramionami. Zatanna w znudzeniu nakręcała włosy na palec. Muskularny blondyn rozsiadł się wygodniej w fotelu, delikatnie potakując głową.

– Nikt nie ma żadnych zastrzeżeń? – Puściła pytanie w przestrzeń. Cisza. – Więc przeprowadźmy głosowanie. Kto jest za przyjęciem przedstawionych przez Robina zasad i utworzeniem drużyny złożonej z Robina, Beast Boy'a, Starfire, Raven oraz Cyborga? – Wonder Woman przejęła inicjatywę. Byłam trochę spokojniejsza, gdy Batman się nie wtrącał. Miałam jednak wrażenie, jakby cały czas mielił w ustach jakieś nieprzyjemne uwagi.

Wonder Woman uniosła rękę jako pierwsza. Za nią poszła Black Canary. Potem Green Lantern. Flash. I kolejne cztery ręce. Wszyscy powoli głosowali na tak. Z niemałym zdziwieniem obserwowałam, jak Batman, chociaż trochę niechętnie, również uniósł rękę.

Została tylko Zatanna. Gdy poczuła zaciekawiona spojrzenia wszystkich zgromadzonych, pokręciła powoli głową. Wstała gwałtownie od stołu i dostojnie, ze stukotem obcasów wybrzmiewającym w wysokiej sali wyszła.

– Mogę oficjalnie ogłosić, że staliście się drużyną pod naszą opieką. Przyjęliśmy wasze zasady, ale mamy jeszcze wiele rzeczy do ustalenia – powiedziała Wonder Woman z cieniem uśmiechu. Spojrzała na nasze niepewne miny i dodała uspokajająco – Chyba chcecie wybrać, gdzie wybudujemy waszą bazę?

 

 Robin przeskoczył na dach po drugiej stronie, a panujący wokół mrok tylko ułatwiał mu sprawę. Przykucnął koło Starfire. Obok mnie czekał już Beast Boy. Robin wyjrzał zza krawędzi. W uliczce właśnie miała miejsce jakaś niekoniecznie legalna transakcja.

– Na trzy – usłyszałam w komunikatorze.

Spięłam mięśnie, gotowa do skoku.

– Raz.

Przygotowałam w rękach kule energii.

– Dwa.

Beast Boy poruszył się niespokojnie.

– Trzy!

Przeskoczyłam przez murek i runęłam na plecy goryla. Rozległy się krzyki. Uliczka wypełniła się dymem. Błysnął zielony pocisk Starfire. Odrzuciłam mężczyznę na ścianę. Robin przyłożył drugiemu sierpowym. Beast Boy rzucił się jako wilk na sprzedawcę z teczką. Ten krzyknął przeraźliwie, gdy kły wbiły się w jego przedramię. Przez dym dostrzegłam sylwetkę kupującego, który chciał uciec.

– A gdzie się wybierasz? – usłyszałam z drugiego końca uliczki głos Cyborga.

Niebieski błysk, trzask i mężczyzna leżał na ziemi obok nieprzytomnych towarzyszy.

– Poszło wam całkiem nieźle – rozległ się głos Batmana.

Cała projekcja zniknęła, a my znowu znaleźliśmy się w dużym pomieszczeniu. Gdzie się nie spojrzało, widać było szarą powierzchnię o strukturze plastra miodu. Tylko naprzeciwko nas, pod sufitem znajdowało się lustro. W małej sterowni stali Batman i Black Canary.

– Ale wciąż za wolno. Klient prawie by uciekł. A Robin leżałby teraz nieprzytomny, gdyby nie Beast Boy. Musicie mieć oczy dookoła głowy. Obserwować wszystko i wszystkich. Przewidywać ruchy. Inaczej pokona was pierwszy lepszy wyszkolony przestępca – wyjaśnił chłodnym, beznamiętnym głosem.

Czepiał się tak odkąd zaczęliśmy szkolenie. Bity miesiąc z narzekającym Batmanem. Trenowaliśmy tak trzy razy w tygodniu, po kilka godzin. Różne sytuacje, różne lokacje, różne zagrożenia. I zawsze mu coś nie pasowało.

– Wiemy, że nie jesteśmy tak idealni jak ty – sarknął pod nosem Robin i skierował się do zamaskowanych drzwi.

Ruszyliśmy za nim. Zgodnie z tym, co ustaliliśmy, wieczorami rozpoczynaliśmy patrol. Budowa bazy była już na finiszu, więc po jakichś dwóch miesiącach urzędowania w placówce Ligi mogliśmy się za niedługo przenieść. Gdyby nie ich pomoc, znajomości i fundusze, pewnie sami skręcalibyśmy tę niezwykłą konstrukcję przez kilka lat. Podczas kłótni o nazwę drużyny, sama już nie wiem kto, czy był to Cyborg, Robin, a może nawet kogoś z Ligi, rzucił krótkim i nieźle brzmiącym hasłem ,,Młodzi Tytani". A potem Beast Boy palnął, by zbudować wieżę w kształcie litery ,,T", jakie widział w komiksach. No i Batman się na to zgodził. Wciąż nie wiedziałam jak, i kto go do tego przekonał, ale wolałam nie wnikać. Grunt, że się dogadaliśmy.

 

 Podczas bohaterskich wypadów na miasto wciąż korzystaliśmy z kryjówki Robina, która była położona w całkiem dogodnym miejscu. Nic nie mogło jednak dorównać praktycznie ukończonej wieży. Oglądana z miasta, podczas malowniczych zachodów słońca majaczyła na tle horyzontu niczym wyrastający z odmętów wody czarny pomnik. Szklana powierzchnia odbijała promienie słoneczne, a w nocy lśniła od blasku księżyca. Wieża stanęła jakieś dwieście metrów od brzegu, na sporej wysepce, która została odpowiednio przygotowana, a nawet błyskawicznie połączono ją drogą prowadzącą bezpośrednio do miasta.

Robin i Cyborg rozmawiali z entuzjazmem o nowoczesnych systemach, o których wiele instytucji mogłoby tylko pomarzyć. Nie żebyśmy byli w trakcie patrolu. Nawijali bez skrępowania, a pozostali musieli wysłuchiwać przez komunikatory jakichś dziwnych nazw. Dlaczego nikt nie pomyślał o tym, by móc przełączać się na prywatne kanały?

– Nie żebym wam chciał przeszkadzać – wtrącił się Beast Boy – ale w ,,Black Annis'' chyba się coś dzieje – zauważył.

Robin dał znak ręką i udaliśmy się do wspomnianego klubu nocnego. Wylądowałam przed stłuczoną frontową szybą. Jakiś mężczyzna z obłędem w oczach trącił mnie łokciem, wybiegając z tonącego w błyskających, kolorowych światłach klubu.

Nagle, przez wybite okno poszybował człowiek. Cyborg uchylił się przez żywym pociskiem w ostatniej chwili.

– Cyborg, sprawdź co z nim – nakazał Robin. – Wchodzimy. Tylko ostrożnie – dodał i ze skupieniem wkroczył do środka.

Jatka. To słowo, które przyszło mi w tamtym momencie na myśl, ale i tak nie było wystarczające. Ludzie, głównie mężczyźni, tłukli się bez opamiętania. Rzucali w siebie czym popadnie. Uchyliłam się przed odłamkami butelki. Nie zwrócili na nas uwagi, głęboko w poważaniu mieli także to, kogo atakują. Każdy na każdego. Ruszyliśmy do akcji.

Rozdzieliłam dwóch mężczyzn tarzających się po podłodze pod sceną. Oboje byli zakrwawieni i mieli pozgniatane nosy. Nawet wisząc pod sufitem, wciąż chcieli rzucić się sobie do gardeł. Zblokowałam ich kończyny i usadziłam na podłodze, z dala od siebie. Zaciekawiona, pochyliłam się trochę w stronę łysego Afroamerykanina, gdyż dostrzegłam dziwną, zielonkawą poświatę w jego oczach. Musiałby właśnie wrócić z Czarnobyla, by świecić intensywniej nawet od wszystkich przyprawiających o epilepsję reflektorów.

Robin, który właśnie obezwładniał jednego dryblasa, polecił mi, bym zgarnęła przytomnych i zdolnych do pójścia o własnych siłach ludzi na zewnątrz i dopilnowała, by żaden nie uciekł przed przyjazdem policjantów. Prowizorycznie czy nie, związałam przed klubem każdemu nogi oraz ręce za plecami przy pomocy smolistej materii. Po chwili wróciłam, by sprawdzić stan najbardziej poszkodowanych, w momencie, gdy pozostali zajmowali się tymi wciąż nastawionymi na walkę.

Bo przyjechaniu policji, Robin standardowo złożył grzecznie streszczenie wydarzeń i po taksujących, niekoniecznie zadowolonych spojrzeniach mogliśmy wrócić do patrolowania ulic. Zapewniono nas, że mieliśmy jako drudzy dowiedzieć się, co rozpętało tę burzę.

Przystanęliśmy jeszcze na chwilę przed klubem, więc podzieliłam się z Robinem moimi spostrzeżeniami na temat nadzwyczajnych oczu.

– Też to zauważyłem. Nie jest to potwierdzone, ale podobno na ulice wróciło Vertigo – wyjaśnił mi przyciszonym głosem. – To rodzaj narkotyku. Cholernie niebezpieczny. Ludziom najpierw po nim po prostu odwala. Przeważnie są pobudzeni, agresywni, mają halucynacje, ale każdy może zareagować na niego inaczej. Są tacy, których Vertigo otumania, a nawet wprowadza w śpiączkę. Inni mają zawroty głowy, mdłości. Jeśli ktoś ma słaby organizm, przy odpowiedniej dawce może się przekręcić – powiedział cicho, by stojący nieopodal członkowie drużyny nie usłyszeli. Nie wiedziałam tylko, dlaczego.

– Trzeba będzie pobrać próbki od tych ludzi. – Kiwnęłam głową w stronę karetek pogotowia.

Przytaknął i odwrócił się w stronę Cyborga, który do nas podszedł.

– Nie musicie tak szeptać jakby to było jakieś FBI. Moje sztuczne ucho jest znaczenie lepsze niż ludzkie – wskazał machnięciem ręki na łysą głowę pokrytą w połowie metalem. – To na pewno było Vertigo. Tylko on daje takie efekty, a przy okazji pewnie będzie nie do wykrycia. Zastanawiam się, jak został podany tak dużej liczbie osób. Z tego co wiem, pojawiła się też wersja do inhalacji– wyjaśnił zadziwiająco szczegółowo. – Nie patrz tak na mnie, Raven – żachnął się, gdy spojrzałam na niego podejrzliwie. – Po wypadku miałem trochę do czynienia z narkotykami. To były złe czasy –  powiedział nieco speszony.

– Mam parę kontaktów. Spróbuję się czegoś dowiedzieć – zapewnił Robin. – Wracajmy lepiej do roboty.

 

 Stanęliśmy na wybetonowanym, okrągłym placu otaczającym wieżę. Wszystkie prace zostały już ukończone. Zostały jeszcze tylko jakieś drobne sprawy, jak doszlifowanie systemu alarmowego, zabezpieczeń i innych technologicznych rzeczy.

Przy wjeździe na wyspę stały wozy reporterów. Tłumek dziennikarzy i ich kamerzystów nadawało na żywo z otwarcia wieży i oficjalnego rozpoczęcia naszej działalności.

Odczuwałam lekki stres i niepokój, ale nie potrafiłam dokładnie określić przyczyny. Przecież tego chciałam. Znalazłam osoby, które były w stanie mi pomóc. Które obdarzyłyby mnie zaufaniem. Może to był ten problem? Może podświadomie broniłam się przed bliskimi relacjami? Byłam przecież niebezpieczna, naraziłam wszystkich jeszcze bardziej, w ogóle przybywając na Ziemię. Czemu zawsze musiały dopadać mnie wątpliwości?

Wonder Woman podeszła do nas.

– Możecie oficjalnie rozpocząć działalność jako Młodzi Tytani – powiedziała z lekkim uśmiechem i wskazała teatralnym gestem na główne drzwi.

Podeszliśmy do nich. Po prawej znajdował się prostokątny panel, który obrócił się i odkrył klawiaturę oraz malutki skaner twarzy.

– Wasza piątka jest rozpoznawana automatycznie, nie musicie za każdym razem autoryzować otwarcia drzwi. To w końcu wasza wieża – wyjaśniła, gdy Robin już ustawiał się do zeskanowania.

Nasz niepisany lider wszedł do ogromnego holu jako pierwszy. Pomieszczenie rozciągało się na cały parter wieży. Spodobał mi się minimalizm i nowoczesność wystroju, pomimo których i tak było tu przytulniej niż w siedzibie Ligi. Ciemne płytki na podłodze, jasnoszare ściany i sufit gdzieś tam w górze, z którego spływało intensywne, ale przyjemne dla oczu światło.

Przeszliśmy aż do windy prostą ścieżką ułożoną z wyróżniających się, ciemniejszych płytek. Kierując się słowami Wonder Woman, wjechaliśmy w piątkę na ostatnie piętro, gdzie miało znajdować się główne pomieszczenie. Wyszliśmy na pusty, dobrze oświetlony korytarz. Ktoś pokusił się nawet, by pod szarą ścianą postawić doniczkę z jakimś rozłożystym kwiatkiem na drewnianym stojaku.

Przeszliśmy przez praktycznie niezmienny korytarz, mijając po drodze pięć pokoi z wygrawerowanymi na tabliczkach naszymi pseudonimami, a także kilka nieoznakowanych drzwi. Po chwili doszliśmy do głównego pomieszczenia. Gdy dwuskrzydłowe drzwi rozsunęły się przed nami, ukazując ogromne pomieszczenie zajmujące praktycznie połowę ostatniego piętra, Beast Boy wydał dziwne stęknięcie, a Starfire z podziwu wyrwało się westchnięcie. Nawet Cyborgowi powiększyło się oko ze zdumienia. Całą frontową ścianę stanowiła podzielona na trzy części tafla szkła. Z okna rozciągał się widok na skąpane we mgle miasto.

Zeszliśmy z podestu ciągnącego się wokół salonu, którego centralne miejsce zajmowała półokrągła kanapa i szklany stół. Po lewej, gdzie od razu skierował się Victor i Robin, znajdowało się stanowisko z ogromnymi ekranami zawieszonymi na ścianie, panelami z przyciskami i długi, stalowy stół. Cyborg przejechał po jego powierzchni i niespodziewanie wyświetliła się nad nim hologramowa mapa. Z entuzjazmem godnym pięciolatka wyciągnął przed siebie rękę i obrócił obraz. Spojrzał na mnie z ogromnym, rozanielonym uśmiechem na twarzy.

Mnie najbardziej ujął jednak wspaniały widok. Podeszłam do szyby i aż przeszedł po mnie przyjemny dreszcz na myśl, że mogłam stąd podziwiać niesamowite wschody słońca.

– Nawet lodówkę nam uzupełnili! – krzyknął Beast Boy z głową w rzeczonej dwudrzwiowej lodówce.

Wszystko było urządzone w nowoczesnym stylu, ze sporym rozmachem. Miałam wrażenie, że trochę na pokaz, ale przecież nie mogliśmy narzekać. Aneks kuchenny, który zajmował cały kąt po prawej od wejścia mógł pomieścić na raz całą naszą piątkę. Pytaniem pozostawało, kto podejmie się wyzwania gotowania dla nas.

– Jak ci się podoba, Raven? – zagaiła Starfire.

Wyraźnie czułam, że była tym wszystkim trochę przytłoczona, ale i szczęśliwa. W końcu niełatwo przyzwyczaić się do tak ,,bogatego" życia po latach w niewoli.

– Jest... – zawahałam się – Przyjemnie. Na pewno będzie tu lepiej, niż w bazie Ligi.

– Też tak sądzę. Tamte korytarze i sale – zrobiła pauzę – przypominały mi te na statku, gdzie mnie więziono. Nie mogę się doczekać, by zobaczyć mój pokój – powiedziała z radością w oczach.

– Jeśli potrzebujecie kogoś do oprowadzenia po wieży – odezwała się stojąca w drzwiach Wonder Woman wraz z Batmanem i czarnoskórym, starszym mężczyzną – możecie liczyć na Silasa. Zna ją lepiej niż ktokolwiek inny.

Poczułam, jak atmosfera ochłodziła się. Cyborg wyprostował się jak struna i przybrał poważną, groźną minę, jakby kompletnie zapomniał, jaki przed chwilą był uradowany. Zaciskał zęby ze złości. Jednak oprócz silnej niechęci, emanował od niego... żal. Nie wiem, kto był tak głupi, żeby przyprowadzać tutaj jego ojca. 

– W takim razie chyba wiesz, jak najszybciej trafić do wyjścia? – warknął Cyborg. – Czy mam ci pomóc?

– Jak zawsze zero wdzięczności – odparł spokojnie jego ojciec. – Nie liczyłem na podziękowania, ale szacunek do rodzica jest mile widziany – dodał, schodząc po schodach. – Liga poprosiła mnie, bym zajął się planem budowy i całą tą technologią. – Rozpostarł szeroko ręce, wskazując na swoje dzieło. Cyborga jednak w ogóle to nie ruszyło. – Takich propozycji się nie odrzuca. I mam nadzieję, że drużyna trochę cię utemperuje – powiedział sucho. To chyba był ten moment, gdy przegiął, a czara goryczy przelała się całkowicie.

Dostrzegłam, jak Robin dyskretnie zbliża się do nich. Chciał zareagować, gdyby miało dojść do rękoczynów. Sama również przygotowałam moc i skupiłam się na kłócących się mężczyznach.

Cyborg naprzemiennie zaciskał pięści i rozluźniał je, jakby chciał dobrać się do gardła siwowłosego Silasa.

– Może zostawcie swoje rodzinne problemy na później? – łagodnie zasugerowała Wonder Woman, która również przyglądała się kłótni w napięciu.

– Dlaczego miałbym ukrywać, co ten egoistyczny drań mi zrobił? – warknął Cyborg.

Zrobił krok w stronę ojca. Ja, Robin i Batman również wystąpiliśmy do przodu. Robiło się niebezpiecznie.

– Zważaj na słowa! – odparł z wyższością Silas.

– Nie masz prawa mi rozkazywać! Już raz podjąłeś za mnie decyzję! Nie mógłbyś ścierpieć porażki! Straciłeś żonę, a mnie wolałeś zamienić w potwora, byleby udowodnić, że ten jebany egzoszkielet działa! – Cyborg zbliżył się niebezpiecznie do ojca.

Robin doskoczył do niego i złapał za gotową do uderzenia rękę. Victor spojrzał na Dicka z szałem w oczach, ale po chwili jakby trochę ochłonął.

– Najlepszą decyzją, jaką możesz teraz podjąć, to całkowite usunięcie się z mojej drogi. Na twoje nieszczęście mam teraz znacznie więcej siły, którą nauczyłem się kontrolować – sarknął mu w twarz, wyminął go trącając barkiem i wyszedł z salonu.

Spojrzałam na Robina. Kiwnął głową w stronę drzwi. Nie miałam ochoty przebywać w jednym pomieszczeniu z Silasem, więc z wielką chęcią teleportowałam się na korytarz, by znaleźć Cyborga.

Pokręciłam się trochę po tym piętrze, ale nigdzie nie znalazłam Victora. Po chwili bezsensownego błąkania się, znalazłam drzwi na klatkę schodową. Ruszyłam do góry, na dach. Intuicja mnie nie zawiodła. Przy krawędzi ogromnego, płaskiego dachu stał Cyborg. Co prawda od przepaści dzielił go solidny, jakiś półmetrowy murek, ale moja wyobraźnia jak zwykle podsuwała mi najczarniejsze scenariusze.

– Problemy z ojcem. Chyba mogę sobie wyobrazić, jak to jest – zaczęłam, podchodząc do niego powoli.

Drgnął, wyrwany z zamyślenia. Wciąż buzowała w nim złość, ale teraz wmieszały się również zagubienie, smutek i rozczarowanie.

– Twój przynajmniej nie zamienił cię w potwora – odparł sucho.

On mnie stworzył potworem, miałam chęć odpowiedzieć, ale to nie na był czas na uzewnętrznianie moich problemów. Byliśmy grupą skrzywdzonych ludzi. Przez kosmitów, rodziców i czyste przypadki.

– Masz rację – szepnęłam, a moje słowa porwał silny wiatr, jaki hulał na tej wysokości. – Może warto jednak spojrzeć na to wszystko z innej strony? – spytałam.

Spojrzał na mnie kątem oka, zrobił dziwny grymas i odezwał się już miększym głosem:

– Chcesz, żebym wyciągnął plusy z tej sytuacji?

Wzruszyłam powoli ramionami.

– Skoro tak to interpretujesz.

Zmarszczył brew i potarł kanciasty podbródek.

– To chyba nie dla mnie. Mógłbym napisać cały esej o negatywnych stronach wypadku. A zwłaszcza na temat ojca. Gdyby nie on... – urwał i westchnął.

– Wyrwij się spod jego wpływu – oświadczyłam po chwili ciszy. – Nie pozwól, by cię kontrolował. Sprawił, że jesteś taki, ale teraz pokaż mu, że pomimo tego możesz normalnie żyć. Na swoich zasadach.

Czy oficjalnie mogłam uznać się za hipokrytkę, biorąc pod uwagę moją sytuację z Trygonem? A może mówiłam nie do niego, tylko do siebie? Może musiałam przekonać samą siebie, że podjęłam dobre decyzje?

– Walisz bardziej motywujące gadki od Robina – odparł z cieniem uśmiechu. – I w dodatku prawdziwsze. Masz rację. Muszę zostawić za sobą to co się wydarzyło i zapanować nad tym co  jest tu i teraz – stwierdził i posłał mi szczery uśmiech, który odwzajemniłam.

*****

Jak tam wakacje? Przepraszam za zwłokę, ale jakoś strasznie męczyłam ten rozdział. Na szczęście udało mi się wszystko ładnie dopiąć przed wyjazdem, bo już myślałam, że  jak do 7 lipca nic nie napiszę, a od 8 do 19 wyjeżdżam bez laptopa, to po powrocie z wakacji z weną też by lepiej nie było i musielibyście nie wiem ile czekać. A tak cyk! i rozdział jest. Nie wiem jak wypadł, wydaje mi się, że dałabym mu takie 7/10, ale życie jak to życie, za dwa lata uznałabym go za godnego 2/10. A wy? Jak oceniacie? I pochwalcie się, jak będziecie spędzać wakacje.