niedziela, 31 maja 2020

9. MISSED FILES

 Oderwałam wzrok od książki i zirytowana wypuściłam powietrze. Już po raz enty złapałam się na tym, że właściwie nie wiedziałam, co czytałam. Tkwiłam na jednej stronie od dobrych kilkunastu minut, ponowne wracanie do początku nie miało już sensu. Moja uwaga była zbyt rozproszona… przez Beast Boy’a.

Chłopak wydawał się być pochłonięty samotnym graniem w jakieś wyścigi, mimo wszystko już raz wyłapał, że w zamyśleniu się na niego gapiłam. Nagle podskoczył z wyciągniętymi tryumfalnie rękami i zaczął swój zwycięski taniec, kompletnie nie zwracając uwagi na otoczenie.

Po chwili jednak zamarł w rozciągniętej pozie, mina minimalnie mu zrzedła i szybko się opanowawszy, wyłączył konsolę.

Znowu mimowolnie mu się przyglądałam, błądząc myślami tak daleko, że sama nie byłam w stanie dokładnie stwierdzić gdzie. Wlepiłam wzrok z powrotem w książkę, ale tylko dla pozorów. To niefortunne połączenie się naszych umysłów cały czas nie dawało mi spokoju. Z jednej strony nie odczuwałam żadnych, nawet minimalnych skutków, które mogły wystąpić po zetknięciu. A przynajmniej nie wliczając wciąż kłębiących się emocji i wspomnień, które naturalnie, jako empatka bez wahania wchłonęłam. Jednak poza tym… z mojej strony nic. Widziałam jednak zachowanie Garfielda. Był zagubiony i zdezorientowany. Starał się zachowywać normalnie, ale był straszny w tych sprawach. Bez żadnego wysiłku wyłapywałam, jak na mnie patrzył… jak niepewny i zażenowany robił się w moim towarzystwie. Nie wiedział, jak postąpić. Nie wiedział, czy porozmawiać, czy zostawić sprawę samą sobie, a nuż ja nic nie wiedziałam. To była jedna z tych spraw: „czy ona wie, że ja wiem, że ona wie, że ja wiem...”.

Czułam się odpowiedzialna. Czułam przymus wyjaśnienia tego, bo nie chciałam, by taka atmosfera panowała między nami. Zresztą, prędzej czy później czujne oko Robina wyłapałoby ten większy niż dotychczas dystans i pewnie przeszłość Garfielda wyszłaby na jaw nie tylko dla mnie, ale i pozostałych. A mogłam być pewna, że tego nie chciał. Musiałam to załatwić sama, najlepiej od razu.

Podjęłam jeszcze kilka prób dalszego czytania o magii Dalaghama, ale okazało się to bezowocne. Myśl o rozmowie z Beast Boy’em zbyt mocno zakotwiczyła się w mojej świadomości, by móc zostać zastąpioną przez inne. Jak zawsze dopadały mnie wątpliwości, ale podsumowałam wszystkie za i przeciw i zdecydowałam. Nie mogłam tego tak zostawić.

 Cierpliwie czekałam na moment, aż Garfield wyszedł z salonu. Miałam wrażenie, jakby specjalnie to przeciągał. To zajrzał do lodówki, to przejrzał wszystkie szafki kuchenne, spojrzał nawet na aktualne alerty systemu, a gdy był już przy wyjściu, wrócił się jeszcze po komiks, który zostawił na kanapie. Ponownie naszła mnie myśl, że ja nie odczuwałam żadnych skutków, ale czy Beast Boy mógł przeczuwać moje zamiary? Czy przez przypadek utworzyłam połączenie w jedną stronę, o którym nie miałam pojęcia? Ta perspektywa napawała mnie prawdziwym strachem. Nikt nie mógł mieć dostępu do mojej świadomości. Mogłam utracić wszystko, ale umysł był moją świętością i obsesyjnie go broniłam. Czułam, jak zjeżyły mi się włoski na całym ciele.

Czym prędzej teleportowałam się do swojego pokoju. Odłożyłam książkę, jakoś podświadomie obeszłam miejsce, gdzie jeszcze kilka dni temu była kałuża krwi i od razu wyszłam na korytarz, by złapać Beast Boy’a. Stałam przez chwilę, nasłuchując. Pustka. Cisza. Poszłam za zakręt, przed drzwi jego pokoju. Tutaj też nie uświadczyłam żadnych dźwięków, które wskazywałyby na obecność gospodarza w środku.

Zaczęły mnie dopadać wątpliwości. Jak na mnie to i tak wyjątkowo długo byłam pewna decyzji. Chciałam podejść i zapukać, ale między mną a drzwiami jakby znikąd wyrosło pole siłowe, które subtelnie, jednak skutecznie odpychało mnie od pokoju. Książka nagle okazała się śmiertelnie ciekawa, a nawet samotny patrol po mieście wydawał się kuszącą propozycją. Zawahałam się i cała lawina wątpliwości ruszyła, tocząc się z hukiem i grzebiąc wcześniejsze postanowienia oraz racjonalne argumenty pod ekstremalnie grubą warstwą niezdecydowania oraz pytań, o czym w zasadzie chciałam dyskutować?

Miałam się już odwrócić i odejść, ale wyczułam zbliżający się umysł. Było za późno. Beast Boy wyszedł zza zakrętu z miską popcornu w ręce, rulonem komiksów pod jedną pachą i colą pod drugą. Na mój widok aż chybił rzucaną właśnie do ust prażoną kukurydzą. Prosto w oko.

– Au.. Raven… – zaczął niezręcznie. Komiksy wysunęły mu się spod ręki. Pochylił się, zapominając o przekąsce. Popcorn rozsypał się na całą szerokość korytarza. – Nieee – stęknął przeciągle.

Rzucił się do niezdarnego zgarniania jedzenia. Spojrzawszy na mnie z zażenowaniem, pochylił się jeszcze bardziej, tak jakby na jego twarzy można było jakimś sposobem dostrzec czerwone wykwity zawstydzenia.

– Pomogę ci – zaoferowałam się i błyskawicznie zebrałam popcorn do pustej miski.

– Dzięki – mruknął, patrząc w przestrzeń gdzieś obok mojej głowy. Podrapał się po karku zwiniętymi komiksami i stanął jak ten słup soli, nie wiedząc, jak się zachować.

Teraz nie było już odwrotu.

– Chciałam z tobą porozmawiać – rzuciłam, starając się, by mój głos był jak najbardziej luźny i spokojny. Nie potrzebowałam jeszcze bardziej go denerwować.

Jednak chyba sama propozycja, która padała właśnie z moich ust, była na tyle podejrzana i stresogenna, że Beast Boy aż zaniemówił na moment, co zdarzało mu się do tej pory niebywale rzadko.

– Eeee… wiesz… akurat jestem trochę zajęty – odparł, siląc się na zwyczajową swobodę. – Może przyjdziesz później? Przeczytaj książkę albo pomedytuj, czy coś – zaproponował i spróbował uśmiechnąć się głupkowato.

– Garfield – sapnęłam stanowczo. Spojrzał na mnie. – Chcę porozmawiać. Teraz – dodałam z naciskiem.

Stał chwilę bez ruchu, jakby kalkulował, czy ma szansę jeszcze uciec, czy lepiej podjąć wyzwanie od razu. Wybrał mądrze.

– Wchodź – powiedział zrezygnowany i kiwnął głową w stronę pokoju.

Weszłam do zagraconego, pogrążonego w chaosie pokoju. Spod krzywo naklejonych plakatów przebijały fragmenty pomalowanych na szaro ścian. Na podłodze można było dojrzeć kilka wytyczonych między stertami ubrań, kartonów po pizzy lub, o dziwo, starannie ułożonymi kupkami komiksów ścieżek,

Garfield zawstydził się jeszcze bardziej. Wyglądał, jakby chciał wszystko w sekundę uprzątnąć, ale było za późno. Zgarnął tylko stos kartonów z dolnego piętra łóżka, rzucił je w kąt, pod zawieszony na ścianie telewizor. Strzepnął pościel i wskazał miejsce teatralnym gestem w towarzystwie koślawego uśmiechu, jakby było to najcenniejsze siedzisko w państwie. Usiadłam. Beast Boy zajął kawałek wolnej przestrzeni na komodzie obok miski z nieszczęsnym popcornem. Chwycił dwulitrową colę, zaproponował mi pytającym gestem, a gdy odmówiłam, wzruszył ramionami i pociągnął kilka łyków prosto z butelki.

– A więc, o co chodzi? – spytał, jakby faktycznie kompletnie nie miał pojęcia. Wiecznie błaznował. Nie mogłam pojąć, jak udawało mu się ukryć takie wspomnienia za maską uśmiechu i głupich żartów.

– Garfield… – Skrzywił się delikatnie. Wiedział, że będzie na poważnie. – Proszę cię, nie udawaj. Od momentu ataku zachowujesz się inaczej.

– Dałem się podejść, no i moja męska duma ucierpiała i wiesz… – zaczął mówić szybko, niewyraźnie, przy okazji gestykulując żywo.

 Spojrzałam na niego z politowaniem. Przymknął się i zrobił minę dziecka ukrywającego, że właśnie zbiło najładniejszy wazon od cioci.

– Zakładam, że nie rozumiesz, co się wtedy stało, więc pozwól, że wytłumaczę – zaoferowałam, a ciszę uznałam za przyzwolenie. – Uleczyłam cię, ale przez przypadek nasze umysły złączyły się na chwilę. Czy zobaczyłeś coś i dlatego zachowujesz teraz taki dystans wobec mnie? – Spojrzałam mu prosto w oczy, ale nie wytrzymał długo i uciekł wzrokiem na bok.

Czułam nieprzyjemne mrowienie na całym ciele. Wyjątkowo, cisza wzbudzała we mnie coraz bardziej nieprzyjemne uczucia na czele z obawą, że zarówno moja przeszłość, jak i przyszłość mogły wyjść na jaw. Odpowiadaj, glonie! – miałam chęć krzyknąć i wydrzeć to z niego osobiście. Nie! Już raz namieszałam. Odetchnęłam głęboko.

– Nieee… – odparł przeciągle, z wahaniem, wcale nie budząc mojego zaufania. – Nie widziałem – dodał pewniej. – Nie bardzo wiem, jak to wytłumaczyć. – Widziałam, że minimalnie się rozluźnił i chyba zrozumiał, że nie miałam złych zamiarów. Opuścił nogę za krawędź komody i zaczął nią wymachiwać. – Mam wrażenie, jakbym coś wiedział… pamiętał, ale tak nie do końca. Taki jakby przebłysk? – Wyciągnął w moją stronę rękę. Kiwnęłam głową. – Tylko takie… nieprzyjemne. Nie wiem, o co do końca chodzi, ale zwłaszcza nocą, gdy śnię, wywołują we mnie… strach? – wykrzywił twarz w dziwnym grymasie.

Nic nie wiedział. Nie rozumiał. Ulżyło mi.

– Czy… Czy to twoje myśli? – spytał z wahaniem, niepewny, czy było to na miejscu.

– Sny – wymyśliłam na poczekaniu. W zasadzie, było to półprawdą. – A czy miewasz jakieś „obce” myśli lub uczucia?

Pokręcił głową po chwili zastanowienia.

– To dobrze. To znaczy, że nasze umysły nie utworzyły stałego połączenia – wyjaśniłam.

Kiwnął głową i zamyślił się. Chyba nam obojgu ulżyło.

– A… Czy… Czy ty coś widziałaś?

Też miał zakątki umysłu, których nie chciał nikomu pokazać. Któż nie miał? Nie wiedziałam, czy powiedzieć mu prawdę. Ja nie chciałam, by ktoś wiedział o mojej przeszłości. On zapewne też, więc czy ujawnianie, że ktoś inny poznał tajemnicę, byłoby dla niego przyjemne? Dlaczego w ogóle się zastanawiałam? To powinno być oczywiste. Dlaczego przeszło mi przez myśl, żeby skłamać?

– Widziałam… I poczułam – odparłam, przerywając coraz bardziej przygniatającą nas ciszę.

Przełknął ciężko ślinę

– Przeszłość... Twój wypadek… Rodziców… – powiedziałam powoli, uważnie obserwując jego reakcję.

Uciekł wzrokiem gdzieś w bok i zawiesił go na punkcie tak odległym, że mógł to być nawet innych wymiar lub inna rzeczywistość. Pamięć. Wspomnienia. Błądził w nich. Naruszyłam wciąż niezabliźnione rany, które dodatkowo rozdrapała śmierć Rity. Chciałam palnąć sobie w łeb, że nie umiałam nawet utrzymać w ryzach własnego umysłu…

– Ktoś inny jeszcze wie? – spytałam, byleby przerwać milczenie. Czułam się niekomfortowo.

– Nie – odparł i podrapał się po ramieniu. Prychnął, ni to w zdegustowaniu, ni w rozbawieniu. – Jakież przewrotne… Moi rodzice mieli tylko swój intelekt, a pomimo to, gdy zachorowałem, ojciec przeprowadził na mnie eksperymentalne leczenie. Zadziałało, chociaż, co prawda, stałem się przez to chodzącym glonem, ale lepsze takie coś, niż nie żyć. A potem… – zawahał się. Zamknął zaszklone oczy. – Byłem tak beznadziejny, że nawet nie zdołałem ich uratować. Pomimo tych wszystkich mocy… zawaliłem – sarknął i przetarł oczy ukradkiem.

– Byłeś dzieckiem, Garfield – powiedziałam. Było mi go naprawdę szkoda. – Miałeś prawo nie wiedzieć, jak zareagować.

Nie odpowiedział, tylko zeskoczył z szafki. To by było na tyle. Również wstałam.

– Nikomu nie powiem – uprzedziłam jego prośbę. – Po prostu zachowajmy to, co się stało, dla siebie i zostawmy to za sobą – zaproponowałam.

– Przyjmuję propozycję – odrzekł i uśmiechnął się smutno. – Bardzo pokręcone masz te sny, tak poza tym. Zawsze myślałem, że ludzie marzą o niebie, nie o piekle – rzucił jeszcze dla rozluźnienia, zanim zdążyłam wyjść.

Miałeś rację, Beast Boy. Normalnie ludzie śnią o czymś przyjemnym. Zaś moją podświadomość wypełniały nocą koszmary, o których wielu wolałoby nawet nie myśleć.

 

 

 Cichy alarm przerwał mi medytację. Przez chwilę wahałam się, czy ruszyć się na zwołane zebranie, bo właśnie to oznaczał ten, drażniący nieco mniej niż standardowy, dźwięk. Nikt jeszcze nie odważył się powiedzieć Robinowi, że gdyby oba alarmy były identyczne, stawialibyśmy się znacznie szybciej na zbiórkach. Pędzilibyśmy do głównego pokoju na złamanie karku za każdym razem, a tak, jakoś nikomu nie chciało się odrywać od aktualnie wykonywanych czynności.      

Westchnęłam. Zgarnęłam pelerynę z łóżka, przewiesiłam ją sobie niedbale przez ramię i powolnym krokiem ruszyłam do salonu.

– Wolniej się nie dało – rzucił uszczypliwie Robin, gdy jako ostatnia pojawiłam się przy „centrum alarmowania”.

Wzruszyłam ramionami z niezadowolonym grymasem na twarzy i oparłam się o wolny od ekranów kawałek ściany.

– Mamy kilka nowych informacji – zaczął. – Victor, ty pierwszy.

– A więc tak – Cyborg wyprostował się, złączył czubki palców i głębokim głosem wykładowcy przemówił – Ludzie z Ligi zbadali ten projektor, który wyświetlił Raven i Robinowi hologram. Stwierdzili, że wszelkie dane uległy zniszczeniu, a to, co zostało z samego urządzenia nie dostarcza żadnych istotnych informacji.

– Do rzeczy – wtrącił zniecierpliwiony Beast Boy, któremu zebranie przerwało pewnie granie lub czytanie komiksów.

Cyborg zgromił go wzrokiem i niewzruszony, kontynuował:

– Z tym pierwszym się zgodzę, ale – uniósł do góry palec wskazujący – z tym drugim już nie. Może Liga to przeoczyła, a może nie mieli do tego nawet dostępu, ale jako że ja sam jestem połączony bezpośrednio z całą siecią, a w zasadzie dosłownie w niej jestem, że tak powiem, dotarłem do kilku wskazówek, które mogą nam coś powiedzieć o tym gościu.

Postukał w holograficzną klawiaturę i nad stołem wyświetliła się cała tablica zestawionych obrazów, stron i osób. Brakowało tylko pinezek i sznurka.

– Takie urządzenia nie są dostępne dla normalnych ludzi. Firma, która wyprodukowała ten konkretny, oficjalnie dostarcza je wojsku, specjalnym oddziałom i innym podobnym instytucjom, ale… – ponownie uniósł palec. – Jeśli ktoś jest nadziany i ma znajomości, to nie ma problemu, żeby kupić to gdzieś bokiem – oznajmił zadowolony.

– I mamy rozumieć, iż wiesz, komu sprzedawali to bokiem? – spytała z zaciekawieniem Starfire.

– Yup.

– I chcesz mi powiedzieć, że Liga na to nie wpadła? – rzuciłam sceptycznie.

– Wątpisz w mój geniusz, Raven? – spytał, mierząc mnie badawczym wzrokiem.

– Nigdy nawet nie brałam pod uwagę jego istnienia – odparłam z nutą satysfakcji.

– Robin, ona mnie obraża – poskarżył się niewzruszonemu liderowi i zaraz parsknął śmiechem. – Tym razem wygrałaś – rzucił jeszcze w moją stronę z wyzywającym, ostrzegawczym spojrzeniem i wrócił do wyjaśnień. – Nie wpadła, bo pliki firmy Speculator są przetrzymywane na wewnętrznym serwerze, który jest ukryty przed użytkownikiem z zewnątrz, ale, jak już wspominałem, ja jestem w sieci – powiedział z naciskiem. – Dlatego udało mi się uzyskać dostęp do ich danych i odnalazłem tam kilka ciekawych osobistości.

– Włamałeś się na serwery firmy? – wtrącił się Robin, jakby niepewny, czy dobrze usłyszał.

– Tak – odparł po chwili zawahania Cyborg.

Bez odpowiedzi. W przypadku tej sprawy, chyba przyjęliśmy zasadę „cel uświęca środki”.

– Kilku gości od razu wykluczyłem i zostały mi trzy osoby. Spójrzcie – powiedział i wrzucił na zawieszone na ścianie monitory szczegółowe opisy wraz ze zdjęciami zarówno z dokumentów, jak i zrobione ukradkiem gdzieś na ulicy. Jeden mężczyzna nie mógł jednak poszczycić się dużym zbiorem takich fotek. – James Woodman. Richard Burton. I Slade Wilson. – Czytał po kolei, a ich profile wyjeżdżały wtedy na pierwszy plan. To właśnie ten ostatni wydawał się być najmniej poznanym. – Pierwszy, właściciel firmy ochroniarskiej. – Zaczął od łysiejącego, na oko pięćdziesięcioparolatka z zadbanym wąsem. Podeszłam bliżej. Na pierwszy rzut oka wydawałby się przeciętny. Tacy są najlepsi.

– I wziąłeś go, bo? – spytała Starfire, oderwawszy się od tekstu. – Prowadzi firmę ochroniarską, może potrzebować takich gadżetów.

– Słusznie, gdyby nie fakt, że kupił bokiem kilka sztuk tego właśnie urządzenia, a oficjalnie zaopatrzył firmę w inny model – wyjaśnił. – Ale dobra, przejdźmy dalej. I tak będziemy musieli później każdego dokładnie prześwietlić.

Kliknął na zmniejszoną zakładkę z Richardem Burtonem. Tym razem był to młodszy mężczyzna z brodą zaplecioną w warkocz i długimi, trochę niechlujnymi włosami. Na jednym zdjęciu trzymał tablicę z więziennym numerem, a na drugim, zrobionym z oddalenia, rozmawiał ze stojącym tyłem do fotografa gościem.

– Jak widać, Richard już nie raz siedział, ale od dłuższego czasu udaje mu się całkiem skutecznie grać przykładnego, zresocjalizowanego obywatela.

Robin lekko drgnął na dźwięk imienia. Jakby wybudził się z głębokiego zamyślenia. Czyżby nie słuchał Victora, bo już to wiedział? A może już zaczął powoli wszystko układać w głowie, by potem, krok po kroku, dojść do rozwiązania?

Miałam wrażenie, że przez chwilę patrzył na mnie, chyba jedyną osobę, która dostrzegła jego podświadomą reakcję. Przez myśl przemknęło mi, że on pewnie zdążył już założyć sobie bazę danych z folderami wypełnionymi informacjami o nas, kiedy my nawet nie znaliśmy jego nazwiska. A część także imienia. Zadziwiające.

Złapałam się na tym, że odpłynęłam, przegapiając przy tym wykład Victora o Richardzie. No pięknie. Mogłam co najwyżej liczyć na jakieś streszczenie na koniec.

– A najlepsze zostawiłem na koniec – rzucił lekko podekscytowany. – Slade Wilson – wysyczał, chcąc zbudować napiętą, przepełnioną grozą i tajemnicą atmosferę. Odczekał chwilę, dając wybrzmieć słowom.

– Możesz trochę szybciej. Grę mam zapauzowaną – mruknął zniecierpliwiony Beast Boy, niszcząc przy tym i tak nikłą otoczkę tajemniczości.

Victor zdzielił chłopaka przez łeb. Przygryzłam wargi, by nie parsknąć, czego i tak pewnie nie byłoby słychać przez głośne „Ej! Za co!?” Garfielda.

– Jak mówiłem, mój faworyt, Slade Wilson – wrócił do przemowy i zapełnił wszystkie ekrany  rozbudowanym opisem, uzupełnionym o zaledwie garstkę zdjęć, głównie jeszcze z czasów wojska. – Były żołnierz, teraz najemnik i jeden z najniebezpieczniejszych zabójców, jakich znamy – powiedział poważnym głosem. – Niezależny, cholernie skuteczny, w zasadzie nieuchwytny. Przypisuje mu się naprawdę wiele zbrodni, niektóre bardzo drastyczne. Cały czas się urywa. Działa, mogłoby się wydawać chaotycznie, ale dzięki temu nikt nie umie przewidzieć, co obierze sobie za cel jako następne.

– I że niby teraz to my stoimy mu na drodze? – spytał Beast Boy, lekko odsuwając się od Cyborga, by być poza zasięgiem jego ręki.

– Możliwe.

– Nie widzę, żeby miał on coś wspólnego z nami. Albo z Vertigo. Z czymkolwiek – rzekła sceptycznie Starfire. – Wolny strzelec, który robi co chce. Wiązałby się w cały taki układ z narkotykami? – ciągnęła, jak dla mnie całkiem rozsądnie.

– Widzisz Starfire, właśnie dlatego on jest tak dobry – wtrącił się Robin. – Znałem go już wcześniej, okropny gość. Nie podejrzewałabyś, że wkręcił się w narkotyki, więc właśnie to robi.

– Pokrętne myślenie – skwitował Beast Boy.

– W tym szaleństwie jest metoda – dodałam.

– Nikt nie wie, gdzie jest. Może zabija gdzieś w Azji, a w akcji z Vertigo uczestniczy tylko po części? To zawodowiec – powiedział ponuro Robin.

– Możemy sprawdzić jakieś transakcje? Skąd przepłynęły pieniądze za towar? – spytałam po chwili, stwierdziwszy, że przydałoby się wykazać jakąś aktywność. – O ile nie przekazywali sobie pieniędzy osobiście.

– Sprytne, Raven, ale niestety nie tutaj – odparł Victor. – Faktycznie, część transakcji była wykonywana z pomocą przelewów, ale goście wiedzą, jak się zabezpieczyć. Nie jestem w stanie określić, skąd pieniądze wypłynęły – dodał niezadowolony.

– To co teraz robimy? – spytał Beast Boy, który wyraźnie chciał się już urwać.

– Szukamy, analizujemy i łączymy w spójną historię – podsumował Robin. – Pewnie trochę to zajmie, ale jeśli będziemy konsekwentni, wyeliminujmy dwóch z nich i dopadniemy właściwego – zapewnił hardo, święcie przekonany o skuteczności planu.

– Z mojej strony to by było na tyle – mruknął Victor i wyłączył swoją prezentację.

 Beast Boy już ochoczo ruszył w stronę drzwi, ale przystopowałam go ścianą z materii. Spojrzał na mnie z wyrzutem, ale ja tylko kiwnęłam głową w stronę stołu, gdzie z „gratami” rozłożył się Robin. Odchrząknął i podjął:

– Najlepiej będzie, gdy przedstawię wam mój cały mój tok myślenia w tej sprawie. – Nabrał głęboko powietrza, a my wszyscy mentalnie przygotowaliśmy się na naprawdę długie gadanie. – Już od samego początku to wtargnięcie wydało mi się bardzo dziwne. Atakowanie wieży to bardzo głupi pomysł, a jednak, udało im się.

– Sorry, że się wtrącę, ale mnie też to cały czas gryzie – przerwał mu Cyborg. – Ja jeszcze rozumiem, zyskać dostęp do zasilania, spoko, da się zrobić. Ale znać wejścia, rozkład pomieszczeń, czy kody dostępu? – oburzył się i wyrzucił ręce w powietrze, o mało nie trafiając Beast Boy’a. – Przecież to wygląda tak, jakby weszli do własnego domu – sarknął. – Tak, jakby ktoś dał im dostęp – dodał już spokojniej.

Tym stwierdzeniem zasiał nieprawdopodobne, ale widoczne ziarno niepewności. Sugerował, że ktoś z nas był zdrajcą?

– Jak widać, paranoja Robina udzieliła się już Cyborgowi – rzucił Garfield, by rozluźnić atmosferę. – Ciekawe, kiedy ja zacznę dostrzegać śledzące mnie cienie? – dodał i teatralnym gestem pogładził się z zamyśleniem po podbródku.

– To nie jest zabawne – sarknął Victor. – Cieszmy się, że nikt za bardzo nie ucierpiał – mruknął, patrząc wymownie w stronę Beast Boy’a.

Wyglądało to raczej komicznie, niżeli groźnie, gdy niższy i o wiele drobniejszy Garfield napuszył się i spróbował odwzajemnić spojrzenie.

– Ej! – wtrąciła się Starfire. – Potem się pobijecie. Teraz musimy wspólnie rozwiązać ten problem.

Jej słowa poskutkowały i Robin mógł już w spokoju kontynuować.

– Pomijając już kwestię „jak”, przejdźmy do „dlaczego”. Uznaliśmy, że chodzi o Vertigo, ale dla mnie ta sprawa jest o wiele bardziej rozbudowana. Mam przeczucie, że kilka ostatnich zaginięć też się z tym wszystkim łączy, ale to nie jest teraz najważniejsze. Wiedzieli, że zaszliśmy już całkiem daleko w rozwiązywaniu tej sprawy. I pewnie pomimo tego, że staraliśmy się działać jak najdyskretniej, rozeszło się, że zaczęliśmy typować konkretne osoby i chcieliśmy po nitce do kłębka dojść, kto stoi na czele tego układu. Poczuli się zagrożeni i zaatakowali. Wykasowali wszystkie pliki dotyczące każdej naszej sprawy, czy to zamkniętej, czy nie. Nie zostawili kompletnie żadnych danych, za to nie tknęli nic poza tym – wyjaśnił.

– Wiedzieli, po co przyszli – mruknął w zamyśleniu Victor. – Przezornie usunęli wszystko, żeby nie wskazać, na czym im zależało. Genialne – rzucił z lekkim podziwem.

– Profesjonaliści – skwitował Robin.

– Chociaż i tak dziwni mnie, że nie zostawili nam żadnego prezentu niespodzianki. Bo ja wiem? Jakiegoś wirusa albo pluskwy w systemie. Weszli, zrobili co mieli zrobić i wyszli – kontynuował z nie do końca stosownym uznaniem.

– Tacy są najgorsi. Wiedzą, co robią. Apropo tej niespodzianki, to za kilka godzin powinniśmy mieć wyniki próbek tej substancji wybuchowej z laboratorium, ale mogę się założyć, że to coś pospolitego. Niestety system przeciwpożarowy też nie zadziałał i wszystko szlag trafił – skwitował z ponurą miną.

– System jeszcze przeżyję, ale moje laboratorium? Ta zniewaga krwi wymaga – mruknął Victor. – Przeszli samych siebie. Jakby zostawili pliki, wciąż mielibyśmy wyniki. Jakby zostawili laboratorium, moglibyśmy chociaż część danych otworzyć. A tak? – rzucił z nutą rozpaczy.

– Czyli, podsumowując, wszystko straciliśmy, a dodatkowo nic nowego się nie dowiedzieliśmy? – Starfire bardziej stwierdziła, niżeli spytała.

– Można by tak uznać. Jest jednak jedno „ale” – odparł Robin. – Jeśli spojrzeć na to z innej strony, to sprawca dał nam całkiem dużo wskazówek o sobie.

Wyłapałam, że mówił o jednej osobie. Chyba trochę za wcześnie wyrobił sobie opinię i wiedziałam, do czego zmierzały jego słowa.

– Strategiczny, bardzo dobrze przygotowany i wyposażony. Dlatego skłaniałbym się ku Slade’owi.

– Wydaje mi się, że trochę naginasz fakty, by pasowały do twojego założenia – wtrąciłam, niepewna, czy w ogóle powinnam to robić.

Wszyscy omietli mnie zdziwionymi spojrzeniami. Czy zarzucanie czegoś liderowi było niedozwolone? Robin oparł się o krawędź stołu, opuścił głowę i odetchnął głęboko, a my czekaliśmy w skupieniu na jego reakcję.

– Może masz rację, Raven – przyznał, gdy cisza stawała się już zbyt przytłaczająca.

– Po prostu przeprowadźmy śledztwo, bez nastawiania się na jakieś konkretne wyniki i wszystko będzie git – rzucił pocieszająco Beast Boy. – Czy możemy w takim razie uznać zebranie za zakończone? – spytał trochę niepewnie po chwili ciszy.

– Tak, na teraz to wszystko. Wieczorem się podzielimy, część pójdzie na patrol, a część zajmie się sprawą – zarządził Robin. Beast Boy odwrócił się na pięcie z rozmachem, szczerząc się w zadowoleniu. – Oczywiście po treningu – dodał jeszcze i uśmiechnął się sadystycznie.

Mina Garfielda momentalnie zrzedła. Zresztą nie tylko jego.

*****

No heeeeeej! Mam zajebistą wiadomość – odzyskałam kontakt z betą. Ten rozdział jest jeszcze „samodzielny”, ale następny, przewidywany na drugą połowę czerwca, powinien już zostać sprawdzony. W dodatku powiedziałam sobie, że do końca maja opublikuję, to opublikowałam xD.  Drugie, już nie takie przyjemne, to że ta kwarantanna wcale nie sprzyja kreatywnym działaniom, jak mogłoby się wydawać. Jedyne, czym mogę się pochwalić to, że obejrzałam Justice League Dark Apokolips War. Widzieliście? Czy wy to widzieliście? Co tam się działo! Ja nie wiem, co twórcy mieli w głowie, rysując i pisząc coś takiego. Trochę mi szkoda, że to już koniec, ale ten film tak zrył mi banie, że może faktycznie lepiej, że tak to rozegrali xD. Za to na pewno czekam na wszelkie nowości ze strony DC, bo jednak lubię ich animacje i chętnie obejrzałabym coś o Tytanach.

*nieśmiało* Może sezon 6?

PS. W ogóle co tu się stało z edytorem tekstu na bloggerze! Jeżu drogi! W końcu poszli po rozum do głowy i dodali parę opcji, co nie zmienia faktu, że wciąż będę pisać w wordzie, a potem zwyczajnie kopiować tutaj xD.

sobota, 4 kwietnia 2020

8. PANIC! IN THE TOWER

 Ciemność. Kompletny brak orientacji. Nie mogłam określić, gdzie się znajdowałam. A może czy w ogóle istniałam? Błogi stan całkowitego znieczulenia. W końcu otaczała mnie pustka. Nieskończona i niezmącona przestrzeń, cała dla mnie.

Byłoby zbyt pięknie, gdyby ten uświęcony stan trwał wystarczająco długo. Ale czy wystarczająco, nie oznaczałoby wiecznie?

Przestrzeń wokół mnie zaczęła pękać. Gładka, głęboka czerń rozłamywała się, wpuszczając z zewnątrz światło. Najpierw delikatne, prześwitujące w niewielu miejscach, ale z każdą chwilą, która mogła trwać zarówno sekundę, jak i całe lata, stawało się coraz bardziej wyraźne, wręcz oślepiające po tak długim czasie przebywania w mroku. Przez szczeliny wsunęły się świetliste, rozmyte obłoki. Myśli. Uczucia. Wspomnienia. Moje i cudze. Świat zewnętrzny. Dobijał się do mnie, chociaż tak bardzo nie chciałam wracać.

Wybudziłam się.

– Tego mi było trzeba – mruknęłam pod nosem, przeciągając się.

Ziewnęłam, wsunęłam buty i zarzuciłam pelerynę na plecy. Spojrzałam na zegarek. Była prawie trzecia w nocy. Mój cykl dobowy kompletnie się rozregulował odkąd zaczęliśmy swoją działalność, ale nie miałam z tym problemu.

Poszłam do salonu. Światło zawsze zapalało się automatycznie, jednak tym razem część lamp już działała.

– Jeszcze nie śpisz? – spytałam Robina, który stał przed holograficzną mapą Ziemi.

– A ty już wstałaś? – odgryzł się.

– Kogo szukasz? – Przeskoczyłam do następnego pytania, chociaż nie liczyłam na jakaś konkretną odpowiedź.

– A tam od razu szukam – sapnął i wyłączył hologram.

– Wiedziałam, że nie odpuścisz tak łatwo Abaddona – powiedziałam, a przez jego twarz przemknął cień niezadowolenia.

– Ta. – Podrapał się po karku. – Nastawiłem część systemu na ciągłe szukanie jakichkolwiek śladów. Nic więcej nie mogę zrobić.

– To dlaczego nie przestajesz się tym zadręczać?

 Zbiłam go z tropu tym pytaniem. Wziął ze stołu rękawiczki i powolnym krokiem przeszedł do kuchni.

– Herbaty? – Uniósł do góry pudełko z moim ulubionym naparem.

Kiwnęłam głową. Zaparzył dwa kubki, podał mi jeden, a w swój zaczął się wgapiać z nabożną czcią. Nie chciałam go ponaglać, ale wiedziałam co czuł. Pierwszymi myślami, które odebrałam po medytacji, były jego. Tak silne, że przebijały się przez pozostałe. A może wyłapywałam je z jakichś innych powodów, które niekoniecznie chciałam zaakceptować?

– Wiesz, że jak się już czegoś uczepię, to nie odpuszczam – zaczął i uśmiechnął się z politowaniem nad samym sobą. – Gość tak po prostu wypruwał z ludzi flaki. Teraz hasa sobie gdzieś na wolności, a te jego demony wciąż mogą zrobić komuś krzywdę. Nie mamy pojęcia, kiedy i gdzie zaatakuje...

– O ile zaatakuje – wtrąciłam. – Nigdy nie mamy pewności, a od kilku tygodni jest spokój.

– I sądzisz, że tak po prostu uznał, iż od teraz będzie grzeczny? Coś wydarzyło się między wami i zniknął. Co, jeśli zbiera siły? Albo szuka sojusznika?

– Twoje obawy są jak najbardziej słuszne i zgadzam się z tobą. Chodzi mi tylko o to, że czasami po prostu nie mamy nad czymś kontroli. I czasami musimy sami się zatrzymać, by coś innego poszło do przodu. Zobaczymy jak rozwinie się sytuacja. Czas i tak minie, ale to od nas zależy, jak go zagospodarujemy. – Miałam ochotę uderzyć samą siebie za te hipokrytyczne słowa, jednak za bardzo zależało mi na tym, by pomóc Robinowi.

– Ja to wiem, ale… Po prostu coś wewnątrz mnie nie daje mi spokoju. Mam przeczucie, że w związku z Abaddonem wydarzy się kiedyś coś naprawdę okropnego.

– Możesz mieć rację. W takim razie nie skupiajmy się na tym, że go nie złapaliśmy, tylko ruszmy do przodu i przygotujmy się na to, co nadejdzie. Pomóżmy tym, którzy są krzywdzeni teraz, przez rozprowadzających Vertigo – zasugerowałam, patrząc na niego z wyrozumiałością. Czułam, jak sumienie zjadało go od środka.

– Wiesz, że i tak nie zostawię tego tak całkiem – odparł i wzruszył ramionami.

– Nikt ci nie każe. Po prostu widzę, jak się męczysz i chcę ci pomóc. Tak samo jak ty chcesz pomagać innym.

– Vertigo to kolejny wrzód na dupie, który mnie niezwykle irytuje. – Zmienił temat. Klasycznie.

– Cały czas nad tym pracujemy…

– Ale wszystkie drogi się urywają. Już prawie coś mamy i wtedy „jeb!”, ślepy zaułek. Ostatni gość wydawał się obiecujący, ale to chyba kolejna zmyłka – powiedział niezadowolony i zamilkł na chwilę. – Nie rozumiem, czemu komuś aż tak bardzo zależy, by pozostać w cieniu. – Pokręcił głową i upił łyk.

– Szara eminencja – mruknęłam i zapadła między nami cisza.

Odstawiłam pusty kubek do zlewu i stanęłam przed Robinem.

– Czasami nieważne jak bardzo byś się starał, pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć. Dlatego idź spać, bo zmęczony na nic się nie zdasz – zasugerowałam poważnym tonem i nie oczekując odpowiedzi, odwróciłam się by wyjść.

– Odezwała się ta, co śpi grzecznie po nocach – prychnął zgryźliwie i uśmiechnął się półgębkiem.

– Zło nigdy nie śpi, Dick – odparłam, będąc już przy drzwiach.

Jakkolwiek odpowiedział, zagłuszyły go zasuwające się za mną drzwi.

 

 

  Wybudziłam się gwałtownie przez nieprzyjemne uczucie spadania. Miałam jakiś sen, ale to nie stąd się ono wzięło. Leżałam praktycznie na krawędzi kanapy w niezwykle skomplikowanej i zapewne bolesnej pozie. Obok mnie był rozwalony Beast Boy, który pewnie jak zwykle się rozpychał.

Całą piątką okupowaliśmy kanapę. Świadomość urwała mi się gdzieś przy trzeciej pozycji z dzisiejszej listy, którą musiał być jakiś niezwykle nudny film familijny.

 Ogromny telewizor był w trybie uśpienia, ale emitował wystarczająco dużo światła, bym mogła bez budzenia pozostałych wyplątać się ze sterty koców i rozrzuconego wszędzie jedzenia. Jakimś trafem cała noc obyła się bez potrzeby naszej interwencji. Ostatnim razem, gdy Beast Boy wymyślił maraton filmowy, już po kilku minutach wezwano nas do sporej jatki na obrzeżach miasta.

 Zebrałam swoją książkę i już miałam wychodzić, gdy przez całą wieżę przetoczył się dudniący, głęboki głos wyłączenia wszelkich urządzeń. Telewizor zgasł, tak samo jak ciągle aktywne ekrany w centrum dowodzenia. Drgnęłam nerwowo na trzask dochodzący od strony kanapy.

– Co się dzieje? – Robin zerwał się, ale jeszcze zaspany wszedł w stertę pudełek, wybudzając przy okazji resztę.

– Nie ma prądu – odparłam. – W wieży – dodałam, gdy Robin spojrzał przytomnie w stronę jak zwykle oświetlonego miasta.

– Zaraz powinno włączyć się awaryjne zasilanie – stwierdził bez cienia wahania Cyborg.

Zamilkliśmy. Oczekiwaliśmy na jakikolwiek sygnał. Z każdą przeciągającą się sekundą napięcie wzrastało.

– Dajcie trochę światła – rozkazał Robin.

Ręka Kori utonęła w zielonej kuli energii. Uniosła ją, a migocząca poświata położyła się na ścianach, tworząc groteskowe cienie, które tylko pogłębiały niepewną atmosferę.

Światło z dwóch reflektorków na ramionach Cyborga było już lepsze, ale bardziej punktowe. Robin też wyposażył się w niewielką latarkę. Beast Boy zamienił się w kota, a ja musiałam zadowolić się tylko w niewielkim stopniu przystosowanymi do ciemności oczami.

– Jeśli nie ma prądu, nie ma też całego systemu alarmowego i obronnego – zakomunikował z niepokojem Cyborg, który machał rękami w powietrzu, zapewne wyświetlając widoczne tylko dla niego obrazy i dane.

– Musimy się rozdzielić. Ja i Cyborg pójdziemy do generatora prądu i spróbujemy go zrestartować – zarządził. – Pozostali...

– Pierwsza zasada horrorów – nie rozdzielamy się – wtrącił poważnie Beast Boy, który na moment przemienił się w człowieka.

– Idźcie sprawdzić po kolei wszystkie możliwe wejścia. Prześlę wam oznaczony plan wieży – powiedział i sięgnął po swoje wszechstronne urządzenie. – Tylko bądźcie ostrożni, nie mamy pojęcia kto za tym stoi i ile może być przeciwników – dodał jeszcze, starając się zamaskować niepokój w głosie.

– Będziemy w stałym kontakcie. – Kori wskazała na przypięty do pasa komunikator i na ten ukryty w uchu. – Uważajcie na siebie – rzuciła zanim wyszliśmy z salonu.

 

 

 

  Przemierzaliśmy labirynt korytarzy powoli i w całkowitej ciszy. Czy tak pogmatwany układ wieży miał utrudniać potencjalnym wrogom poruszanie się, czy może to Robin testował naszą pamięć i orientację w terenie? Nie dość, że jedynym źródłem światła była płożąca się po podłodze poświata energii Starfire, to jeszcze w każdej chwili mogliśmy zostać zaatakowani.

Mój niepokój mieszał się ze zdenerwowaniem towarzyszącej mi dwójki. Ich emocje były wręcz dla mnie namacalne. Czułam się w jakiś sposób za nich odpowiedzialna.

– Stójcie – szepnęłam i zatrzymałam ich wyciągniętą ręką. – Zgaś światło – poleciłam szybko.

Kori zrobiła, co powiedziałam. Przyłożyłam palec do ust, ale przecież nie mogli tego zobaczyć.

– Nic nie mówcie. Bezpieczniejsza będzie rozmowa telepatyczna – rzekłam w naszych częściowo połączonych umysłach.

– Ktoś chyba idzie – poinformował Beast Boy.

– Też coś wyczuwam – odparłam.

– Ile osób? – spytała Starfire, która nawet w myślach brzmiała na zdenerwowaną.

Zawahałam się na chwilę. Nie byłam pewna, ale…

– Dużo – sapnęłam. – Na końcu korytarza… – zamilkłam na chwilę, by się lepiej skupić. – I chyba przy wejściu, które mieliśmy sprawdzić jako następne – dodałam.

– Powiadomię chłopaków, gdzie weszli – rzekła Kori i ledwo dostrzegłam w mroku, jak unosiła rękę do komunikatora.

– Czekaj – krzyknął wręcz Beast Boy. – Czy gdzieś przy tym wejściu nie znajduje się przypadkiem generator?

– Wielki Maaganie… – szepnęła pod nosem poruszona Starfire, sprawdzając plan wieży. – Masz rację. Raven, teleportuj nas tam – zarządziła gorączkowo, a poświata bijąca z urządzenia zniekształciła groteskowo jej zaniepokojoną twarz.

– Nie mogę. Możemy wpaść w sam środek walki – odparłam bez namysłu. – Poza tym jeden problem mamy przed nami. Chłopcy sobie poradzą – zapewniłam, chociaż z tyłu mojej głowy grasowały jak zawsze jakieś czarne, wątpliwe myśli.

– Skopmy tyłki tym tutaj i potem im pomożemy – zaproponował Beast Boy. – Dajcie no mi tutaj światło, żebym widział, jak będą przede mną uciekać w popłochu – powiedział, a ja mogłam sobie tylko wyobrazić, jak zapewne uśmiechał się przy tym głupkowato i na dodatek poruszał zawadiacko brwiami.

Starfire wypuściła mnóstwo kulek energii, które jak flary rozświetliły korytarz migotliwym światłem. Na zakręcie dostrzegłam kilka sylwetek. Jak w pourywanym filmie, przybliżały się z każdym rozbłyśnięciem światła.

– Atak! – krzyknął Beast Boy i rzucił się ku nim.

 Ruszyłam ramię w ramię z nim i Starfire, nacierając praktycznie na ślepo. Wypuściłam materialną łapę, którą zgarnęłam kilku przeciwników naraz. Ich ciała plasnęły o ścianę, chrupnęło kilka kości. Beast Boy warknął jako jakiś kotowaty i wgryzł się w uzbrojoną w długi miecz rękę. Miałam wrażenie, jakby coś mokrego skapnęło mi na twarz, ale wolałam nad tym nie myśleć.

 W kilku krokach znalazłam się w samym centrum walki. Kierując się na wpół wzrokiem, a na wpół słuchem, ciskałam materią w sapiące z wysiłku sylwetki. Ktoś otarł się o moje plecy. Obróciłam się gwałtownie, wypuszczając pięść z rozmachem. Trafiwszy chyba w głowę, syknęłam z bólu. W chybotliwym świetle mignęło mi osuwające się pod moje stopy ciało.

Podświadomie wystrzeliłam płożącą się po ziemi falę energii. Kilka ciał wpadło na siebie. Skrzywiłam się na zgrzyt i mlaśnięcie, jakie towarzyszyło przeszyciu ludzkiego ciała przez ostrze. W kolejnym rozbłysku światła dostrzegłam napastnika. Zablokowałam cios i posłałam go kopnięciem na ścianę. Złamał się w pół. Wyskoczyłam, wzięłam ogromny zamach i powaliłam go uderzeniem w potylicę.

Koło ucha świsnął mi metaliczny odgłos poruszającego się z ogromną prędkością ostrza. Instynktownie zasłoniłam się tarczą. Rozległy się strzały, znowu poczułam krople na ciele. Usłyszałam obok siebie mrożący krew w żyłach skowyt, a przede mną poszybowała zielona fala energii, zmiatająca wszystko, co stało jej na drodze. Strzały ustały, a jedynym dźwiękiem falującym w ciemności było ciężkie dyszenie.

– Raven – wycharczał z siebie Beast Boy.

Dostrzegłam go skulonego na podłodze. Rzuciłam się na kolana, wpadając w lepką kałużę. Do nosa dotarł metaliczny, słodki zapach krwi.

– On krwawi – rzuciłam do Starfire zdławionym głosem. – Bardzo – dodałam.

Głowa Garfielda osunęła się na bok, a zaraz potem całe ciało. Złapałam go.

– Zabierz go stąd – zarządziła między dwoma ciosami. – Zatrzymam ich na jakiś czas – zapewniła, powalając przeciwnika kopnięciem.

– Uleczę go i wrócę – odparłam, przytrzymując jego zadziwiająco ciężkie ciało.

Teleportowałam się do mojego pokoju. W przypływie pędzonych adrenaliną myśli, jakimś sposobem uznałam go za bezpieczne miejsce. Położyłam delikatnie Beast Boy’a na podłodze koło okna. Machnięciem ręki odsłoniłam zasłony, wpuszczając chociaż odrobinę poświaty księżyca, który tej nocy, jak na złość, skrywał się za chmurami.

Wytężyłam wzrok. Dotychczas białe elementy jego stroju zamieniły się w czerwone, mokre plamy. Spojrzałam na ranę. W rozproszonym świetle wyglądała tak, jakby ktoś przecinał skórę wyjątkowo tępymi nożyczkami. Poszarpana, wiotka skóra odsłaniała ziejącą szkarłatem jamę. W pierwszej chwili, gdy przyjrzałam się rozerwanym mięśniom i błyszczącym, śliskim wnętrznościom, zawahałam się i musiałam odwrócić wzrok.

– Weź się w garść – warknęłam do siebie. Garfield wciąż obficie krwawił.

Przeszło mi przez myśl, że chyba posiadał usprawnioną regenerację, ale coś sprawiało, że nie działała.

Uniosłam dłonie nad ranę. Starałam się jak najbardziej skupić, ale cały czas z podświadomości napływały rozpraszające, czarne myśli.

– Po prostu to zrób – fuknęłam na siebie.

Wyobraziłam sobie, jak wszystkie uszkodzone tkanki zasklepiają się. Przedziurawione jelito, rozszarpane mięśnie, aż do zielonej skóry. Rana zrastała się, nie pozostawiając po sobie praktycznie żadnego śladu, oprócz kałuży krwi na podłodze i przemoczonych nią strojów.

Zwinęłam się gwałtownie z bólu. Jęknęłam. Nie musiałam otwierać oczu, by wiedzieć, że rana faktycznie zaczęła się zasklepiać. Czułam, jakby rozrywano moje wnętrzności, grzebiąc w nich rozpalonym do czerwoności ostrzem. Skręciłam się jeszcze bardziej. Całe powietrze uszło z moich płuc. Myśli rozwiały się, ustępując miejsca fali gorąca, wzbierającej i rozchodzącej się po całym ciele. Miałam wrażenie, jakbym miała zaraz stracić przytomność. I wszystko zniknęło, tak nagle, jak się pojawiło.

Cholerne współodczuwanie. Przeniesienie uszkodzeń uleczanej osoby było tak realistyczne, że aż przez chwilę pomyślałam, iż obok szkarłatnej kałuży wokół Garfielda, znajdę drugą, utworzoną przez moją krew. Półdemoniczne ciało oferowało mi lepszą niż ludzka regenerację, a poprzez udostępnienie tej umiejętności innym, mogłam uleczać. Z pewnymi ograniczeniami. I wyjątkowo nieprzyjemnymi doznaniami współodczuwania tego, co ofiara.

Niestety byłam nieostrożna. I nieskupiona. A przynajmniej niewystarczająco. Już miałam zerwać nasze połączenie, ale moja podświadomość gdzieś się wymknęła i zawędrowała do głębszych warstw umysłu Garfielda. Wszystko, czego chciałam uniknąć, wydarzyło się w ułamku sekundy. Wchłonęłam jego dawne wspomnienia, razem ze związanymi z nimi uczuciami.

Przygniotło mnie, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Ponownie się skuliłam. Smutek, cierpienie, wielka tragedia. Były wręcz namacalne. Spoczęły na moich ramionach. Dotknęłam najczulszego punktu. Nie mogłam trafić gorzej, niż śmierć rodziców.

– Wielka Azar – stęknęłam, tym razem odczuwając prawdziwy ból głowy.

Chciałam wyprzeć jego myśli, ale było za późno. Przyjęły się już i wygodnie zagnieździły w moim umyśle, by móc siać chaos wśród mojego wewnętrznego spokoju.

Spojrzałam niepewnie na wciąż nieprzytomnego Beast Boy’a. Wszystko się zmieniło. Nie byłam w stanie patrzeć na niego tak, jak wcześniej. Tyle stłumionych emocji pod maską humoru.

– Azar… -szepnęłam, odczuwając nie do końca znane mi wcześniej współczucie i litość.

Najlepszym pytaniem z miliona, które miałam wtedy na myśli było to, czy miał świadomość tego zetknięcia się naszych umysłów. Modliłam się do wszystkich bóstw, by chociaż tutaj dopisało mi szczęście i to się nie stało.

Nie mogłam czekać dłużej. Musiałam pomóc Starfire, a Garfield wciąż się nie wybudzał, chociaż nie wiedziałam czemu. Postanowiłam więc osłonić go na wszelki wypadek tarczą i teleportowałam się z powrotem na miejsce walki.

– Starfire? – rzuciłam w przepełniony ciszą mrok

Widząc ledwie na jakieś pół metra i potykając się, przekraczałam rozrzucone niczym szmaciane lalki ciała. Nigdzie nie dostrzegłam płomiennych włosów Kori, ale nie słyszałam też żadnych odgłosów walki. Czyżby tym, którzy przetrwali, udało się ją porwać? To nie miało sensu. A przynajmniej tak sobie wmawiałam.

– Starfire? – powtórzyłam, tym razem do komunikatora.

Zeszłam poziom niżej. Zatrzymałam się. Usłyszałam zmęczone sapnięcia i głuche walenie o podłogę. Podeszłam powoli wzdłuż ściany do źródła dźwięku. W mroku jarzyła się para zielonych oczu skierowanych do dołu.

– Kori? – spytałam zdziwionym głosem.

Nawet na mnie nie spojrzała. Chyba przytrzymywała za szyję szarpiącego się mężczyznę, który desperacko wierzgał nogami. Raz po raz uderzała nim o podłogę z głuchym łoskotem. Po chwili nastała cisza, wypuściła powietrze ze zmęczeniem i dopiero odwróciła ku mi płonące oczy. Mogłam przysiąc, że widziałam w nich czystą furię. Myślałam, że musiała ochłonąć, ale zaraz odezwała się, spokojnie, lecz zgryźliwie:

– Nie spieszyłaś się, ale spokojnie, poradziłam sobie. Jak Garfield?

– Miałam małe komplikacje, ale już wszystko w porządku. Nie wybudził się i zostawiłam go pod ochroną w moim pokoju – odparłam spokojnie.

– Musimy iść do chłopaków – zakomunikowała i ruszyła w głąb korytarza. – W ogóle się nie odzywali, nie wiem czy przez to, że są jakieś zakłócenia, czy… – urwała, ale sama domyśliłam się, co mogła mieć na myśli.

W ciszy przerywanej tylko dźwiękami naszych szybkich, ale jak najdyskretniejszych kroków rozległ się niespodziewanie narastający pomruk. Wszystkie urządzenia w wieży wracały do życia, łącznie ze światłami.

Starfire spojrzała na mnie pełnym ulgi uśmiechem i poderwała się do lotu. Błyskawicznie dotarłyśmy pod drzwi głównego generatora, do których droga była dosłownie usłana ciałami. I krwią. Tutaj, ubranych we wzmacniane, kompletnie czarne stroje intruzów było prawdopodobnie nawet więcej, niż na górze.

– Robin!? – krzyknęła Kori.

– Jestem, jestem – odparł łamiącym się głosem z pomieszczenia.

Weszłyśmy do obstawionego dookoła komputerami „małego centrum zarządzania światem”. Cyborg odwrócił się od blatu, ukrytego gdzieś pod ciągiem podświetlonych konsol i klawiatur.

– Co to miało być, do cholery! – ryknął, wyrzucając w zaaferowaniu ręce do góry.

Podeszłam do Robina, który opierał się o ścianę. Zlustrowałam go uważnie, pomimo zdziwionej miny, jaką mi posłał.

– Jesteście cali? – upewniłam się.

– Nie – burknął Victor w odpowiedzi. – Mój honor i godność mają krwotok wewnętrzny, zawał, udar i tamponadę serca jednocześnie – dodał na jednym oddechu, uderzając pięścią o blat. – Jakim prawem oni obeszli mój system? No ja się pytam, jak? – lamentował dalej.

Dotknęłam Dicka w ramię, by uzyskać odpowiedź na moje wcześniejsze pytanie. Kiwnął delikatnie głową, chociaż wiedziałam, że nie wyszedł z tego tak nietknięty, jakby chciał.

– A gdzie jest Beast Boy? – zreflektował się nagle Cyborg i spojrzał na nas podejrzliwie.

– Trochę oberwał. Jest u mnie w pokoju – odparłam.

– Zajebiście! – Walnął pięścią w blat, aż Starfire podskoczyła nerwowo. – Muszę robić system praktycznie od zera – burknął, wgapiony w monitor, jakby olewając moją odpowiedź.

– Trzeba się zająć intruzami – rzucił Robin. – Nie przesłucham każdego, ale kilku sobie zostawię, a resztę oddam Lidze. Trzeba jeszcze sprawdzić, czy czegoś nie zajebali – poinformował i wyszedł.

– Chyba nic tu po nas – stwierdziła Kori. – Chodźmy pomóc Robinowi – zaproponowała.

 

 

  Stałam za fenickim lustrem. Uważnie przyglądałam się przeciętnie wyglądającemu młodemu mężczyźnie, który uparcie milczał, wpatrując się w stronę tego pomieszczenia. Miałam nieodparte wrażenie, że mnie widział, ale ciągle wmawiałam sobie, że to puste, lecz świdrujące spojrzenie nie mogło przeniknąć specjalnej szyby.

Czekałam, aż Robin mnie wezwie. Zanim jeszcze do niego wszedł, wiedział, że nic z niego nie wyciągnie. Mimo podszeptywania mu raz po raz czegoś do ucha, mimo stania nad nim z wyraźnie górującą postawą, nie odezwał się. No to czekałam. Czekałam, aż będę musiała wleźć mu do głowy. Mieliśmy pozwolenie. Przynajmniej taki wniosek wyciągnęłam ze zirytowanego burknięcia Robina, którym obdarzył nas po poprzednim, nieudanym przesłuchaniu. Ciekawe, jakie metody na takich upartych miała Liga?

Dick wstał z krzesła, nie zdradzając w swojej postawie czy drobnych gestach żadnych emocji, obrócił się i popatrzył wprost na mnie. Kiwnęłam głową i ponownie usiadł okrakiem, jak w siodle, na krześle.

Weszłam do pokoju przesłuchań. Robin odchylił się do tyłu, łapiąc jedną ręką za oparcie, a drugą wskazując na mężczyznę.

– Jest twój – rzucił lekko.

Zakładałam, że w innych warunkach takie działanie by nie przeszło, ale biorąc pod uwagę, że ktoś nasłał na nas całkiem niemałą armię wyszkolonych marionetek, każda metoda, nawet ta nie do końca zgodna z moralnymi zasadami, była dobra. Zwłaszcza, że udało im się wtargnąć do wieży, co nie miało prawa się wydarzyć. Nigdy. Tak przynajmniej nas zapewniano.

Podeszłam do niego od tyłu. Naszła mnie ochota na jakieś teatralne, dramatyczne zagranie, więc pochyliłam się lekko i przysunęłam dłonie do jego skroni. Przymknęłam oczy. Mogłabym to równie dobrze zrobić z drugiego końca wieży, ale czy smolista mgiełka wypełzająca z moich rąk i otulająca głowę przesłuchiwanego nie nadawały temu mrocznej, dramatycznej atmosfery? Jeśli tylko istniała jakaś szansa, że mógł się chociaż na chwilę przerazić tym widokiem odbijającym się w lustrze, to za zaatakowanie nas, należało mu się.

Wślizgnęłam się do jego umysłu. Otuliła mnie pustka, ale naznaczona jakimś niematerialnym śladem, energią, która wywoływała we mnie niemiłe uczucie deja vu. Poza tym nie napotkałam niczego konkretnego w świadomości. Taki stan wypracowywało się tysiącami godzin ćwiczenia medytacji. Przesunęłam się dalej, do podświadomości. Uderzyły mnie proste, ale niezwykle silne komunikaty. Zadania do wykonania. Dosłownie wyryte w jego umyśle. Za to wspomnienia… były niedostępne. Widziałam je, czułam, ale były rozmazane, zlewały się w całość, mieszały gdzieś za grubą, niematerialną ścianą. Nie mogłam odróżnić jednego zdarzenia od drugiego, osób, które w nich uczestniczyły, ani miejsc. Co mu zrobili? A przede wszystkim, kto?

Wróciłam. Zanim spojrzałam na Robina, uciekłam wzrokiem w bok. Dopiero potem posłałam mu nieme, niezadowolone „nic”, na które nie zareagował w żaden widoczny sposób. Machnął tylko ręką, pokazując, bym wyszła za nim.

– Jak to „nic”? – spytał na korytarzu, obnażając delikatnie górne zęby.

– Jest jak marionetka. Po prostu wyprano mu mózg – stwierdziłam, również niepocieszona.

– I nie ma żadnego sposobu, żeby cokolwiek z niego wyciągnąć? – W jego głosie pobrzmiewała nuta złudnej nadziei; za wszelką cenę chciał coś zrobić w tej sprawie.

– Teoretycznie… – mruknęłam, a Robin automatycznie przeszedł w stan uważnego słuchania. – Nie pozbawiono go wspomnień całkowicie. Coś mu tam zostało, ale nie mam do tego dostępu – przyznałam.

– A istnieje jakiś sposób, żeby się do nich dostać? – spytał trochę ożywiony. – Dowiedzielibyśmy się, kto ich nasłał.

Uciekłam wzrokiem w bok i zrobiłam zamyśloną minę. Jedyne, co przychodziło mi do głowy, w ogóle mnie nie pocieszało.

– Nie dam rady sama, ale jeśli pomógłby mi ktoś o podobnych zdolnościach, to może…

– Znasz kogoś takiego? – Coraz bardziej się nakręcał i chociaż starał się grać opanowanego oraz chłodnego, wychwytywałam delikatne gesty, jak chociażby cień cwanego uśmiechu, który ukrywał się na jego twarzy za każdym razem, gdy układał w głowie chytry i najprawdopodobniej skuteczny plan na pokonanie przestępcy.

– W Lidze powinni mieć kogoś takiego – odparłam wymijająco. Do głowy przychodziła mi jedna osoba…

– Skontaktuję się z nimi i dam ci znać. Powiem też, żeby nie wydawali na razie pozostałych – powiedział, spoważniał i kiwnął głową w stronę pokoju przesłuchań. – A tego na razie sobie potrzymamy – dodał z sadystycznie uniesionym kącikiem ust. Obrócił się, by wejść do środka.

– Poczekaj – rzuciłam z wahaniem.

 Zatrzymał się i spojrzał pytająco. Zebrałam myśli w kupę i zaczęłam powoli konstruować na głos mój tok myślenia.

– Sposób, w jaki ktoś zablokował im wspomnienia, może być dla nas wskazówką. To nie jest umiejętność podrzędnego maga czy demona, a kogoś bardzo potężnego i zdolnego. I mam wrażenie, że gdzieś już zetknęłam się z tym śladem, który pozostał w jego umyśle…

– Ale nie jesteś w stanie podążyć jego tropem? – pociągnął wątek z zaciekawieniem w głosie.

– Nie… To tak nie działa – odparłam powoli.

– Powiedz, co ci chodzi po głowie, Raven – ponaglił.

– Nie mam pewności, ale… jeśli to… – zawahałam się. Abaddon? – Zresztą nie… Nie chcę wyciągać pochopnych wniosków, bo za bardzo się na tym skupimy i będziemy dążyć do ich potwierdzenia – kontynuowałam, pilnując, by ton głosu ani mimika nic mu nie zdradziły.

Chciałam to na siłę połączyć. Nasze myśli krążyły wokół porażki z Abaddonem, to pewnie dlatego. Nie miałam żadnych dowodów, a kolejne bezpodstawne przeczucia z czeluści mojej intuicji.

Robin uniósł pytająco brew.

– Skoro tak sądzisz – mruknął i wzruszył ramionami. – Pomęczę jeszcze tego, aż ktoś z Ligi nie przyjdzie.

Otwarł drzwi i zamarł w progu. Sadystyczna satysfakcja zniknęła. Otoczyła go furia.

– No chyba sobie, kurwa, kpisz! – warknął i wszedł do środka pełnymi agresji krokami.

Nie wiedząc w pierwszej chwili, o co mu chodzi, zajrzałam do środka. Robin pochylał się nad nieprzytomnym mężczyzną. A w zasadzie martwym mężczyzną. Jego ciało przechyliło się w bok i nie zsunęło się z krzesła tylko dlatego, że ręce wciąż tkwiły przypięte kajdankami do solidnego, metalowego pręta wkręconego w stół.

– Nie sprawdziłem – syknął. – Nie pomyślałem… Znowu mi coś umknęło – mamrotał gniewnie do siebie.

– Otruł się? – spytałam, domyślając się, o co mu chodzi.

– Najprawdopodobniej – sarknął i obszedł go. – Tego tutaj wcześniej nie było. – Wskazał na jakiś niewielki, okrągły przedmiot leżący przed przesłuchiwanym.

Pochylił się i dokładnie przyjrzał. Również podeszłam bliżej. Robin sięgnął ostrożnie po urządzenie, ale ubiegła go wiązka światła, która niespodziewanie wystrzeliła do góry. Równocześnie podskoczyliśmy, zaskoczeni. Ponad stołem ukazał się hologram. Przez chwilę wyglądało to tak, jakby obraz śnieżył, ale na czarno. Dopiero po chwili z ciemności wyłoniła się sylwetka. Zmrużyłam oczy, ale mężczyzna celowo pozostawał w cieniu, przez co jedyne, co dojrzałam, to pomarańczowa połowa maski odznaczającej się w mroku.

– Wkroczyliście na niebezpieczny teren, Młodzi Tytani. Mój teren. Potraktujcie najście moich ludzi jako małą nauczkę, ale nie pokaz siły. Ten może dopiero nadejść, jeśli nie przestaniecie wtrącać się w sprawy dorosłych – zagroził nam głębokim, lekko chropowatym głosem, ale nie zniekształconym w żaden sposób.

Hologram zniknął, zostawiając nas w osłupieniu. Nim zdążyliśmy wykonać jakikolwiek ruch, urządzenie zazgrzytało, wypuściło iskry i puściło śmierdzący przepalonymi obwodami dym. Spojrzałam na Robina, którego miny nawet nie próbowałam rozszyfrować. Nie chciałam też zagłębiać się w jego uczucia, bo nie byłabym w stanie stwierdzić, czy bardziej był zirytowany, zaskoczony, czy może wręcz zagubiony.

– O jakie sprawy dorosłych mu niby chodziło? – palnął po chwili milczenia. – Vertigo?

Nie odpowiedziałam, tylko rozmasowałam skronie. To chyba było dla mnie za wiele. Potrzebowałam spokoju, ciszy, medytacji. Nie kolejnej sprawy i gościa spod ciemnej gwiazdy.

– Możliwe – mruknęłam w końcu. – Najpierw musimy się chyba zająć tym tutaj. – Machnęłam ręką w stronę ciała. – Robi się nieciekawie – dodałam posępnie.

– Co za skurwysyn tak z nami pogrywa? – syknął, stukając nerwowo palcami o blat.

– Ej, kto tu się tak nieładnie wyraża? – Doszedł nas z korytarza głos Beast Boy’a.

Chłopak pojawił się w drzwiach, zamarł i rozdziawił usta.

– Ale wy wiecie, że przesłuchiwany mimo wszystko musi być przytomny, nie? – palnął, ale kiedy dostrzegł morderczy wyraz twarzy Robina, zaśmiał się nerwowo. – Mamy gości – dodał poważniej, wskazując kciukiem gdzieś za siebie, usilnie omijając wzrokiem okolice miejsca, w którym stałam.

– O czym ty gadasz? – spytał zdziwionym, ale i zirytowanym głosem Dick.

– No Batman przyszedł – odparł, jakby była to najoczywistsza rzecz na świecie.

 

– Mówcie, co się stało – zaczął bez ogródek Batman, gdy tylko całą piątką zasiedliśmy na kanapie.

– Złamali wasze zabezpieczenia, to się stało – wypalił wciąż zdenerwowany Cyborg. Kontynuował, z każdym słowem przyspieszając – Tym razem to ja się zabiorę za ten system, nie…

– Macie podejrzenia, kto to zrobił? – spytała Wonder Woman, uciszając Victora spojrzeniem.

– Nie, ale zostawił nam wiadomość – odparł Robin. Wygrzebał z paska malutkie urządzenie. – Zniszczone – dodał, gdy w mgnieniu oka zniknęło ono z jego dłoni w towarzystwie powiewu powietrza wywołanym przez Flasha.

– Zobaczymy, może uda się coś wyskubać – powiedział, podając je Batmanowi, który przyjrzał się tylko przelotnie i schował je do skrytki przy pasie.

– Sam dałbym radę to zbadać – burknął Cyborg z założonymi na piersiach rękami.

– Inne informacje? – spytał beznamiętnie Batman.

– Mamy nagrania przesłuchań i samej wiadomości – odparł niechętnie Robin. – Chyba nie zamierzacie nam zabrać tej sprawy? – wypowiedział do tej pory zawieszone i drgające z niepewności w naszych głowach pytanie.

– Zostaliście zaatakowani, chociaż jak widać, doskonale sobie poradziliście. Jednak z racji, że jesteście naszymi podopiecznymi, nie możemy tak tego zostawić – odparła Wonder Woman.

– Ktoś ma w ogóle jakiś pomysł, dlaczego gościu to zrobił? – palnął po chwili ciszy Beast Boy.

W zasadzie pytanie nie było głupie. Było nawet bardzo zasadnicze i jednym z wielu, które tłukły mi się po głowie, chociaż domyślałam się, że pozostałym również.

– Chyba nie po to, żeby nas ostrzec… Przecież mógł się przez to odkryć – zauważyła Starfire.

– Miał pewność, że nie zdradziłby się tym atakiem – wtrąciłam – bo wszyscy jego ludzie są jak marionetki. Wypełniają ślepo proste polecenia.

– Sprawdziłaś tylko jednego – zauważył Robin, drapiąc się po podbródku. – A co, jeśli pozostali mieli inne rozkazy?

– Sprawdziliśmy już wszystkie pomieszczenia? – podchwycił tok myślenia Victor.

– Nie zdążyliśmy – odparła Starfire.

 Trójka członków Ligi przyglądała się nam z zaciekawieniem. Wonder Woman i Flash nawet uśmiechali się półgębkiem na widok tej pracy zespołowej.

– Zabrali coś? Coś, co wskazywałoby na osobę stojącą za Vertigo? – spytał Beast Boy.

Wydawało mi się, że za bardzo się rozpędziliśmy. Powiązaliśmy atak na wieżę z narkotykami. Czy słusznie? Teoretycznie nastąpił on w momencie, kiedy byliśmy już naprawdę blisko rozpracowania handlu Vertigo, ale narobiliśmy sobie dużo wrogów w czasie tylko kilkumiesięcznej działalności.

– Możemy się całkiem szybko o tym przekonać – rzucił Robin z nutką podekscytowania w głosie.

Wystrzelił gwałtownie z kanapy, okrążył ją i biegiem wypadł na korytarz przez ledwo rozsunięte drzwi.

*****

 Publikuję, bo nie ma sensu dłużej czekać. Dla Was stety, a dla mnie chyba nie... no cóż. Od bety otrzymałam tylko pojedynczą wiadomość S.O.S., a potem kontakt ponownie się urwał. Miałam bardzo dużo wątpliwości co do tego rozdziału, ale na szczęście, gdy zaczęłam pisać następny, stało się jasne, jak ma wyglądać ten i co chcę w nim przekazać. A przynajmniej po części.

 Kolejną dobrą wiadomością (a co mi tam, czasy złe, to chociaż jakieś pozytywy Wam tu przekażę) jest to, że mam konkretny pomysł na najbliższą fabułę (WOW! dopiero teraz?) i powoli zaczynam kręcić różne spiski i sploty wydarzeń. Także możecie się spodziewać, że teraz wszystko już ruszy do przodu, jeśli na ten moment było dosyć leniwie. Chociaż porównują do moich poprzednich opowiadań (ale raczej nie powinnam tego robić xD) to i tak ta akcja się jakoś toczy i trzyma się kupy. 

 Mam tylko jakieś niejasne obawy dotyczące pisania bez bety... Tak się do tego przyzwyczaiłam, że boję się o poziom rozdziałów publikowanych bez jej wsparcia i wytykania, co jest źle. No a nie będę przecież potem przerabiać kilku rozdziałów, jeśli okażą się złe, tylko będę musiała jakoś wybrnąć pisząc na bieżąco. O ile w ogóle dojdzie do wznowienia współpracy, bo na razie nie mam pojęcia, co się dzieje.

 Dużo zdrówka i cierpliwości w czasie izolacji, a pisarzom weny, żeby produktywnie ten czas spędzili. Trzymajcie się. 

 PS No i oczywiście dajcie znać, co sądzicie o tym rozdziale. Może jakieś przypuszczenia, teorie spiskowe? Chętnie poczytam.