niedziela, 7 lipca 2019

4. TITANS, GO!

 Znowu przemierzałam te niczym nie różniące się od siebie, szare, puste korytarze bazy Ligi Sprawiedliwości. Tym razem było jednak trochę inaczej. Za mną kroczyła czwórka dosyć niecodziennie wyglądających postaci, a prowadził nas sam Flash, który co jakiś czas próbował nas zagadać, ale bez skutku.

W sumie, jakby nie patrzeć, to akurat w tym miejscu nie wyróżnialiśmy się specjalnie z tłumu. Nikogo nie dziwiły maski, peleryny, czy zbroje z pozaziemskiego metalu. Nikt nie zwracał też uwagi na zieloną skórę, kamyczek na czole, a nawet sunące gładko ponad podłogą postacie. Można by rzec, że my, piątka nastoletnich odmieńców, świetnie wpasowywaliśmy się w atmosferę tej tajnej bazy.

Szliśmy przed dłuższą chwilę w milczeniu. Nie mieliśmy nastroju do rozmowy. W końcu Liga nie wzywała nikogo na miłą pogawędkę. Czułam nieprzyjemny ścisk w brzuchu. Miałam wrażenie, jakby żołądek skręcał mi się i podnosił do gardła. Starałam się nad sobą panować, ale nie byłam pewna, czego mogliśmy się spodziewać. Szliśmy jak na ścięcie. A gdy otwarły się drzwi ogromnej sali narad, poczułam, jakby właśnie wokół naszych szyi zatrzasnęły się dyby.

Tym razem przywitało nas znacznie więcej członków, niż gdy byłam tu sama. Wielu z nich nawet nie rozpoznawałam. Moją uwagę przykuła za to Zatanna. A właściwie jej trudny do określenia grymas na twarzy. Na mój widok jakby się zezłościła, potem przewróciła oczami, a na koniec próbowała przybrać pokerową twarz, ale zdradzał ją pełen nieufności wzrok. Z czystej złośliwości zajęłam miejsce naprzeciwko niej.

– Pewnie domyślacie się, po co was tutaj sprowadziliśmy – zaczął Batman. Wstał od stołu i zaczął przechadzać się wokół. – Śledziliśmy wasze poczynania w San Francisco i uznaliśmy, że macie w sobie potencjał. Trzeba tylko odpowiednio wami pokierować. – Zatrzymał się i omiótł nas wzrokiem, niczym drapieżnik wybierający ofiarę. – Wstąpienie do Ligi nie wchodzi w waszym wypadku w grę, postanowiliśmy więc, że stworzymy z was drużynę, która będzie działać pod naszym nadzorem.

Poczułam, jak w Robinie narastał gniew. Przewidział, co planował Batman. Atmosfera zagęściła się. W naszych głowach kłębiły się pytania, które baliśmy się zadać. Nikt nie chciał się odezwać.

– Oczywiście, nie musicie się na to zgadzać – dodał po chwili ciszy, przerywanej jedynie stukaniem palców Robina o blat. Miałam jednak wrażenie, że decyzja już zapadła, a my nie mieliśmy nic do gadania.

– Chcemy jedynie dać wam szansę na legalną działalność. Zapewnimy trening, mieszkanie i jakiekolwiek inne wsparcie, którego będziecie potrzebować. – Do akcji wkroczyła Wonder Woman. Wstała i oparła się pięściami o stół. W jej oczach nie widziałam jednak wrogości. Rzeczywiście jej na nas zależało. – Możecie się zastanowić, damy wam czas. Przemyślcie to – powiedziała spokojnym głosem.

Obejrzała się przez ramię na stojącego w milczeniu Batmana. Kiwnął głową na zgodę, że możemy się rozejść.

– Nawet na to nie liczcie! –  warknął Robin, wstając gwałtownie od stołu. W końcu stracił cierpliwość i dał upust emocjom. – Nie mam zamiaru grać w te wasze gierki. Chcecie nas nadzorować! Nie liczcie, że zgodzę się dołączyć do tej drużyny. Na pewno nie na waszych zasadach! – dokończył dosadnie, a dla wzmocnienia swoich słów, uderzył pięściami w stół.

– Robin, spokojnie – rzekła Wonder Woman. Wysunęła ręce w pokojowym geście. – Nikt was nie zmusza. – Wyłapałam, jak wymownie zerka w bok, w stronę Batmana. Znała jego motywy. Wiedziała, dlaczego to robił i chyba jej się to nie podobało.

Pozostali członkowie Ligi milczeli. Nasza piątka również.

– Dajemy wam szansę. Możecie już iść – powiedziała, a wysokie drzwi otwarły się automatycznie. – Macie czas, przemyślcie to na spokojnie – dodała.

Wstaliśmy i ruszyliśmy do wyjścia. Minęłam Robina, który stał bez ruchu. Nie dziwiłam się, że się buntował. W zasadzie ten pomysł też niezbyt mi się podobał. Przystanęłam. Reszta praktycznie już wyszła, ale ja chciałam zaczekać na Dicka. Pewnie rzucał na lewo i prawo mordercze spojrzenia spod maski, a w ustach mielił stos przekleństw, którymi chętnie obdarzyłby Batmana. Zbierał myśli, chciał się sprzeciwić, ale w końcu drgnął i niechętnie wyszedł z sali. Szliśmy razem, na końcu milczącego pochodu. Musieliśmy ustalić, co teraz.

 

– Co o tym sądzicie? – spytał Robin.

Znowu przybrał maskę opanowanego, obojętnego człowieka. Jednak jak bardzo by się nie starał, nie był w stanie zablokować sygnałów, które wysyłały jego ciało i umysł. Czułam jego irytację i niepewność, które mieszały się z niezdecydowaniem pozostałych zgromadzonych tu osób.

Siedzieliśmy w jakimś ,,pokoju gościnnym", jeśli mogło istnieć coś takiego w tajnej bazie. Skórzana sofa, kilka foteli, drewniana ława pomiędzy. A to wszystko na środku salonu z ceglanymi ścianami i nieskazitelnie czystymi podłogami. Miałam wrażenie, że gdzieś na którejś z pustawych półek może znajdować się ukryta kamera. A może nawet kilka?

– Nigdy nie ciągnęło mnie do łapania złoczyńców, będąc ubranym w pelerynę i obcisłe spodnie – jako pierwszy odważył się odezwać Cyborg. – A już zwłaszcza jako członek Ligi.

– Nie możemy być członkami... – zaoponował Beast Boy, ale Victor mu przerwał.

– Albo podczłonkami, co za różnica – poprawił się, wzruszając metalowymi ramionami.

– Mi tam w sumie obojętne. – Garfield leżał z nogami na podłokietniku fotela. – Z drużyny do innej drużyny. I to bardziej prestiżowej – dodał, poruszając brwiami w górę i w dół.

Zdziwiło mnie, jak szybko pozbierał się po śmierci Rity. Albo jak szybko to wyparł i przybrał maskę przygłupiego klauna.

– Starfire? – Robin spytał zamyśloną i milczącą kobietę.

Uniosła głowę i rozejrzała się trochę niepewnie, pytająco.

– Co sądzisz o propozycji Ligi? – podpowiedział Dick.

– Ja... W sumie nie wiem... – Nawijała na palec niezwykle długie, płomienne włosy. – Nie wiem, czy mogę zaufać, że chcą nam tak po prostu ułatwić... bycie drużyną? Nie jestem po prostu pewna... tego wszystkiego.

– Nikt cię nie zmusza. Nikogo z was. Możemy stworzyć drużynę pod rządami Ligi, ale możemy też zrobić to zupełnie sami. – Robin patrzył gdzieś na ścianę, jakby prosto w obiektyw kamery. – Decyzja należy do nas.

Znowu zapadła cisza. Tylko ja jeszcze nie zabrałam głosu. Nie lubiłam wypowiadać się na forum grupy, ale w tak ważnej sprawie musiałam odstawić na bok swoje lęki.

– Powinniśmy zrobić to na swoich zasadach – powiedziałam stanowczo. – Możemy być jakimiś przybocznymi przydupasami pod szyldem Ligi, która chce nas kontrolować, a możemy też działać tak, jak sami chcemy. Może niekoniecznie musimy odrzucać ich pomoc? Po prostu nie pozwólmy, byśmy zostali dziećmi na posyłki. – Miałam wrażenie, że aż się zapędziłam w tej przemowie, ale zawsze lubiłam być niezależna, działać według swoich zasad. Jak się niestety okazało, samo moje istnienie zostało podporządkowane komuś innemu już bardzo dawno temu. Musiałam to zmienić.

– To chyba rozsądny pomysł – powiedział Cyborg. – Ustalmy zasady. Jeśli się nie zgodzą, będą mogli nas pocałować... – urwał, gdy spojrzał na wymachującego nogami Beast Boy'a. – Robin, co sądzisz?

Dick stał wpatrzony w jakiś nieuchwytny dla innych punkt. Miał skrzyżowane ręce i trudny do określenia wyraz twarzy. Coś jakby chęć buntu połączona z głębokim zamyśleniem.

– Robin? – spytałam przeciągle.

Ocknął się z transu. Spojrzał na nas, podrapał się po podbródku i oparł się o mój fotel.

– Zgadzam się z Raven. Ktoś chce coś dodać? – Cisza. – Więc przejdźmy do ustalenia warunków – powiedział z zacięciem w głosie.

 

 Siedliśmy obok siebie, w zwartej, gotowej do walki grupie. Zmierzyłam wyzywającym wzrokiem Zatannę. Po ustaleniu wszystkiego, czułam się pewnie. Jeśli nie poradzilibyśmy sobie z Ligą, dalibyśmy radę sami. Miałam gwarancję, że nie zostanę na lodzie.

Tym razem to Robin wstał jako pierwszy. Jednak zamiast chodzić, stał wyprostowany i pewny siebie z założonymi z tyłu rękami. Świadomie czy nie, naśladował Batmana.

– Przedstawimy wam zasady, które wspólnie ustaliliśmy. Jeśli się na nie zgodzicie, my przyjmiemy waszą propozycję. A więc – odchrząknął i kontynuował stanowczym, chłodnym głosem – pomimo, że nie będziemy członkami Ligi, wymagamy równego traktowania. Nie będziemy waszymi dziećmi na posyłki. Ani maskotkami dla dzieci i dziennikarzy. Pozwolicie nam na niezależną działalność, głównie na terenie San Francisco, ale nie wykluczając misji gdziekolwiek indziej. Przyjmiemy pomoc jeśli chodzi o budowę naszej własnej bazy – powiedział z naciskiem na ,,naszej własnej". – Za oczywiste uważamy też, że będziemy zajmować się zarówno zwykłymi napadami i atakami, jak i sprawami większej wagi. Wiemy, że nie unikniemy całkowicie kontroli ze strony waszej i rządu, z którym współpracujecie, ale chcemy się usamodzielnić. W zamian będziemy działać, teoretycznie, z waszego ramienia – zakończył z maską opanowania.

Tym razem to Batman i Wonder Woman wstali jednocześnie. Również jednocześnie spojrzeli na siebie. Oboje chcieli zabrać głos. Zmierzyli się przez moment wzrokiem, aż w końcu to nietoperz kiwnął ugodowo głową i usiadł.

– Nie wiem co sądzą pozostali, ale ja uważam to za rozsądne rozwiązanie. Bardzo podoba mi się też, że potraficie postawić na swoim, nie ustępujecie. To dobrze o was świadczy i widzę was jako naprawdę zgraną drużynę. Grzechem byłoby, gdybyśmy zaprzepaścili taką okazję. – Jej słowa trochę mnie uspokoiły. Jedna po naszej stronie. Teraz pozostała dziesiątka. – Niech wypowiedzą się inni.

Usiadła i przemknęła wzrokiem po zgromadzonych. Członkowie wymienili w ciszy porozumiewawcze spojrzenia. Superman pochyliwszy się w stronę Wonder Woman, szepnął jej coś na ucho. Flash wzruszył ramionami. Zatanna w znudzeniu nakręcała włosy na palec. Muskularny blondyn rozsiadł się wygodniej w fotelu, delikatnie potakując głową.

– Nikt nie ma żadnych zastrzeżeń? – Puściła pytanie w przestrzeń. Cisza. – Więc przeprowadźmy głosowanie. Kto jest za przyjęciem przedstawionych przez Robina zasad i utworzeniem drużyny złożonej z Robina, Beast Boy'a, Starfire, Raven oraz Cyborga? – Wonder Woman przejęła inicjatywę. Byłam trochę spokojniejsza, gdy Batman się nie wtrącał. Miałam jednak wrażenie, jakby cały czas mielił w ustach jakieś nieprzyjemne uwagi.

Wonder Woman uniosła rękę jako pierwsza. Za nią poszła Black Canary. Potem Green Lantern. Flash. I kolejne cztery ręce. Wszyscy powoli głosowali na tak. Z niemałym zdziwieniem obserwowałam, jak Batman, chociaż trochę niechętnie, również uniósł rękę.

Została tylko Zatanna. Gdy poczuła zaciekawiona spojrzenia wszystkich zgromadzonych, pokręciła powoli głową. Wstała gwałtownie od stołu i dostojnie, ze stukotem obcasów wybrzmiewającym w wysokiej sali wyszła.

– Mogę oficjalnie ogłosić, że staliście się drużyną pod naszą opieką. Przyjęliśmy wasze zasady, ale mamy jeszcze wiele rzeczy do ustalenia – powiedziała Wonder Woman z cieniem uśmiechu. Spojrzała na nasze niepewne miny i dodała uspokajająco – Chyba chcecie wybrać, gdzie wybudujemy waszą bazę?

 

 Robin przeskoczył na dach po drugiej stronie, a panujący wokół mrok tylko ułatwiał mu sprawę. Przykucnął koło Starfire. Obok mnie czekał już Beast Boy. Robin wyjrzał zza krawędzi. W uliczce właśnie miała miejsce jakaś niekoniecznie legalna transakcja.

– Na trzy – usłyszałam w komunikatorze.

Spięłam mięśnie, gotowa do skoku.

– Raz.

Przygotowałam w rękach kule energii.

– Dwa.

Beast Boy poruszył się niespokojnie.

– Trzy!

Przeskoczyłam przez murek i runęłam na plecy goryla. Rozległy się krzyki. Uliczka wypełniła się dymem. Błysnął zielony pocisk Starfire. Odrzuciłam mężczyznę na ścianę. Robin przyłożył drugiemu sierpowym. Beast Boy rzucił się jako wilk na sprzedawcę z teczką. Ten krzyknął przeraźliwie, gdy kły wbiły się w jego przedramię. Przez dym dostrzegłam sylwetkę kupującego, który chciał uciec.

– A gdzie się wybierasz? – usłyszałam z drugiego końca uliczki głos Cyborga.

Niebieski błysk, trzask i mężczyzna leżał na ziemi obok nieprzytomnych towarzyszy.

– Poszło wam całkiem nieźle – rozległ się głos Batmana.

Cała projekcja zniknęła, a my znowu znaleźliśmy się w dużym pomieszczeniu. Gdzie się nie spojrzało, widać było szarą powierzchnię o strukturze plastra miodu. Tylko naprzeciwko nas, pod sufitem znajdowało się lustro. W małej sterowni stali Batman i Black Canary.

– Ale wciąż za wolno. Klient prawie by uciekł. A Robin leżałby teraz nieprzytomny, gdyby nie Beast Boy. Musicie mieć oczy dookoła głowy. Obserwować wszystko i wszystkich. Przewidywać ruchy. Inaczej pokona was pierwszy lepszy wyszkolony przestępca – wyjaśnił chłodnym, beznamiętnym głosem.

Czepiał się tak odkąd zaczęliśmy szkolenie. Bity miesiąc z narzekającym Batmanem. Trenowaliśmy tak trzy razy w tygodniu, po kilka godzin. Różne sytuacje, różne lokacje, różne zagrożenia. I zawsze mu coś nie pasowało.

– Wiemy, że nie jesteśmy tak idealni jak ty – sarknął pod nosem Robin i skierował się do zamaskowanych drzwi.

Ruszyliśmy za nim. Zgodnie z tym, co ustaliliśmy, wieczorami rozpoczynaliśmy patrol. Budowa bazy była już na finiszu, więc po jakichś dwóch miesiącach urzędowania w placówce Ligi mogliśmy się za niedługo przenieść. Gdyby nie ich pomoc, znajomości i fundusze, pewnie sami skręcalibyśmy tę niezwykłą konstrukcję przez kilka lat. Podczas kłótni o nazwę drużyny, sama już nie wiem kto, czy był to Cyborg, Robin, a może nawet kogoś z Ligi, rzucił krótkim i nieźle brzmiącym hasłem ,,Młodzi Tytani". A potem Beast Boy palnął, by zbudować wieżę w kształcie litery ,,T", jakie widział w komiksach. No i Batman się na to zgodził. Wciąż nie wiedziałam jak, i kto go do tego przekonał, ale wolałam nie wnikać. Grunt, że się dogadaliśmy.

 

 Podczas bohaterskich wypadów na miasto wciąż korzystaliśmy z kryjówki Robina, która była położona w całkiem dogodnym miejscu. Nic nie mogło jednak dorównać praktycznie ukończonej wieży. Oglądana z miasta, podczas malowniczych zachodów słońca majaczyła na tle horyzontu niczym wyrastający z odmętów wody czarny pomnik. Szklana powierzchnia odbijała promienie słoneczne, a w nocy lśniła od blasku księżyca. Wieża stanęła jakieś dwieście metrów od brzegu, na sporej wysepce, która została odpowiednio przygotowana, a nawet błyskawicznie połączono ją drogą prowadzącą bezpośrednio do miasta.

Robin i Cyborg rozmawiali z entuzjazmem o nowoczesnych systemach, o których wiele instytucji mogłoby tylko pomarzyć. Nie żebyśmy byli w trakcie patrolu. Nawijali bez skrępowania, a pozostali musieli wysłuchiwać przez komunikatory jakichś dziwnych nazw. Dlaczego nikt nie pomyślał o tym, by móc przełączać się na prywatne kanały?

– Nie żebym wam chciał przeszkadzać – wtrącił się Beast Boy – ale w ,,Black Annis'' chyba się coś dzieje – zauważył.

Robin dał znak ręką i udaliśmy się do wspomnianego klubu nocnego. Wylądowałam przed stłuczoną frontową szybą. Jakiś mężczyzna z obłędem w oczach trącił mnie łokciem, wybiegając z tonącego w błyskających, kolorowych światłach klubu.

Nagle, przez wybite okno poszybował człowiek. Cyborg uchylił się przez żywym pociskiem w ostatniej chwili.

– Cyborg, sprawdź co z nim – nakazał Robin. – Wchodzimy. Tylko ostrożnie – dodał i ze skupieniem wkroczył do środka.

Jatka. To słowo, które przyszło mi w tamtym momencie na myśl, ale i tak nie było wystarczające. Ludzie, głównie mężczyźni, tłukli się bez opamiętania. Rzucali w siebie czym popadnie. Uchyliłam się przed odłamkami butelki. Nie zwrócili na nas uwagi, głęboko w poważaniu mieli także to, kogo atakują. Każdy na każdego. Ruszyliśmy do akcji.

Rozdzieliłam dwóch mężczyzn tarzających się po podłodze pod sceną. Oboje byli zakrwawieni i mieli pozgniatane nosy. Nawet wisząc pod sufitem, wciąż chcieli rzucić się sobie do gardeł. Zblokowałam ich kończyny i usadziłam na podłodze, z dala od siebie. Zaciekawiona, pochyliłam się trochę w stronę łysego Afroamerykanina, gdyż dostrzegłam dziwną, zielonkawą poświatę w jego oczach. Musiałby właśnie wrócić z Czarnobyla, by świecić intensywniej nawet od wszystkich przyprawiających o epilepsję reflektorów.

Robin, który właśnie obezwładniał jednego dryblasa, polecił mi, bym zgarnęła przytomnych i zdolnych do pójścia o własnych siłach ludzi na zewnątrz i dopilnowała, by żaden nie uciekł przed przyjazdem policjantów. Prowizorycznie czy nie, związałam przed klubem każdemu nogi oraz ręce za plecami przy pomocy smolistej materii. Po chwili wróciłam, by sprawdzić stan najbardziej poszkodowanych, w momencie, gdy pozostali zajmowali się tymi wciąż nastawionymi na walkę.

Bo przyjechaniu policji, Robin standardowo złożył grzecznie streszczenie wydarzeń i po taksujących, niekoniecznie zadowolonych spojrzeniach mogliśmy wrócić do patrolowania ulic. Zapewniono nas, że mieliśmy jako drudzy dowiedzieć się, co rozpętało tę burzę.

Przystanęliśmy jeszcze na chwilę przed klubem, więc podzieliłam się z Robinem moimi spostrzeżeniami na temat nadzwyczajnych oczu.

– Też to zauważyłem. Nie jest to potwierdzone, ale podobno na ulice wróciło Vertigo – wyjaśnił mi przyciszonym głosem. – To rodzaj narkotyku. Cholernie niebezpieczny. Ludziom najpierw po nim po prostu odwala. Przeważnie są pobudzeni, agresywni, mają halucynacje, ale każdy może zareagować na niego inaczej. Są tacy, których Vertigo otumania, a nawet wprowadza w śpiączkę. Inni mają zawroty głowy, mdłości. Jeśli ktoś ma słaby organizm, przy odpowiedniej dawce może się przekręcić – powiedział cicho, by stojący nieopodal członkowie drużyny nie usłyszeli. Nie wiedziałam tylko, dlaczego.

– Trzeba będzie pobrać próbki od tych ludzi. – Kiwnęłam głową w stronę karetek pogotowia.

Przytaknął i odwrócił się w stronę Cyborga, który do nas podszedł.

– Nie musicie tak szeptać jakby to było jakieś FBI. Moje sztuczne ucho jest znaczenie lepsze niż ludzkie – wskazał machnięciem ręki na łysą głowę pokrytą w połowie metalem. – To na pewno było Vertigo. Tylko on daje takie efekty, a przy okazji pewnie będzie nie do wykrycia. Zastanawiam się, jak został podany tak dużej liczbie osób. Z tego co wiem, pojawiła się też wersja do inhalacji– wyjaśnił zadziwiająco szczegółowo. – Nie patrz tak na mnie, Raven – żachnął się, gdy spojrzałam na niego podejrzliwie. – Po wypadku miałem trochę do czynienia z narkotykami. To były złe czasy –  powiedział nieco speszony.

– Mam parę kontaktów. Spróbuję się czegoś dowiedzieć – zapewnił Robin. – Wracajmy lepiej do roboty.

 

 Stanęliśmy na wybetonowanym, okrągłym placu otaczającym wieżę. Wszystkie prace zostały już ukończone. Zostały jeszcze tylko jakieś drobne sprawy, jak doszlifowanie systemu alarmowego, zabezpieczeń i innych technologicznych rzeczy.

Przy wjeździe na wyspę stały wozy reporterów. Tłumek dziennikarzy i ich kamerzystów nadawało na żywo z otwarcia wieży i oficjalnego rozpoczęcia naszej działalności.

Odczuwałam lekki stres i niepokój, ale nie potrafiłam dokładnie określić przyczyny. Przecież tego chciałam. Znalazłam osoby, które były w stanie mi pomóc. Które obdarzyłyby mnie zaufaniem. Może to był ten problem? Może podświadomie broniłam się przed bliskimi relacjami? Byłam przecież niebezpieczna, naraziłam wszystkich jeszcze bardziej, w ogóle przybywając na Ziemię. Czemu zawsze musiały dopadać mnie wątpliwości?

Wonder Woman podeszła do nas.

– Możecie oficjalnie rozpocząć działalność jako Młodzi Tytani – powiedziała z lekkim uśmiechem i wskazała teatralnym gestem na główne drzwi.

Podeszliśmy do nich. Po prawej znajdował się prostokątny panel, który obrócił się i odkrył klawiaturę oraz malutki skaner twarzy.

– Wasza piątka jest rozpoznawana automatycznie, nie musicie za każdym razem autoryzować otwarcia drzwi. To w końcu wasza wieża – wyjaśniła, gdy Robin już ustawiał się do zeskanowania.

Nasz niepisany lider wszedł do ogromnego holu jako pierwszy. Pomieszczenie rozciągało się na cały parter wieży. Spodobał mi się minimalizm i nowoczesność wystroju, pomimo których i tak było tu przytulniej niż w siedzibie Ligi. Ciemne płytki na podłodze, jasnoszare ściany i sufit gdzieś tam w górze, z którego spływało intensywne, ale przyjemne dla oczu światło.

Przeszliśmy aż do windy prostą ścieżką ułożoną z wyróżniających się, ciemniejszych płytek. Kierując się słowami Wonder Woman, wjechaliśmy w piątkę na ostatnie piętro, gdzie miało znajdować się główne pomieszczenie. Wyszliśmy na pusty, dobrze oświetlony korytarz. Ktoś pokusił się nawet, by pod szarą ścianą postawić doniczkę z jakimś rozłożystym kwiatkiem na drewnianym stojaku.

Przeszliśmy przez praktycznie niezmienny korytarz, mijając po drodze pięć pokoi z wygrawerowanymi na tabliczkach naszymi pseudonimami, a także kilka nieoznakowanych drzwi. Po chwili doszliśmy do głównego pomieszczenia. Gdy dwuskrzydłowe drzwi rozsunęły się przed nami, ukazując ogromne pomieszczenie zajmujące praktycznie połowę ostatniego piętra, Beast Boy wydał dziwne stęknięcie, a Starfire z podziwu wyrwało się westchnięcie. Nawet Cyborgowi powiększyło się oko ze zdumienia. Całą frontową ścianę stanowiła podzielona na trzy części tafla szkła. Z okna rozciągał się widok na skąpane we mgle miasto.

Zeszliśmy z podestu ciągnącego się wokół salonu, którego centralne miejsce zajmowała półokrągła kanapa i szklany stół. Po lewej, gdzie od razu skierował się Victor i Robin, znajdowało się stanowisko z ogromnymi ekranami zawieszonymi na ścianie, panelami z przyciskami i długi, stalowy stół. Cyborg przejechał po jego powierzchni i niespodziewanie wyświetliła się nad nim hologramowa mapa. Z entuzjazmem godnym pięciolatka wyciągnął przed siebie rękę i obrócił obraz. Spojrzał na mnie z ogromnym, rozanielonym uśmiechem na twarzy.

Mnie najbardziej ujął jednak wspaniały widok. Podeszłam do szyby i aż przeszedł po mnie przyjemny dreszcz na myśl, że mogłam stąd podziwiać niesamowite wschody słońca.

– Nawet lodówkę nam uzupełnili! – krzyknął Beast Boy z głową w rzeczonej dwudrzwiowej lodówce.

Wszystko było urządzone w nowoczesnym stylu, ze sporym rozmachem. Miałam wrażenie, że trochę na pokaz, ale przecież nie mogliśmy narzekać. Aneks kuchenny, który zajmował cały kąt po prawej od wejścia mógł pomieścić na raz całą naszą piątkę. Pytaniem pozostawało, kto podejmie się wyzwania gotowania dla nas.

– Jak ci się podoba, Raven? – zagaiła Starfire.

Wyraźnie czułam, że była tym wszystkim trochę przytłoczona, ale i szczęśliwa. W końcu niełatwo przyzwyczaić się do tak ,,bogatego" życia po latach w niewoli.

– Jest... – zawahałam się – Przyjemnie. Na pewno będzie tu lepiej, niż w bazie Ligi.

– Też tak sądzę. Tamte korytarze i sale – zrobiła pauzę – przypominały mi te na statku, gdzie mnie więziono. Nie mogę się doczekać, by zobaczyć mój pokój – powiedziała z radością w oczach.

– Jeśli potrzebujecie kogoś do oprowadzenia po wieży – odezwała się stojąca w drzwiach Wonder Woman wraz z Batmanem i czarnoskórym, starszym mężczyzną – możecie liczyć na Silasa. Zna ją lepiej niż ktokolwiek inny.

Poczułam, jak atmosfera ochłodziła się. Cyborg wyprostował się jak struna i przybrał poważną, groźną minę, jakby kompletnie zapomniał, jaki przed chwilą był uradowany. Zaciskał zęby ze złości. Jednak oprócz silnej niechęci, emanował od niego... żal. Nie wiem, kto był tak głupi, żeby przyprowadzać tutaj jego ojca. 

– W takim razie chyba wiesz, jak najszybciej trafić do wyjścia? – warknął Cyborg. – Czy mam ci pomóc?

– Jak zawsze zero wdzięczności – odparł spokojnie jego ojciec. – Nie liczyłem na podziękowania, ale szacunek do rodzica jest mile widziany – dodał, schodząc po schodach. – Liga poprosiła mnie, bym zajął się planem budowy i całą tą technologią. – Rozpostarł szeroko ręce, wskazując na swoje dzieło. Cyborga jednak w ogóle to nie ruszyło. – Takich propozycji się nie odrzuca. I mam nadzieję, że drużyna trochę cię utemperuje – powiedział sucho. To chyba był ten moment, gdy przegiął, a czara goryczy przelała się całkowicie.

Dostrzegłam, jak Robin dyskretnie zbliża się do nich. Chciał zareagować, gdyby miało dojść do rękoczynów. Sama również przygotowałam moc i skupiłam się na kłócących się mężczyznach.

Cyborg naprzemiennie zaciskał pięści i rozluźniał je, jakby chciał dobrać się do gardła siwowłosego Silasa.

– Może zostawcie swoje rodzinne problemy na później? – łagodnie zasugerowała Wonder Woman, która również przyglądała się kłótni w napięciu.

– Dlaczego miałbym ukrywać, co ten egoistyczny drań mi zrobił? – warknął Cyborg.

Zrobił krok w stronę ojca. Ja, Robin i Batman również wystąpiliśmy do przodu. Robiło się niebezpiecznie.

– Zważaj na słowa! – odparł z wyższością Silas.

– Nie masz prawa mi rozkazywać! Już raz podjąłeś za mnie decyzję! Nie mógłbyś ścierpieć porażki! Straciłeś żonę, a mnie wolałeś zamienić w potwora, byleby udowodnić, że ten jebany egzoszkielet działa! – Cyborg zbliżył się niebezpiecznie do ojca.

Robin doskoczył do niego i złapał za gotową do uderzenia rękę. Victor spojrzał na Dicka z szałem w oczach, ale po chwili jakby trochę ochłonął.

– Najlepszą decyzją, jaką możesz teraz podjąć, to całkowite usunięcie się z mojej drogi. Na twoje nieszczęście mam teraz znacznie więcej siły, którą nauczyłem się kontrolować – sarknął mu w twarz, wyminął go trącając barkiem i wyszedł z salonu.

Spojrzałam na Robina. Kiwnął głową w stronę drzwi. Nie miałam ochoty przebywać w jednym pomieszczeniu z Silasem, więc z wielką chęcią teleportowałam się na korytarz, by znaleźć Cyborga.

Pokręciłam się trochę po tym piętrze, ale nigdzie nie znalazłam Victora. Po chwili bezsensownego błąkania się, znalazłam drzwi na klatkę schodową. Ruszyłam do góry, na dach. Intuicja mnie nie zawiodła. Przy krawędzi ogromnego, płaskiego dachu stał Cyborg. Co prawda od przepaści dzielił go solidny, jakiś półmetrowy murek, ale moja wyobraźnia jak zwykle podsuwała mi najczarniejsze scenariusze.

– Problemy z ojcem. Chyba mogę sobie wyobrazić, jak to jest – zaczęłam, podchodząc do niego powoli.

Drgnął, wyrwany z zamyślenia. Wciąż buzowała w nim złość, ale teraz wmieszały się również zagubienie, smutek i rozczarowanie.

– Twój przynajmniej nie zamienił cię w potwora – odparł sucho.

On mnie stworzył potworem, miałam chęć odpowiedzieć, ale to nie na był czas na uzewnętrznianie moich problemów. Byliśmy grupą skrzywdzonych ludzi. Przez kosmitów, rodziców i czyste przypadki.

– Masz rację – szepnęłam, a moje słowa porwał silny wiatr, jaki hulał na tej wysokości. – Może warto jednak spojrzeć na to wszystko z innej strony? – spytałam.

Spojrzał na mnie kątem oka, zrobił dziwny grymas i odezwał się już miększym głosem:

– Chcesz, żebym wyciągnął plusy z tej sytuacji?

Wzruszyłam powoli ramionami.

– Skoro tak to interpretujesz.

Zmarszczył brew i potarł kanciasty podbródek.

– To chyba nie dla mnie. Mógłbym napisać cały esej o negatywnych stronach wypadku. A zwłaszcza na temat ojca. Gdyby nie on... – urwał i westchnął.

– Wyrwij się spod jego wpływu – oświadczyłam po chwili ciszy. – Nie pozwól, by cię kontrolował. Sprawił, że jesteś taki, ale teraz pokaż mu, że pomimo tego możesz normalnie żyć. Na swoich zasadach.

Czy oficjalnie mogłam uznać się za hipokrytkę, biorąc pod uwagę moją sytuację z Trygonem? A może mówiłam nie do niego, tylko do siebie? Może musiałam przekonać samą siebie, że podjęłam dobre decyzje?

– Walisz bardziej motywujące gadki od Robina – odparł z cieniem uśmiechu. – I w dodatku prawdziwsze. Masz rację. Muszę zostawić za sobą to co się wydarzyło i zapanować nad tym co  jest tu i teraz – stwierdził i posłał mi szczery uśmiech, który odwzajemniłam.

*****

Jak tam wakacje? Przepraszam za zwłokę, ale jakoś strasznie męczyłam ten rozdział. Na szczęście udało mi się wszystko ładnie dopiąć przed wyjazdem, bo już myślałam, że  jak do 7 lipca nic nie napiszę, a od 8 do 19 wyjeżdżam bez laptopa, to po powrocie z wakacji z weną też by lepiej nie było i musielibyście nie wiem ile czekać. A tak cyk! i rozdział jest. Nie wiem jak wypadł, wydaje mi się, że dałabym mu takie 7/10, ale życie jak to życie, za dwa lata uznałabym go za godnego 2/10. A wy? Jak oceniacie? I pochwalcie się, jak będziecie spędzać wakacje.






niedziela, 19 maja 2019

3. PRZYBYWAMY W POKOJU

 Plątaliśmy się po uliczkach pełnych nocnych klubów. Gdzie nie spojrzałam, w oczy raziły neonowe, wymyślne nazwy. Chodnikami przechadzały się wykonawczynie najstarszego zawodu świata, które co chwilę zabierali spragnieni rozrywki kierowcy. Co jakiś czas ochroniarze wyrzucali na bruk spitych lub zaćpanych klientów.

– Klub na rogu. – Usłyszałam przez komunikator.

Robin był na dachu po drugiej stronie ulicy. Ruszyliśmy w tamtym kierunku. Najpierw nie zrozumiałam, co specjalnie przykuło jego uwagę, jednak po chwili usłyszałam trzask rozbijanej szyby i krzyk dochodzące właśnie z tego budynku. Zeskoczyłam obok leżącego na chodniku mężczyzny. Musiał wylecieć głową na przód, bo wokół twarzy zebrała się niewielka kałuża krwi. 

– Policja i pogotowie już jadą. Wejdźmy do środka – powiedział, gdy skończyłam uleczać jego rany.

 Robin wkroczył do klubu. Wleciałam za nim. Trochę mnie przytkało. Nie spodziewałam się takiego widoku. 

Wnętrze klubu było zdemolowane. Scena z tancerkami opustoszała, a rury były powgniatane, jakby ktoś rzucił w nie czymś ciężkim. Pośrodku pobojowiska z  poprzesuwanych kanap i okrągłych stołów stał dyszący ciężko mężczyzna. Otaczały go leżące na posadce nieruchome ciała. Gdy Robin rozsunął kij z metalicznym sykiem, potencjalny sprawca obrócił się. Z wrażenia aż się zakrztusiłam.

Afroamerykanin spojrzał na nas gniewnie jednym, ciemnym okiem. Drugie błyszczało złowrogo czerwonym kolorem. Połowa jego surowej twarzy była pokryta matowym metalem. Mechaniczna część jego ciała ciągnęła się przez większą część szyi i niknęła pod materiałem rozciętej na piersi bluzy. Przez dziurę w materiale wylewała się delikatna niebieska poświata, którą można było by pomylić z kolorowym, klubowym światłem. Mężczyzna zacisnął wydatne wargi i zwinął dłonie w pięści, które również były w pełni pokryte metalem. 

– Dajcie mi odejść – warknął głębokim głosem. 

Zrobił krok nad nieprzytomnym, łysym facetem. Robin napiął mięśnie, gotowy zareagować na wszystko. 

– Albo oddasz się po dobroci w ręce policji albo użyjemy siły, Victorze – odparł stanowczo. 

Na połowę jego zdolnej do poruszania twarzy wpełzło zdziwienie. Po chwili jednak zniknęło i ustąpiło miejsca gniewowi. 

– Skąd znasz moje imię? – warknął, zaciskając i rozluźniając na przemian dłonie. 

– Mógłbyś lepiej wykorzystać swoje zdolności. To co ci się przydarzyło nie oznacza, że twoje życie się skończyło. 

– To oni mnie zaatakowali! Jebani rasiści! – krzyknął. 

Miałam wrażenie, jakby pulsowanie w cienkich, niebieskich żyłkach biegnących na powierzchni metalu przyspieszyło. Z oddali usłyszałam syreny policyjne. Victor wkurzył się jeszcze bardziej. 

– Liga ma mi dać spokój! Najlepiej wszyscy się odpieprzcie!

Zrobił krok w naszą stronę. Robin pochylił się lekko, gotowy zaatakować. Nie musiał jednak. Nim z radiowozów wyskoczyli policjanci, rozległ się syk, a potem trzask i z podłogi wzbiły się tumany kurzu. Następny huk zabrzmiał jak łamany beton. Błyskawicznie uniosłam tarczę przed nami. Na podłogę upadły kawałki gruzu. 

Wybiegliśmy przed budynek. Ponad dachami dostrzegłam niknącą w ciemności lecącą postać. Co tu się do cholery wydarzyło?

– Skąd go znałeś? – spytałam Dicka. 

– Potem ci wyjaśnię – odparł chłodno i podszedł do policjantki. 

Po chwili przyjechały dwie karetki. Ratownicy w odblaskowych kurtkach zajęli się poszkodowanymi. Policyjne światła niezwykle skutecznie oczyściły całą ulicę. Nawet idącym zygzakiem imprezowiczom udało się szybko zmyć.

– Wracamy do bazy – zarządził stanowczo Robin po chwili rozmowy z dowodzącą policjantką.

Wydawał się być trochę podminowany. Cała ta sytuacja go zirytowała. Podobnie zachowywał się za każdym razem, gdy w przeciągu ostatnich kilku tygodni paru przestępcom udało się zwiać.

 

– Powiesz mi w końcu, skąd znasz tego Victora? – spytałam, gdy weszliśmy na piętro.

Światła zapalały się z trzaskiem, gdy Robin wchodził w głąb sali. Usiadł przy stanowisku i zaczął sprawnie stukać w klawiaturę.

– Liga zainteresowała się nim niedawno – podjął, nie przestając wpisywać z zabójczą prędkością. Co chwilę na monitorze i ekranach na ścianie wyświetlały się i znikały jakieś obrazy oraz teksty. – To ciało to skutek wypadku w laboratorium. Przez jakiś błąd nastąpił wybuch, w którym zginęła jego matka. Silas, genialny naukowiec i ojciec Victora, by uratować syna, zintegrował go z pewnego rodzaju egzoszkieletem. Eksperyment się powiódł, ale Victor znienawidził ojca i uciekł z domu. Nie potrafi do końca kontrolować swoich umiejętności. Liga zaproponowała mu pomoc, ale odmówił. Trzeba mu przyznać, że nie ma lekko. Zakładam, że nawet jeśli nie wyglądałby tak, jak wygląda, i tak doszłoby do jakiejś bójki. Już przedtem zdarzały się takie ,,interwencje zwolenników białej Ameryki" – powiedział i zawiesił się na chwile.

Pochylił się lekko w stronę monitora. Przygryzł dolną wargę, wstukał coś szybko w klawiaturę i ponownie odchylił się w fotelu.

– Dlaczego Liga się nim tak zainteresowała? Na pewno nie z dobrego serca i chęci pomocy zagubionym nastolatkom? – zakpiłam.

– Wiesz... Zawsze dobrze jest mieć po swojej stronie kogoś z takimi umiejętnościami. Nigdy nie wiadomo, co człowiekowi odwali i kiedy zacznie dokonywać jakichś przestępstw – odparł i wzruszył ramionami. – Liga ma swoje pobudki i cele, które na pewno nie są tak różowe i szlachetne, jak chcą, by wyglądały.

Zamilkł. Po chwili pisania, wskazał dłonią na ekran i kiwnął głową, bym podeszła bliżej.

– Poza tym, Victor ma ponadprzeciętną inteligencję, co w połączeniu z jego zbroją tworzy świetny materiał na członka Ligi. Ma dziewiętnaście lat, więc mogliby go przyjąć po odpowiednim treningu – Spojrzałam na notatki pod zdjęciami chłopaka. Jedno było sprzed wypadku, a drugie po tragedii. – Victor Stone był świetnym futbolistą. Nie jestem zdziwiony, że się pogubił. Szkoda, że nie przyjął pomocy od Ligi, ale nikt nie może go przecież zmusić. Jego wybór. – Uniósł ręce w geście ,,co poradzimy?", a potem zaplótł je i oparł na nich podbródek. – Dochodzi czwarta. Możesz już iść jak chcesz. Ja jeszcze trochę potrenuję, odezwę się po południu – powiedział po chwili ciszy.

– Jasne. Pa. – Teleportowałam się prosto do domu.

 

 Już dawno minęło południe, a promienie światła wdzierały się do sypialni między grubymi zasłonami. Odłożyłam książkę z ociąganiem i sięgnęłam po wibrujący komunikator leżący na półce. Wsunęłam go do ucha.

– Raven! Potrzebuję cię natychmiast w bazie! Wytłumaczę ci wszystko, gdy przyjdziesz! – Robin mówił szybko, z niezwykłą jak na niego ilością emocji.

Nawet nie włożyłam zakładki do książki, tylko zgarnęłam pelerynę i założyłam ją, jednocześnie teleportując się.

– Co się stało?

– Mamy gości – powiedział i wskazał na ogromny ekran, cały zajęty przez nadawany na żywo obraz z centrum miasta. – A myślałem, że obcy atakują tylko Nowy Jork, czy chociażby Waszyngton. Teleportuj nas tam – zarządził.

Przyglądałam się jeszcze przez moment rozchwianemu obrazowi budynków i licznych niezidentyfikowanych postaci fruwających i niszczących wszystko bez opamiętania.

Kiedy wykonałam polecenie, materializowaliśmy się koło policyjnej blokady. Radiowozy z włączonymi światłami stały w poprzek drogi, a sami policjanci starali się przegonić gapiów i dziennikarzy z niebezpiecznej części miasta. Spojrzałam do góry. W naszym kierunku zmierzała postać z długimi, rudymi włosami. Jak ogon, ciągnęła za nią horda dziwnych, zielonych kosmitów, przypominających ogromne, skrzydlate jaszczury w złotych zbrojach. Wystrzelili kilka pocisków z dzid w stronę uciekającej. Chybili. Szybko stworzyłam tarczę nad tłumem gapiów. Przemknęli nad nami niczym błyskawice.

– Walczymy z tymi zielonymi! – Robin musiał przekrzyczeć piski cywilów i komunikaty nadawane przez megafony. – Wojsko zaraz będzie, na razie my się nimi zajmiemy!

Błyskawicznie wzbiłam się do góry. Przeniknęłam przez wieżowiec, by skrócić sobie drogę do przeciwników. Byli naprawdę szybcy, ale udało mi się dogonić ich nad wodą.

Rudowłosa kobieta zaczęła na oślep wyrzucać bezpośrednio z rąk zielone, gorące pociski. Jeden o mało mnie nie trafił, za to kilku kosmicznych jaszczurów nieźle oberwało. Wytworzyłam ogromny młot z energii, po czym opuściłam obuch i zbiłam jednego do oceanu. Przemieściłam się idealnie ponad innego. Runąwszy w dół z wyprostowaną nogą, kopnęłam go w tył głowy. Zapikował do wody. Nagle przeciwnik z lewej zmienił kurs, chcąc wlecieć we mnie z impetem. Zdematerializowałam się. Nim zdążył zareagować, zderzył się z towarzyszem.

Tymczasem rudowłosa kobieta zawróciła z powrotem nad miasto. Spomiędzy budynków wyleciały wojskowe śmigłowce. Osiem maszyn ustawiło się w rzędzie i zaczęło ostrzał. Musiałam gwałtownie odbić do góry, by nie oberwać. Kilku kosmitów nie miało takiego refleksu. Rozdzielili się. Część podążyło za rudowłosą, a pozostali zaatakowali śmigłowce. Zrzuciłam dwóch z kadłubów, ale pozostali zdążyli dobrać się do śmigieł. Wsunęli w nie swoje długie dzidy, które zblokowały łopatki wirnika. W efekcie maszyny zaczęły pikować w dół.

Nagle obok mnie nastąpił wybuch. Nie zdążyłam stworzyć bariery. Poczułam, jakby moją łydkę rozcięło rozgrzane do czerwoności ostrze. Kręciło mi się w głowie. Ledwo udało mi się wylądować na dachu budynku obok mnie. Spojrzałam na lewą nogę. Żołądek ścisnął się na widok wystającego z niej kawału poszarpanej blachy. Po metalu sączyła się bardzo ciemna krew. Zacisnęłam zęby i po chwili zawahania złapałam za wystający koniec. Gwałtownie pociągnęłam, tłumiąc jednocześnie krzyk bólu. Czułam dziwne pulsowanie w nodze. Wykorzystując całą siłę woli, skupiłam się na wyglądającej okropnie ranie. Cholernie piekło, ale po chwili rozszarpane mięśnie i skóra zaczęły się zrastać. Wciąż czułam rwanie w łydce, ale po obrażeniu nie został praktycznie żaden ślad.

Podniosłam się nieco niepewnie. Upewniłam się, że mogę normalnie stanąć i wzbiłam się w powietrze. Z centrum miasta dobiegł potężny huk. Chciałam ruszyć w tamtym kierunku, ale kątem oka dostrzegłam zarys czegoś ogromnego na niebie. Aż otwarłam usta ze zdziwienia. Wysoko nad wodą sunął ogromny jak boisko futbolowe, aerodynamiczny pojazd. Kamuflaż schodził powoli, ukazując szerokie, dwupłatowe skrzydła, czyniące pojazd jeszcze potężniejszym. Po bokach głównego pokładu otwarły się liczne bramy, ciągnące się przez cały obwód statku. Włazy wsunęły się z szumem, który toczył się powoli niczym grzmot z oddali. Po chwili pełnej napięcia ze statku zaczęły wylatywać całe chmary kosmitów. Zdrętwiałam. Setki, a może nawet tysiące wojowników zbliżało się do miasta. Dlaczego zależało im aż tak bardzo na jednej dziewczynie?

– Raven, potrzebuję cię na wybrzeżu. Sto metrów na lewo od Golden Gate.

Wylądowałam na plaży koło zbiorowiska żołnierzy. Potężny i wysoki mężczyzna na środku gestykulował żywo. Wskazywał w różne strony, a grupy ludzi rozbiegały się. Niedaleko nas w powietrze wzbiły się helikoptery, wyrzucając chmury piasku do góry.

– Jest ich za dużo – powiedziałam z napięciem do Robina. – Gdzie w ogóle jest ta dziewczyna?

– W centrum. Nie możemy dopuścić, by kolejni wlecieli do miasta. Liga przysłała wsparcie. Po drodze dołączył się też Doom Patrol – oznajmił i chciał ruszyć do jednego z helikopterów.

– Że niby kto?! – Przekrzyczałam huk silników.

W odpowiedzi wskazał coś za moimi plecami i wsiadł do maszyny.

Obróciłam się. Koło generała stałą grupka ludzki. Cztery z nich ubrane były w czerwono–białe kostiumy, a jeden z nich był... robotem? Nie zastanawiałam się, tylko ruszyłam do dalszej walki.

Wzbiłam się w powietrze i uformowałam ogromną łapę kruka z energii. Powtarzając ruchy mojej ręki, zbiła kilku kosmitów. W odpowiedzi zaczęli strzelać w naszą stronę. Słyszałam, jak pociski dosięgają budynków i niszczą słabe konstrukcje. Zamknęłam kilkunastu w energetycznej kuli. W gniewie zaczęli strzelać, ale pociski odbijały się od ściany i nokautowały ich samych. Zmniejszyłam klatkę i cisnęłam nią w statek. Mój pocisk nawet nie dosięgnął lśniącej powierzchni pojazdu. Kula rozprysła się o pole siłowe. Świetnie...

Nagle usłyszałam niezwykle głośny chlupot wody. Obejrzałam się przez ramię, żeby akurat zobaczyć, jak ogromna niczym wieżowiec kobieta w czerwono–białym stroju weszła do oceanu. Brodziła ledwo po kolana. Wyciągnęła ręce i powoli, aczkolwiek skutecznie wyłapywała kosmitów i rzucała nimi w nadlatujących przeciwników. Chociaż wydawało mi się, że w ogóle ich nie ubywało. Ze statku ciągle wylatywali kolejni, jakby ich w środku klonowali.

Minął mnie wojskowy helikopter. Za sterami siedział Robin, który strzelał z karabinu pod kabiną. Wypuścił też serię rakiet. Wleciały przez otwarte bramy, do wnętrza statku. Tym razem pole nie zadziałało. Usłyszałam potężny huk i z środka wydobyła się kula ognia. Do wody posypały się spore fragmenty zewnętrznej powłoki. Koło mnie pojawiły się kolejne helikoptery. Wszyscy zaczęli ostrzeliwać nieosłonięte bramy. Jednak szybko doczekaliśmy się odpowiedzi. Największa dotychczas horda wyleciała z szumem bijących rytmicznie skrzydeł. Na niespokojnym morzu położył się ogromny cień, przesuwający się ku miastu. Ku nam.

Huk obracających się karabinów maszynowych, okrzyki kosmitów, plusk wody. Nie mogłam się skupić. Za dużo bodźców. Odpierałam ataki rozjuszonych gadów, ale wystarczyła sekunda zawahania, by rzucili się na mnie jednocześnie. Runęliśmy w dół. Trzy obrzydliwe istoty orały pazurami po mojej skórze. Nagle jeden, zawieszony na plecach, spadł. Poczułam silny podmuch wiatru, coś srebrnego mignęło mi przed oczami i następny przeciwnik poszybował gdzieś daleko.

Wpadłam z hukiem do wody. Nie mogłam znaleźć góry i dołu. Obracałam się nerwowo. Ostatni przeciwnik ciągnął mnie za pelerynę. Wytworzyłam falę uderzeniową, która rozpierzchła się we wszystkie strony. Ciężar zniknął. Nerwowo poszukiwałam światła, które wskazałoby mi powierzchnię. Zaczynało mi brakować powietrza. Szczypały mnie oczy. Otwarte rany piekły od słonej wody. Po niezmiernie długich sekundach w końcu ustaliłam właściwy kierunek. Wystrzeliłam nad powierzchnię. Nabrałam gwałtownie powietrza, jednocześnie rozglądając się nerwowo na wszystkie strony. Nade mną wciąż szaleli kosmici. Wśród nich helikoptery, myśliwce, rudowłosa uciekinierka i... Victor? Z tej odległości i z piekącymi oczami nie byłam do końca pewna, czy srebrna, odbijająca promienie słoneczne postać rzeczywiście była spotkanym niedawno chłopakiem, jednak kimkolwiek nie był, skutecznie nokautował kosmitów.

Postarałam się chociaż powierzchownie uleczyć rany, bym mogła wrócić do walki.Wtedy spostrzegłam, że obok mnie pojawiła się ogromna kobieta. Nad jej głową frunął zielony pterodaktyl. Zwierzę zapikowało, strącając na boki kilku kosmitów. Wyhamował metr nad ziemią. Spojrzał na mnie i nie wiem, czy mi się przywidziało, czy naprawdę puścił mi perskie oko. Nie wnikając w to, wzbiłam się do góry. Kosmitów jakby powoli ubywało, jednak z naszej strony też nie obyło się bez strat. Nagle przez bitewny hałas przebił się metaliczny, głęboki zgrzyt. Z wrogiego statku zaczęły wysuwać się ogromne, spiczaste działa. Ich rozdzielone końce zaczęły świecić pomarańczowym blaskiem, a szum wzmógł się. Przeciwnicy rozpierzchli się w przerażeniu.

Pierwsze pociski uderzyły w helikoptery. Maszyny eksplodowały niczym granaty, raniąc tych, którzy nie zdążyli się ewakuować. Wylądowałam przy stanowisku żołnierzy na plaży i wytworzyłam ogromną tarczę. Kolejne pociski przelatywały ponad nami z szumem. Część godziła w kosmitów, część w naszych, a pozostałe przelatywały kilkaset metrów i uderzały z hukiem w budynki. Oby mieszkańcy zostali już ewakuowani. Otoczyłam szczelną kopułą zebranych przy mnie ludzi, a sama wyleciałam na zewnątrz.

– Robin, gdzie jesteś? – spytałam, naciskając komunikator.

– Nic mi nie jest. Musimy szybko zniszczyć te działa, zanim zrujnują całe miasto! – odparł.

Poleciałam nisko nad wodą w stronę statku. Pod pokładem dojrzałam Victora, który ostrzeliwał statek niebieskim promieniem wystrzeliwującym z jego ramienia. Ominęłam kilka pocisków i podleciałam pod działa. Wyrwałam jedno razem z kablami i rzuciłam nim w następne. Armaty zwróciły się szybko w moją stronę. Zdematerializowałam się, a wystrzelone w tym samym momencie pociski zniszczyły nawzajem swoje działa.

Wielka kobieta, która zmierzała w naszą stronę przyjmowała całe serie strzałów, które w żaden sposób jej nie uszkadzały. Pociski po prostu zatapiały się w rozciągliwym ciele bez żadnego śladu. Rozwścieczona, podeszła i jednym machnięciem wyrwała ze ścian kilka dział. Rzuciła nimi w stronę otwartych bram. Rozległa się seria huknięć i z wnętrza statku wyleciały kule ognia. Kilkadziesiąt płonących kosmitów w panice rozpierzchło się, podpalając po drodze siebie nawzajem i zaprószając ogień w innych częściach statku.

Na ramieniu kobiety pojawił się niespodziewanie zielony goryl. Przeskoczył na działo i w dzikim szale zaczął tłuc ogromnymi łapami po metalowych częściach. Wspiął się po ścianie i wbiegł do wnętrza statku. Chciałam mu pomoc, ale większość dział skierowała się w stronę moją i gigantycznej kobiety. Ogromnymi energetycznymi łapami zgniotłam wylot armaty. Pocisk eksplodował wewnątrz, rozrywając przy okazji część poszycia statku. Razem z towarzyszką rozwaliłam praktycznie wszystkie działa po lewej stronie. Kątem oka widziałam, jak po prawej Victor wraz z rudowłosą wciąż manewrowali między seriami pocisków, oddając im z nawiązką.

Niespodziewanie w gładkiej powierzchni od spodu statku otwarł się właz. Ze złowrogim zgrzytem wysunęło się z niego ogromne działo, które wycelowało w kobietę. Rozległ się narastający szum, jakby zbierało energię. Między czterema ramionami zaczęła formować się fioletowa kula.

– Uciekaj! – krzyknęłam do niej.

Jej ruchy były jednak za wolne. Zanim zdążyła się uchylić, rozległo się głośne szczęknięcie metalu. Błyskawicznie wytworzyłam przed nią tarczę. Pocisk wystrzelił z ogromną prędkością. W zwolnionym tempie widziałam, że odruchowo schowała głowę za gardą. Fioletowa kula przeniknęła przez moją tarczę i ugodziła w kobietę. Krzyknęła. Jej ciało wygięło się w pałąk. Twarz zastygła z grymasem bólu. Zamarłam.

Wszystko zaczęło przyspieszać. Kobieta zachwiała się, tracąc napięcie w mięśniach. Zaczęła przechylać się do tyłu, coraz dalej i dalej, by w końcu uderzyć w taflę, wyrzucając w powietrze hektolitry wody. W jej klatce piersiowej zionęła przerażająca dziura. Biało–czerwony kostium zabarwił się szkarłatną krwią, która zaczęła unosić się też na powierzchni oceanu.

Z odrętwienia wyrwał mnie pełen bólu ryk zwierzęcia. Obróciłam się. U wylotu bram stał goryl. Z poklejoną i ubrudzoną sierścią patrzył na tonące powoli ciało kobiety. W mgnieniu oka zamienił się w niewysokiego chłopaka. Wszystko wokół przestało mieć dla niego znaczenie. Upadł na kolana. W tle rozległa się seria huków, ale dochodziła ona jakby zza ściany. Poczułam rozdzierające cierpienie tego zielonoskórego nastolatka. Widziałam płomienie czyhające za jego plecami. On jednak jakby zdrętwiał. Zmusiłam się do wykonania ruchu. Podleciałam do niego.

– Musimy stąd uciekać! – Starałam się przekrzyczeć wybuchy dochodzące z wnętrza statku.

Wszystko się trzęsło. Gdzieś z boku mignęły mi długie, rude włosy. Miałam wrażenie, jakby cały ten cholerny statek miał się zaraz rozlecieć. A on nie zareagował. Patrzył w tafle wody, pod którą niknęła kobieta. Poruszył wargami, ale nie zdołałam dosłyszeć. Delikatnie dotknęłam jego ramienia i teleportowałam nas na plażę. Nie utrzymał równowagi i zanurkował twarzą w piasek. Obrócił się powoli na plecy i rozłożył szeroko ręce.

– Rita. – Tym razem usłyszałam pełne cierpienia mamrotanie.

Powtarzał imię w kółko i kręcił na boki głową. Zaciskał mocno oczy. Podbiegli do nas ratownicy. Uniosłam rękę, by nie podchodzili. Uklękłam za głową chłopaka. Przyłożyłam delikatnie opuszki palców do jego skroni. Otwarłam umysł na emocje. Pozwoliłam, by ogromne cierpienie i niedowierzanie spłynęło na mnie. Chciałam mu ulżyć chociaż na ten moment. Mogłam przetrawić  zarówno swoje jak i cudze emocje. Tego mnie uczono.

 Uspokoił się. Rozluźnił zaciśnięte pięści. Przestał szeptać.

– Raven?

Uniosłam głowę. Za plecami Robina stało dwóch mężczyzn ubranych czerwone kostiumy z białymi wstawkami. Jeden z nich miał obandażowane wszystkie wystające części ciała, a na nosie wciśnięte  okulary przeciwsłoneczne. Trochę z boku, jakby nieśmiało stał też robot w kolorze miedzi.

– Uspokoiłam go – odpowiedziałam na pytające spojrzenie mężczyzny w hełmie z małymi antenkami przypominającymi czułki.

Miał trochę dziwną minę. Jakby przez zewnętrzną warstwę obojętności chciały przebić się gniew i smutek. Drgały mu kąciki ust. Zaciskał pięści.

– Pomogliśmy, jak mogliśmy. Teraz musimy wracać – powiedział dowódca.

– Wielkie dzięki, że się zjawiliście – odparł poważnie Robin. – I bardzo mi przykro, że tak się to skończyło, Mento.

– Robotman, weź Garfielda – rozkazał.

Blaszany człowiek ruszył się zadziwiająco żwawo. Wstałam i spróbowałam otrzepać się z piachu, który przykleił się do zakrzepłej już krwi. Dopiero teraz, gdy emocje trochę opadły, wiele ran zaczęło dawać o sobie znać z pełną mocą. Robot schylił się, by wziąć chłopaka na ręce, ale ten niespodziewanie usiadł, prawie uderzając w metalową głowę. Garfield rozejrzał się. Błądził zielonymi oczami.

– Rita – szepnął.

Wstał chwiejnie. Musiał przytrzymać się Robotmana, by nie upaść.

– Muszę tam wrócić – powiedział niespodziewanie stanowczym głosem.

– Garfield... – Po twarzy Mento przemknął cień smutku. – Ona nie żyje i nic już nie zrobisz. Możemy tylko patrzeć, jak będą wydobywać jej ciało – dodał łamiącym się głosem.

Spojrzałam w stronę horyzontu. Statek był podziurawiony jak sito i zmierzał na nieuniknione zderzenie z falującą taflą wody. Z otworów wystrzeliwały języki płomieni. Dostrzegłam małą, jakby płonącą postać uciekinierki, która raz po raz wlatywała do statku, by po chwili wyłonić się po przeciwnej stronie, przebijając się przez wszystkie warstwy. Rzeczywiście, w porę to pole energetyczne opadło.

Ponad nami przeleciał szwadron helikopterów. Ostatni kosmici byli dobijani przez wojskowe myśliwce, a ci uczestnicy walki, którzy przeżyli, zbierali się na plaży.

– Musimy złożyć raport Niles'owi – odezwał się Mento. – Garfield, albo tu zostajesz, albo z nami idziesz – powiedział zbyt stanowczo.

Miałam wrażenie, jakby cała trójka dorosłych nie chciała dopuścić emocji związanych ze stratą towarzyszki. Tylko najmłodszy członek drużyny nie tłumił uczuć. Było mi go trochę żal. Nie zdołałam obronić Rity.

– Idźcie, zostanę tu z nim na razie – zaproponował zabandażowany mężczyzna.

Dwóch pozostałych odeszło w stronę śmigłowca.

– Choć, Garfield. – Podszedł do chłopaka i objął go ramieniem. Powoli udali się w stronę brzegu.

Przy barierkach odgradzających drogę od plaży kłębił się już tłumek dziennikarzy. Co chwilę widziałam pędzące na syrenach karetki i wozy strażackie, które musiały przedzierać się przez zostawione w panice samochody, wszechobecny gruz i liczne ciała.  Część budynków w centrum i większość wieżowców od strony oceanu oberwało. Niektóre konstrukcje nie były na tyle mocne i wyższe piętra posypały się niczym World Trade Center. Minął ledwo miesiąc, a już uczestniczyłam w tak niszczycielskiej bitwie.

Nagle wśród reporterów podniosła się jeszcze większa wrzawa. Obiektywy aparatów i kamer uniosły się w stronę oceanu. Kobieta, która spowodowała to małe piekło uraczyła nas swoją obecnością. Żołnierze szybko sięgnęli po broń. Skierowali lufy w jej stronę, ale niewiele sobie z tego zrobiła. W końcu przeleciała przez ogromny statek. Co zrobiłyby jej takie kule?

Rozejrzała się wokoło. Jej oczy były pozbawione źrenic, całe emanowały delikatnym, zielonym światłem. Brak wyraźnych tęczówek powodował, że ciężko było określić na kogo konkretnie patrzyła. Zaczesała potargane, długie do lędźwi włosy. Wszyscy zareagowali trochę nerwowo. Tylko Robin stał niewzruszony, czujnie obserwując każdy ruch jej smukłego ciała o delikatnie pomarańczowej skórze. Zaczęła szybko mówić w nieznanym mi języku. Żołnierze spięli się jeszcze bardziej, ale Dick delikatnym ruchem dłoni nakazał im czekać. Zrobiła krok w naszą stronę. Jej ciemno–fioletowy, chroniący praktycznie całe ciało strój był lekko osmalony i pobrudzony, ale nie naruszony. Wydawał się trochę za ciężki i wręcz toporny, jak na tak szczupłą osobę.

Uniosła ręce w pokojowym geście. Przestała mówić. Nikt jednak nie spodziewał się, że tak szybko znajdzie się przy Robinie. Nie zdążył zareagować. Pocałowała go krótko i błyskawicznie odepchnęła z zadziornym uśmiechem. Uniósł brew z bezgranicznym zdumieniem na twarzy. Szybko jednak się zreflektował i przyjął pozycję gotową do ataku.

– Dziękuję wam za pomoc – powiedziała niespodziewanie bezbłędną angielszczyzną. – I przepraszam, że sprowadziłam wam na głowę cały ten statek Gordanian. Uciekłam im z niewoli, a wasza planeta była najbliżej – wyjaśniła przyjemnym, trochę śpiewnym głosem.

– Kim w ogóle jesteś? I dlaczego byłaś w niewoli? – Robin wciąż zachowywał czujność, pomimo, że pocałunkiem nieźle zbiła go z tropu.

– W zasadzie Koriand'r, ale w waszym języku Starfire – odparła łagodnie. – A niewola... – zawahała się. Wyczułam, że był to dla niej bolesny temat. – To wszystko przez moją siostrę, ale to bardzo długa historia. Nie ma potrzeby, bym wam o tym opowiadała. Jeszcze raz dziękuję wam za pomoc, jestem naprawdę wdzięczna, ale pozwólcie, że teraz opuszczę waszą przepiękną planetę. – Zaczęła unosić się coraz wyżej nad piasek.

– Zaczekaj. Gdzie się teraz udasz? – Miałam wrażenie, jakby Robin zaciekawił się nią. Chciał się o niej dowiedzieć więcej.

– Sama nie wiem... – Zatrzymała się w powietrzu trochę zmieszana. – Nie mogę wrócić na Tamaran. Wszechświat jest jednak wielki, na pewno znajdę sobie jakiś dom.

– Może zostaniesz? – spytał z nutą nadziei w głosie.

Trochę mnie tym zaskoczył. Chciał zatrzymać kobietę z innej planety?

Rozejrzała się. Żołnierze przestali w nią celować. Tylko zza naszych pleców słyszałam serię kliknięć aparatów i widziałam mogące doprowadzić do szału błyski lamp. W oddali dojrzałam wojskowy wóz opancerzony, do którego wniesiono zakutego i przywiązanego kosmitę. Czyżby chcieli przeprowadzać na nich jakieś badania?

Uznałam, że nie byłam potrzebna Robinowi, który chciał sobie pertraktować ze Starfire, by została. Jego sprawa. Podeszłam do stojącego samotnie Garfielda. Zsunął zakrywającą jego w pełni zieloną twarz maskę. Wpatrywał się nieobecnymi, szmaragdowymi oczami w odległy horyzont. Ponad wodą unosiły się helikoptery, zarówno wojskowe, jak i telewizyjne, które chciały z bliska uchwycić widok zatopionego statku kosmitów. 

Bez specjalnego wysiłku wyczuwałam, jak bardzo cierpiał. Zalewał mnie jego smutek, żal i poczucie winy. Postanowiłam odezwać się, chociaż miałam obawy, że z moimi społecznymi umiejętnościami mogłam tylko pogorszyć sprawę.

– Obwiniasz się, że jej nie uratowałeś? – spytałam łagodnym głosem.

Zerknął na mnie, a po chwili pokiwał delikatnie głową. Miętolił w rękach biało–czerwoną maskę.

– Była dla mnie jak matka. W ogóle Doom Patrol zastąpił mi rodzinę, ale teraz... – zawahał się. – Nie chcę z nimi wracać – powiedział cicho i spojrzał na zabandażowanego mężczyznę, który rozmawiał z grupką żołnierzy. – Steve... To znaczy Mento, był jej mężem. Adoptowali mnie. Jednak mam wrażenie, że kiedy wrócimy do domu, wszystko będzie mi o niej przypominać. – Spuścił wzrok. Jego kąciki ust lekko drgały. – Najpierw rodzice... teraz Rita... – mówił łamiącym się głosem.

– Nie musisz tam wracać, jeśli nie chcesz – odparłam, nie patrząc na niego. Miałam wrażenie, jakby jeszcze bardziej by go to speszyło.

– Nie mam domu. Jedyne co mi zostało to Doom Patrol.

– Porozmawiam z Robinem. Może jemu uda się coś załatwić – zapewniłam. – Przepraszam, że jej nie obroniłam – dodałam cicho, zanim odeszłam.

 

 – Zgodzili się? – podeszłam do Robina, który właśnie skończył rozmowę z Doom Patrolem.

– Tak – odparł z nieodgadnioną miną. – Zastanawia mnie tylko, skąd ta propozycja?

– Czuję, jak bardzo cierpi. Powiedział, że nie chce z nimi wracać – wyjaśniłam.

Kiwnął głową w zamyśleniu. Staliśmy, wpatrzeni w zachodzące powoli słońce. Pomarańczowe promienie kładły się na falującej tafli i wystającym kadłubie statku.

– A co ze Starfire? – spytałam.

– Zaproponowałem, żeby została. Nie zaprotestowała – powiedział chłodnym głosem. – Liga już się wtrąciła – dodał.

– To znaczy?

– Mają jakieś plany względem nas. – Zrobił głęboki wdech, jakby chciał uciszyć emocje. – Chyba chcą stworzyć drużynę młodych bohaterów.

– Nie rozumiem – powiedziałam. Miałam wrażenie, jakby był trochę podirytowany. –  Mówisz to takim tonem, jakby ci się nie podobało.

– Najpierw chciałem pracować sam w San Francisco. Teraz jednak cieszę się, że mam ciebie za towarzyszkę. Nie mam też nic przeciwko drużynie. Chodzi mi  o to, że Batman chce stworzyć grupę, by móc nas kontrolować. Wszystko będzie pod zarządem Ligi. W dodatku mam wrażenie, jakby chcieli pokazać społeczeństwu, że nasza działalność była zaplanowana. Pewnie zaraz nadadzą nam nazwę, wybudują siedzibę i ogłoszą nas oficjalnymi obrońcami miasta – prychnął. – Liga poprawi swój wizerunek, jeśli stworzą drużynę, która będzie chronić zwykłych obywateli w codziennych sytuacjach. Chciałem wyjść z cienia Batmana. Chyba nigdy nie będzie to dane Robinowi  – stwierdził z rozgoryczeniem. – Liga na razie się nimi zajmie – powiedział po chwili ciszy, kiwając głową w stronę Beast Boy'a rozmawiającego z Cyborgiem i Starfire, która stała trochę na uboczu. – Potem dowiemy się, co kombinują.

Obrócił się na pięcie i szybkim krokiem podszedł do czekającego już motoru. Pochylał głowę przed masą kamer i aparatów. Nie odpowiadał na żadne z zadanych przez dziennikarzy pytań. Nie chciał wrzawy wokół siebie. Niestety Batman, zamiast pozwolić nam swobodnie działać, musiał się wtrącać.

*****

 Bardzo się cieszę, że udaje mi się publikować mniej więcej co miesiąc. Mam też nadzieję, że zamknę opowiadanie w jakichś dwudziestu rozdziałach, ale znając życie i tak nic nie pójdzie po mojej myśli... W zasadzie to nie mam już nic konkretnego do przekazania.

 

PS. Jedyne co, to że jak zwykle, robiąc oczy kota w butach, grzecznie żebrzę o komentarze.