niedziela, 19 maja 2019

3. PRZYBYWAMY W POKOJU

 Plątaliśmy się po uliczkach pełnych nocnych klubów. Gdzie nie spojrzałam, w oczy raziły neonowe, wymyślne nazwy. Chodnikami przechadzały się wykonawczynie najstarszego zawodu świata, które co chwilę zabierali spragnieni rozrywki kierowcy. Co jakiś czas ochroniarze wyrzucali na bruk spitych lub zaćpanych klientów.

– Klub na rogu. – Usłyszałam przez komunikator.

Robin był na dachu po drugiej stronie ulicy. Ruszyliśmy w tamtym kierunku. Najpierw nie zrozumiałam, co specjalnie przykuło jego uwagę, jednak po chwili usłyszałam trzask rozbijanej szyby i krzyk dochodzące właśnie z tego budynku. Zeskoczyłam obok leżącego na chodniku mężczyzny. Musiał wylecieć głową na przód, bo wokół twarzy zebrała się niewielka kałuża krwi. 

– Policja i pogotowie już jadą. Wejdźmy do środka – powiedział, gdy skończyłam uleczać jego rany.

 Robin wkroczył do klubu. Wleciałam za nim. Trochę mnie przytkało. Nie spodziewałam się takiego widoku. 

Wnętrze klubu było zdemolowane. Scena z tancerkami opustoszała, a rury były powgniatane, jakby ktoś rzucił w nie czymś ciężkim. Pośrodku pobojowiska z  poprzesuwanych kanap i okrągłych stołów stał dyszący ciężko mężczyzna. Otaczały go leżące na posadce nieruchome ciała. Gdy Robin rozsunął kij z metalicznym sykiem, potencjalny sprawca obrócił się. Z wrażenia aż się zakrztusiłam.

Afroamerykanin spojrzał na nas gniewnie jednym, ciemnym okiem. Drugie błyszczało złowrogo czerwonym kolorem. Połowa jego surowej twarzy była pokryta matowym metalem. Mechaniczna część jego ciała ciągnęła się przez większą część szyi i niknęła pod materiałem rozciętej na piersi bluzy. Przez dziurę w materiale wylewała się delikatna niebieska poświata, którą można było by pomylić z kolorowym, klubowym światłem. Mężczyzna zacisnął wydatne wargi i zwinął dłonie w pięści, które również były w pełni pokryte metalem. 

– Dajcie mi odejść – warknął głębokim głosem. 

Zrobił krok nad nieprzytomnym, łysym facetem. Robin napiął mięśnie, gotowy zareagować na wszystko. 

– Albo oddasz się po dobroci w ręce policji albo użyjemy siły, Victorze – odparł stanowczo. 

Na połowę jego zdolnej do poruszania twarzy wpełzło zdziwienie. Po chwili jednak zniknęło i ustąpiło miejsca gniewowi. 

– Skąd znasz moje imię? – warknął, zaciskając i rozluźniając na przemian dłonie. 

– Mógłbyś lepiej wykorzystać swoje zdolności. To co ci się przydarzyło nie oznacza, że twoje życie się skończyło. 

– To oni mnie zaatakowali! Jebani rasiści! – krzyknął. 

Miałam wrażenie, jakby pulsowanie w cienkich, niebieskich żyłkach biegnących na powierzchni metalu przyspieszyło. Z oddali usłyszałam syreny policyjne. Victor wkurzył się jeszcze bardziej. 

– Liga ma mi dać spokój! Najlepiej wszyscy się odpieprzcie!

Zrobił krok w naszą stronę. Robin pochylił się lekko, gotowy zaatakować. Nie musiał jednak. Nim z radiowozów wyskoczyli policjanci, rozległ się syk, a potem trzask i z podłogi wzbiły się tumany kurzu. Następny huk zabrzmiał jak łamany beton. Błyskawicznie uniosłam tarczę przed nami. Na podłogę upadły kawałki gruzu. 

Wybiegliśmy przed budynek. Ponad dachami dostrzegłam niknącą w ciemności lecącą postać. Co tu się do cholery wydarzyło?

– Skąd go znałeś? – spytałam Dicka. 

– Potem ci wyjaśnię – odparł chłodno i podszedł do policjantki. 

Po chwili przyjechały dwie karetki. Ratownicy w odblaskowych kurtkach zajęli się poszkodowanymi. Policyjne światła niezwykle skutecznie oczyściły całą ulicę. Nawet idącym zygzakiem imprezowiczom udało się szybko zmyć.

– Wracamy do bazy – zarządził stanowczo Robin po chwili rozmowy z dowodzącą policjantką.

Wydawał się być trochę podminowany. Cała ta sytuacja go zirytowała. Podobnie zachowywał się za każdym razem, gdy w przeciągu ostatnich kilku tygodni paru przestępcom udało się zwiać.

 

– Powiesz mi w końcu, skąd znasz tego Victora? – spytałam, gdy weszliśmy na piętro.

Światła zapalały się z trzaskiem, gdy Robin wchodził w głąb sali. Usiadł przy stanowisku i zaczął sprawnie stukać w klawiaturę.

– Liga zainteresowała się nim niedawno – podjął, nie przestając wpisywać z zabójczą prędkością. Co chwilę na monitorze i ekranach na ścianie wyświetlały się i znikały jakieś obrazy oraz teksty. – To ciało to skutek wypadku w laboratorium. Przez jakiś błąd nastąpił wybuch, w którym zginęła jego matka. Silas, genialny naukowiec i ojciec Victora, by uratować syna, zintegrował go z pewnego rodzaju egzoszkieletem. Eksperyment się powiódł, ale Victor znienawidził ojca i uciekł z domu. Nie potrafi do końca kontrolować swoich umiejętności. Liga zaproponowała mu pomoc, ale odmówił. Trzeba mu przyznać, że nie ma lekko. Zakładam, że nawet jeśli nie wyglądałby tak, jak wygląda, i tak doszłoby do jakiejś bójki. Już przedtem zdarzały się takie ,,interwencje zwolenników białej Ameryki" – powiedział i zawiesił się na chwile.

Pochylił się lekko w stronę monitora. Przygryzł dolną wargę, wstukał coś szybko w klawiaturę i ponownie odchylił się w fotelu.

– Dlaczego Liga się nim tak zainteresowała? Na pewno nie z dobrego serca i chęci pomocy zagubionym nastolatkom? – zakpiłam.

– Wiesz... Zawsze dobrze jest mieć po swojej stronie kogoś z takimi umiejętnościami. Nigdy nie wiadomo, co człowiekowi odwali i kiedy zacznie dokonywać jakichś przestępstw – odparł i wzruszył ramionami. – Liga ma swoje pobudki i cele, które na pewno nie są tak różowe i szlachetne, jak chcą, by wyglądały.

Zamilkł. Po chwili pisania, wskazał dłonią na ekran i kiwnął głową, bym podeszła bliżej.

– Poza tym, Victor ma ponadprzeciętną inteligencję, co w połączeniu z jego zbroją tworzy świetny materiał na członka Ligi. Ma dziewiętnaście lat, więc mogliby go przyjąć po odpowiednim treningu – Spojrzałam na notatki pod zdjęciami chłopaka. Jedno było sprzed wypadku, a drugie po tragedii. – Victor Stone był świetnym futbolistą. Nie jestem zdziwiony, że się pogubił. Szkoda, że nie przyjął pomocy od Ligi, ale nikt nie może go przecież zmusić. Jego wybór. – Uniósł ręce w geście ,,co poradzimy?", a potem zaplótł je i oparł na nich podbródek. – Dochodzi czwarta. Możesz już iść jak chcesz. Ja jeszcze trochę potrenuję, odezwę się po południu – powiedział po chwili ciszy.

– Jasne. Pa. – Teleportowałam się prosto do domu.

 

 Już dawno minęło południe, a promienie światła wdzierały się do sypialni między grubymi zasłonami. Odłożyłam książkę z ociąganiem i sięgnęłam po wibrujący komunikator leżący na półce. Wsunęłam go do ucha.

– Raven! Potrzebuję cię natychmiast w bazie! Wytłumaczę ci wszystko, gdy przyjdziesz! – Robin mówił szybko, z niezwykłą jak na niego ilością emocji.

Nawet nie włożyłam zakładki do książki, tylko zgarnęłam pelerynę i założyłam ją, jednocześnie teleportując się.

– Co się stało?

– Mamy gości – powiedział i wskazał na ogromny ekran, cały zajęty przez nadawany na żywo obraz z centrum miasta. – A myślałem, że obcy atakują tylko Nowy Jork, czy chociażby Waszyngton. Teleportuj nas tam – zarządził.

Przyglądałam się jeszcze przez moment rozchwianemu obrazowi budynków i licznych niezidentyfikowanych postaci fruwających i niszczących wszystko bez opamiętania.

Kiedy wykonałam polecenie, materializowaliśmy się koło policyjnej blokady. Radiowozy z włączonymi światłami stały w poprzek drogi, a sami policjanci starali się przegonić gapiów i dziennikarzy z niebezpiecznej części miasta. Spojrzałam do góry. W naszym kierunku zmierzała postać z długimi, rudymi włosami. Jak ogon, ciągnęła za nią horda dziwnych, zielonych kosmitów, przypominających ogromne, skrzydlate jaszczury w złotych zbrojach. Wystrzelili kilka pocisków z dzid w stronę uciekającej. Chybili. Szybko stworzyłam tarczę nad tłumem gapiów. Przemknęli nad nami niczym błyskawice.

– Walczymy z tymi zielonymi! – Robin musiał przekrzyczeć piski cywilów i komunikaty nadawane przez megafony. – Wojsko zaraz będzie, na razie my się nimi zajmiemy!

Błyskawicznie wzbiłam się do góry. Przeniknęłam przez wieżowiec, by skrócić sobie drogę do przeciwników. Byli naprawdę szybcy, ale udało mi się dogonić ich nad wodą.

Rudowłosa kobieta zaczęła na oślep wyrzucać bezpośrednio z rąk zielone, gorące pociski. Jeden o mało mnie nie trafił, za to kilku kosmicznych jaszczurów nieźle oberwało. Wytworzyłam ogromny młot z energii, po czym opuściłam obuch i zbiłam jednego do oceanu. Przemieściłam się idealnie ponad innego. Runąwszy w dół z wyprostowaną nogą, kopnęłam go w tył głowy. Zapikował do wody. Nagle przeciwnik z lewej zmienił kurs, chcąc wlecieć we mnie z impetem. Zdematerializowałam się. Nim zdążył zareagować, zderzył się z towarzyszem.

Tymczasem rudowłosa kobieta zawróciła z powrotem nad miasto. Spomiędzy budynków wyleciały wojskowe śmigłowce. Osiem maszyn ustawiło się w rzędzie i zaczęło ostrzał. Musiałam gwałtownie odbić do góry, by nie oberwać. Kilku kosmitów nie miało takiego refleksu. Rozdzielili się. Część podążyło za rudowłosą, a pozostali zaatakowali śmigłowce. Zrzuciłam dwóch z kadłubów, ale pozostali zdążyli dobrać się do śmigieł. Wsunęli w nie swoje długie dzidy, które zblokowały łopatki wirnika. W efekcie maszyny zaczęły pikować w dół.

Nagle obok mnie nastąpił wybuch. Nie zdążyłam stworzyć bariery. Poczułam, jakby moją łydkę rozcięło rozgrzane do czerwoności ostrze. Kręciło mi się w głowie. Ledwo udało mi się wylądować na dachu budynku obok mnie. Spojrzałam na lewą nogę. Żołądek ścisnął się na widok wystającego z niej kawału poszarpanej blachy. Po metalu sączyła się bardzo ciemna krew. Zacisnęłam zęby i po chwili zawahania złapałam za wystający koniec. Gwałtownie pociągnęłam, tłumiąc jednocześnie krzyk bólu. Czułam dziwne pulsowanie w nodze. Wykorzystując całą siłę woli, skupiłam się na wyglądającej okropnie ranie. Cholernie piekło, ale po chwili rozszarpane mięśnie i skóra zaczęły się zrastać. Wciąż czułam rwanie w łydce, ale po obrażeniu nie został praktycznie żaden ślad.

Podniosłam się nieco niepewnie. Upewniłam się, że mogę normalnie stanąć i wzbiłam się w powietrze. Z centrum miasta dobiegł potężny huk. Chciałam ruszyć w tamtym kierunku, ale kątem oka dostrzegłam zarys czegoś ogromnego na niebie. Aż otwarłam usta ze zdziwienia. Wysoko nad wodą sunął ogromny jak boisko futbolowe, aerodynamiczny pojazd. Kamuflaż schodził powoli, ukazując szerokie, dwupłatowe skrzydła, czyniące pojazd jeszcze potężniejszym. Po bokach głównego pokładu otwarły się liczne bramy, ciągnące się przez cały obwód statku. Włazy wsunęły się z szumem, który toczył się powoli niczym grzmot z oddali. Po chwili pełnej napięcia ze statku zaczęły wylatywać całe chmary kosmitów. Zdrętwiałam. Setki, a może nawet tysiące wojowników zbliżało się do miasta. Dlaczego zależało im aż tak bardzo na jednej dziewczynie?

– Raven, potrzebuję cię na wybrzeżu. Sto metrów na lewo od Golden Gate.

Wylądowałam na plaży koło zbiorowiska żołnierzy. Potężny i wysoki mężczyzna na środku gestykulował żywo. Wskazywał w różne strony, a grupy ludzi rozbiegały się. Niedaleko nas w powietrze wzbiły się helikoptery, wyrzucając chmury piasku do góry.

– Jest ich za dużo – powiedziałam z napięciem do Robina. – Gdzie w ogóle jest ta dziewczyna?

– W centrum. Nie możemy dopuścić, by kolejni wlecieli do miasta. Liga przysłała wsparcie. Po drodze dołączył się też Doom Patrol – oznajmił i chciał ruszyć do jednego z helikopterów.

– Że niby kto?! – Przekrzyczałam huk silników.

W odpowiedzi wskazał coś za moimi plecami i wsiadł do maszyny.

Obróciłam się. Koło generała stałą grupka ludzki. Cztery z nich ubrane były w czerwono–białe kostiumy, a jeden z nich był... robotem? Nie zastanawiałam się, tylko ruszyłam do dalszej walki.

Wzbiłam się w powietrze i uformowałam ogromną łapę kruka z energii. Powtarzając ruchy mojej ręki, zbiła kilku kosmitów. W odpowiedzi zaczęli strzelać w naszą stronę. Słyszałam, jak pociski dosięgają budynków i niszczą słabe konstrukcje. Zamknęłam kilkunastu w energetycznej kuli. W gniewie zaczęli strzelać, ale pociski odbijały się od ściany i nokautowały ich samych. Zmniejszyłam klatkę i cisnęłam nią w statek. Mój pocisk nawet nie dosięgnął lśniącej powierzchni pojazdu. Kula rozprysła się o pole siłowe. Świetnie...

Nagle usłyszałam niezwykle głośny chlupot wody. Obejrzałam się przez ramię, żeby akurat zobaczyć, jak ogromna niczym wieżowiec kobieta w czerwono–białym stroju weszła do oceanu. Brodziła ledwo po kolana. Wyciągnęła ręce i powoli, aczkolwiek skutecznie wyłapywała kosmitów i rzucała nimi w nadlatujących przeciwników. Chociaż wydawało mi się, że w ogóle ich nie ubywało. Ze statku ciągle wylatywali kolejni, jakby ich w środku klonowali.

Minął mnie wojskowy helikopter. Za sterami siedział Robin, który strzelał z karabinu pod kabiną. Wypuścił też serię rakiet. Wleciały przez otwarte bramy, do wnętrza statku. Tym razem pole nie zadziałało. Usłyszałam potężny huk i z środka wydobyła się kula ognia. Do wody posypały się spore fragmenty zewnętrznej powłoki. Koło mnie pojawiły się kolejne helikoptery. Wszyscy zaczęli ostrzeliwać nieosłonięte bramy. Jednak szybko doczekaliśmy się odpowiedzi. Największa dotychczas horda wyleciała z szumem bijących rytmicznie skrzydeł. Na niespokojnym morzu położył się ogromny cień, przesuwający się ku miastu. Ku nam.

Huk obracających się karabinów maszynowych, okrzyki kosmitów, plusk wody. Nie mogłam się skupić. Za dużo bodźców. Odpierałam ataki rozjuszonych gadów, ale wystarczyła sekunda zawahania, by rzucili się na mnie jednocześnie. Runęliśmy w dół. Trzy obrzydliwe istoty orały pazurami po mojej skórze. Nagle jeden, zawieszony na plecach, spadł. Poczułam silny podmuch wiatru, coś srebrnego mignęło mi przed oczami i następny przeciwnik poszybował gdzieś daleko.

Wpadłam z hukiem do wody. Nie mogłam znaleźć góry i dołu. Obracałam się nerwowo. Ostatni przeciwnik ciągnął mnie za pelerynę. Wytworzyłam falę uderzeniową, która rozpierzchła się we wszystkie strony. Ciężar zniknął. Nerwowo poszukiwałam światła, które wskazałoby mi powierzchnię. Zaczynało mi brakować powietrza. Szczypały mnie oczy. Otwarte rany piekły od słonej wody. Po niezmiernie długich sekundach w końcu ustaliłam właściwy kierunek. Wystrzeliłam nad powierzchnię. Nabrałam gwałtownie powietrza, jednocześnie rozglądając się nerwowo na wszystkie strony. Nade mną wciąż szaleli kosmici. Wśród nich helikoptery, myśliwce, rudowłosa uciekinierka i... Victor? Z tej odległości i z piekącymi oczami nie byłam do końca pewna, czy srebrna, odbijająca promienie słoneczne postać rzeczywiście była spotkanym niedawno chłopakiem, jednak kimkolwiek nie był, skutecznie nokautował kosmitów.

Postarałam się chociaż powierzchownie uleczyć rany, bym mogła wrócić do walki.Wtedy spostrzegłam, że obok mnie pojawiła się ogromna kobieta. Nad jej głową frunął zielony pterodaktyl. Zwierzę zapikowało, strącając na boki kilku kosmitów. Wyhamował metr nad ziemią. Spojrzał na mnie i nie wiem, czy mi się przywidziało, czy naprawdę puścił mi perskie oko. Nie wnikając w to, wzbiłam się do góry. Kosmitów jakby powoli ubywało, jednak z naszej strony też nie obyło się bez strat. Nagle przez bitewny hałas przebił się metaliczny, głęboki zgrzyt. Z wrogiego statku zaczęły wysuwać się ogromne, spiczaste działa. Ich rozdzielone końce zaczęły świecić pomarańczowym blaskiem, a szum wzmógł się. Przeciwnicy rozpierzchli się w przerażeniu.

Pierwsze pociski uderzyły w helikoptery. Maszyny eksplodowały niczym granaty, raniąc tych, którzy nie zdążyli się ewakuować. Wylądowałam przy stanowisku żołnierzy na plaży i wytworzyłam ogromną tarczę. Kolejne pociski przelatywały ponad nami z szumem. Część godziła w kosmitów, część w naszych, a pozostałe przelatywały kilkaset metrów i uderzały z hukiem w budynki. Oby mieszkańcy zostali już ewakuowani. Otoczyłam szczelną kopułą zebranych przy mnie ludzi, a sama wyleciałam na zewnątrz.

– Robin, gdzie jesteś? – spytałam, naciskając komunikator.

– Nic mi nie jest. Musimy szybko zniszczyć te działa, zanim zrujnują całe miasto! – odparł.

Poleciałam nisko nad wodą w stronę statku. Pod pokładem dojrzałam Victora, który ostrzeliwał statek niebieskim promieniem wystrzeliwującym z jego ramienia. Ominęłam kilka pocisków i podleciałam pod działa. Wyrwałam jedno razem z kablami i rzuciłam nim w następne. Armaty zwróciły się szybko w moją stronę. Zdematerializowałam się, a wystrzelone w tym samym momencie pociski zniszczyły nawzajem swoje działa.

Wielka kobieta, która zmierzała w naszą stronę przyjmowała całe serie strzałów, które w żaden sposób jej nie uszkadzały. Pociski po prostu zatapiały się w rozciągliwym ciele bez żadnego śladu. Rozwścieczona, podeszła i jednym machnięciem wyrwała ze ścian kilka dział. Rzuciła nimi w stronę otwartych bram. Rozległa się seria huknięć i z wnętrza statku wyleciały kule ognia. Kilkadziesiąt płonących kosmitów w panice rozpierzchło się, podpalając po drodze siebie nawzajem i zaprószając ogień w innych częściach statku.

Na ramieniu kobiety pojawił się niespodziewanie zielony goryl. Przeskoczył na działo i w dzikim szale zaczął tłuc ogromnymi łapami po metalowych częściach. Wspiął się po ścianie i wbiegł do wnętrza statku. Chciałam mu pomoc, ale większość dział skierowała się w stronę moją i gigantycznej kobiety. Ogromnymi energetycznymi łapami zgniotłam wylot armaty. Pocisk eksplodował wewnątrz, rozrywając przy okazji część poszycia statku. Razem z towarzyszką rozwaliłam praktycznie wszystkie działa po lewej stronie. Kątem oka widziałam, jak po prawej Victor wraz z rudowłosą wciąż manewrowali między seriami pocisków, oddając im z nawiązką.

Niespodziewanie w gładkiej powierzchni od spodu statku otwarł się właz. Ze złowrogim zgrzytem wysunęło się z niego ogromne działo, które wycelowało w kobietę. Rozległ się narastający szum, jakby zbierało energię. Między czterema ramionami zaczęła formować się fioletowa kula.

– Uciekaj! – krzyknęłam do niej.

Jej ruchy były jednak za wolne. Zanim zdążyła się uchylić, rozległo się głośne szczęknięcie metalu. Błyskawicznie wytworzyłam przed nią tarczę. Pocisk wystrzelił z ogromną prędkością. W zwolnionym tempie widziałam, że odruchowo schowała głowę za gardą. Fioletowa kula przeniknęła przez moją tarczę i ugodziła w kobietę. Krzyknęła. Jej ciało wygięło się w pałąk. Twarz zastygła z grymasem bólu. Zamarłam.

Wszystko zaczęło przyspieszać. Kobieta zachwiała się, tracąc napięcie w mięśniach. Zaczęła przechylać się do tyłu, coraz dalej i dalej, by w końcu uderzyć w taflę, wyrzucając w powietrze hektolitry wody. W jej klatce piersiowej zionęła przerażająca dziura. Biało–czerwony kostium zabarwił się szkarłatną krwią, która zaczęła unosić się też na powierzchni oceanu.

Z odrętwienia wyrwał mnie pełen bólu ryk zwierzęcia. Obróciłam się. U wylotu bram stał goryl. Z poklejoną i ubrudzoną sierścią patrzył na tonące powoli ciało kobiety. W mgnieniu oka zamienił się w niewysokiego chłopaka. Wszystko wokół przestało mieć dla niego znaczenie. Upadł na kolana. W tle rozległa się seria huków, ale dochodziła ona jakby zza ściany. Poczułam rozdzierające cierpienie tego zielonoskórego nastolatka. Widziałam płomienie czyhające za jego plecami. On jednak jakby zdrętwiał. Zmusiłam się do wykonania ruchu. Podleciałam do niego.

– Musimy stąd uciekać! – Starałam się przekrzyczeć wybuchy dochodzące z wnętrza statku.

Wszystko się trzęsło. Gdzieś z boku mignęły mi długie, rude włosy. Miałam wrażenie, jakby cały ten cholerny statek miał się zaraz rozlecieć. A on nie zareagował. Patrzył w tafle wody, pod którą niknęła kobieta. Poruszył wargami, ale nie zdołałam dosłyszeć. Delikatnie dotknęłam jego ramienia i teleportowałam nas na plażę. Nie utrzymał równowagi i zanurkował twarzą w piasek. Obrócił się powoli na plecy i rozłożył szeroko ręce.

– Rita. – Tym razem usłyszałam pełne cierpienia mamrotanie.

Powtarzał imię w kółko i kręcił na boki głową. Zaciskał mocno oczy. Podbiegli do nas ratownicy. Uniosłam rękę, by nie podchodzili. Uklękłam za głową chłopaka. Przyłożyłam delikatnie opuszki palców do jego skroni. Otwarłam umysł na emocje. Pozwoliłam, by ogromne cierpienie i niedowierzanie spłynęło na mnie. Chciałam mu ulżyć chociaż na ten moment. Mogłam przetrawić  zarówno swoje jak i cudze emocje. Tego mnie uczono.

 Uspokoił się. Rozluźnił zaciśnięte pięści. Przestał szeptać.

– Raven?

Uniosłam głowę. Za plecami Robina stało dwóch mężczyzn ubranych czerwone kostiumy z białymi wstawkami. Jeden z nich miał obandażowane wszystkie wystające części ciała, a na nosie wciśnięte  okulary przeciwsłoneczne. Trochę z boku, jakby nieśmiało stał też robot w kolorze miedzi.

– Uspokoiłam go – odpowiedziałam na pytające spojrzenie mężczyzny w hełmie z małymi antenkami przypominającymi czułki.

Miał trochę dziwną minę. Jakby przez zewnętrzną warstwę obojętności chciały przebić się gniew i smutek. Drgały mu kąciki ust. Zaciskał pięści.

– Pomogliśmy, jak mogliśmy. Teraz musimy wracać – powiedział dowódca.

– Wielkie dzięki, że się zjawiliście – odparł poważnie Robin. – I bardzo mi przykro, że tak się to skończyło, Mento.

– Robotman, weź Garfielda – rozkazał.

Blaszany człowiek ruszył się zadziwiająco żwawo. Wstałam i spróbowałam otrzepać się z piachu, który przykleił się do zakrzepłej już krwi. Dopiero teraz, gdy emocje trochę opadły, wiele ran zaczęło dawać o sobie znać z pełną mocą. Robot schylił się, by wziąć chłopaka na ręce, ale ten niespodziewanie usiadł, prawie uderzając w metalową głowę. Garfield rozejrzał się. Błądził zielonymi oczami.

– Rita – szepnął.

Wstał chwiejnie. Musiał przytrzymać się Robotmana, by nie upaść.

– Muszę tam wrócić – powiedział niespodziewanie stanowczym głosem.

– Garfield... – Po twarzy Mento przemknął cień smutku. – Ona nie żyje i nic już nie zrobisz. Możemy tylko patrzeć, jak będą wydobywać jej ciało – dodał łamiącym się głosem.

Spojrzałam w stronę horyzontu. Statek był podziurawiony jak sito i zmierzał na nieuniknione zderzenie z falującą taflą wody. Z otworów wystrzeliwały języki płomieni. Dostrzegłam małą, jakby płonącą postać uciekinierki, która raz po raz wlatywała do statku, by po chwili wyłonić się po przeciwnej stronie, przebijając się przez wszystkie warstwy. Rzeczywiście, w porę to pole energetyczne opadło.

Ponad nami przeleciał szwadron helikopterów. Ostatni kosmici byli dobijani przez wojskowe myśliwce, a ci uczestnicy walki, którzy przeżyli, zbierali się na plaży.

– Musimy złożyć raport Niles'owi – odezwał się Mento. – Garfield, albo tu zostajesz, albo z nami idziesz – powiedział zbyt stanowczo.

Miałam wrażenie, jakby cała trójka dorosłych nie chciała dopuścić emocji związanych ze stratą towarzyszki. Tylko najmłodszy członek drużyny nie tłumił uczuć. Było mi go trochę żal. Nie zdołałam obronić Rity.

– Idźcie, zostanę tu z nim na razie – zaproponował zabandażowany mężczyzna.

Dwóch pozostałych odeszło w stronę śmigłowca.

– Choć, Garfield. – Podszedł do chłopaka i objął go ramieniem. Powoli udali się w stronę brzegu.

Przy barierkach odgradzających drogę od plaży kłębił się już tłumek dziennikarzy. Co chwilę widziałam pędzące na syrenach karetki i wozy strażackie, które musiały przedzierać się przez zostawione w panice samochody, wszechobecny gruz i liczne ciała.  Część budynków w centrum i większość wieżowców od strony oceanu oberwało. Niektóre konstrukcje nie były na tyle mocne i wyższe piętra posypały się niczym World Trade Center. Minął ledwo miesiąc, a już uczestniczyłam w tak niszczycielskiej bitwie.

Nagle wśród reporterów podniosła się jeszcze większa wrzawa. Obiektywy aparatów i kamer uniosły się w stronę oceanu. Kobieta, która spowodowała to małe piekło uraczyła nas swoją obecnością. Żołnierze szybko sięgnęli po broń. Skierowali lufy w jej stronę, ale niewiele sobie z tego zrobiła. W końcu przeleciała przez ogromny statek. Co zrobiłyby jej takie kule?

Rozejrzała się wokoło. Jej oczy były pozbawione źrenic, całe emanowały delikatnym, zielonym światłem. Brak wyraźnych tęczówek powodował, że ciężko było określić na kogo konkretnie patrzyła. Zaczesała potargane, długie do lędźwi włosy. Wszyscy zareagowali trochę nerwowo. Tylko Robin stał niewzruszony, czujnie obserwując każdy ruch jej smukłego ciała o delikatnie pomarańczowej skórze. Zaczęła szybko mówić w nieznanym mi języku. Żołnierze spięli się jeszcze bardziej, ale Dick delikatnym ruchem dłoni nakazał im czekać. Zrobiła krok w naszą stronę. Jej ciemno–fioletowy, chroniący praktycznie całe ciało strój był lekko osmalony i pobrudzony, ale nie naruszony. Wydawał się trochę za ciężki i wręcz toporny, jak na tak szczupłą osobę.

Uniosła ręce w pokojowym geście. Przestała mówić. Nikt jednak nie spodziewał się, że tak szybko znajdzie się przy Robinie. Nie zdążył zareagować. Pocałowała go krótko i błyskawicznie odepchnęła z zadziornym uśmiechem. Uniósł brew z bezgranicznym zdumieniem na twarzy. Szybko jednak się zreflektował i przyjął pozycję gotową do ataku.

– Dziękuję wam za pomoc – powiedziała niespodziewanie bezbłędną angielszczyzną. – I przepraszam, że sprowadziłam wam na głowę cały ten statek Gordanian. Uciekłam im z niewoli, a wasza planeta była najbliżej – wyjaśniła przyjemnym, trochę śpiewnym głosem.

– Kim w ogóle jesteś? I dlaczego byłaś w niewoli? – Robin wciąż zachowywał czujność, pomimo, że pocałunkiem nieźle zbiła go z tropu.

– W zasadzie Koriand'r, ale w waszym języku Starfire – odparła łagodnie. – A niewola... – zawahała się. Wyczułam, że był to dla niej bolesny temat. – To wszystko przez moją siostrę, ale to bardzo długa historia. Nie ma potrzeby, bym wam o tym opowiadała. Jeszcze raz dziękuję wam za pomoc, jestem naprawdę wdzięczna, ale pozwólcie, że teraz opuszczę waszą przepiękną planetę. – Zaczęła unosić się coraz wyżej nad piasek.

– Zaczekaj. Gdzie się teraz udasz? – Miałam wrażenie, jakby Robin zaciekawił się nią. Chciał się o niej dowiedzieć więcej.

– Sama nie wiem... – Zatrzymała się w powietrzu trochę zmieszana. – Nie mogę wrócić na Tamaran. Wszechświat jest jednak wielki, na pewno znajdę sobie jakiś dom.

– Może zostaniesz? – spytał z nutą nadziei w głosie.

Trochę mnie tym zaskoczył. Chciał zatrzymać kobietę z innej planety?

Rozejrzała się. Żołnierze przestali w nią celować. Tylko zza naszych pleców słyszałam serię kliknięć aparatów i widziałam mogące doprowadzić do szału błyski lamp. W oddali dojrzałam wojskowy wóz opancerzony, do którego wniesiono zakutego i przywiązanego kosmitę. Czyżby chcieli przeprowadzać na nich jakieś badania?

Uznałam, że nie byłam potrzebna Robinowi, który chciał sobie pertraktować ze Starfire, by została. Jego sprawa. Podeszłam do stojącego samotnie Garfielda. Zsunął zakrywającą jego w pełni zieloną twarz maskę. Wpatrywał się nieobecnymi, szmaragdowymi oczami w odległy horyzont. Ponad wodą unosiły się helikoptery, zarówno wojskowe, jak i telewizyjne, które chciały z bliska uchwycić widok zatopionego statku kosmitów. 

Bez specjalnego wysiłku wyczuwałam, jak bardzo cierpiał. Zalewał mnie jego smutek, żal i poczucie winy. Postanowiłam odezwać się, chociaż miałam obawy, że z moimi społecznymi umiejętnościami mogłam tylko pogorszyć sprawę.

– Obwiniasz się, że jej nie uratowałeś? – spytałam łagodnym głosem.

Zerknął na mnie, a po chwili pokiwał delikatnie głową. Miętolił w rękach biało–czerwoną maskę.

– Była dla mnie jak matka. W ogóle Doom Patrol zastąpił mi rodzinę, ale teraz... – zawahał się. – Nie chcę z nimi wracać – powiedział cicho i spojrzał na zabandażowanego mężczyznę, który rozmawiał z grupką żołnierzy. – Steve... To znaczy Mento, był jej mężem. Adoptowali mnie. Jednak mam wrażenie, że kiedy wrócimy do domu, wszystko będzie mi o niej przypominać. – Spuścił wzrok. Jego kąciki ust lekko drgały. – Najpierw rodzice... teraz Rita... – mówił łamiącym się głosem.

– Nie musisz tam wracać, jeśli nie chcesz – odparłam, nie patrząc na niego. Miałam wrażenie, jakby jeszcze bardziej by go to speszyło.

– Nie mam domu. Jedyne co mi zostało to Doom Patrol.

– Porozmawiam z Robinem. Może jemu uda się coś załatwić – zapewniłam. – Przepraszam, że jej nie obroniłam – dodałam cicho, zanim odeszłam.

 

 – Zgodzili się? – podeszłam do Robina, który właśnie skończył rozmowę z Doom Patrolem.

– Tak – odparł z nieodgadnioną miną. – Zastanawia mnie tylko, skąd ta propozycja?

– Czuję, jak bardzo cierpi. Powiedział, że nie chce z nimi wracać – wyjaśniłam.

Kiwnął głową w zamyśleniu. Staliśmy, wpatrzeni w zachodzące powoli słońce. Pomarańczowe promienie kładły się na falującej tafli i wystającym kadłubie statku.

– A co ze Starfire? – spytałam.

– Zaproponowałem, żeby została. Nie zaprotestowała – powiedział chłodnym głosem. – Liga już się wtrąciła – dodał.

– To znaczy?

– Mają jakieś plany względem nas. – Zrobił głęboki wdech, jakby chciał uciszyć emocje. – Chyba chcą stworzyć drużynę młodych bohaterów.

– Nie rozumiem – powiedziałam. Miałam wrażenie, jakby był trochę podirytowany. –  Mówisz to takim tonem, jakby ci się nie podobało.

– Najpierw chciałem pracować sam w San Francisco. Teraz jednak cieszę się, że mam ciebie za towarzyszkę. Nie mam też nic przeciwko drużynie. Chodzi mi  o to, że Batman chce stworzyć grupę, by móc nas kontrolować. Wszystko będzie pod zarządem Ligi. W dodatku mam wrażenie, jakby chcieli pokazać społeczeństwu, że nasza działalność była zaplanowana. Pewnie zaraz nadadzą nam nazwę, wybudują siedzibę i ogłoszą nas oficjalnymi obrońcami miasta – prychnął. – Liga poprawi swój wizerunek, jeśli stworzą drużynę, która będzie chronić zwykłych obywateli w codziennych sytuacjach. Chciałem wyjść z cienia Batmana. Chyba nigdy nie będzie to dane Robinowi  – stwierdził z rozgoryczeniem. – Liga na razie się nimi zajmie – powiedział po chwili ciszy, kiwając głową w stronę Beast Boy'a rozmawiającego z Cyborgiem i Starfire, która stała trochę na uboczu. – Potem dowiemy się, co kombinują.

Obrócił się na pięcie i szybkim krokiem podszedł do czekającego już motoru. Pochylał głowę przed masą kamer i aparatów. Nie odpowiadał na żadne z zadanych przez dziennikarzy pytań. Nie chciał wrzawy wokół siebie. Niestety Batman, zamiast pozwolić nam swobodnie działać, musiał się wtrącać.

*****

 Bardzo się cieszę, że udaje mi się publikować mniej więcej co miesiąc. Mam też nadzieję, że zamknę opowiadanie w jakichś dwudziestu rozdziałach, ale znając życie i tak nic nie pójdzie po mojej myśli... W zasadzie to nie mam już nic konkretnego do przekazania.

 

PS. Jedyne co, to że jak zwykle, robiąc oczy kota w butach, grzecznie żebrzę o komentarze.

sobota, 27 kwietnia 2019

2. PIERWSZY RAZ

– Jeszcze raz! – Robin wydawał się wręcz szczęśliwy, trenując mnie. A może raczej torturując?

Odgarnęłam z czoła spocone włosy, które wysunęły się z kucyka. Odkleiłam od mokrych pleców czarny podkoszulek i podeszłam do niego. 

– Nie musi być mocno, tylko technicznie. Siła przyjdzie z czasem – pouczył mnie ponownie i wysunął przed siebie miękkie tarcze nałożone na dłonie. 

– Wciąż nie rozumiem po co mi to, skoro mogę kogoś po prostu odesłać na ścianę... – mruknęłam pod nosem. 

– Przezorny zawsze ubezpieczony – odparł. – No, dawaj. Trzy proste i unik. 

Na pierwszym treningu nie wytrzymałam nawet dziesięciu minut. Jakoś po ósmym szło już trochę lepiej. Zaczęłam uderzać na przemian z unikami w bok.

Na chwilę straciłam koncentrację i nie zdążyłam się uchylić. Oberwałam miękką tarczą w głowę. 

– Nie mam już siły – stęknęłam. – Wolę wysiłek umysłowy – stwierdziłam i zdjęłam czerwone rękawice. 

– Musisz umieć sobie poradzić w każdej sytuacji. Z mocami czy bez, dobrze jest mieć kondycję i mocnego sierpowego – powiedział z cieniem uśmiechu. 

Ściągnął tarcze i rzucił je w kąt. Podszedł do ściany i podciągnął się na przymocowanym drążku. Jego ciało było niezwykle muskularne i wyrzeźbione. Przez obcisłą koszulkę widać było pracujące mięśnie. Wytarłam mokre włosy w ręcznik. 

– Ta maska jest kompatybilną częścią twojej twarzy czy jednak jeszcze nie przyrosła ci do skóry? – spytałam, gdy obrócił się przodem do mnie i zaczął przyciągać nogi do klatki piersiowej. 

Parsknął pod nosem. 

– Dbam o swoją prawdziwą tożsamość, tylko tyle – odparł po chwili namysłu. 

– Nie uważasz, że to minimalnie podchodzi pod paranoję? Nawet nie znamy swoich prawdziwych imion. 

– I lepiej, żeby na razie tak pozostało. – Odpowiedział lekko urywanym głosem. – Są ludzie, którym zależałoby na poznaniu prawdziwych tożsamości bohaterów. Dlatego im mniej osób je zna, tym mniej może się wygadać. 

– Taak... Przezorności nigdy za wiele – mruknęłam pod nosem. 

–  Wszystko już załatwiłem i już jutro możemy przenieść się do San Francisco – oznajmił, niespodziewanie zmieniając temat.

– Jak zamierzasz przenieść ten cały sprzęt? – spytałam, ogarniając wzrokiem salę pogrążoną w półmroku i okrąg światła, w którym ćwiczyliśmy. 

– O to się nie martw – odparł, podnosząc jeden kącik wąskich ust. 

Uniosłam ręce w geście obojętności, zabrałam pustą butelkę wody i ruszyłam po bluzę, którą zdjęłam podczas wysiłku. 

– Wracam do siebie pomedytować. O której mam dzisiaj być przy posterunku?

– Nie musisz przychodzić. Poradzę sobie sam. Odpocznij i przyjdź tutaj jutro o ósmej rano.

Kiwnęłam głową, pożegnałam się i wyszłam na miasto pogrążone w deszczu.

 

 Stawiłam się przed pordzewiałą bramą kilka minut przed umówioną godziną. Słońce wschodziło za smukłymi, połyskującymi sylwetkami wieżowców w centrum miasta. Chodziłam w kółko po pustym placu, ubrana w pelerynę. Wzięłam ze sobą wszystkie rzeczy, które zabrałam z Azarath. Może to w San Francisco rozwiniemy skrzydła?

Usłyszałam warkot silnika. Na plac wtoczył się wyglądający nieco futurystycznie smukły motor w ciemnych odcieniach zieleni i czerwieni. Robin zdjął pasujący do maszyny, a także stroju szkarłatny kask i zsiadł z wyprofilowanego siedzenia. Długi motocykl sam utrzymał równowagę.

– Graty pojechały wczoraj po południu – oznajmił i odwrócił się do lśniącego pojazdu. Wysunął do tyłu klapę za siedziskiem i wyciągnął czarny kask. – Mam nadzieję, że nie boisz się jeździć na motorze. – Podał mi go z lekko uniesioną brwią. 

– Niee... Jasne, że nie – odparłam nieco niepewnie. 

– Polecam zdjąć pelerynę albo ją jakoś przytrzymać. Czasami lubi przydusić przy większych prędkościach – dodał i zgrabnie zasiadł za kierownicą. – I jeszcze jedno ważne pytanie. Droga zajmie około trzydzieści godzin. Chyba, że masz jakiegoś asa w rękawie i umiesz się teleportować?

– Fajnie, że w ogóle spytałeś. Mogę nas orientacyjnie przenieść w okolice San Francisco, jeśli dasz mi jakiś punkt odniesienia, który mogłabym przywołać – odparłam.

– To prawie trzy tysiące mil. Dasz radę?

– Raczej nie powinnam mieć problemu. Potrafię otwierać portale międzywymiarowe, więc... – urwałam i wzruszyłam lekko ramionami.

– Jasne. Na razie jednak i tak musimy się trochę przejechać. Chcę jeszcze kogoś odwiedzić.

Kiwnęłam głową. Zdjęłam kaptur, założyłam niewygodny kask i zapięłam go. Niepewnie zajęłam miejsce za plecami Robina. 

– Nogi możesz oprzeć o te podesty. I lepiej się chwyć. – Usłyszałam przez głośniki zamontowane w kasku. 

Nim zdążyłam wykonać jego polecenie, zakręcił, przypaliwszy gumę i wyjechał z warkotem na spokojną ulicę.

 

 Zostawiliśmy za sobą majestatyczne budowle i wilgotne powietrze zanieczyszczone spalinami samochodowymi. Motor mknął po trzypasmowej autostradzie. Osiedla wybudowane niedaleko drogi przemykały z zawrotną prędkością. Robin zgrabnie omijał samochody, a gdy pojawił się dodatkowy pas, dodał jeszcze więcej gazu. Niechętnie przylgnęłam jeszcze bardziej do jego pleców, czując jak włosy smagają mi kark. Miałam wrażenie, jakby zaśmiał się pod nosem, ale pęd powietrza i warkot silnika mogły wywołać to złudzenie.

– Będziemy jechać jeszcze z godzinę. Potem zatrzymamy się na chwilę u mojej znajomej i przeniesiesz nas bezpośrednio do SF – oznajmił nieco zniekształconym głosem.

Kiwnęłam głową, czego i tak nie mógł przecież zauważyć. Rozglądałam się przez chwilę na boki, ale zielona papka z otaczających nas pól i przemykające pojedyncze drzewa przyprawiały mnie o mdłości. Nieco niepewnie oparłam głowę o ramię Robina i przymknęłam oczy, cierpliwie czekając na moment, gdy mogłabym bezpiecznie stanąć na własnych nogach.

 

 Ruch zwiększył się, a słońce pięło się powoli do góry. Zwolniliśmy i zjechaliśmy na ogromnego ślimaka, który zawijał się pod wysoki wiadukt autostrady. Robin rozpędził się na dwupasmówce, ale jakiś granatowy pick–up zajechał nam nagle drogę. Motorem zarzuciło w bok, oboje napięliśmy nerwowo wszystkie mięśnie. Mocniej objęłam nogami maszynę i chwyciłam się torsu chłopaka. Robin rzucił wiązankę przekleństw na nieuważnego kierowcę i pojechał dalej.

Po kilkunastu minutach zjechał na zjazd za tablicą z napisem ,,Allentown, Pensylwania". Droga prowadziła w dół. Wychyliłam się zza pleców Robina, by spojrzeć na rozpościerający się przed nami widok. Rzędy idealnie prostych, prostopadłych uliczek rozlewały się na ogromny obszar. Domy niczym miniaturowe kropeczki tonęły w gąszczu intensywnie zielonych drzew.

Z otaczających nas pól zaczęły wyrastać fundamenty nowych budynków na obrzeżach miasta. Wjechaliśmy w gąszcz uliczek. Robin bez zawahania skręcał to w główne ulice ze światłami na skrzyżowaniach, to w boczne drogi, które jak gałęzie rozrastały się po całym terenie. Miałam wrażenie, że się zgubiliśmy. Gdzie nie spojrzałam, były jednakowe, jednorodzinne domy z osobówką na podjeździe otoczonym równo przyciętymi drzewkami. Po chodnikach przemykały dzieci na rowerach. Było tu zupełnie inaczej niż w Gotham. Wydawało się tu tak spokojnie.

Robin w końcu skręcił na wysypany żwirem podjazd. Zgasił silnik i zszedł z motoru.

– Azar... – stęknęłam, gdy poruszyłam zesztywniałymi nogami i kręgosłupem. Strzeliło mi kilkukrotnie w kościach.

Oddałam kask Robinowi i poszłam za nim do drzwi piętrowego, błękitnego domku, jakich minęliśmy chyba z dziesiątki. Zadzwonił dzwonkiem. Staliśmy przez chwilę w ciszy, aż nagle z wnętrza rozległ się jakiś trzask.

Zauważyłam, jak chłopak napiął się nerwowo.

– Ugh! Zostaw! – Dobiegło zza drzwi. – Już idę!

Po chwili otworzyła nam wysoka, czarnowłosa kobieta.

– Hej! – Przywitała się radośnie i bez skrępowania przytuliła się do Robina. – Dobrze cię widzieć, Dick.

Chrząknął znacząco, a ja zastanowiłam się, czy to jego prawdziwe imię, czy tylko przezwisko.

– Widzę, że znalazłeś sobie koleżankę – dodała z kpiącym uśmieszkiem. – Jestem Donna. – Wyciągnęła umięśnioną rękę, którą uścisnęłam, odpowiadając ,,Raven". – Co ze mnie za gospodarz. Wchodźcie.

Odsunęła się na bok i wpuściła nas do niewielkiego korytarza. Nagle, zza jej pleców wypadło coś czarnego. Podskoczyłam zaskoczona, gdy napakowany pies dopadł do mnie i naskoczył mi na uda.

– Diego! Nie wolno tak! – Chwyciła go za białą obrożę i odciągnęła do tyłu. – Przepraszam za niego. W ogóle mnie ostatnio nie słucha. Wejdźcie do kuchni, tylko wypuszczę tego wariata.

Robin ruszył przodem. Najwyraźniej znał już ten dom.

– Tylko uważajcie na szkło na podłodze! – krzyknęła Donna.

W holu, na podłodze koło schodów leżały rozbite kawałki kolorowego wazonu. Przemknęliśmy pod ścianą do kuchni.

– Diego rozbił mi wazon, który przywiozłam z Niemiec – pożaliła się. – Zrobić wam coś do picia? – spytała, podchodząc do drewnianej wyspy na środku pomieszczenia.

– Kawę, jeśli możesz.

– A ty, Raven?

– Może być jakaś zielona herbata – odparłam.

Sięgnęła do białych, drewnianych szafek nad zlewem i wyciągnęła trzy kubki na marmurowy blat.

– To co cię sprowadza, hm? – spytała zaciekawiona, nalewając wrzątku.

– Chciałem przekazać ci, że przenoszę się do San Francisco – oznajmił po chwili namysłu.

Nie zareagowała. Sięgnęła do dolnej szafki, wyciągnęła ciasteczka i położyła wszystko przed nami. Przyciągnęła sobie drewniane krzesło bez oparcia do wyspy i usiadła naprzeciwko nas.

– Wreszcie – oznajmiła, przez co zbiła Robina z tropu. – Mówiłeś mi o tym już od tylu miesięcy.

– No tak... Musiałem wszystko zorganizować. Poza tym... Nie do końca wiedziałem, jak to rozegrać, ale sprawa z Raven – kiwnął głową w moją stronę – sprawiła, że wszystko ruszyło.

– Czekaj... Dia... – urwała nagle. – Ekhm... no tak, tajne tożsamości... Wonder Woman wspominała coś o jakiejś nieprzyjętej czarodziejce, ale nie podała żadnych szczegółów. O co właściwie poszło, jeśli mogę wiedzieć? – Skierowała spojrzenie niebieskich oczu na mnie.

– Eeee – zawahałam się przez chwilę. Jej otwartość i ogrom emocji trochę mnie speszył. – Stwierdzili, że nie mogą mi zaufać, bo nic o mnie nie wiedzą.

– Klasyczny Batman. Zawsze wietrzy jakiś podstęp – rzekła z uśmiechem.

Ugryzła ciasteczko i popiła mocną kawą. Zawiesiła się na chwilę.

– Cieszę się, że powiedziałeś mi to osobiście. Fajnie, że w końcu zdecydowałeś się na to i pamiętaj, iż zawsze będziesz tu mile widziany. Jakbyś czegoś potrzebował, dzwoń. Może nie będę u ciebie w pięć sekund jak Superman, ale postaram się pomóc jak tylko będę mogła – zapewniła poważnym głosem. Wyczułam silną więź między nimi, ale bardziej tą z rodzaju przyjaciół czy rodzeństwa.

Dopiłam herbatę, gdy Dick i Donna wymieniali między sobą jakieś nic nieznaczące dla mnie zdania. Rozglądałam się przy okazji po wnętrzu. Wykończenia z ciemnego drewna wraz z panelami dawały przyjemny kontrast dla bieli i błękitu. Było naprawdę przytulnie. Aż zatęskniłam za Azarath.

– Musimy się zwijać – oznajmił Robin, wyrywając mnie z zamyślenia.

– Tylko nie zapomnij tam o starych znajomych jankesach – powiedziała ze szczerym uśmiechem i przytuliła go jeszcze raz.

Miałam wrażenie, jakby taki kontakt fizyczny wprawiał go w lekkie zakłopotanie. Zresztą tak samo jak mnie.

Wyszliśmy przed dom. Diego obwąchiwał motocykl, a po chwili uniósł tylną łapę i bezczelnie obsikał szeroką oponę na oczach właściciela. Donna zaśmiała się, a Robin pogonił zadowolonego z siebie owczarka.

– Wpadnij jeszcze.

– Ktoś przecież musi cię dręczyć, czyż nie? – odparł z szelmowskim uśmiechem.

Oboje zaśmiali się jak starzy, dobrzy przyjaciele.

– Raven, możesz nas zabrać – oznajmił.

Kiwnęłam głową. Zamknęłam oczy i przywołałam obraz długiego, czerwonego mostu, który Robin pokazał mi wcześniej. Objęłam mnie, jego i motocykl smolistą energią. Poczułam niepokój Dicka. Skupiłam się. Kopuła, którą stworzyłam, zapadła się, a my razem z nią.

 

 Wylądowałam na równych nogach, czego nie można było powiedzieć o Robinie. Zachwiał się obok maszyny, przetoczył i zatrzymał się na czworakach.

– Jeezuu – stęknął przeciągle. – Nie myślałem, że będzie to aż tak dziwne – stwierdził po chwili.

Wstał chwiejnie, ale nie przewrócił się.

– Przynajmniej nie zwymiotowałeś, jak niektórzy – pocieszyłam go.

Uśmiechnął się krzywo i przetarł twarz.

– Będę musiał się przyzwyczaić.

Spojrzałam w stronę niezwykle długiego mostu. Jego koniec wraz z kursującymi autami niknął w gęstej mgle pełznącej nad granatową taflą wody. Sponad kłębów można było dostrzec wierzchołki wieżowców w centrum miasta. Cztery godziny różnicy sprawiły, że dzisiejszego dnia ponownie oglądałam wschód słońca. Ten jednak był zdecydowanie bardziej efektowny. Pomarańczowa łuna kładła się na pofalowanej powierzchni mgły, sprawiając wrażenie, jakby szczyty budynków i filarów był masztami zatopionych statków, wystającymi z otchłani wzburzonego morza.

– Ziemia do Raven. – Robin machnął mi dłonią przed twarzą.

Zamrugałam gwałtownie.

– Będziesz musiał się przyzwyczaić też do tego, że często odpływam – powiedziałam i odebrałam kask, który mi podał.

– Czego nie robi się dla partnera – odparł z tym zawadiackim uśmieszkiem i usiadł na motocyklu. – Wsiadaj, pokażę ci naszą nową miejscówkę.

 

 Zniknęliśmy we mgle. Końce filarów niknęły w górze, a wody zatoki równie dobrze mogły być tylko wymysłem. Wyłoniliśmy się z kłębów po drugiej stronie mostu. Gąszcz prostopadłych uliczek na przedmieściach rozrastał się we wszystkie strony, ale to po lewej znajdowało się centrum San Francisco. Pod szarą warstwą mgły wiszącej ponad nami piętrzyły się wieżowce. Najpierw zmierzaliśmy w tamtym kierunku, ale potem Robin odbił w prawo i widoki zniknęły za gęstą roślinnością obrzeży miasta.

Znowu kluczyliśmy po prawie identycznych uliczkach z podobnymi domami i autami. W pewnym momencie wjechaliśmy do robotniczej dzielnicy. Okolica stała się szara, widocznie biedniejsza. Każde miasto ma swoje mroczne zakątki. Mijaliśmy fabryki, magazyny i sznury ciężarówek.

– Czy wszystkie kryjówki muszą się mieścić w magazynach? – mruknęłam pod nosem przez mikrofon.

W odpowiedzi zaśmiał się cicho, kręcąc delikatnie głową. Skręcił w ulicę wyglądającą nieco lepiej niż wcześniej przez nas mijane i wjechał na wylany betonem plac przed kwadratowym budynkiem z oknami wyłącznie na parterze. Dawniej świecący napis ,,San Direct" na fasadzie, teraz był zakurzony i nieco przechylony.

– Czy ubezpieczalnia pasuje jaśnie pani? – spytał z kpiącym uśmieszkiem.

– Wybrałeś zgodnie z naszą pracą – odparłam kąśliwie.

Zaparkowaliśmy z tyłu, na niewielkim placu otoczonym wysokim żywopłotem. Bez żadnych skanerów czy haseł weszliśmy przez dwuskrzydłowe drzwi do pokoju zajmującego cały parter. Po lewej była tylko ścianka działowa i schody na górę, a od frontu trzy stanowiska, gdzie niegdyś przyjmowano klientów. Weszliśmy na górę, ku solidnie wyglądającym drzwiom. Dopiero tutaj Robin zsunął rękawiczkę i przystawił dłoń do skanera. Czerwona dioda zrobiła się zielona i mogliśmy wkroczyć do nowej bazy.

– Ponad sto metrów kwadratowych. Sprzęt jest ten sam, z małymi wyjątkami, ale zyskałem połączenie do systemów ostrzegania i zawiadamiania w całych Stanach – powiedział z dumą.

Im głębiej wchodziliśmy, tym więcej długim lamp z czujnikami ruchu zapalało się. Pod ścianą po prawej mieściło się stanowisko z komputerami ustawionymi na zagiętych w łuk stołach. Na drugim końcu sali spory fragment podłogi był wyłożony jasnymi panelami, wykonanymi z przezroczystego materiału.

– Podrasowałem też nasz kącik do ćwiczeń. – Podszedł do ściany i przycisnął ekran podświetlonego panelu.

Zgrzytnęło cicho i w suficie otworzyła się klapa. Z dziury wysunął się worek bokserski na łańcuchu. Robin nacisnął jeszcze raz i tym razem ze ściany wyłonił się drążek, który złożył się z kliknięciem.

– To się nazywa zagospodarowanie miejsca – powiedziałam z niezamierzoną złośliwością.

– A teraz najlepsze. – Schował ekwipunek do treningu i tym razem dłużej majstrował przy ekranie.

Panele przed nami podświetliły się delikatnie. Robin wszedł w pole i wypowiedział komendę:

– Aktywuj hologramy.

Wyjął z paska kawałek metalu, który w ułamku sekundy rozsunął się w ponad metrową tyczkę. Niespodziewanie, znikąd wokół pojawiły się zamaskowane postacie z bejsbolami w muskularnych rękach. Robin rzucił się na pierwszego. Ugodził go końcem kija w brzuch i rozsypał się w garstkę zielonych sześcianów. Drugiemu wytrącił broń i podciął go. Dwie pozostałe postacie chciały wykorzystać sytuację i podejść od tyłu, ale Robin był szybszy. Wykonał kopniak z pół obrotu. Jeden dryblas wpadł na ostatniego i wszystko zniknęło.

– Tak trenuje Liga. Co prawda oni mają wielką halę i mogą tworzyć całe symulacje z pseudomaterialnymi przeciwnikami, ale lepsze to niż nic – powiedział z dumą.

Schował broń z powrotem do niezwykle pojemnego paska i wyłączył urządzenie.

– Baza jest. Załatwiłem nam też mieszkania, może niewielkie, ale zawsze to lepsze niż zapuszczona kamienica na zadupiu Gotham. Nie wiem, jak zareagują władze na nasze ratowanie miasta, ale raczej nie powinno być problemu. Liga załatwiła sobie umowę i część wydatków pokrywa miasto. Nie wiem, jak będzie tutaj, ale o to nie musisz się martwić. Wszystko załatwię – zapewnił. – Jakieś pytania, czy mogę pokazać ci mieszkanie?

Zawiesiłam się na chwilę pod ostrzałem informacji. Wszystko było dobrze. Aż za dobrze. Wrodzony pesymizm i sceptycyzm obudził się we mnie.

– Wszystko jasne – odparłam po kilku sekundach ciszy.

– To idziemy. – Wskazał teatralnym gestem drzwi.

Przesunął przełącznik i pomieszczenie zatonęło w mroku.

 

 Kluczyliśmy bocznymi uliczkami. Omijaliśmy główne drogi, bo przez godziny szczytu stalibyśmy w korkach do wieczora. Minęliśmy centrum miasta i wyjechaliśmy na płaski jak stół teren osiedli.

– Oba mieszkania są na Sunset District, ale uznałem, że będzie lepiej, jeśli będą od siebie trochę oddalone. Jakieś pół mili, jedną ulicę dalej.

Minęliśmy długi gmach liceum Abrahama Lincolna i skręciliśmy w lewo. Wjechaliśmy przez otwartą bramę na wyłożony kostką podjazd. Dom nie wyglądał na duży, ale miał dwa poziomy, a plac otaczał ze wszystkich stron bujny i wysoki żywopłot, co bardzo przypadło mi do gustu. Robin wyszperał z paska klucz i podał mi go.

– Twój dom, więc ty wchodzisz pierwsza – oznajmił i teatralnym gestem dłoni wskazał drzwi z ciemnego drewna.

Weszłam po schodkach na niewielką werandę i wsunęłam klucz do zamka. Przekręciłam i nieco niepewnie popchnęłam drzwi. Pod stopami lekko ugięła się szara wykładzina. Zaświeciłam żyrandol, a ciepłe światło zalało spory hol. Zrobiłam kilka kroków i rozejrzałam się. Po lewej był salon, a po prawej kuchnia połączona z jadalnią. Na wprost przy ścianie ciągnęły się drewniane schody na górę, a w rogu holu dojrzałam jeszcze drzwi.

– Ja... – zawahałam się. – Dziękuję, jest naprawdę ładnie, ale nie potrzebuję aż tak dużego mieszkania – powiedziałam szczerze. 

– Nie marudź – odparł z cieniem rozbawienia. – To i tak jeden z mniejszych domów. Masz dwie sypialnie, toaletę, łazienkę, salon i kuchnię. Naprawdę ciężko jest dostać coś bez dwóch ogromnych łazienek z jacuzzi i kilkoma pokojami gościnnymi. Wszystko jest wyposażone i działające. Poza tym nie martw się. I tak nie będzie cię tu przez większość doby – dodał kąśliwie.

Uniosłam ręce w geście kapitulacji. Darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby. Przeszłam do oświetlonego salonu. Wysokie okno wpuszczało promienie wprost na tył kanapy, ustawionej pod nim i drewnianą ławę. Robin zapadł się w skórzanym fotelu skierowanym ku przejściu i zawiesił wzrok na półce ciągnącej się przez całą ścianę.

– Chciałem z tobą obgadać jeszcze kilka kwestii – zaczął i kiwnął głową w stronę sofy.

Posłusznie usiadłam na chłodnej skórze, zsunęłam botki i podciągnęłam nogi.

– Przede wszystkim twoje umiejętności. Ja jestem tylko człowiekiem z wybuchowymi zabawkami. Moce to zupełnie inna sprawa.

– Głównie korzystam z telekinezy, teleportacji i władzy nad energią. Umiem też lewitować, czytać w myślach, odczuwać emocje innych i wytwarzać projekcję astralną – wymieniałam. Nabrałam powietrza i chciałam kontynuować, ale Robin przerwał mi.

– Projekcja astralna, czyli?

W odpowiedzi zmaterializowałam swoją duszę w postaci energetycznego kruka. Zatoczył kilka kółek wokół wiatraka pod sufitem i usiadł na podłokietniku obok Robina.

– Mogę dowolnie formować kształt i rozmiar mojej duszy, ale zawsze przybieram postać kruka – wyjaśniłam.

Przywołałam dumnego ptaka do mnie. Wleciał w moją klatkę piersiową i złączył się z ciałem. Poczułam, jak energia buzowała wewnątrz mnie i dawała mi siłę.

– Jakby to tak ładnie ująć, mogę być w dwóch miejscach na raz. Widzieć i słyszeć zarówno ciałem, jak i duszą.

– Na jakiś określony czas? Czy nie ma to znaczenia?

– Nie mogę tak pozostawać na długo, bo fizyczna część traci energię i jeśli nie połączyłaby się z emanacją na czas, to pozostałabym tak rozdzielona już na zawsze – wyjaśniłam, czując się, jakbym nie mówiła o sobie, a o jakimś suchym fakcie, który w ogóle mnie nie dotyczył.

Wiedziałam o tym, ale nigdy nie brałam tego realnie pod uwagę. No bo po co miałabym się rozdzielać na kilka godzin?

– Brzmi nieco makabrycznie – stwierdził po chwili milczenia.

Czyżbym zaczęła przerażać kolejną osobę? Na Azarath osiągnęłam to już dawno temu.

– Skrywasz jeszcze jakieś niesamowite talenty, czy mogę przejść do następnego punktu? – spytał z autentycznym zaciekawieniem.

– Mam ograniczone zdolności leczenia. Teoretycznie mogę też manipulować cudzymi emocjami i sprawić, by ktoś zapadł w swego rodzaju sen, ale nie robiłam tego za często i niekoniecznie mi to wychodzi – przyznałam, przypominając sobie, jak kiedyś przez przypadek wywołałam w jednym z mnichów silne uczucie zauroczenia do mnie. Wzdrygnęłam się.

– Okej. To teraz druga ważna rzecz. Kiedy łapiemy nawet najbardziej okrutnego seryjnego mordercę, nie posuwamy się do zbędnej przemocy. Dążymy do jak najmniejszych szkód, żeby telewizja i gazety nie miały pożywki dla zwracania ludzi przeciwko nam. Dozwolone łamanie kości i wykręcanie stawów, ale też w ramach rozsądku – powiedział z krzywym uśmiechem. – Przede wszystkim nie zabijamy – dodał stanowczo. – Batman potrafił być uparty i zaślepiony, ale czasami mówił mądrze. Jeśli zabijesz mordercę, to liczba zabójców na świecie się nie zmieni.

Na usta usilnie cisnęła mi się jakże błyskotliwa odpowiedź ,,chyba, że zabijesz dwóch", ale uznałam, że to nie pora na takie cięte uwagi.

– Jak wspominałem, nie będziemy za dużo czasu spędzać w domach. W nocy liczę na twoje wsparcie podczas partoli, a w dzień chciałbym cię trenować. Na razie wypady na przestępców w ciągu dnia będą raczej okazjonalne. Ludzie mogą różnie reagować na nasze akcje, więc nie zdziw się, jeśli nawet policja będzie do nas wrogo nastawiona. Jakieś pytania? Czegoś nie zrozumiałaś?

 Znowu zawiesiłam się na chwilę, by na spokojnie przyjąć wszystkie informacje.

– Tak. Wszystko ogarniam – odparłam.

– To świetnie. Na razie zmywam się do siebie. Mam po ciebie przyjechać, czy będziesz w bazie o dwudziestej?

– Nie potrzebuję szofera – odpowiedziałam kąśliwie.

– To świetnie. – Uniósł lekko jeden kącik ust. – Rozgość się, pochodź trochę po mieście, tylko może w normalnych ubraniach. Po prostu hulaj dusza, piekła nie ma – powiedział i sprawnie wyskoczył z objęć głębokiego fotela.

Dzisiaj drugi raz cisnęła mi się na język uwaga odnosząca się do jego tekstów. Piekło istniało, a ja mogłam je rozpętać za kilka lat na Ziemi.

 

– Słyszysz mnie? – W prawym uchu rozbrzmiał wyraźny głos Robina.

– Tak – odparłam, przyciskając lekko wystającą końcówkę komunikatora, tak jak wcześniej pokazał mi Dick.

Przeleciałam nad trzypasmową drogą otoczoną przez panele dźwiękochłonne. Było już grubo po dwudziestej pierwszej, ale ruch na głównych ulicach nie zmalał do zera. Nawet po chodnikach przemykali ludzie, którzy nie byli ani przedwcześnie wracającymi imprezowiczami, ani bezdomnymi. Atmosfera tego miasta była zupełnie inna od mroku Gotham.

– Mamy zgłoszenie włamania do jubilera. Leć na północ wzdłuż drogi, stoję na dachu.

Spełniłam jego polecenie i po chwili razem zeskakiwaliśmy na chodnik przy budynku z wybitą szybą.

– Profesjonaliści – mruknął sarkastycznie i ostrożnie zajrzał do nieoświetlonego wnętrza.

Najwyraźniej przestępcy myśleli, że umkną z łupem, zanim zawiadomiona cichym alarmem policja zdążyłaby przyjechać.

– Mogą być uzbrojeni, uważaj – szepnął i bezszelestnie przesunął się na drugi koniec okna.

Gestem wskazał mi, bym schowała się za rogiem. Cofnęłam się i nasłuchiwałam w napięciu.

 – Cholera, Tom! Pospiesz się! – Z wnętrza dobiegł gniewny głos. – Zaraz nas złapią!

– Cicho siedź! Już kończę!

 Robin rozłożył kij i wysunął rękę, wciąż każąc mi czekać. Po kilkunastu sekundach rozbite szkło zazgrzytało pod butami przestępców. Zbliżali się do okna. Przygotowałam energię. Ze skupieniem oczekiwałam sygnału.

Mężczyzna wysunął nogę na zewnątrz. Robin błyskawicznie uderzył w kolano. Nim facet zdążył ryknąć z bólu, chwyciłam drugiego za stopy. Upadł i zaczął się miotać po posadce pełnej szkła. Z jednogłosowej opery, zrobiła się polifonia cierpienia. Wyciągnęłam go przez okno i zawiesiłam do góry nogami. Ostre krawędzie rozdarły materiał kurtki i skórzanych rękawiczek. Odstawiłam go na brzuch, obok zwijającego się z bólu towarzysza.

– Zmywajmy się – oznajmił Robin, gdy obu związał ręce za plecami.

Wciągnął się za pomocą liny na dach. Nim oderwałam się od chodnika, usłyszałam dwa samochody, wyjeżdżające zza zakrętu. Przykucnęliśmy za murkiem na dachu i z zaciekawieniem przyglądałam się poczynaniom lekko zdezorientowanych policjantów. Dwóch mundurowych podeszło do związanych przestępców. Nagle nad chodnikiem pokazał się hologram. Widziała go od tyłu, jakby w lustrzanym odbiciu, ale zdołałam rozczytać duże napisy ,,Robin" i ,,Raven".

– Zostawiłeś im wizytówkę? – spytałam trochę zdziwiona.

– Niech przynajmniej wiedzą, jak nas nazywać – odparł.

– Myślałam, że na razie chcemy pozostać w ukryciu.

– Też tak na początku myślałem, ale potem stwierdziłem, że bardziej zirytuję Batmana, gdy w gazetach będą nasze pseudonimy – wyjaśnił i z rozbiegu przeskoczył na następny dach.

Miałam wrażenie, że jego zachowanie względem byłego opiekuna było nieco dziecinne. Niczym naburmuszony, rozgniewany bachor chciał zemścić się za jakąś głupotę. Nie znałam jednak szczegółów sytuacji ani ich relacji, więc wolałam powstrzymać się od wtrącania i po prostu pozwoliłam Robinowi działać. W końcu chyba umiał o siebie zadbać i dokonywać najlepszych dla niego wyborów. Chociaż niekoniecznie dojrzałych.

*****

4/5 tygodni. Lepiej nie potrafię. Czasami mam tak wielkie zastoje, że myślę, by wszystko rzucić w cholerę, a innym razem mam ochotę na wszystko i brak mi czasu... Następny rozdział już zaczęłam, ale przyznam, że byłam na Avengers Koniec Gry i czuję się dosłownie wyprana. Dlatego, żeby nie uśmiercić wszystkich w trzecim rozdziale opowiadania, muszę trochę odetchnąć. Mała przerwa. Zakładam, że nie odczujecie nawet tego, ponieważ staram się jednak, by ten odstęp około miesiąca był zachowany. 

Co sądzicie o powyższym rozdziale? Jakieś sugestie, teorie spiskowe, co do następnych części? Chętnie poczytam. A nuż, łyżka spłynie na mnie natchnienie.