niedziela, 7 lipca 2019

4. TITANS, GO!

 Znowu przemierzałam te niczym nie różniące się od siebie, szare, puste korytarze bazy Ligi Sprawiedliwości. Tym razem było jednak trochę inaczej. Za mną kroczyła czwórka dosyć niecodziennie wyglądających postaci, a prowadził nas sam Flash, który co jakiś czas próbował nas zagadać, ale bez skutku.
 W sumie, jakby nie patrzeć, to akurat w tym miejscu nie wyróżnialiśmy się specjalnie z tłumu. Nikogo nie dziwiły maski, peleryny, czy zbroje z pozaziemskiego metalu. Nikt nie zwracał też uwagi na zieloną skórę, kamyczek na czole, a nawet sunące gładko ponad podłogą postacie. Można by rzec, że my, piątka nastoletnich odmieńców, świetnie wpasowywaliśmy się w atmosferę tej tajnej bazy.
 Szliśmy przed dłuższą chwilę w milczeniu. Nie mieliśmy nastroju do rozmowy. W końcu Liga nie wzywała nikogo na miłą pogawędkę. Czułam nieprzyjemny ścisk w brzuchu. Miałam wrażenie, jakby żołądek skręcał mi się i podnosił do gardła. Starałam się nad sobą panować, ale nie byłam pewna, czego mogliśmy się spodziewać. Szliśmy jak na ścięcie. A gdy otwarły się drzwi ogromnej sali narad, poczułam, jakby właśnie wokół naszych szyi zatrzasnęły się dyby.
 Tym razem przywitało nas znacznie więcej członków, niż gdy byłam tu sama. Wielu z nich nawet nie rozpoznawałam. Moją uwagę przykuła za to Zatanna. A właściwie jej trudny do określenia grymas na twarzy. Na mój widok jakby się zezłościła, potem przewróciła oczami, a na koniec próbowała przybrać pokerową twarz, ale zdradzał ją pełen nieufności wzrok. Z czystej złośliwości zajęłam miejsce naprzeciwko niej.
- Pewnie domyślacie się, po co was tutaj sprowadziliśmy - zaczął Batman. Wstał od stołu i zaczął przechadzać się wokół. - Śledziliśmy wasze poczynania w San Francisco i uznaliśmy, że macie w sobie potencjał. Trzeba tylko odpowiednio wami pokierować. - Zatrzymał się i omiótł nas wzrokiem, niczym drapieżnik wybierający ofiarę. - Wstąpienie do Ligi nie wchodzi w waszym wypadku w grę, postanowiliśmy więc, że stworzymy z was drużynę, która będzie działać pod naszym nadzorem.
 Poczułam, jak w Robinie narastał gniew. Przewidział, co planował Batman. Atmosfera zagęściła się. W naszych głowach kłębiły się pytania, które baliśmy się zadać. Nikt nie chciał się odezwać.
- Oczywiście, nie musicie się na to zgadzać - dodał po chwili ciszy, przerywanej jedynie stukaniem palców Robina o blat. Miałam jednak wrażenie, że decyzja już zapadła, a my nie mieliśmy nic do gadania.
- Chcemy jedynie dać wam szansę na legalną działalność. Zapewnimy trening, mieszkanie i jakiekolwiek inne wsparcie, którego będziecie potrzebować. - Do akcji wkroczyła Wonder Woman. Wstała i oparła się pięściami o stół. W jej oczach nie widziałam jednak wrogości. Rzeczywiście jej na nas zależało. - Możecie się zastanowić, damy wam czas. Przemyślcie to - powiedziała spokojnym głosem.
Obejrzała się przez ramię na stojącego w milczeniu Batmana. Kiwnął głową na zgodę, że możemy się rozejść.
- Nawet na to nie liczcie! -  warknął Robin, wstając gwałtownie od stołu. W końcu stracił cierpliwość i dał upust emocjom. - Nie mam zamiaru grać w te wasze gierki. Chcecie nas nadzorować! Nie liczcie, że zgodzę się dołączyć do tej drużyny. Na pewno nie na waszych zasadach! - dokończył dosadnie, a dla wzmocnienia swoich słów, uderzył pięściami w stół.
- Robin, spokojnie - rzekła Wonder Woman. Wysunęła ręce w pokojowym geście. - Nikt was nie zmusza. - Wyłapałam, jak wymownie zerka w bok, w stronę Batmana. Znała jego motywy. Wiedziała, dlaczego to robił i chyba jej się to nie podobało.
 Pozostali członkowie Ligi milczeli. Nasza piątka również.
- Dajemy wam szansę. Możecie już iść - powiedziała, a wysokie drzwi otwarły się automatycznie. - Macie czas, przemyślcie to na spokojnie - dodała.
Wstaliśmy i ruszyliśmy do wyjścia. Minęłam Robina, który stał bez ruchu. Nie dziwiłam się, że się buntował. W zasadzie ten pomysł też niezbyt mi się podobał. Przystanęłam. Reszta praktycznie już wyszła, ale ja chciałam zaczekać na Dicka. Pewnie rzucał na lewo i prawo mordercze spojrzenia spod maski, a w ustach mielił stos przekleństw, którymi chętnie obdarzyłby Batmana. Zbierał myśli, chciał się sprzeciwić, ale w końcu drgnął i niechętnie wyszedł z sali. Szliśmy razem, na końcu milczącego pochodu. Musieliśmy ustalić, co teraz.

- Co o tym sądzicie? - spytał Robin.
Znowu przybrał maskę opanowanego, obojętnego człowieka. Jednak jak bardzo by się nie starał, nie był w stanie zablokować sygnałów, które wysyłały jego ciało i umysł. Czułam jego irytację i niepewność, które mieszały się z niezdecydowaniem pozostałych zgromadzonych tu osób.
 Siedzieliśmy w jakimś ,,pokoju gościnnym", jeśli mogło istnieć coś takiego w tajnej bazie. Skórzana sofa, kilka foteli, drewniana ława pomiędzy. A to wszystko na środku salonu z ceglanymi ścianami i nieskazitelnie czystymi podłogami. Miałam wrażenie, że gdzieś na którejś z pustawych półek może znajdować się ukryta kamera. A może nawet kilka?
- Nigdy nie ciągnęło mnie do łapania złoczyńców, będąc ubranym w pelerynę i obcisłe spodnie - jako pierwszy odważył się odezwać Cyborg. - A już zwłaszcza jako członek Ligi.
- Nie możemy być członkami... - zaoponował Beast Boy, ale Victor mu przerwał.
- Albo podczłonkami, co za różnica - poprawił się, wzruszając metalowymi ramionami.
- Mi tam w sumie obojętne. - Garfield leżał z nogami na podłokietniku fotela. - Z drużyny do innej drużyny. I to bardziej prestiżowej - dodał, poruszając brwiami w górę i w dół.
Zdziwiło mnie, jak szybko pozbierał się po śmierci Rity. Albo jak szybko to wyparł i przybrał maskę przygłupiego klauna.
- Starfire? - Robin spytał zamyśloną i milczącą kobietę.
Uniosła głowę i rozejrzała się trochę niepewnie, pytająco.
- Co sądzisz o propozycji Ligi? - podpowiedział Dick.
- Ja... W sumie nie wiem... - Nawijała na palec niezwykle długie, płomienne włosy. - Nie wiem, czy mogę zaufać, że chcą nam tak po prostu ułatwić... bycie drużyną? Nie jestem po prostu pewna... tego wszystkiego.
- Nikt cię nie zmusza. Nikogo z was. Możemy stworzyć drużynę pod rządami Ligi, ale możemy też zrobić to zupełnie sami. - Robin patrzył gdzieś na ścianę, jakby prosto w obiektyw kamery. - Decyzja należy do nas.
Znowu zapadła cisza. Tylko ja jeszcze nie zabrałam głosu. Nie lubiłam wypowiadać się na forum grupy, ale w tak ważnej sprawie musiałam odstawić na bok swoje lęki.
- Powinniśmy zrobić to na swoich zasadach - powiedziałam stanowczo. - Możemy być jakimiś przybocznymi przydupasami pod szyldem Ligi, która chce nas kontrolować, a możemy też działać tak, jak sami chcemy. Może niekoniecznie musimy odrzucać ich pomoc? Po prostu nie pozwólmy, byśmy zostali dziećmi na posyłki. - Miałam wrażenie, że aż się zapędziłam w tej przemowie, ale zawsze lubiłam być niezależna, działać według swoich zasad. Jak się niestety okazało, samo moje istnienie zostało podporządkowane komuś innemu już bardzo dawno temu. Musiałam to zmienić.
- To chyba rozsądny pomysł - powiedział Cyborg. - Ustalmy zasady. Jeśli się nie zgodzą, będą mogli nas pocałować... - urwał, gdy spojrzał na wymachującego nogami Beast Boy'a. - Robin, co sądzisz?
Dick stał wpatrzony w jakiś nieuchwytny dla innych punkt. Miał skrzyżowane ręce i trudny do określenia wyraz twarzy. Coś jakby chęć buntu połączona z głębokim zamyśleniem.
- Robin? - spytałam przeciągle.
Ocknął się z transu. Spojrzał na nas, podrapał się po podbródku i oparł się o mój fotel.
- Zgadzam się z Raven. Ktoś chce coś dodać? - Cisza. - Więc przejdźmy do ustalenia warunków - powiedział z zacięciem w głosie.

 Siedliśmy obok siebie, w zwartej, gotowej do walki grupie. Zmierzyłam wyzywającym wzrokiem Zatannę. Po ustaleniu wszystkiego, czułam się pewnie. Jeśli nie poradzilibyśmy sobie z Ligą, dalibyśmy radę sami. Miałam gwarancję, że nie zostanę na lodzie.
 Tym razem to Robin wstał jako pierwszy. Jednak zamiast chodzić, stał wyprostowany i pewny siebie z założonymi z tyłu rękami. Świadomie czy nie, naśladował Batmana.
- Przedstawimy wam zasady, które wspólnie ustaliliśmy. Jeśli się na nie zgodzicie, my przyjmiemy waszą propozycję. A więc - odchrząknął i kontynuował stanowczym, chłodnym głosem - pomimo, że nie będziemy członkami Ligi, wymagamy równego traktowania. Nie będziemy waszymi dziećmi na posyłki. Ani maskotkami dla dzieci i dziennikarzy. Pozwolicie nam na niezależną działalność, głównie na terenie San Francisco, ale nie wykluczając misji gdziekolwiek indziej. Przyjmiemy pomoc jeśli chodzi o budowę naszej własnej bazy - powiedział z naciskiem na ,,naszej własnej". - Za oczywiste uważamy też, że będziemy zajmować się zarówno zwykłymi napadami i atakami, jak i sprawami większej wagi. Wiemy, że nie unikniemy całkowicie kontroli ze strony waszej i rządu, z którym współpracujecie, ale chcemy się usamodzielnić. W zamian będziemy działać, teoretycznie, z waszego ramienia - zakończył z maską opanowania.
 Tym razem to Batman i Wonder Woman wstali jednocześnie. Również jednocześnie spojrzeli na siebie. Oboje chcieli zabrać głos. Zmierzyli się przez moment wzrokiem, aż w końcu to nietoperz kiwnął ugodową głową i usiadł.
- Nie wiem co sądzą pozostali, ale ja uważam to za rozsądne rozwiązanie. Bardzo podoba mi się też, że potraficie postawić na swoim, nie ustępujecie. To dobrze o was świadczy i widzę was jako naprawdę zgraną drużynę. Grzechem byłoby, gdybyśmy zaprzepaścili taką okazję. - Jej słowa trochę mnie uspokoiły. Jedna po naszej stronie. Teraz pozostała dziesiątka. - Niech wypowiedzą się inni.
 Usiadła i przemknęła wzrokiem po zgromadzonych. Członkowie wymienili w ciszy porozumiewawcze spojrzenia. Superman pochyliwszy się w stronę Wonder Woman, szepnął jej coś na ucho. Flash wzruszył ramionami. Zatanna w znudzeniu nakręcała włosy na palec. Muskularny blondyn rozsiadł się wygodniej w fotelu, delikatnie potakując głową.
- Nikt nie ma żadnych zastrzeżeń? - Puściła pytanie w przestrzeń. Cisza. - Więc przeprowadźmy głosowanie. Kto jest za przyjęciem przedstawionych przez Robina zasad i utworzeniem drużyny złożonej z Robina, Beast Boy'a, Starfire, Raven oraz Cyborga? - Wonder Woman przejęła inicjatywę. Byłam trochę spokojniejsza, gdy Batman się nie wtrącał. Miałam jednak wrażenie, jakby cały czas mielił w ustach jakieś nieprzyjemne uwagi.
 Wonder Woman uniosła rękę jako pierwsza. Za nią poszła Black Canary. Potem Green Lantern. Flash. I kolejne cztery ręce. Wszyscy powoli głosowali na tak. Z niemałym zdziwieniem obserwowałam, jak Batman, chociaż trochę niechętnie, również uniósł rękę.
 Została tylko Zatanna. Gdy poczuła zaciekawiona spojrzenia wszystkich zgromadzonych, pokręciła powoli głową. Wstała gwałtownie od stołu i dostojnie, ze stukotem obcasów wybrzmiewającym w wysokiej sali wyszła.
- Mogę oficjalnie ogłosić, że staliście się drużyną pod naszą opieką. Przyjęliśmy wasze zasady, ale mamy jeszcze wiele rzeczy do ustalenia - powiedziała Wonder Woman z cieniem uśmiechu. Spojrzała na nasze niepewne miny i dodała uspokajająco - Chyba chcecie wybrać, gdzie wybudujemy waszą bazę?

 Robin przeskoczył na dach po drugiej stronie, a panujący wokół mrok tylko ułatwiał mu sprawę. Przykucnął koło Starfire. Obok mnie czekał już Beast Boy. Robin wyjrzał zza krawędzi. W uliczce właśnie miała miejsce jakaś niekoniecznie legalna transakcja.
- Na trzy - usłyszałam w komunikatorze.
Spięłam mięśnie, gotowa do skoku.
- Raz.
Przygotowałam w rękach kule energii.
- Dwa.
Beast Boy poruszył się niespokojnie.
- Trzy!
Przeskoczyłam przez murek i runęłam na plecy goryla. Rozległy się krzyki. Uliczka wypełniła się dymem. Błysnął zielony pocisk Starfire. Odrzuciłam mężczyznę na ścianę. Robin przyłożył drugiemu sierpowym. Beast Boy rzucił się jako wilk na sprzedawcę z teczką. Ten krzyknął przeraźliwie, gdy kły wbiły się w jego przedramię. Przez dym dostrzegłam sylwetkę kupującego, który chciał uciec.
- A gdzie się wybierasz? - usłyszałam z drugiego końca uliczki głos Cyborga.
Niebieski błysk, trzask i mężczyzna leżał na ziemi obok nieprzytomnych towarzyszy.
- Poszło wam całkiem nieźle - rozległ się głos Batmana.
Cała projekcja zniknęła, a my znowu znaleźliśmy się w dużym pomieszczeniu. Gdzie się nie spojrzało, widać było szarą powierzchnię o strukturze plastra miodu. Tylko naprzeciwko nas, pod sufitem znajdowało się lustro. W małej sterowni stali Batman i Black Canary.
- Ale wciąż za wolno. Klient prawie by uciekł. A Robin leżałby teraz nieprzytomny, gdyby nie Beast Boy. Musicie mieć oczy dookoła głowy. Obserwować wszystko i wszystkich. Przewidywać ruchy. Inaczej pokona was pierwszy lepszy wyszkolony przestępca - wyjaśnił chłodnym, beznamiętnym głosem.
 Czepiał się tak odkąd zaczęliśmy szkolenie. Bity miesiąc z narzekającym Batmanem. Trenowaliśmy tak trzy razy w tygodniu, po kilka godzin. Różne sytuacje, różne lokacje, różne zagrożenia. I zawsze mu coś nie pasowało.
- Wiemy, że nie jesteśmy tak idealni jak ty - sarknął pod nosem Robin i skierował się do zamaskowanych drzwi.
Ruszyliśmy za nim. Zgodnie z tym, co ustaliliśmy, wieczorami rozpoczynaliśmy patrol. Budowa bazy była już na finiszu, więc po jakichś dwóch miesiącach urzędowania w placówce Ligi mogliśmy się za niedługo przenieść. Gdyby nie ich pomoc, znajomości i fundusze, pewnie sami skręcalibyśmy tę niezwykłą konstrukcję przez kilka lat. Podczas kłótni o nazwę drużyny, sama już nie wiem kto, czy był to Cyborg, Robin, a może nawet kogoś z Ligi, rzucił krótkim i nieźle brzmiącym hasłem ,,Młodzi Tytani". A potem Beast Boy palnął, by zbudować wieżę w kształcie litery ,,T", jakie widział w komiksach. No i Batman się na to zgodził. Wciąż nie wiedziałam jak, i kto go do tego przekonał, ale wolałam nie wnikać. Grunt, że się dogadaliśmy.

 Podczas bohaterskich wypadów na miasto wciąż korzystaliśmy z kryjówki Robina, która była położona w całkiem dogodnym miejscu. Nic nie mogło jednak dorównać praktycznie ukończonej wieży. Oglądana z miasta, podczas malowniczych zachodów słońca majaczyła na tle horyzontu niczym wyrastający z odmętów wody czarny pomnik. Szklana powierzchnia odbijała promienie słoneczne, a w nocy lśniła od blasku księżyca. Wieża stanęła jakieś dwieście metrów od brzegu, na sporej wysepce, która została odpowiednio przygotowana, a nawet błyskawicznie połączono ją drogą prowadzącą bezpośrednio do miasta.
 Robin i Cyborg rozmawiali z entuzjazmem o nowoczesnych systemach, o których wiele instytucji mogłoby tylko pomarzyć. Nie żebyśmy byli w trakcie patrolu. Nawijali bez skrępowania, a pozostali musieli wysłuchiwać przez komunikatory jakichś dziwnych nazw. Dlaczego nikt nie pomyślał o tym, by móc przełączać się na prywatne kanały?
- Nie żebym wam chciał przeszkadzać - wtrącił się Beast Boy - ale w ,,Black Annis'' chyba się coś dzieje - zauważył.
 Robin dał znak ręką i udaliśmy się do wspomnianego klubu nocnego. Wylądowałam przed stłuczoną frontową szybą. Jakiś mężczyzna z obłędem w oczach trącił mnie łokciem, wybiegając z tonącego w błyskających, kolorowych światłach klubu.
 Nagle, przez wybite okno poszybował człowiek. Cyborg uchylił się przez żywym pociskiem w ostatniej chwili.
- Cyborg, sprawdź co z nim - nakazał Robin. - Wchodzimy. Tylko ostrożnie - dodał i ze skupieniem wkroczył do środka.
 Jatka. To słowo, które przyszło mi w tamtym momencie na myśl, ale i tak nie było wystarczające. Ludzie, głównie mężczyźni, tłukli się bez opamiętania. Rzucali w siebie czym popadnie. Uchyliłam się przed odłamkami butelki. Nie zwrócili na nas uwagi, głęboko w poważaniu mieli także to, kogo atakują. Każdy na każdego. Ruszyliśmy do akcji.
 Rozdzieliłam dwóch mężczyzn tarzających się po podłodze pod sceną. Oboje byli zakrwawieni i mieli pozgniatane nosy. Nawet wisząc pod sufitem, wciąż chcieli rzucić się sobie do gardeł. Zblokowałam ich kończyny i usadziłam na podłodze, z dala od siebie. Zaciekawiona, pochyliłam się trochę w stronę łysego Afroamerykanina, gdyż dostrzegłam dziwną, zielonkawą poświatę w jego oczach. Musiałby właśnie wrócić z Czarnobyla, by świecić intensywniej nawet od wszystkich przyprawiających o epilepsję reflektorów.
 Robin, który właśnie obezwładniał jednego dryblasa, polecił mi, bym zgarnęła przytomnych i zdolnych do pójścia o własnych siłach ludzi na zewnątrz i dopilnowała, by żaden nie uciekł przed przyjazdem policjantów. Prowizorycznie czy nie, związałam przed klubem każdemu nogi oraz ręce za plecami przy pomocy smolistej materii. Po chwili wróciłam, by sprawdzić stan najbardziej poszkodowanych, w momencie, gdy pozostali zajmowali się tymi wciąż nastawionymi na walkę.
 Po przyjechaniu policji, Robin standardowo złożył grzecznie streszczenie wydarzeń i po taksujących, niekoniecznie zadowolonych spojrzeniach mogliśmy wrócić do patrolowania ulic. Zapewniono nas, że mieliśmy jako drudzy dowiedzieć się, co rozpętało tę burzę.
 Przystanęliśmy jeszcze na chwilę przed klubem, więc podzieliłam się z Robinem moimi spostrzeżeniami na temat nadzwyczajnych oczu.
- Też to zauważyłem. Nie jest to potwierdzone, ale podobno na ulice wróciło Vertigo - wyjaśnił mi przyciszonym głosem. - To rodzaj narkotyku. Cholernie niebezpieczny. Ludziom najpierw po nim po prostu odwala. Przeważnie są pobudzeni, agresywni, mają halucynacje, ale każdy może zareagować na niego inaczej. Są tacy, których Vertigo otumania, a nawet wprowadza w śpiączkę. Inni mają zawroty głowy, mdłości. Jeśli ktoś ma słaby organizm, przy odpowiedniej dawce może się przekręcić - powiedział cicho, by stojący nieopodal członkowie drużyny nie usłyszeli. Nie wiedziałam tylko, dlaczego.
- Trzeba będzie pobrać próbki od tych ludzi. - Kiwnęłam głową w stronę karetek pogotowia.
Przytaknął i odwrócił się w stronę Cyborga, który do nas podszedł.
- Nie musicie tak szeptać jakby to było jakieś FBI. Moje sztuczne ucho jest znaczenie lepsze niż ludzkie - wskazał machnięciem ręki na łysą głowę pokrytą w połowie metalem. - To na pewno było Vertigo. Tylko on daje takie efekty, a przy okazji pewnie będzie nie do wykrycia. Zastanawiam się, jak został podany tak dużej liczbie osób. Z tego co wiem, pojawiła się też wersja do inhalacji- wyjaśnił zadziwiająco szczegółowo. - Nie patrz tak na mnie, Raven - żachnął się, gdy spojrzałam na niego podejrzliwie. - Po wypadku miałem trochę do czynienia z narkotykami. To były złe czasy -  powiedział nieco speszony.
- Mam parę kontaktów. Spróbuję się czegoś dowiedzieć - zapewnił Robin. - Wracajmy lepiej do roboty.

 Stanęliśmy na wybetonowanym, okrągłym placu otaczającym wieżę. Wszystkie prace zostały już ukończone. Zostały jeszcze tylko jakieś drobne sprawy, jak doszlifowanie systemu alarmowego, zabezpieczeń i innych technologicznych rzeczy.
 Przy wjeździe na wyspę stały wozy reporterów. Tłumek dziennikarzy i ich kamerzystów nadawało na żywo z otwarcia wieży i oficjalnego rozpoczęcia naszej działalności.
 Odczuwałam lekki stres i niepokój, ale nie potrafiłam dokładnie określić przyczyny. Przecież tego chciałam. Znalazłam osoby, które były w stanie mi pomóc. Które obdarzyłyby mnie zaufaniem. Może to był ten problem? Może podświadomie broniłam się przed bliskimi relacjami? Byłam przecież niebezpieczna, naraziłam wszystkich jeszcze bardziej, w ogóle przybywając na Ziemię. Czemu zawsze musiały dopadać mnie wątpliwości?
 Wonder Woman podeszła do nas.
- Możecie oficjalnie rozpocząć działalność jako Młodzi Tytani - powiedziała z lekkim uśmiechem i wskazała teatralnym gestem na główne drzwi.
Podeszliśmy do nich. Po prawej znajdował się prostokątny panel, który obrócił się i odkrył klawiaturę oraz malutki skaner twarzy.
- Wasza piątka jest rozpoznawana automatycznie, nie musicie za każdym razem autoryzować otwarcia drzwi. To w końcu wasza wieża - wyjaśniła, gdy Robin już ustawiał się do zeskanowania.
Nasz niepisany lider wszedł do ogromnego holu jako pierwszy. Pomieszczenie rozciągało się na cały parter wieży. Spodobał mi się minimalizm i nowoczesność wystroju, pomimo których i tak było tu przytulniej niż w siedzibie Ligi. Ciemne płytki na podłodze, jasnoszare ściany i sufit gdzieś tam w górze, z którego spływało intensywne, ale przyjemne dla oczu światło.
 Przeszliśmy aż do windy prostą ścieżką ułożoną z wyróżniających się, ciemniejszych płytek. Kierując się słowami Wonder Woman, wjechaliśmy w piątkę na ostatnie piętro, gdzie miało znajdować się główne pomieszczenie. Wyszliśmy na pusty, dobrze oświetlony korytarz. Ktoś pokusił się nawet, by pod szarą ścianą postawić doniczkę z jakimś rozłożystym kwiatkiem na drewnianym stojaku.
 Przeszliśmy przez praktycznie niezmienny korytarz, mijając po drodze pięć pokoi z wygrawerowanymi na tabliczkach naszymi pseudonimami, a także kilka nieoznakowanych drzwi. Po chwili doszliśmy do głównego pomieszczenia. Gdy dwuskrzydłowe drzwi rozsunęły się przed nami, ukazując ogromne pomieszczenie zajmujące praktycznie połowę ostatniego piętra, Beast Boy wydał dziwne stęknięcie, a Starfire z podziwu wyrwało się westchnięcie. Nawet Cyborgowi powiększyło się oko ze zdumienia. Całą frontową ścianę stanowiła podzielona na trzy części tafla szkła. Z okna rozciągał się widok na skąpane we mgle miasto.
 Zeszliśmy z podestu ciągnącego się wokół salonu, którego centralne miejsce zajmowała półokrągła kanapa i szklany stół. Po lewej, gdzie od razu skierował się Victor i Robin, znajdowało się stanowisko z ogromnymi ekranami zawieszonymi na ścianie, panelami z przyciskami i długi, stalowy stół. Cyborg przejechał po jego powierzchni i niespodziewanie wyświetliła się nad nim hologramowa mapa. Z entuzjazmem godnym pięciolatka wyciągnął przed siebie rękę i obrócił obraz. Spojrzał na mnie z ogromnym, rozanielonym uśmiechem na twarzy.
 Mnie najbardziej ujął jednak wspaniały widok. Podeszłam do szyby i aż przeszedł po mnie przyjemny dreszcz na myśl, że mogłam stąd podziwiać niesamowite wschody słońca.
- Nawet lodówkę nam uzupełnili! - krzyknął Beast Boy z głową w rzeczonej dwudrzwiowej lodówce.
Wszystko było urządzone w nowoczesnym stylu, ze sporym rozmachem. Miałam wrażenie, że trochę na pokaz, ale przecież nie mogliśmy narzekać. Aneks kuchenny, który zajmował cały kąt po prawej od wejścia mógł pomieścić na raz całą naszą piątkę. Pytaniem pozostawało, kto podejmie się wyzwania gotowania dla nas.
- Jak ci się podoba, Raven? - zagaiła Starfire.
Wyraźnie czułam, że była tym wszystkim trochę przytłoczona, ale i szczęśliwa. W końcu niełatwo przyzwyczaić się do tak ,,bogatego" życia po latach w niewoli.
- Jest... - zawahałam się - Przyjemnie. Na pewno będzie tu lepiej, niż w bazie Ligi.
- Też tak sądzę. Tamte korytarze i sale - zrobiła pauzę - przypominały mi te na statku, gdzie mnie więziono. Nie mogę się doczekać, by zobaczyć mój pokój - powiedziała z radością w oczach.
- Jeśli potrzebujecie kogoś do oprowadzenia po wieży - odezwała się stojąca w drzwiach Wonder Woman wraz z Batmanem i czarnoskórym, starszym mężczyzną - możecie liczyć na Silasa. Zna ją lepiej niż ktokolwiek inny.
 Poczułam, jak atmosfera ochłodziła się. Cyborg wyprostował się jak struna i przybrał poważną, groźną minę, jakby kompletnie zapomniał, jaki przed chwilą był uradowany. Zaciskał zęby ze złości. Jednak oprócz silnej niechęci, emanował od niego... żal. Nie wiem, kto był tak głupi, żeby przyprowadzać tutaj jego ojca. 
- W takim razie chyba wiesz, jak najszybciej trafić do wyjścia? - warknął Cyborg. - Czy mam ci pomóc?
- Jak zawsze zero wdzięczności - odparł spokojnie jego ojciec. - Nie liczyłem na podziękowania, ale szacunek do rodzica jest mile widziany - dodał, schodząc po schodach. - Liga poprosiła mnie, bym zajął się planem budowy i całą tą technologią. - Rozpostarł szeroko ręce, wskazując na swoje dzieło. Cyborga jednak w ogóle to nie ruszyło. - Takich propozycji się nie odrzuca. I mam nadzieję, że drużyna trochę cię utemperuje - powiedział sucho. To chyba był ten moment, gdy przegiął, a czara goryczy przelała się całkowicie.
 Dostrzegłam, jak Robin dyskretnie zbliża się do nich. Chciał zareagować, gdyby miało dojść do rękoczynów. Sama również przygotowałam moc i skupiłam się na kłócących się mężczyznach.
 Cyborg naprzemiennie zaciskał pięści i rozluźniał je, jakby chciał dobrać się do gardła siwowłosego Silasa.
- Może zostawcie swoje rodzinne problemy na później? - łagodnie zasugerowała Wonder Woman, która również przyglądała się kłótni w napięciu.
- Dlaczego miałbym ukrywać, co ten egoistyczny drań mi zrobił? - warknął Cyborg.
Zrobił krok w stronę ojca. Ja, Robin i Batman również wystąpiliśmy do przodu. Robiło się niebezpiecznie.
- Zważaj na słowa! - odparł z wyższością Silas.
- Nie masz prawa mi rozkazywać! Już raz podjąłeś za mnie decyzję! Nie mógłbyś ścierpieć porażki! Straciłeś żonę, a mnie wolałeś zamienić w potwora, byleby udowodnić, że ten jebany egzoszkielet działa! - Cyborg zbliżył się niebezpiecznie do ojca.
Robin doskoczył do niego i złapał za gotową do uderzenia rękę. Victor spojrzał na Dicka z szałem w oczach, ale po chwili jakby trochę ochłonął.
- Najlepszą decyzją, jaką możesz teraz podjąć, to całkowite usunięcie się z mojej drogi. Na twoje nieszczęście mam teraz znacznie więcej siły, którą nauczyłem się kontrolować - sarknął mu w twarz, wyminął go trącając barkiem i wyszedł z salonu.
 Spojrzałam na Robina. Kiwnął głową w stronę drzwi. Nie miałam ochoty przebywać w jednym pomieszczeniu z Silasem, więc z wielką chęcią teleportowałam się na korytarz, by znaleźć Cyborga.
 Pokręciłam się trochę po tym piętrze, ale nigdzie nie znalazłam Victora. Po chwili bezsensownego błąkania się, znalazłam drzwi na klatkę schodową. Ruszyłam do góry, na dach. Intuicja mnie nie zawiodła. Przy krawędzi ogromnego, płaskiego dachu stał Cyborg. Co prawda od przepaści dzielił go solidny, jakiś półmetrowy murek, ale moja wyobraźnia jak zwykle podsuwała mi najczarniejsze scenariusze.
- Problemy z ojcem. Chyba mogę sobie wyobrazić jak to jest - zaczęłam, podchodząc do niego powoli.
Drgnął, wyrwany z zamyślenia. Wciąż buzowała w nim złość, ale teraz wmieszały się również zagubienie, smutek i rozczarowanie.
- Twój przynajmniej nie zamienił cię w potwora - odparł sucho.
On mnie stworzył potworem, miałam chęć odpowiedzieć, ale to nie na był czas na uzewnętrznianie moich problemów. Byliśmy grupą skrzywdzonych ludzi. Przez kosmitów, rodziców i czyste przypadki.
- Masz rację - szepnęłam, a moje słowa porwał silny wiatr, jaki hulał na tej wysokości. - Może warto jednak spojrzeć na to wszystko z innej strony? - spytałam.
Spojrzał na mnie kątem oka, zrobił dziwny grymas i odezwał się już miększym głosem:
- Chcesz, żebym wyciągnął plusy z tej sytuacji?
Wzruszyłam powoli ramionami.
- Skoro tak to interpretujesz.
Zmarszczył brew i potarł kanciasty podbródek.
- To chyba nie dla mnie. Mógłbym napisać cały esej o negatywnych stronach wypadku. A zwłaszcza na temat ojca. Gdyby nie on... - urwał i westchnął.
- Wyrwij się spod jego wpływu - oświadczyłam po chwili ciszy. - Nie pozwól, by cię kontrolował. Sprawił, że jesteś taki, ale teraz pokaż mu, że pomimo tego możesz normalnie żyć. Na swoich zasadach.
Czy oficjalnie mogłam uznać się za hipokrytkę, biorąc pod uwagę moją sytuację z Trygonem? A może mówiłam nie do niego, tylko do siebie? Może musiałam przekonać samą siebie, że podjęłam dobre decyzje?
- Walisz bardziej motywujące gadki od Robina - odparł z cieniem uśmiechu. - I w dodatku prawdziwsze. Masz rację. Muszę zostawić za sobą to co się wydarzyło i zapanować nad tym co  jest tu i teraz - stwierdził i posłał mi szczery uśmiech, który odwzajemniłam.

*****

Jak tam wakacje? Przepraszam za zwłokę, ale jakoś strasznie męczyłam ten rozdział. Na szczęście udało mi się wszystko ładnie dopiąć przed wyjazdem, bo już myślałam, że  jak do 7 lipca nic nie napiszę, a od 8 do 19 wyjeżdżam bez laptopa, to po powrocie z wakacji z weną też by lepiej nie było i musielibyście nie wiem ile czekać. A tak cyk! i rozdział jest. Nie wiem jak wypadł, wydaje mi się, że dałabym mu takie 7/10, ale życie jak to życie, za dwa lata uznałabym go za godnego 2/10. A wy? Jak oceniacie? I pochwalcie się, jak będziecie spędzać wakacje.






niedziela, 19 maja 2019

3. PRZYBYWAMY W POKOJU

 Plątaliśmy się po uliczkach pełnych nocnych klubów. Gdzie nie spojrzałam, w oczy raziły neonowe, wymyślne nazwy. Chodnikami przechadzały się wykonawczynie najstarszego zawodu świata, które co chwilę zabierali spragnieni rozrywki kierowcy. Co jakiś czas ochroniarze wyrzucali na bruk spitych lub zaćpanych klientów.
- Klub na rogu. - Usłyszałam przez komunikator.
Robin był na dachu po drugiej stronie ulicy. Ruszyliśmy w tamtym kierunku. Najpierw nie zrozumiałam, co specjalnie przykuło jego uwagę, jednak po chwili usłyszałam trzask rozbijanej szyby i krzyk dochodzące właśnie z tego budynku. Zeskoczyłam obok leżącego na chodniku mężczyzny. Musiał wylecieć głową na przód, bo wokół twarzy zebrała się niewielka kałuża krwi. 
- Policja i pogotowie już jadą. Wejdźmy do środka - powiedział, gdy skończyłam uleczać jego rany.
 Robin wkroczył do klubu. Wleciałam za nim. Trochę mnie przytkało. Nie spodziewałam się takiego widoku. 
 Wnętrze klubu było zdemolowane. Scena z tancerkami opustoszała, a rury były powgniatane, jakby ktoś rzucił w nie czymś ciężkim. Pośrodku pobojowiska z  poprzesuwanych kanap i okrągłych stołów stał dyszący ciężko mężczyzna. Otaczały go leżące na posadce nieruchome ciała. Gdy Robin rozsunął kij z metalicznym sykiem, potencjalny sprawca obrócił się. Z wrażenia aż się zakrztusiłam.
 Afroamerykanin spojrzał na nas gniewnie jednym, ciemnym okiem. Drugie błyszczało złowrogo czerwonym kolorem. Połowa jego surowej twarzy była pokryta matowym metalem. Mechaniczna część jego ciała ciągnęła się przez większą część szyi i niknęła pod materiałem rozciętej na piersi bluzy. Przez dziurę w materiale wylewała się delikatna niebieska poświata, którą można było by pomylić z kolorowym, klubowym światłem. Mężczyzna zacisnął wydatne wargi i zwinął dłonie w pięści, które również były w pełni pokryte metalem. 
- Dajcie mi odejść - warknął głębokim głosem. 
Zrobił krok nad nieprzytomnym, łysym facetem. Robin napiął mięśnie, gotowy zareagować na wszystko. 
- Albo oddasz się po dobroci w ręce policji albo użyjemy siły, Victorze - odparł stanowczo. 
Na połowę jego zdolnej do poruszania twarzy wpełzło zdziwienie. Po chwili jednak zniknęło i ustąpiło miejsca gniewowi. 
- Skąd znasz moje imię? - warknął, zaciskając i rozluźniając na przemian dłonie. 
- Mógłbyś lepiej wykorzystać swoje zdolności. To co ci się przydarzyło nie oznacza, że twoje życie się skończyło. 
- To oni mnie zaatakowali! Jebani rasiści! - krzyknął. 
Miałam wrażenie, jakby pulsowanie w cienkich, niebieskich żyłkach biegnących na powierzchni metalu przyspieszyło. Z oddali usłyszałam syreny policyjne. Victor wkurzył się jeszcze bardziej. 
- Liga ma mi dać spokój! Najlepiej wszyscy się odpieprzcie!
 Zrobił krok w naszą stronę. Robin pochylił się lekko, gotowy zaatakować. Nie musiał jednak. Nim z radiowozów wyskoczyli policjanci, rozległ się syk, a potem trzask i z podłogi wzbiły się tumany kurzu. Następny huk zabrzmiał jak łamany beton. Błyskawicznie uniosłam tarczę przed nami. Na podłogę upadły kawałki gruzu. 
 Wybiegliśmy przed budynek. Ponad dachami dostrzegłam niknącą w ciemności lecącą postać. Co tu się do cholery wydarzyło?
- Skąd go znałeś? - spytałam Dicka. 
- Potem ci wyjaśnię - odparł chłodno i podszedł do policjantki. 
Po chwili przyjechały dwie karetki. Ratownicy w odblaskowych kurtkach zajęli się poszkodowanymi. Policyjne światła niezwykle skutecznie oczyściły całą ulicę. Nawet idącym zygzakiem imprezowiczom udało się szybko zmyć.
- Wracamy do bazy - zarządził stanowczo Robin po chwili rozmowy z dowodzącą policjantką.
Wydawał się być trochę podminowany. Cała ta sytuacja go zirytowała. Podobnie zachowywał się za każdym razem, gdy w przeciągu ostatnich kilku tygodni paru przestępcom udało się zwiać.

- Powiesz mi w końcu, skąd znasz tego Victora? - spytałam, gdy weszliśmy na piętro.
Światła zapalały się z trzaskiem, gdy Robin wchodził w głąb sali. Usiadł przy stanowisku i zaczął sprawnie stukać w klawiaturę.
- Liga zainteresowała się nim niedawno - podjął, nie przestając wpisywać z zabójczą prędkością. Co chwilę na monitorze i ekranach na ścianie wyświetlały się i znikały jakieś obrazy oraz teksty. - To ciało to skutek wypadku w laboratorium. Przez jakiś błąd nastąpił wybuch, w którym zginęła jego matka. Silas, genialny naukowiec i ojciec Victora, by uratować syna, zintegrował go z pewnego rodzaju egzoszkieletem. Eksperyment się powiódł, ale Victor znienawidził ojca i uciekł z domu. Nie potrafi do końca kontrolować swoich umiejętności. Liga zaproponowała mu pomoc, ale odmówił. Trzeba mu przyznać, że nie ma lekko. Zakładam, że nawet jeśli nie wyglądałby tak, jak wygląda, i tak doszłoby do jakiejś bójki. Już przedtem zdarzały się takie ,,interwencje zwolenników białej Ameryki" - powiedział i zawiesił się na chwile.
Pochylił się lekko w stronę monitora. Przygryzł dolną wargę, wstukał coś szybko w klawiaturę i ponownie odchylił się w fotelu.
- Dlaczego Liga się nim tak zainteresowała? Na pewno nie z dobrego serca i chęci pomocy zagubionym nastolatkom? - zakpiłam.
- Wiesz... Zawsze dobrze jest mieć po swojej stronie kogoś z takimi umiejętnościami. Nigdy nie wiadomo, co człowiekowi odwali i kiedy zacznie dokonywać jakichś przestępstw - odparł i wzruszył ramionami. - Liga ma swoje pobudki i cele, które na pewno nie są tak różowe i szlachetne, jak chcą, by wyglądały.
Zamilkł. Po chwili pisania, wskazał dłonią na ekran i kiwnął głową, bym podeszła bliżej.
- Poza tym, Victor ma ponadprzeciętną inteligencję, co w połączeniu z jego zbroją tworzy świetny materiał na członka Ligi. Ma dziewiętnaście lat, więc mogliby go przyjąć po odpowiednim treningu - Spojrzałam na notatki pod zdjęciami chłopaka. Jedno było sprzed wypadku, a drugie po tragedii. - Victor Stone był świetnym futbolistą. Nie jestem zdziwiony, że się pogubił. Szkoda, że nie przyjął pomocy od Ligi, ale nikt nie może go przecież zmusić. Jego wybór. - Uniósł ręce w geście ,,co poradzimy?", a potem zaplótł je i oparł na nich podbródek. - Dochodzi czwarta. Możesz już iść jak chcesz. Ja jeszcze trochę potrenuję, odezwę się po południu - powiedział po chwili ciszy.
- Jasne. Pa. - Teleportowałam się prosto do domu.

 Już dawno minęło południe, a promienie światła wdzierały się do sypialni między grubymi zasłonami. Odłożyłam książkę z ociąganiem i sięgnęłam po wibrujący komunikator leżący na półce. Wsunęłam go do ucha.
- Raven! Potrzebuję cię natychmiast w bazie! Wytłumaczę ci wszystko, gdy przyjdziesz! - Robin mówił szybko, z niezwykłą jak na niego ilością emocji.
Nawet nie włożyłam zakładki do książki, tylko zgarnęłam pelerynę i założyłam ją, jednocześnie teleportując się.
- Co się stało?
- Mamy gości - powiedział i wskazał na ogromny ekran, cały zajęty przez nadawany na żywo obraz z centrum miasta. - A myślałem, że obcy atakują Nowy Jork, czy chociażby Waszyngton. Teleportuj nas tam - zarządził.
Przyglądałam się jeszcze przez moment rozchwianemu obrazowi budynków i licznych niezidentyfikowanych postaci fruwających i niszczących wszystko bez opamiętania.
 Kiedy wykonałam polecenie, materializowaliśmy się koło policyjnej blokady. Radiowozy z włączonymi światłami stały w poprzek drogi, a sami policjanci starali się przegonić gapiów i dziennikarzy z niebezpiecznej części miasta. Spojrzałam do góry. W naszym kierunku zmierzała postać z długimi, rudymi włosami. Jak ogon, ciągnęła za nią horda dziwnych, zielonych kosmitów, przypominających ogromne, skrzydlate jaszczury w złotych zbrojach. Wystrzelili kilka pocisków z dzid w stronę uciekającej. Chybili. Szybko stworzyłam tarczę nad tłumem gapiów. Przemknęli nad nami niczym błyskawice.
- Walczymy z tymi zielonymi! - Robin musiał przekrzyczeć piski cywilów i komunikaty nadawane przez megafony. - Wojsko zaraz będzie, na razie my się nimi zajmiemy!
Błyskawicznie wzbiłam się do góry. Przeniknęłam przez wieżowiec, by skrócić sobie drogę do przeciwników. Byli naprawdę szybcy, ale udało mi się dogonić ich nad wodą.
 Rudowłosa kobieta zaczęła na oślep wyrzucać bezpośrednio z rąk zielone, gorące pociski. Jeden o mało mnie nie trafił, za to kilku kosmicznych jaszczurów nieźle oberwało. Wytworzyłam ogromny młot z energii, po czym opuściłam obuch i zbiłam jednego do oceanu. Przemieściłam się idealnie ponad innego. Runąwszy w dół z wyprostowaną nogą, kopnęłam go w tył głowy. Zapikował do wody. Nagle przeciwnik z lewej zmienił kurs, chcąc wlecieć we mnie z impetem. Zdematerializowałam się. Nim zdążył zareagować, zderzył się z towarzyszem.
 Tymczasem rudowłosa kobieta zawróciła z powrotem nad miasto. Spomiędzy budynków wyleciały wojskowe śmigłowce. Osiem maszyn ustawiło się w rzędzie i zaczęło ostrzał. Musiałam gwałtownie odbić do góry, by nie oberwać. Kilku kosmitów nie miało takiego refleksu. Rozdzielili się. Część podążyło za rudowłosą, a pozostali zaatakowali śmigłowce. Zrzuciłam dwóch z kadłubów, ale pozostali zdążyli dobrać się do śmigieł. Wsunęli w nie swoje długie dzidy, które zblokowały łopatki wirnika. W efekcie maszyny zaczęły pikować w dół. Nagle obok mnie nastąpił wybuch. Nie zdążyłam stworzyć bariery. Poczułam, jakby moją łydkę rozcięło rozgrzane do czerwoności ostrze. Kręciło mi się w głowie. Ledwo udało mi się wylądować na dachu budynku obok mnie. Spojrzałam na lewą nogę. Żołądek ścisnął się na widok wystającego z niej kawału poszarpanej blachy. Po metalu sączyła się bardzo ciemna krew. Zacisnęłam zęby i po chwili zawahania złapałam za wystający koniec. Gwałtownie pociągnęłam, tłumiąc jednocześnie krzyk bólu. Czułam dziwne pulsowanie w nodze. Wykorzystując całą siłę woli, skupiłam się na wyglądającej okropnie ranie. Cholernie piekło, ale po chwili rozszarpane mięśnie i skóra zaczęły się zrastać. Wciąż czułam rwanie w łydce, ale po obrażeniu nie został praktycznie żaden ślad.
 Podniosłam się nieco niepewnie. Upewniłam się, że mogę normalnie stanąć i wzbiłam się w powietrze. Z centrum miasta dobiegł potężny huk. Chciałam ruszyć w tamtym kierunku, ale kątem oka dostrzegłam zarys czegoś ogromnego na niebie. Aż otwarłam usta ze zdziwienia. Wysoko nad wodą sunął ogromny jak boisko futbolowe, aerodynamiczny pojazd. Kamuflaż schodził powoli, ukazując szerokie, dwupłatowe skrzydła, czyniące pojazd jeszcze potężniejszym. Po bokach głównego pokładu otwarły się liczne bramy, ciągnące się przez cały obwód statku. Włazy wsunęły się z szumem, który toczył się powoli niczym grzmot z oddali. Po chwili pełnej napięcia ze statku zaczęły wylatywać całe chmary kosmitów. Na chwilę zdrętwiałam. Setki, a może nawet tysiące wojowników zbliżało się do miasta. Dlaczego zależało im aż tak bardzo na jednej dziewczynie?
- Raven, potrzebuję cię na wybrzeżu. Sto metrów na lewo od Golden Gate.
Wylądowałam na plaży koło zbiorowiska żołnierzy. Potężny i wysoki mężczyzna na środku gestykulował żywo. Wskazywał w różne strony, a grupy ludzi rozbiegały się. Niedaleko nas w powietrze wzbiły się helikoptery, wyrzucając chmury piasku do góry.
- Jest ich za dużo - powiedziałam z napięciem do Robina. - Gdzie w ogóle jest ta dziewczyna?
- W centrum. Nie możemy dopuścić, by kolejni wlecieli do miasta. Liga przysłała wsparcie. Po drodze dołączył się też Doom Patrol - oznajmił i chciał ruszyć do jednego z helikopterów.
- Że niby kto?! - Przekrzyczałam huk silników.
 W odpowiedzi wskazał coś za moimi plecami i wsiadł do maszyny.
Obróciłam się. Koło generała stałą grupka ludzki. Cztery z nich ubrane były w czerwono-białe kostiumy, a jeden z nich był... robotem? Nie zastanawiałam się, tylko ruszyłam do dalszej walki.
 Wzbiłam się w powietrze i uformowałam ogromną łapę kruka z energii. Powtarzając ruchy mojej ręki, zbiła kilku kosmitów. W odpowiedzi zaczęli strzelać w naszą stronę. Słyszałam, jak pociski dosięgają budynków i niszczą słabe konstrukcje. Zamknęłam kilkunastu w energetycznej kuli. W gniewie zaczęli strzelać, ale pociski odbijały się od ściany i nokautowały ich samych. Zmniejszyłam klatkę i cisnęłam nią w statek. Mój pocisk nawet nie dosięgnął lśniącej powierzchni pojazdu. Kula rozprysła się o pole siłowe. Świetnie...
 Nagle usłyszałam niezwykle głośny chlupot wody. Obejrzałam się przez ramię, żeby akurat zobaczyć, jak ogromna niczym wieżowiec kobieta w czerwono-białym stroju weszła do oceanu. Brodziła ledwo po kolana. Wyciągnęła ręce i powoli, aczkolwiek skutecznie wyłapywała kosmitów i rzucała nimi w nadlatujących przeciwników. Chociaż wydawało mi się, że w ogóle ich nie ubywało. Ze statku ciągle wylatywali kolejni, jakby ich w środku klonowali.
 Minął mnie wojskowy helikopter. Za sterami siedział Robin, który strzelał z karabinu pod kabiną. Wypuścił też serię rakiet. Wleciały przez otwarte bramy, do wnętrza statku. Tym razem pole nie zadziałało. Usłyszałam potężny huk i z środka wydobyła się kula ognia. Do wody posypały się spore fragmenty zewnętrznej powłoki. Koło mnie pojawiły się kolejne helikoptery. Wszyscy zaczęli ostrzeliwać nieosłonięte bramy. Jednak szybko doczekaliśmy się odpowiedzi. Największa dotychczas horda wyleciała z szumem bijących rytmicznie skrzydeł. Na niespokojnym morzu położył się ogromny cień, przesuwający się ku miastu. Ku nam.
 Huk obracających się karabinów maszynowych, okrzyki kosmitów, plusk wody. Nie mogłam się skupić. Za dużo bodźców. Odpierałam ataki rozjuszonych gadów, ale wystarczyła sekunda zawahania, by rzucili się na mnie jednocześnie. Runęliśmy w dół. Trzy obrzydliwe istoty orały pazurami po mojej skórze. Nagle jeden, zawieszony na plecach, spadł. Poczułam silny podmuch wiatru, coś srebrnego mignęło mi przed oczami i następny przeciwnik poszybował gdzieś daleko.
 Wpadłam z hukiem do wody. Nie mogłam znaleźć góry i dołu. Obracałam się nerwowo. Ostatni przeciwnik ciągnął mnie za pelerynę. Wytworzyłam falę uderzeniową, która rozpierzchła się we wszystkie strony. Ciężar zniknął. Nerwowo poszukiwałam światła, które wskazałoby mi powierzchnię. Zaczynało mi brakować powietrza. Szczypały mnie oczy. Otwarte rany piekły od słonej wody. Po niezmiernie długich sekundach w końcu ustaliłam właściwy kierunek. Wystrzeliłam nad powierzchnię. Nabrałam gwałtownie powietrza, jednocześnie rozglądając się nerwowo na wszystkie strony. W powietrzu wciąż szaleli kosmici. Wśród nich helikoptery, myśliwce, rudowłosa uciekinierka i... Victor? Z tej odległości i z piekącymi oczami nie byłam do końca pewna, czy srebrna, odbijająca promienie słoneczne postać rzeczywiście była spotkanym niedawno chłopakiem, jednak kimkolwiek nie był, skutecznie nokautował kosmitów. Postarałam się chociaż powierzchownie uleczyć rany, bym mogła wrócić do walki.
 Wtedy spostrzegłam, że obok mnie pojawiła się ogromna kobieta. Nad jej głową frunął zielony pterodaktyl. Zwierzę zapikowało, strącając na boki kilku kosmitów. Wyhamował metr nad ziemią. Spojrzał na mnie i nie wiem, czy mi się przywidziało, czy naprawdę puścił mi perskie oko. Nie wnikając w to, wzbiłam się do góry. Kosmitów jakby powoli ubywało, jednak z naszej strony też nie obyło się bez strat. Nagle przez bitewny hałas przebił się metaliczny, głęboki zgrzyt. Z wrogiego statku zaczęły wysuwać się ogromne, spiczaste działa. Ich rozdzielone końce zaczęły świecić pomarańczowym blaskiem, a szum wzmógł się. Przeciwnicy rozpierzchli się w przerażeniu.
 Pierwsze pociski uderzyły w helikoptery. Maszyny eksplodowały niczym granaty, raniąc tych, którzy nie zdążyli się ewakuować. Wylądowałam przy stanowisku żołnierzy na plaży i wytworzyłam ogromną tarczę. Kolejne pociski przelatywały ponad nami z szumem. Część godziła w kosmitów, część w naszych, a pozostałe przelatywały kilkaset metrów i uderzały z hukiem w budynki. Oby mieszkańcy zostali już ewakuowani. Otoczyłam szczelną kopułą zebranych przy mnie ludzi, a sama wyleciałam na zewnątrz.
- Robin, gdzie jesteś? - spytałam, naciskając komunikator.
- Nic mi nie jest. Musimy szybko zniszczyć te działa, zanim zrujnują całe miasto! - odparł.
 Poleciałam nisko nad wodą w stronę statku. Pod pokładem dojrzałam Victora, który ostrzeliwał statek niebieskim promieniem wystrzeliwującym z jego ramienia. Ominęłam kilka pocisków i podleciałam pod działa. Wyrwałam jedno razem z kablami i rzuciłam nim w następne. Armaty zwróciły się szybko w moją stronę. Zdematerializowałam się, a wystrzelone w tym samym momencie pociski zniszczyły nawzajem swoje działa.
 Wielka kobieta, która zmierzała w naszą stronę przyjmowała całe serie strzałów, które w żaden sposób jej nie uszkadzały. Pociski po prostu zatapiały się w rozciągliwym ciele bez żadnego śladu. Rozwścieczona, podeszła i jednym machnięciem wyrwała ze ścian kilka dział. Rzuciła nimi w stronę otwartych bram. Rozległa się seria huknięć i z wnętrza statku wyleciały kule ognia. Kilkadziesiąt płonących kosmitów w panice rozpierzchło się, podpalając po drodze siebie nawzajem i zaprószając ogień w innych częściach statku.
 Na ramieniu kobiety pojawił się niespodziewanie zielony goryl. Przeskoczył na działo i w dzikim szale zaczął tłuc ogromnymi łapami po metalowych częściach. Wspiął się po ścianie i wbiegł do wnętrza statku. Chciałam mu pomoc, ale większość dział skierowała się w stronę moją i gigantycznej kobiety. Ogromnymi energetycznymi łapami zgniotłam wylot armaty. Pocisk eksplodował wewnątrz, rozrywając przy okazji część poszycia statku. Razem z towarzyszką rozwaliłam praktycznie wszystkie działa po lewej stronie. Kątem oka widziałam, jak po prawej Victor wraz z rudowłosą wciąż manewrowali między seriami pocisków, oddając im z nawiązką.
 Niespodziewanie w gładkiej powierzchni od spodu statku otwarł się właz. Ze złowrogim zgrzytem wysunęło się z niego ogromne działo, które wycelowało w ogromną kobietę. Rozległ się narastający szum, jakby zbierało energię. Między czterema ramionami zaczęła formować się fioletowa kula.
- Uciekaj! - krzyknęłam do niej.
 Jej ruchy były jednak za wolne. Zanim zdążyła się uchylić, rozległo się głośne szczęknięcie metalu. Błyskawicznie wytworzyłam przed nią tarczę. Pocisk wystrzelił z ogromną prędkością. W zwolnionym tempie widziałam, że odruchowo schowała głowę za gardą. Fioletowa kula przeniknęła przez moją tarczę. Ugodziła w kobietę. Krzyknęła. Jej ciało wygięło się w pałąk. Twarz zastygła z grymasem bólu. Zamarłam.
 Wszystko zaczęło przyspieszać. Kobieta zachwiała się, tracąc napięcie w mięśniach. Zaczęła przechylać się do tyłu, coraz dalej i dalej, by w końcu uderzyć w taflę, wyrzucając w powietrze hektolitry wody. W jej klatce piersiowej zionęła przerażająca dziura. Biało-czerwony kostium zabarwił się szkarłatną krwią, która zaczęła unosić się też na powierzchni oceanu.
 Z odrętwienia wyrwał mnie pełen bólu ryk zwierzęcia. Obróciłam się. U wylotu bram stał goryl. Z poklejoną i ubrudzoną sierścią patrzył na tonące powoli ciało kobiety. W mgnieniu oka zamienił się w niewysokiego chłopaka. Wszystko wokół przestało mieć dla niego znaczenie. Upadł na kolana. W tle rozległa się seria huków, ale dochodziła ona jakby zza ściany. Poczułam rozdzierające cierpienie tego zielonoskórego nastolatka. Widziałam płomienie czyhające za jego plecami. On jednak jakby zdrętwiał. Zmusiłam się do wykonania ruchu. Podleciałam do niego.
- Musimy stąd uciekać! - Starałam się przekrzyczeć wybuchy dochodzące z wnętrza statku.
Wszystko się trzęsło. Gdzieś z boku mignęły mi długie, rude włosy. Miałam wrażenie, jakby cały ten cholerny statek miał się zaraz rozlecieć. A on nie zareagował. Patrzył w tafle wody, pod którą niknęła kobieta. Poruszył wargami, ale nie zdołałam dosłyszeć. Delikatnie dotknęłam jego ramienia i teleportowałam nas na plażę. Nie utrzymał równowagi i zanurkował twarzą w piasek. Obrócił się powoli na plecy i rozłożył szeroko ręce.
- Rita. - Tym razem usłyszałam pełne cierpienia mamrotanie.
Powtarzał imię w kółko i kręcił na boki głową. Zaciskał mocno oczy. Podbiegli do nas ratownicy. Uniosłam rękę, by nie podchodzili. Uklękłam za głową chłopaka. Przyłożyłam delikatnie opuszki palców do jego skroni. Otwarłam umysł na emocje. Pozwoliłam, by ogromne cierpienie i niedowierzanie spłynęło na mnie. Chciałam mu ulżyć chociaż na ten moment. Mogłam przetrawić  zarówno swoje jak i cudze emocje. Tego mnie uczono.
 Uspokoił się. Rozluźnił zaciśnięte pięści. Przestał szeptać.
- Raven?
Uniosłam głowę. Za plecami Robina stało dwóch mężczyzn ubranych czerwone kostiumy z białymi wstawkami. Jeden z nich miał obandażowane wszystkie wystające części ciała, a na nosie wciśnięte  okulary przeciwsłoneczne. Trochę z boku, jakby nieśmiało stał też robot w kolorze miedzi.
- Uspokoiłam go - odpowiedziałam na pytające spojrzenie mężczyzny w hełmie z małymi antenkami przypominającymi czułki.
Miał trochę dziwną minę. Jakby przez zewnętrzną warstwę obojętności chciały przebić się gniew i smutek. Drgały mu kąciki ust. Zaciskał pięści.
- Pomogliśmy, jak mogliśmy. Teraz musimy wracać - powiedział dowódca.
- Wielkie dzięki, że się zjawiliście - odparł poważnie Robin. - I bardzo mi przykro, że tak się to skończyło, Mento.
- Robotman, wieź Garfielda - rozkazał.
Blaszany człowiek ruszył się zadziwiająco żwawo. Wstałam i spróbowałam otrzepać się z piachu, który przykleił się do zakrzepłej już krwi. Dopiero teraz, gdy emocje trochę opadły, wiele ran zaczęło dawać o sobie znać z pełną mocą. Robot schylił się, by wziąć chłopaka na ręce, ale ten niespodziewanie usiadł, prawie uderzając w metalową głowę. Garfield rozejrzał się. Błądził zielonymi oczami.
- Rita - szepnął.
Wstał chwiejnie. Musiał przytrzymać się Robotmana, by nie upaść.
- Muszę tam wrócić - powiedział niespodziewanie stanowczym głosem.
- Garfield... - Po twarzy Mento przemknął cień smutku. - Ona nie żyje i nic już nie zrobisz. Możemy tylko patrzeć, jak będą wydobywać jej ciało - dodał łamiącym się głosem.
 Spojrzałam w stronę horyzontu. Statek był podziurawiony jak sito i zmierzał na nieuniknione zderzenie z falującą taflą wody. Z otworów wystrzeliwały języki płomieni. Dostrzegłam małą, jakby płonącą postać uciekinierki, która raz po raz wlatywała do statku, by po chwili wyłonić się po przeciwnej stronie, przebijając się przez wszystkie warstwy. Rzeczywiście, w porę to pole energetyczne opadło.
 Ponad nami przeleciał szwadron helikopterów. Ostatni kosmici byli dobijani przez wojskowe myśliwce, a ci uczestnicy walki, którzy przeżyli, zbierali się na plaży.
- Musimy złożyć raport Niles'owi - odezwał się Mento. - Garfield, albo tu zostajesz, albo z nami idziesz - powiedział zbyt stanowczo.
Miałam wrażenie, jakby cała trójka dorosłych nie chciała dopuścić emocji związanych ze stratą towarzyszki. Tylko najmłodszy członek drużyny nie tłumił uczuć. Było mi go trochę żal. Nie zdołałam obronić Rity.
- Idźcie, zostanę tu z nim na razie - zaproponował zabandażowany mężczyzna.
Dwóch pozostałych odeszło w stronę śmigłowca.
- Choć, Garfield. - Podszedł do chłopaka i objął go ramieniem. Powoli udali się w stronę brzegu.
 Przy barierkach odgradzających drogę od plaży kłębił się już tłumek dziennikarzy. Co chwilę widziałam pędzące na syrenach karetki i wozy strażackie, które musiały przedzierać się przez zostawione w panice samochody, wszechobecny gruz i liczne ciała.  Część budynków w centrum i większość wieżowców od strony oceanu oberwało. Niektóre konstrukcje nie były na tyle mocne i wyższe piętra posypały się niczym World Trade Center. Minął ledwo miesiąc, a już uczestniczyłam w tak niszczycielskiej bitwie.
 Nagle wśród reporterów podniosła się jeszcze większa wrzawa. Obiektywy aparatów i kamer uniosły się w stronę oceanu. Kobieta, która spowodowała to małe piekło uraczyła nas swoją obecnością. Żołnierze szybko sięgnęli po broń. Skierowali lufy w jej stronę, ale niewiele sobie z tego zrobiła. W końcu przeleciała przez ogromny statek. Co zrobiłyby jej takie kule?
 Rozejrzała się wokoło. Jej oczy były pozbawione źrenic, całe emanowały delikatnym, zielonym światłem. Brak wyraźnych tęczówek powodował, że ciężko było określić na kogo konkretnie patrzyła. Zaczesała potargane, długie do lędźwi włosy. Wszyscy zareagowali trochę nerwowo. Tylko Robin stał niewzruszony, czujnie obserwując każdy ruch jej smukłego ciała o delikatnie pomarańczowej skórze. Zaczęła szybko mówić w nieznanym mi języku. Żołnierze spięli się jeszcze bardziej, ale Dick delikatnym ruchem dłoni nakazał im czekać. Zrobiła krok w naszą stronę. Jej ciemno-fioletowy, chroniący praktycznie całe ciało strój był lekko osmalony i pobrudzony, ale nie naruszony. Wydawał się trochę za ciężki i wręcz toporny, jak na tak szczupłą osobę.
 Uniosła ręce w pokojowym geście. Przestała mówić. Nikt jednak nie spodziewał się, że tak szybko znajdzie się przy Robinie. Nie zdążył zareagować. Pocałowała go krótko i błyskawicznie odepchnęła z zadziornym uśmiechem. Uniósł brew z bezgranicznym zdumieniem na twarzy. Szybko jednak się zreflektował i przyjął pozycję gotową do ataku.
- Dziękuję wam za pomoc - powiedziała niespodziewanie bezbłędną angielszczyzną. - I przepraszam, że sprowadziłam wam na głowę cały ten statek Gordanian. Uciekłam im z niewoli, a wasza planeta była najbliżej - wyjaśniła przyjemnym, trochę śpiewnym głosem.
- Kim w ogóle jesteś? I dlaczego byłaś w niewoli? - Robin wciąż zachowywał czujność, pomimo, że pocałunkiem nieźle zbiła go z tropu.
- W zasadzie Koriand'r, ale w waszym języku Starfire - odparła łagodnie. - A niewola... - zawahała się. Wyczułam, że był to dla niej bolesny temat. - To wszystko przez moją siostrę, ale to bardzo długa historia. Nie ma potrzeby, bym wam o tym opowiadała. Jeszcze raz dziękuję wam za pomoc, jestem naprawdę wdzięczna, ale pozwólcie, że teraz opuszczę waszą przepiękną planetę. - Zaczęła unosić się coraz wyżej nad piasek.
- Zaczekaj. Gdzie się teraz udasz? - Miałam wrażenie, jakby Robin zaciekawił się nią. Chciał się o niej dowiedzieć więcej.
- Sama nie wiem... - Zatrzymała się w powietrzu trochę zmieszana. - Nie mogę wrócić na Tamaran. Wszechświat jest jednak wielki, na pewno znajdę sobie jakiś dom.
- Może zostaniesz? - spytał z nutą nadziei w głosie.
Trochę mnie tym zaskoczył. Chciał zatrzymać kobietę z innej planety?
Rozejrzała się. Żołnierze przestali w nią celować. Tylko zza naszych pleców słyszałam serię kliknięć aparatów i widziałam mogące doprowadzić do szału błyski lamp. W oddali dojrzałam wojskowy wóz opancerzony, do którego wniesiono zakutego i przywiązanego kosmitę. Czyżby chcieli przeprowadzać na nich jakieś badania?
 Uznałam, że nie byłam potrzebna Robinowi, który chciał sobie pertraktować ze Starfire, by została. Jego sprawa. Podeszłam do stojącego samotnie Garfielda. Zsunął zakrywającą jego w pełni zieloną twarz maskę. Wpatrywał się nieobecnymi, szmaragdowymi oczami w odległy horyzont. Ponad wodą unosiły się helikoptery, zarówno wojskowe, jak i telewizyjne, które chciały z bliska uchwycić widok zatopionego statku kosmitów. 
 Bez specjalnego wysiłku wyczuwałam, jak bardzo cierpiał. Zalewał mnie jego smutek, żal i poczucie winy. Postanowiłam odezwać się, chociaż miałam obawy, że z moimi społecznymi umiejętnościami mogłam tylko pogorszyć sprawę.
- Obwiniasz się, że jej nie uratowałeś? - spytałam łagodnym głosem.
Zerknął na mnie, a po chwili pokiwał delikatnie głową. Miętolił w rękach biało-czerwoną maskę.
- Była dla mnie jak matka. W ogóle Doom Patrol zastąpił mi rodzinę, ale teraz... - zawahał się. - Nie chcę z nimi wracać - powiedział cicho i spojrzał na zabandażowanego mężczyznę, który rozmawiał z grupką żołnierzy. - Steve... To znaczy Mento, był jej mężem. Adoptowali mnie. Jednak mam wrażenie, że kiedy wrócimy do domu, wszystko będzie mi o niej przypominać. - Spuścił wzrok. Jego kąciki ust lekko drgały. - Najpierw rodzice... teraz Rita... - mówił łamiącym się głosem.
- Nie musisz tam wracać, jeśli nie chcesz - odparłam, nie patrząc na niego. Miałam wrażenie, jakby jeszcze bardziej by go to speszyło.
- Nie mam domu. Jedyne co mi zostało to Doom Patrol.
- Porozmawiam z Robinem. Może jemu uda się coś załatwić - zapewniłam. - Przepraszam, że jej nie obroniłam - dodałam cicho, zanim odeszłam.

 - Zgodzili się? - podeszłam do Robina, który właśnie skończył rozmowę z Doom Patrolem.
- Tak - odparł z nieodgadnioną miną. - Zastanawia mnie tylko, skąd ta propozycja?
- Czuję, jak bardzo cierpi. Powiedział, że nie chce z nimi wracać - wyjaśniłam.
Kiwnął głową w zamyśleniu. Staliśmy, wpatrzeni w zachodzące powoli słońce. Pomarańczowe promienie kładły się na falującej tafli i wystającym kadłubie statku.
- A co ze Starfire? - spytałam.
- Zaproponowałem, żeby została. Nie zaprotestowała - powiedział chłodnym głosem. - Liga już się wtrąciła - dodał.
- To znaczy?
- Mają jakieś plany względem nas. - Zrobił głęboki wdech, jakby chciał uciszyć emocje. - Chyba chcą stworzyć drużynę młodych bohaterów.
- Nie rozumiem - powiedziałam. Miałam wrażenie, jakby był trochę podirytowany. -  Mówisz to takim tonem, jakby ci się nie podobało.
- Najpierw chciałem pracować sam w San Francisco. Teraz jednak cieszę się, że mam ciebie za towarzyszkę. Nie mam też nic przeciwko drużynie. Chodzi mi  o to, że Batman chce stworzyć grupę, by móc nas kontrolować. Wszystko będzie pod zarządem Ligi. W dodatku mam wrażenie, jakby chcieli pokazać społeczeństwu, że nasza działalność była zaplanowana. Pewnie zaraz nadadzą nam nazwę, wybudują siedzibę i ogłoszą nas oficjalnymi obrońcami miasta - prychnął. - Liga poprawi swój wizerunek, jeśli stworzą drużynę, która będzie chronić zwykłych obywateli w codziennych sytuacjach. Chciałem wyjść z cienia Batmana. Chyba nigdy nie będzie to dane Robinowi  - stwierdził z rozgoryczeniem. - Liga na razie się nimi zajmie - powiedział po chwili cichy, kiwając głową w stronę Beast Boy'a rozmawiającego z Cyborgiem i Starfire, która stała trochę na uboczu. - Potem dowiemy się, co kombinują.
Obrócił się na pięcie i szybkim krokiem podszedł do czekającego już motoru. Pochylał głowę przed masą kamer i aparatów. Nie odpowiadał na żadne z zadanych przez dziennikarzy pytań. Nie chciał wrzawy wokół siebie. Niestety Batman, zamiast pozwolić nam swobodnie działać, musiał się wtrącać.

*****

 Bardzo się cieszę, że udaje mi się publikować mniej więcej co miesiąc. Mam też nadzieję, że zamknę opowiadanie w jakichś dwudziestu rozdziałach, ale znając życie i tak nic nie pójdzie po mojej myśli... W zasadzie to nie mam już nic konkretnego do przekazania.

PS. Jedyne co, to że jak zwykle, robiąc oczy kota w butach, grzecznie żebrzę o komentarze.

sobota, 27 kwietnia 2019

2. PIERWSZY RAZ

- Jeszcze raz! - Robin wydawał się wręcz szczęśliwy, trenując mnie. A może raczej torturując?
Odgarnęłam z czoła spocone włosy, które wysunęły się z kucyka. Odkleiłam od mokrych pleców czarny podkoszulek i podeszłam do niego. 
- Nie musi być mocno, tylko technicznie. Siła przyjdzie z czasem - pouczył mnie ponownie i wysunął przed siebie miękkie tarcze nałożone na dłonie. 
- Wciąż nie rozumiem po co mi to, skoro mogę kogoś po prostu odesłać na ścianę... - mruknęłam pod nosem. 
- Przezorny zawsze ubezpieczony - odparł. - No, dawaj. Trzy proste i unik. 
Na pierwszym treningu nie wytrzymałam nawet dziesięciu minut. Jakoś po ósmym szło już trochę lepiej. Zaczęłam uderzać na przemian z unikami w bok.
Na chwilę straciłam koncentrację i nie zdążyłam się uchylić. Oberwałam miękką tarczą w głowę. 
- Nie mam już siły - stęknęłam. - Wolę wysiłek umysłowy - stwierdziłam i zdjęłam czerwone rękawice. 
- Musisz umieć sobie poradzić w każdej sytuacji. Z mocami czy bez, dobrze jest mieć kondycję i mocnego sierpowego - powiedział z cieniem uśmiechu. 
Ściągnął tarcze i rzucił je w kąt. Podszedł do ściany i podciągnął się na przymocowanym drążku. Jego ciało było niezwykle muskularne i wyrzeźbione. Przez obcisłą koszulkę widać było pracujące mięśnie. Wytarłam mokre włosy w ręcznik. 
- Ta maska jest kompatybilną częścią twojej twarzy czy jednak jeszcze nie przyrosła ci do skóry? - spytałam, gdy obrócił się przodem do mnie i zaczął przyciągać nogi do klatki piersiowej. 
Parsknął pod nosem. 
- Dbam o swoją prawdziwą tożsamość, tylko tyle - odparł po chwili namysłu. 
- Nie uważasz, że to minimalnie podchodzi pod paranoję? Nawet nie znamy swoich prawdziwych imion. 
- I lepiej, żeby na razie tak pozostało. - Odpowiedział lekko urywanym głosem. - Są ludzie, którym zależałoby na poznaniu prawdziwych tożsamości bohaterów. Dlatego im mniej osób je zna, tym mniej może się wygadać. 
- Taak... Przezorności nigdy za wiele - mruknęłam pod nosem. 
-  Wszystko już załatwiłem i już jutro możemy przenieść się do San Francisco - oznajmił, niespodziewanie zmieniając temat.
- Jak zamierzasz przenieść ten cały sprzęt? - spytałam, ogarniając wzrokiem salę pogrążoną w półmroku i okrąg światła, w którym ćwiczyliśmy. 
- O to się nie martw - odparł, podnosząc jeden kącik wąskich ust. 
Uniosłam ręce w geście obojętności, zabrałam pustą butelkę wody i ruszyłam po bluzę, którą zdjęłam podczas wysiłku. 
- Wracam do siebie pomedytować. O której mam dzisiaj być przy posterunku?
- Nie musisz przychodzić. Poradzę sobie sam. Odpocznij i przyjdź tutaj jutro o ósmej rano.
Kiwnęłam głową, pożegnałam się i wyszłam na miasto pogrążone w deszczu..

 Stawiłam się przed pordzewiałą bramą kilka minut przed umówioną godziną. Słońce wschodziło za smukłymi, połyskującymi sylwetkami wieżowców w centrum miasta. Chodziłam w kółko po pustym placu, ubrana w pelerynę. Wzięłam ze sobą wszystkie rzeczy, które zabrałam z Azarath. Może to w San Francisco rozwiniemy skrzydła?
 Usłyszałam warkot silnika. Na plac wtoczył się wyglądający nieco futurystycznie smukły motor w ciemnych odcieniach zieleni i czerwieni. Robin zdjął pasujący do maszyny, a także stroju szkarłatny kask i zsiadł z wyprofilowanego siedzenia. Długi motocykl sam utrzymał równowagę.
- Graty pojechały wczoraj po południu - oznajmił i odwrócił się do lśniącego pojazdu. Wysunął do tyłu klapę za siedziskiem i wyciągnął czarny kask. - Mam nadzieję, że nie boisz się jeździć na motorze. - Podał mi go z lekko uniesioną brwią. 
- Niee... Jasne, że nie - odparłam nieco niepewnie. 
- Polecam zdjąć pelerynę albo ją jakoś przytrzymać. Czasami lubi przydusić przy większych prędkościach - dodał i zgrabnie zasiadł za kierownicą. - I jeszcze jedno ważne pytanie. Droga zajmie około trzydzieści godzin. Chyba, że masz jakiegoś asa w rękawie i umiesz się teleportować?
- Fajnie, że w ogóle spytałeś. Mogę nas orientacyjnie przenieść w okolice San Francisco, jeśli dasz mi jakiś punkt odniesienia, który mogłabym przywołać - odparłam.
- To prawie trzy tysiące mil. Dasz radę?
- Raczej nie powinnam mieć problemu. Potrafię otwierać portale międzywymiarowe, więc... - urwałam i wzruszyłam lekko ramionami.
- Jasne. Na razie jednak i tak musimy się trochę przejechać. Chcę jeszcze kogoś odwiedzić.
Kiwnęłam głową. Zdjęłam kaptur, założyłam niewygodny kask i zapięłam go. Niepewnie zajęłam miejsce za plecami Robina. 
- Nogi możesz oprzeć o te podesty. I lepiej się chwyć. - Usłyszałam przez głośniki zamontowane w kasku. 
Nim zdążyłam wykonać jego polecenie, zakręcił, przypaliwszy gumę i wyjechał z warkotem na spokojną ulicę.

 Zostawiliśmy za sobą majestatyczne budowle i wilgotne powietrze zanieczyszczone spalinami samochodowymi. Motor mknął po trzypasmowej autostradzie. Osiedla wybudowane niedaleko drogi przemykały z zawrotną prędkością. Robin zgrabnie omijał samochody, a gdy pojawił się dodatkowy pas, dodał jeszcze więcej gazu. Niechętnie przylgnęłam jeszcze bardziej do jego pleców, czując jak włosy smagają mi kark. Miałam wrażenie, jakby zaśmiał się pod nosem, ale pęd powietrza i warkot silnika mogły wywołać to złudzenie.
- Będziemy jechać jeszcze z godzinę. Potem zatrzymamy się na chwilę u mojej znajomej i przeniesiesz nas bezpośrednio do SF - oznajmił nieco zniekształconym głosem.
Kiwnęłam głową, czego i tak nie mógł przecież zauważyć. Rozglądałam się przez chwilę na boki, ale zielona papka z otaczających nas pól i przemykające pojedyncze drzewa przyprawiały mnie o mdłości. Nieco niepewnie oparłam głowę o ramię Robina i przymknęłam oczy, cierpliwie czekając na moment, gdy mogłabym bezpiecznie stanąć na własnych nogach.

 Ruch zwiększył się, a słońce pięło się powoli do góry. Zwolniliśmy i zjechaliśmy na ogromnego ślimaka, który zawijał się pod wysoki wiadukt autostrady. Robin rozpędził się na dwupasmówce, ale jakiś granatowy pick-up zajechał nam nagle drogę. Motorem zarzuciło w bok, oboje napięliśmy nerwowo wszystkie mięśnie. Mocniej objęłam nogami maszynę i chwyciłam się torsu chłopaka. Robin rzucił wiązankę przekleństw na nieuważnego kierowcę i pojechał dalej.
 Po kilkunastu minutach zjechał na zjazd za tablicą z napisem ,,Allentown, Pensylwania". Droga prowadziła w dół. Wychyliłam się zza pleców Robina, by spojrzeć na rozpościerający się przed nami widok. Rzędy idealnie prostych, prostopadłych uliczek rozlewały się na ogromny obszar. Domy niczym miniaturowe kropeczki tonęły w gąszczu intensywnie zielonych drzew.
 Z otaczających nas pól zaczęły wyrastać fundamenty nowych budynków na obrzeżach miasta. Wjechaliśmy w gąszcz uliczek. Robin bez zawahania skręcał to w główne ulice ze światłami na skrzyżowaniach, to w boczne drogi, które jak gałęzie rozrastały się po całym terenie. Miałam wrażenie, że się zgubiliśmy. Gdzie nie spojrzałam, były jednakowe, jednorodzinne domy z osobówką na podjeździe otoczonym równo przyciętymi drzewkami. Po chodnikach przemykały dzieci na rowerach. Było tu zupełnie inaczej niż w Gotham. Wydawało się tu tak spokojnie.
Robin w końcu skręcił na wysypany żwirem podjazd. Zgasił silnik i zszedł z motoru.
- Azar... - stęknęłam, gdy poruszyłam zesztywniałymi nogami i kręgosłupem. Strzeliło mi kilkukrotnie w kościach.
Oddałam kask Robinowi i poszłam za nim do drzwi piętrowego, błękitnego domku, jakich minęliśmy chyba z dziesiątki. Zadzwonił dzwonkiem. Staliśmy przez chwilę w ciszy, aż nagle z wnętrza rozległ się jakiś trzask.
 Zauważyłam, jak chłopak napiął się nerwowo.
- Ugh! Zostaw! - Dobiegło zza drzwi. - Już idę!
Po chwili otworzyła nam wysoka, czarnowłosa kobieta.
- Hej! - Przywitała się radośnie i bez skrępowania przytuliła się do Robina. - Dobrze cię widzieć, Dick.
Chrząknął znacząco, a ja zastanowiłam się, czy to jego prawdziwe imię, czy tylko przezwisko.
- Widzę, że znalazłeś sobie koleżankę - dodała z kpiącym uśmieszkiem. - Jestem Donna. - Wyciągnęła umięśnioną rękę, którą uścisnęłam, odpowiadając ,,Raven". - Co ze mnie za gospodarz. Wchodźcie.
 Odsunęła się na bok i wpuściła nas do niewielkiego korytarza. Nagle, zza jej pleców wypadło coś czarnego. Podskoczyłam zaskoczona, gdy napakowany pies dopadł do mnie i naskoczył mi na uda.
- Diego! Nie wolno tak! - Chwyciła go za białą obrożę i odciągnęła do tyłu. - Przepraszam za niego. W ogóle mnie ostatnio nie słucha. Wejdźcie do kuchni, tylko wypuszczę tego wariata.
Robin ruszył przodem. Najwyraźniej znał już ten dom.
- Tylko uważajcie na szkło na podłodze! - krzyknęła Donna.
W holu, na podłodze koło schodów leżały rozbite kawałki kolorowego wazonu. Przemknęliśmy pod ścianą do kuchni.
- Diego rozbił mi wazon, który przywiozłam z Niemiec - pożaliła się. - Zrobić wam coś do picia? - spytała, podchodząc do drewnianej wyspy na środku pomieszczenia.
- Kawę, jeśli możesz.
- A ty, Raven?
- Może być jakaś zielona herbata - odparłam.
Sięgnęła do białych, drewnianych szafek nad zlewem i wyciągnęła trzy kubki na marmurowy blat.
- To co cię sprowadza, hm? - spytała zaciekawiona, nalewając wrzątku.
- Chciałem przekazać ci, że przenoszę się do San Francisco - oznajmił po chwili namysłu.
Nie zareagowała. Sięgnęła do dolnej szafki, wyciągnęła ciasteczka i położyła wszystko przed nami. Przyciągnęła sobie drewniane krzesło bez oparcia do wyspy i usiadła naprzeciwko nas.
- Wreszcie - oznajmiła, przez co zbiła Robina z tropu. - Mówiłeś mi o tym już od tylu miesięcy.
- No tak... Musiałem wszystko zorganizować. Poza tym... Nie do końca wiedziałem, jak to rozegrać, ale sprawa z Raven - kiwnął głową w moją stronę - sprawiła, że wszystko ruszyło.
- Czekaj... Dia... - urwała nagle. - Ekhm... no tak, tajne tożsamości... Wonder Woman wspominała coś o jakiejś nieprzyjętej czarodziejce, ale nie podała żadnych szczegółów. O co właściwie poszło, jeśli mogę wiedzieć? - Skierowała spojrzenie niebieskich oczu na mnie.
- Eeee - zawahałam się przez chwilę. Jej otwartość i ogrom emocji trochę mnie speszył. - Stwierdzili, że nie mogą mi zaufać, bo nic o mnie nie wiedzą.
- Klasyczny Batman. Zawsze wietrzy jakiś podstęp - rzekła z uśmiechem.
Ugryzła ciasteczko i popiła mocną kawą. Zawiesiła się na chwilę.
- Cieszę się, że powiedziałeś mi to osobiście. Fajnie, że w końcu zdecydowałeś się na to i pamiętaj, iż zawsze będziesz tu mile widziany. Jakbyś czegoś potrzebował, dzwoń. Może nie będę u ciebie w pięć sekund jak Superman, ale postaram się pomóc jak tylko będę mogła - zapewniła poważnym głosem. Wyczułam silną więź między nimi, ale bardziej tą z rodzaju przyjaciół czy rodzeństwa.
 Dopiłam herbatę, gdy Dick i Donna wymieniali między sobą jakieś nic nieznaczące dla mnie zdania. Rozglądałam się przy okazji po wnętrzu. Wykończenia z ciemnego drewna wraz z panelami dawały przyjemny kontrast dla bieli i błękitu. Było naprawdę przytulnie. Aż zatęskniłam za Azarath.
- Musimy się zwijać - oznajmił Robin, wyrywając mnie z zamyślenia.
- Tylko nie zapomnij tam o starych znajomych jankesach - powiedziała ze szczerym uśmiechem i przytuliła go jeszcze raz.
Miałam wrażenie, jakby taki kontakt fizyczny wprawiał go w lekkie zakłopotanie. Zresztą tak samo jak mnie.
 Wyszliśmy przed dom. Diego obwąchiwał motocykl, a po chwili uniósł tylną łapę i bezczelnie obsikał szeroką oponę na oczach właściciela. Donna zaśmiała się, a Robin pogonił zadowolonego z siebie owczarka.
- Wpadnij jeszcze.
- Ktoś przecież musi cię dręczyć, czyż nie? - odparł z szelmowskim uśmiechem.
Oboje zaśmiali się jak starzy, dobrzy przyjaciele.
- Raven, możesz nas zabrać - oznajmił.
 Kiwnęłam głową. Zamknęłam oczy i przywołałam obraz długiego, czerwonego mostu, który Robin pokazał mi wcześniej. Objęłam mnie, jego i motocykl smolistą energią. Poczułam niepokój Dicka. Skupiłam się. Kopuła, którą stworzyłam, zapadła się, a my razem z nią.

 Wylądowałam na równych nogach, czego nie można było powiedzieć o Robinie. Zachwiał się obok maszyny, przetoczył i zatrzymał się na czworakach.
- Jeezuu - stęknął przeciągle. - Nie myślałem, że będzie to aż tak dziwne - stwierdził po chwili.
Wstał chwiejnie, ale nie przewrócił się.
- Przynajmniej nie zwymiotowałeś, jak niektórzy - pocieszyłam go.
Uśmiechnął się krzywo i przetarł twarz.
- Będę musiał się przyzwyczaić.
 Spojrzałam w stronę niezwykle długiego mostu. Jego koniec wraz z kursującymi autami niknął w gęstej mgle pełznącej nad granatową taflą wody. Sponad kłębów można było dostrzec wierzchołki wieżowców w centrum miasta. Cztery godziny różnicy sprawiły, że dzisiejszego dnia ponownie oglądałam wschód słońca. Ten jednak był zdecydowanie bardziej efektowny. Pomarańczowa łuna kładła się na pofalowanej powierzchni mgły, sprawiając wrażenie, jakby szczyty budynków i filarów był masztami zatopionych statków, wystającymi z otchłani wzburzonego morza.
- Ziemia do Raven. - Robin machnął mi dłonią przed twarzą.
Zamrugałam gwałtownie.
- Będziesz musiał się przyzwyczaić też do tego, że często odpływam - powiedziałam i odebrałam kask, który mi podał.
- Czego nie robi się dla partnera - odparł z tym zawadiackim uśmieszkiem i usiadł na motocyklu. - Wsiadaj, pokażę ci naszą nową miejscówkę.

 Zniknęliśmy we mgle. Końce filarów niknęły w górze, a wody zatoki równie dobrze mogły być tylko wymysłem. Wyłoniliśmy się z kłębów po drugiej stronie mostu. Gąszcz prostopadłych uliczek na przedmieściach rozrastał się we wszystkie strony, ale to po lewej znajdowało się centrum San Francisco. Pod szarą warstwą mgły wiszącej ponad nami piętrzyły się wieżowce. Najpierw zmierzaliśmy w tamtym kierunku, ale potem Robin odbił w prawo i widoki zniknęły za gęstą roślinnością obrzeży miasta.
 Znowu kluczyliśmy po prawie identycznych uliczkach z podobnymi domami i autami. W pewnym momencie wjechaliśmy do robotniczej dzielnicy. Okolica stała się szara, widocznie biedniejsza. Każde miasto ma swoje mroczne zakątki. Mijaliśmy fabryki, magazyny i sznury ciężarówek.
- Czy wszystkie kryjówki muszą się mieścić w magazynach? - mruknęłam pod nosem przez mikrofon.
W odpowiedzi zaśmiał się cicho, kręcąc delikatnie głową. Skręcił w ulicę wyglądającą nieco lepiej niż wcześniej przez nas mijane i wjechał na wylany betonem plac przed kwadratowym budynkiem z oknami wyłącznie na parterze. Dawniej świecący napis ,,San Direct" na fasadzie, teraz był zakurzony i nieco przechylony.
- Czy ubezpieczalnia pasuje jaśnie pani? - spytał z kpiącym uśmieszkiem.
- Wybrałeś zgodnie z naszą pracą - odparłam kąśliwie.
Zaparkowaliśmy z tyłu, na niewielkim placu otoczonym wysokim żywopłotem. Bez żadnych skanerów czy haseł weszliśmy przez dwuskrzydłowe drzwi do pokoju zajmującego cały parter. Po lewej była tylko ścianka działowa i schody na górę, a od frontu trzy stanowiska, gdzie niegdyś przyjmowano klientów. Weszliśmy na górę, ku solidnie wyglądającym drzwiom. Dopiero tutaj Robin zsunął rękawiczkę i przystawił dłoń do skanera. Czerwona dioda zrobiła się zielona i mogliśmy wkroczyć do nowej bazy.
- Ponad sto metrów kwadratowych. Sprzęt jest ten sam, z małymi wyjątkami, ale zyskałem połączenie do systemów ostrzegania i zawiadamiania w całych Stanach - powiedział z dumą.
Im głębiej wchodziliśmy, tym więcej długim lamp z czujnikami ruchu zapalało się. Pod ścianą po prawej mieściło się stanowisko z komputerami ustawionymi na zagiętych w łuk stołach. Na drugim końcu sali spory fragment podłogi był wyłożony jasnymi panelami, wykonanymi z przezroczystego materiału.
- Podrasowałem też nasz kącik do ćwiczeń. - Podszedł do ściany i przycisnął ekran podświetlonego panelu.
Zgrzytnęło cicho i w suficie otworzyła się klapa. Z dziury wysunął się worek bokserski na łańcuchu. Robin nacisnął jeszcze raz i tym razem ze ściany wyłonił się drążek, który złożył się z kliknięciem.
- To się nazywa zagospodarowanie miejsca - powiedziałam z niezamierzoną złośliwością.
- A teraz najlepsze. - Schował ekwipunek do treningu i tym razem dłużej majstrował przy ekranie.
Panele przed nami podświetliły się delikatnie. Robin wszedł w pole i wypowiedział komendę:
- Aktywuj hologramy.
Wyjął z paska kawałek metalu, który w ułamku sekundy rozsunął się w ponad metrową tyczkę. Niespodziewanie, znikąd wokół pojawiły się zamaskowane postacie z bejsbolami w muskularnych rękach. Robin rzucił się na pierwszego. Ugodził go końcem kija w brzuch i rozsypał się w garstkę zielonych sześcianów. Drugiemu wytrącił broń i podciął go. Dwie pozostałe postacie chciały wykorzystać sytuację i podejść od tyłu, ale Robin był szybszy. Wykonał kopniak z pół obrotu. Jeden dryblas wpadł na ostatniego i wszystko zniknęło.
- Tak trenuje Liga. Co prawda oni mają wielką halę i mogą tworzyć całe symulacje z pseudomaterialnymi przeciwnikami, ale lepsze to niż nic - powiedział z dumą.
Schował broń z powrotem do niezwykle pojemnego paska i wyłączył urządzenie.
- Baza jest. Załatwiłem nam też mieszkania, może niewielkie, ale zawsze to lepsze niż zapuszczona kamienica na zadupiu Gotham. Nie wiem, jak zareagują władze na nasze ratowanie miasta, ale raczej nie powinno być problemu. Liga załatwiła sobie umowę i część wydatków pokrywa miasto. Nie wiem, jak będzie tutaj, ale o to nie musisz się martwić. Wszystko załatwię - zapewnił. - Jakieś pytania, czy mogę pokazać ci mieszkanie?
Zawiesiłam się na chwilę pod ostrzałem informacji. Wszystko było dobrze. Aż za dobrze. Wrodzony pesymizm i sceptycyzm obudził się we mnie.
- Wszystko jasne - odparłam po kilku sekundach ciszy.
- To idziemy. - Wskazał teatralnym gestem drzwi.
Przesunął przełącznik i pomieszczenie zatonęło w mroku.

 Kluczyliśmy bocznymi uliczkami. Omijaliśmy główne drogi, bo przez godziny szczytu stalibyśmy w korkach do wieczora. Minęliśmy centrum miasta i wyjechaliśmy na płaski jak stół teren osiedli.
- Oba mieszkania są na Sunset District, ale uznałem, że będzie lepiej, jeśli będą od siebie trochę oddalone. Jakieś pół mili, jedną ulicę dalej.
Minęliśmy długi gmach liceum Abrahama Lincolna i skręciliśmy w lewo. Wjechaliśmy przez otwartą bramę na wyłożony kostką podjazd. Dom nie wyglądał na duży, ale miał dwa poziomy, a plac otaczał ze wszystkich stron bujny i wysoki żywopłot, co bardzo przypadło mi do gustu. Robin wyszperał z paska klucz i podał mi go.
- Twój dom, więc ty wchodzisz pierwsza - oznajmił i teatralnym gestem dłoni wskazał drzwi z ciemnego drewna.
 Weszłam po schodkach na niewielką werandę i wsunęłam klucz do zamka. Przekręciłam i nieco niepewnie popchnęłam drzwi. Pod stopami lekko ugięła się szara wykładzina. Zaświeciłam żyrandol, a ciepłe światło zalało spory hol. Zrobiłam kilka kroków i rozejrzałam się. Po lewej był salon, a po prawej kuchnia połączona z jadalnią. Na wprost przy ścianie ciągnęły się drewniane schody na górę, a w rogu holu dojrzałam jeszcze drzwi.
- Ja... - zawahałam się. - Dziękuję, jest naprawdę ładnie, ale nie potrzebuję aż tak dużego mieszkania - powiedziałam szczerze. 
- Nie marudź - odparł z cieniem rozbawienia. - To i tak jeden z mniejszych domów. Masz dwie sypialnie, toaletę, łazienkę, salon i kuchnię. Naprawdę ciężko jest dostać coś bez dwóch ogromnych łazienek z jacuzzi i kilkoma pokojami gościnnymi. Wszystko jest wyposażone i działające. Poza tym nie martw się. I tak nie będzie cię tu przez większość doby - dodał kąśliwie.
Uniosłam ręce w geście kapitulacji. Darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby. Przeszłam do oświetlonego salonu. Wysokie okno wpuszczało promienie wprost na tył kanapy, ustawionej pod nim i drewnianą ławę. Robin zapadł się w skórzanym fotelu skierowanym ku przejściu i zawiesił wzrok na półce ciągnącej się przez całą ścianę.
- Chciałem z tobą obgadać jeszcze kilka kwestii - zaczął i kiwnął głową w stronę sofy.
Posłusznie usiadłam na chłodnej skórze, zsunęłam botki i podciągnęłam nogi.
- Przede wszystkim twoje umiejętności. Ja jestem tylko człowiekiem z wybuchowymi zabawkami. Moce to zupełnie inna sprawa.
- Głównie korzystam z telekinezy, teleportacji i władzy nad energią. Umiem też lewitować, czytać w myślach, odczuwać emocje innych i wytwarzać projekcję astralną - wymieniałam. Nabrałam powietrza i chciałam kontynuować, ale Robin przerwał mi.
- Projekcja astralna, czyli?
W odpowiedzi zmaterializowałam swoją duszę w postaci energetycznego kruka. Zatoczył kilka kółek wokół wiatraka pod sufitem i usiadł na podłokietniku obok Robina.
- Mogę dowolnie formować kształt i rozmiar mojej duszy, ale zawsze przybieram postać kruka - wyjaśniłam.
Przywołałam dumnego ptaka do mnie. Wleciał w moją klatkę piersiową i złączył się z ciałem. Poczułam, jak energia buzowała wewnątrz mnie i dawała mi siłę.
- Jakby to tak ładnie ująć, mogę być w dwóch miejscach na raz. Widzieć i słyszeć zarówno ciałem, jak i duszą.
- Na jakiś określony czas? Czy nie ma to znaczenia?
- Nie mogę tak pozostawać na długo, bo fizyczna część traci energię i jeśli nie połączyłaby się z emanacją na czas, to pozostałabym tak rozdzielona już na zawsze - wyjaśniłam, czując się, jakbym nie mówiła o sobie, a o jakimś suchym fakcie, który w ogóle mnie nie dotyczył.
Wiedziałam o tym, ale nigdy nie brałam tego realnie pod uwagę. No bo po co miałabym się rozdzielać na kilka godzin?
- Brzmi nieco makabrycznie - stwierdził po chwili milczenia.
Czyżbym zaczęła przerażać kolejną osobę? Na Azarath osiągnęłam to już dawno temu.
- Skrywasz jeszcze jakieś niesamowite talenty, czy mogę przejść do następnego punktu? - spytał z autentycznym zaciekawieniem.
- Mam ograniczone zdolności leczenia. Teoretycznie mogę też manipulować cudzymi emocjami i sprawić, by ktoś zapadł w swego rodzaju sen, ale nie robiłam tego za często i niekoniecznie mi to wychodzi - przyznałam, przypominając sobie, jak kiedyś przez przypadek wywołałam w jednym z mnichów silne uczucie zauroczenia do mnie. Wzdrygnęłam się.
- Okej. To teraz druga ważna rzecz. Kiedy łapiemy nawet najbardziej okrutnego seryjnego mordercę, nie posuwamy się do zbędnej przemocy. Dążymy do jak najmniejszych szkód, żeby telewizja i gazety nie miały pożywki dla zwracania ludzi przeciwko nam. Dozwolone łamanie kości i wykręcanie stawów, ale też w ramach rozsądku - powiedział z krzywym uśmiechem. - Przede wszystkim nie zabijamy - dodał stanowczo. - Batman potrafił być uparty i zaślepiony, ale czasami mówił mądrze. Jeśli zabijesz mordercę, to liczba zabójców na świecie się nie zmieni.
Na usta usilnie cisnęła mi się jakże błyskotliwa odpowiedź ,,chyba, że zabijesz dwóch", ale uznałam, że to nie pora na takie cięte uwagi.
- Jak wspominałem, nie będziemy za dużo czasu spędzać w domach. W nocy liczę na twoje wsparcie podczas partoli, a w dzień chciałbym cię trenować. Na razie wypady na przestępców w ciągu dnia będą raczej okazjonalne. Ludzie mogą różnie reagować na nasze akcje, więc nie zdziw się, jeśli nawet policja będzie do nas wrogo nastawiona. Jakieś pytania? Czegoś nie zrozumiałaś?
 Znowu zawiesiłam się na chwilę, by na spokojnie przyjąć wszystkie informacje.
- Tak. Wszystko ogarniam - odparłam.
- To świetnie. Na razie zmywam się do siebie. Mam po ciebie przyjechać, czy będziesz w bazie o dwudziestej?
- Nie potrzebuję szofera - odpowiedziałam kąśliwie.
- To świetnie. - Uniósł lekko jeden kącik ust. - Rozgość się, pochodź trochę po mieście, tylko może w normalnych ubraniach. Po prostu hulaj dusza, piekła nie ma - powiedział i sprawnie wyskoczył z objęć głębokiego fotela.
Dzisiaj drugi raz cisnęła mi się na język uwaga odnosząca się do jego tekstów. Piekło istniało, a ja mogłam je rozpętać za kilka lat na Ziemi.

- Słyszysz mnie? - W prawym uchu rozbrzmiał wyraźny głos Robina.
- Tak - odparłam, przyciskając lekko wystającą końcówkę komunikatora, tak jak wcześniej pokazał mi Dick.
Przeleciałam nad trzypasmową drogą otoczoną przez panele dźwiękochłonne. Było już grubo po dwudziestej pierwszej, ale ruch na głównych ulicach nie zmalał do zera. Nawet po chodnikach przemykali ludzie, którzy nie byli ani przedwcześnie wracającymi imprezowiczami, ani bezdomnymi. Atmosfera tego miasta była zupełnie inna od mroku Gotham.
- Mamy zgłoszenie włamania do jubilera. Leć na północ wzdłuż drogi, stoję na dachu.
Spełniłam jego polecenie i po chwili razem zeskakiwaliśmy na chodnik przy budynku z wybitą szybą.
- Profesjonaliści - mruknął sarkastycznie i ostrożnie zajrzał do nieoświetlonego wnętrza.
Najwyraźniej przestępcy myśleli, że umkną z łupem, zanim zawiadomiona cichym alarmem policja zdążyłaby przyjechać.
- Mogą być uzbrojeni, uważaj - szepnął i bezszelestnie przesunął się na drugi koniec okna.
Gestem wskazał mi, bym schowała się za rogiem. Cofnęłam się i nasłuchiwałam w napięciu.
 - Cholera, Tom! Pospiesz się! - Z wnętrza dobiegł gniewny głos. - Zaraz nas złapią!
- Cicho siedź! Już kończę!
 Robin rozłożył kij i wysunął rękę, wciąż każąc mi czekać. Po kilkunastu sekundach rozbite szkło zazgrzytało pod butami przestępców. Zbliżali się do okna. Przygotowałam energię. Ze skupieniem oczekiwałam sygnału.
 Mężczyzna wysunął nogę na zewnątrz. Robin błyskawicznie uderzył w kolano. Nim facet zdążył ryknąć z bólu, chwyciłam drugiego za stopy. Upadł i zaczął się miotać po posadce pełnej szkła. Z jednogłosowej opery, zrobiła się polifonia cierpienia. Wyciągnęłam go przez okno i zawiesiłam do góry nogami. Ostre krawędzie rozdarły materiał kurtki i skórzanych rękawiczek. Odstawiłam go na brzuch, obok zwijającego się z bólu towarzysza.
- Zmywajmy się - oznajmił Robin, gdy obu związał ręce za plecami.
Wciągnął się za pomocą liny na dach. Nim oderwałam się od chodnika, usłyszałam dwa samochody, wyjeżdżające zza zakrętu. Przykucnęliśmy za murkiem na dachu i z zaciekawieniem przyglądałam się poczynaniom lekko zdezorientowanych policjantów. Dwóch mundurowych podeszło do związanych przestępców. Nagle nad chodnikiem pokazał się hologram. Widziała go od tyłu, jakby w lustrzanym odbiciu, ale zdołałam rozczytać duże napisy ,,Robin" i ,,Raven".
- Zostawiłeś im wizytówkę? - spytałam trochę zdziwiona.
- Niech przynajmniej wiedzą, jak nas nazywać - odparł.
- Myślałam, że na razie chcemy pozostać w ukryciu.
- Też tak na początku myślałem, ale potem stwierdziłem, że bardziej zirytuję Batmana, gdy w gazetach będą nasze pseudonimy - wyjaśnił i z rozbiegu przeskoczył na następny dach.
Miałam wrażenie, że jego zachowanie względem byłego opiekuna było nieco dziecinne. Niczym naburmuszony, rozgniewany bachor chciał zemścić się za jakąś głupotę. Nie znałam jednak szczegółów sytuacji ani ich relacji, więc wolałam powstrzymać się od wtrącania i po prostu pozwoliłam Robinowi działać. W końcu chyba umiał o siebie zadbać i dokonywać najlepszych dla niego wyborów. Chociaż niekoniecznie dojrzałych.

*****
4/5 tygodni. Lepiej nie potrafię. Czasami mam tak wielkie zastoje, że myślę, by wszystko rzucić w cholerę, a innym razem mam ochotę na wszystko i brak mi czasu... Następny rozdział już zaczęłam, ale przyznam, że byłam na Avengers Koniec Gry i czuję się dosłownie wyprana. Dlatego, żeby nie uśmiercić wszystkich w trzecim rozdziale opowiadania, muszę trochę odetchnąć. Mała przerwa. Zakładam, że nie odczujecie nawet tego, ponieważ staram się jednak, by ten odstęp około miesiąca był zachowany. 
Co sądzicie o powyższym rozdziale? Jakieś sugestie, teorie spiskowe, co do następnych części? Chętnie poczytam. A nuż, łyża spłynie na mnie natchnienie.

czwartek, 21 marca 2019

1. D(R)ESZCZOWE MIASTO

 Było już ciemno. Gęste chmury spowijały niebo i całkowicie zakrywały księżyc. Chodniki już dawno opustoszały. Nikt z choć odrobiną instynktu samozachowawczego nie przemieszczał się na piechotę po niebezpiecznych dzielnicach Gotham po zmroku.
 Stałam na dachu jednego z  wielu starych, podniszczonych budynków. Czekałam. Czekałam, aż zaalarmowany Batman przybędzie na odsiecz mieszkańcom tego mrocznego miasta. Miałam tylko nadzieję, że nie zacznie znowu padać, tak jak przez ostatnie pięć dni mojego pobytu tutaj.
 Z oddali dotarł do mnie krótki dźwięk syreny policyjnej. Przeleciałam nad dachami. Przed piętrowym budynkiem stały dwa radiowozy z włączonymi kogutami, które oświetlały fasadę sklepu z bronią.
 Przykucnęłam na krawędzi dachu i przyglądałam się policjantom. Ruszyli do drzwi. Nagle z wnętrza budynku rozległa się seria strzałów. Mężczyźni gwałtownie pochylili się do ziemi i wyciągnęli broń. Tym razem ostrożniej podjęli próbę sprawdzenia co dzieje się w środku.
 Niespodziewanie, wraz z hukiem tłuczonej szyby, na asfalt wypadła poturbowana postać. Po kilku sekundach w ślady pierwszego, poszło jeszcze dwóch mężczyzn. A zaraz za nami z budynku wyszedł Batman. Wskazał na przestępców, powiedział kilka słów do policjantów i wyciągnął coś z paska. Nakierował urządzenie w stronę budynku obok mnie i po sekundzie znalazł się na dachu, kilka metrów ode mnie. W trakcie jego lotu zdążyłam przylgnąć do zimnej powierzchni, dzięki czemu chyba mnie nie zauważył. Chciałam z nim porozmawiać, ale nie wiedziałam, jak zacząć.
 Wstałam i rozejrzałam się. Ostrożnie ruszyłam za oddalającym się czarnym zarysem postaci w pelerynie.
 Podążałam za nim, aż na obrzeża centrum miasta, gdzie niskie budynki graniczyły z wieżowcami i biurowcami. Batman nagle skoczył w uliczkę między dachami. Przyśpieszyłam. Przystanęłam nad krawędzią. Nie widziałam go, więc również zleciałam w dół. Nim zdążyłam zareagować, w moją stronę poleciało kilka pocisków. Jeden rozciął mi rękaw, a dwa pozostałe przecięły pelerynę. A po sekundzie leżałam twarzą w kałuży, z boleśnie wykręconymi do tyłu rękami.
- Myślałaś, że nie zorientuję się, że mnie śledzisz? - rzekł chłodnym, niezwykle niskim głosem.
Uniosłam głowę, by odpowiedzieć, ale Batman pociągnął za kaptur, sprawnie ustawił mnie na nogi i przycisnął do ściany, tak by mógł widzieć moją twarz. Nie wiem ile dojrzał w tym mroku, ale trafnie oszacował mój wiek.
- Skakanie po dachach w trykocie nie jest dla  dzieci. Jeśli zobaczę cię jeszcze raz, odstawię cię na komisariat - sarknął i rzucił coś na ziemię.
Uliczka zatonęła w gęstym dymie. Wzbiłam się ponad mgłę, ale jego już nie było. 

 Po spotkaniu z Batmanem krążyłam jeszcze chwilę po mieście, ale deszcz zacinał coraz mocniej, więc teleportowałam się do mojego tymczasowego mieszkania. Stare, zaniedbane dwa malutkie pokoje z aneksem kuchennym i łazienką. Arella mieszkała tu, po tym jak uciekła od rodziny. Gdy pierwszy raz tu weszłam, dostałam ataku kaszlu od grubej warstwy kurzu, która wzbiła się w powietrze po tak długim czasie spoczynku. Teraz wyglądało to całkiem znośnie. Posprzątałam na tyle na ile się dało, ale nie zdołałam naprawić łóżka, czy chociażby wybitych szyb. Dobrze, że było lato i jedyne co mi przeszkadzało, to częsty deszcz, przed którym ochroniłam się, rozwieszając we framugach folię. Niestety, nauczanie na Azarath nie obejmowało szkolenia na złotą rączkę.
 Przeszłam do pokoju, w którym na podłodze leżał niezwykle twardy materac. Deski w łóżku były połamane, więc musiałam przenieść się na ziemię. Zdjęłam pelerynę, okryłam się kocem i spróbowałam zasnąć. 

 Obudziłam się lekko przemarźnięta i zmęczona. Nie spałam długo, do czego byłam przyzwyczajona, ale przez szparę między folią a ścianą bezczelnie wdarły się promienie słońca. Nie było by to aż tak złe, gdyby nie fakt, że padały prosto w moją twarz. Naciągnęłam koc na głowę, by choć jeszcze chwilę poleżeć, ale szybko skończyło mi się świeże powietrze. Najwyraźniej nie dane było mi się w spokoju wyspać. Wstałam i szybko przygotowałam się do wyjścia na miasto. W Gotham City nawet w dzień dokonywano zuchwałych przestępstw, a każde było dla mnie okazją, by porozmawiać z miejscowym bohaterem czy członkami Ligi Sprawiedliwości. 
 Niechętnie rozstałam się z peleryną, pod którą czułam się w jakiś dziwny sposób bezpieczna i przebrałam się w ubrania, które dała mi Arella. Były trochę za długie, gdyż matka była ode mnie wyższa, ale przynajmniej nie rzucałam się tak w oczy. Wyszłam z mieszkania bez zamykania drzwi na klucz, ponieważ zamek był wyłamany.
 Chodniki w tej części przedmieść w ciągu dnia były całkiem spokojne, ale pomimo tego, gdy w pobliżu nie było nikogo, zamieniłam się w kruka i pofrunęłam ponad dachami. Poczułam się niezwykle wolna w tej formie. Nikt nie zwracał uwagi na czarnego, trochę bardziej wyrośniętego niż zwykle ptaka, a ja mogłam swobodnie obserwować ludzi. Bardzo lubiłam to robić w dzieciństwie. Mimo daru ,,czytania w myślach", często dla zabawy odgadywałam bez pomocy mocy co czują lub myślą mnisi. Podziwiałam, jak nieskrępowanie wyrażają swoje emocje. Może było to dla mnie tak fascynujące, bo sama tak nie potrafiłam. Azar skutecznie nauczyła mnie, jak panować nad uczuciami, tak by nigdy nie spowodowały one jakiegoś nieszczęścia.
 Przycupnęłam na krawędzi dachu. Mnóstwo aut toczyło się po trzypasmowej drodze, wywołując przy tym spory hałas, tak inny od ciszy i spokoju Azarath.
 Koło mnie usiadł kruk. Spojrzał na mnie bystrymi, czarnymi oczami i rozciągnął ogromne, błyszczące skrzydła, jakby chciał mi się pochwalić. Zakrakał donośnie, obrócił się do mnie ponownie i odleciał, nie ujrzawszy zainteresowania.
 Nagle nade mną świsnęło coś znacznie szybszego niż ptak. Dwie postaci, a ponad budynkami także czarny pojazd, zwany potocznie Batplane'm. Widocznie szykowała się jakaś akcja, więc szybko ruszyłam za nimi.
Nim dotarłam nad wybrzeże, znowu zaczęło padać. Kilkaset metrów dalej majaczyła skalista wyspa, na której przebywali najgorsi przestępcy. Więzienie Blackgate było jednym z najpilniej strzeżonych placówek w Stanach. Dwa dni temu widziałam, jak przez niezwykle dobrze obstawiony transport seryjnego mordercy zamknęli część ulic i port. Na pierwszych stronach gazet ukazał się artykuł o wsadzeniu za kratki seryjnego mordercy - Deadshota. Teraz ktoś najwyraźniej próbował się uwolnić.
 Z kilkudziesięciu metrów usłyszałam huk, którego nie zagłuszyły nawet przelatujące obok mnie trzy wojskowe helikoptery. Zrobiłam szybki unik przed lecącymi w moją stronę odłamkami pokruszonego betonu i spojrzałam na poczynania trójki bohaterów.
 W dachu topornego, niskiego budynku wrastającego w nagą powierzchnię wyspy zionęła spora dziura. Czarnowłosa kobieta podleciała bliżej więzienia, ale została poczęstowana pociskiem z jakiejś brei przypominającej błoto. Nie zdążyła zrobić uniku i bezwładnie poleciała do tyłu, o mały włos nie zaczepiając o wirnik helikoptera. Na dach, z wnętrza budynku wypełzło jeszcze więcej brązowej mazi. Z tej odległości nie byłam pewna, czy to człowiek o nadzwyczajnych umiejętnościach, czy jakiś bezmyślny stwór wyhodowany przez ludzi. Trzy wojskowe helikoptery oraz czarny pojazd zaczęły strzelać. Druga kobieta zawisła w powietrzu, a po chwili otoczyły ją niebieskie iskierki, które zaczęły skupiać się w jej rękach. Poczułam od niej ogromną energię na moment przed tym, gdy wyrzuciła pocisk w stronę potwora, który zmierzał do krawędzi ogromnego budynku. Maź jednak wchłaniała wszystko jak gąbka i zaczęła oddawać ataki ze zdwojoną siłą. Pomimo, że byłam dosyć daleko, również musiałam omijać błotniste pociski, które zablokowały wirniki wszystkich helikopterów, przez co musiały lądować awaryjnie na piaszczystym kawałku wyspy. Z czarnego pojazdu wystrzeliła niebieska wiązka, która rozeszła się niczym błyskawice po powierzchni całego dachu. Stworzenie ryknęło, jakby z bólu. Wściekłość dodała mu sił, bo błyskawicznie przybrał kształt człowieka, naprężył się i skoczył na lśniący od deszczu samolot. Dwie kobiety ruszyły na pomoc, ale pilot stracił panowanie i maszyna zaczęła się obracać, zmierzając ku wystającym z wzburzonej wody skałom. Napastnik, zamiast zlecieć, rozlewał się coraz bardziej, przysłaniając szklaną kopułę pilota. Pojazd o mały włos minął czarodziejkę, ale druga nie miała takiego szczęścia. Zareagowałam błyskawicznie. Przemieniając się w człowieka, jednocześnie teleportowałam się miedzy nią a pędzący samolot i wytworzyłam smolistą barierę. Nim ktokolwiek zdążył się ruszyć, maszyna odbiła się i zapikowała w dół. Po gładkiej powierzchni przemykały kolorowe błyski, które poraziły potwora. Błotnista masa jakby straciła swoją spójność i zaczęła bezwładnie zsuwać się w stronę wody. Nagle pojazd ponownie ruszył do góry z warkotem, a cała maź trafiła do nadstawionej przez czarodziejkę klatki z energii. Sytuacja została opanowana i dopiero teraz uratowana przeze mnie kobieta miała chwilę, by zrozumieć, co się stało.
 Zlustrowała mnie zdumiona. Kątem oka dostrzegłam, że czarodziejka zniknęła z klatką w dziurze, a z pojazdu, który wylądował na dachu, wyszedł Batman.
- Kim jesteś? - spytała głośno, walcząc z zacinającym deszczem i wiatrem.
Długa historia, jakby to rzekli mnisi. Lubili tak zaczynać odpowiedzi na moje pytania.
- Mogę wyjaśnić w środku? - zaproponowałam i wskazałam kciukiem za siebie.
Kiwnęła głową i wleciała do więzienia przez dziurę. Stanęłyśmy na zatłoczonym i zawalonym przez gruzy korytarzu. Strażnicy biegali, a alarm wciąż wył, przerywały go tylko komunikaty nadawane przez megafony.
- A więc?
Położyła zwinięte w pięści dłonie na biodrach i przyjrzała mi się badawczo. Przy jej boku połyskiwała zwinięta gładka lina. Po odkrytych,  umięśnionych ramionach spływały kropelki wody.
 Odetchnęłam głęboko. Może z nią się uda. Wyglądała przyjaźniej niż zamaskowany nietoperz.
- Możesz mi mówić Raven - zaczęłam. - Jestem od niedawna na Ziemi i... - zawiesiłam się na chwile. I co? Chcę, by ktoś pomógł mi pokonać ojca demona? - Szukam ludzi, którzy pomogliby mi wykorzystać moje moce w dobrym celu - powiedziałam.
Miałam wrażenie jakby zabrzmiało to jakoś ckliwie i wyniośle, ale właściwie można było tak określić mój plan. Czynić dobro na przekór złym zamiarom Trygona.
- Wiesz... To nie takie proste. Doceniam chęci, ale one nie wystarczą, by wstąpić do Ligi. Jest dużo czynników, a o wszystkim decydujemy wspólnie. Jednak najpierw trzeba porozmawiać z Batmanem - skończyła i uniosła wzrok ponad moje ramię. - O wilku mowa.
- Znowu ty? - spytał szorstkim głosem.
Przewiercał mnie spojrzeniem ciemnych oczu. Nie był wybitnie wysoki, ale stojąc przed nim, człowiek czuł się nagle jakoś mniejszy.
- Widzę, że już się znacie - mruknęła kobieta za moimi plecami. - Raven mnie uratowała. Chce dołączyć do Ligi - dodała, gdy Batman chciał się odezwać.
- Jest za młoda - odparł błyskawicznie.
- Mamy takie wyjątki, a poza tym, każde dobre ręce się nam przydadzą - argumentowała dalej.
Zza pleców mężczyzny wyłoniła się druga kobieta. Oparła się nonszalancko na ramieniu Batmana i spojrzała na mnie.
- Może najpierw pokaż nam twarz - rzuciła pozornie normalnym tonem. Miałam jednak wrażenie, że za maską obojętności kryje się jakaś wrogość do mojej osoby.
Zsunęłam mokry kaptur. Poczułam na sobie ich nieufne spojrzenia. Może to był zły pomysł, by zaczepiać członków Ligi?
- Okej. A teraz się przedstaw... Chociaż nie, czekaj. Możemy już stąd spadać? Głowa mi pęka od tego alarmu - zwróciła się do Batmana i wskazała dłonią do góry.
- Nie możemy jej zabrać do bazy - odparł.
- Mogę jej zasłonić oczy - stwierdziła obojętnie czarodziejka.
- A nie możesz się z nią teleportować? - spytała kobieta z lassem.
- Umie czarować, więc nie mogę mieć pewności, że nie odkryje dokładnej lokalizacji bazy. Bezpieczniejsze jest zakrycie oczu.
Miałam wrażenie, jakby mężczyzna zgrzytnął zębami, ale ugiął się pod prośbami towarzyszek.
- Tylko tak, żeby na pewno nic nie widziała - rzekł szorstko i kliknął coś na pasku.
Usłyszeliśmy szum silników i nad dziurą, przez którą wlatywał rzęsisty deszcz, pokazał się Batplane. Do budynku wsunęła się lina. Batman chwycił się jej i tyle go widziałam.
- Zasłonię ci oczy opaską. To magia, więc nie radzę się z tym siłować - poinformowała mnie i poczułam, jak wokół głowy owija mi się miękki materiał.
Kobiety pomogły mi ulokować się na siedzeniu pasażera. Szarpnęło, wcisnęło mnie w fotel i tylko czułam, jak pojazd koryguje kurs do bazy Ligi Sprawiedliwości.

 Miałam wrażenie, jakby Batman celowo skręcał tak często. Pomimo, że nie było możliwości, bym rozpoznała miejsce, do którego się kierowaliśmy, on obsesyjnie chronił tajną bazę. Lot dłużył mi się. Głównie przez wodospad myśli, jaki mi cały czas towarzyszył. Dokonałam decyzji szybko, by wątpliwości nie zjadły mnie i chwilowej woli zrobienia czegoś. Brakowało mi pewności siebie, zwłaszcza teraz, gdy byłam w obcym wymiarze.
 Zaczęliśmy zwalniać. Przez jednostajny szum silników przebił się jakiś trzask, zatrzymaliśmy się na chwilę, a potem przelecieliśmy jeszcze kawałek i miękko wylądowaliśmy. Poczułam powiew przyjemnie ciepłego powietrza.
Uniosłam się, by zawołać czarodziejkę, która zdjęłaby opaskę zasłaniającą mi oczy. Jednak nim się odezwałam, miękki materiał niespodziewanie zniknął, a mnie oślepiły światła. Zamrugałam parokrotnie i rozejrzałam się. Trójka bohaterów stała kilka metrów dalej. Zeskoczyłam z małej kabiny, zgrabnie omijając smukłe skrzydło.
 Znajdowaliśmy się w ogromnym hangarze. Oprócz nas, kręciło się tu jeszcze kilkunastu ludzi w podobnych strojach, ale odległość dzieląca nas nie pozwalała mi na dokładniejsze przyjrzenie się im.
- Chodźmy - rzuciła czarodziejka.
Ruszyliśmy do bocznych drzwi, oznaczonych żółtym symbolem ,,03". Dwoje mężczyzn w kombinezonach przebiegło obok nas w stronę samolotu, ale nie dane mi było zobaczyć co zrobią, bo weszliśmy do szerokiego, szarego korytarza.
- W sumie... Nawet nie wiem jak się nazywacie - stwierdziłam, dotrzymując im kroku.
- Zatanna. - Czarnowłosa czarodziejka uniosła rękę do góry, nawet nie odwracając się w moją stronę.
- Wonder Woman. - Idąca z prawej strony kobieta zerknęła na mnie przez ramię i uśmiechnęła się lekko.
 Powoli traciłam rachubę czasu i miejsca. Batman prowadził nas przez jednolite, szare korytarze. Skręcaliśmy co chwilę, ale małe drogowskazy z numerami i pojedynczymi literami nic mi nie mówiły. W końcu doszliśmy do metalowych, ciężkich drzwi. Batman przysunął twarz do małego panelu na ścianie obok framugi. Zobaczyłam niebieską poświatę, zaraz potem kliknęło i drzwi rozsunęły się. Weszliśmy do długiej i wysokiej hali. Nie wiedziałam, czy znajdujemy się na powierzchni, czy może pod ziemią, bo sala była oświetlona tylko rzędem lamp zwisających jakieś dwadzieścia metrów nad nami. Zero okien, tylko jedne dodatkowe drzwi w kącie, a na samym środku długi, stalowy stół w kształcie litery ,,U". Wonder Woman i Zatanna zajęły miejsca obok siebie przy jednym z ramion stołu, a Batman podszedł do jego szczytu i przyłożył dłoń do gładkiego blatu. Na ścianie po mojej lewej zajaśniał ekran, a pomiędzy rzędem wsuniętych krzeseł wystrzelił ku górze hologram. Logo Ligi Sprawiedliwych obracało się przez chwilę, a potem zniknęło. Za to na ogromnym ekranie pojawił się rząd pięciu osób. W oczy rzucili mi się tylko człowiek w jakiejś metalowej zbroi i zamaskowany brunet, ale Batman szybko przełączył obraz na mapę Ziemi.
- Zaraz powinni się pojawić Superman i Black Canary - oznajmił i zasiadł na głównym miejscu.
Stałam przez chwilę jak słup soli i nie wiedziałam co mam zrobić. Napotkałam wzrok Wonder Woman. Spojrzeniem wskazała mi krzesło obok siebie. Kiwnęłam nieznacznie głową i zajęłam miejsce obok niej.
Nagle drzwi po lewej otwarły się z sykiem. Spojrzałam w kierunku niezwykle umięśnionego mężczyzny z czarnym, opadającym na czoło lokiem. Blondynka, która szła obok niego, wcale nie wyglądała na mniej wysportowaną. Przez sekundę jej intensywnie niebieskie oczy spotkały się z moimi.
- Wzywałeś? - Superman skrzyżował ręce na klatce piersiowej z czerwonym znakiem ,,S". Cały przylegający kostium opiął się jeszcze bardziej.
Batman kiwnął głową i wskazał im miejsca po swojej prawej. Oboje zasiedli naprzeciwko mnie. Poczułam się nieswojo. Starałam się trzymać nerwy na wodzy, ale nie mogłam zatrzymać natłoku galopujących myśli z czarnymi scenariuszami.
- Wonder Woman chce zgłosić kandydatkę do Ligi. - Miałam wrażenie, jakby mówiąc te słowa, mężczyzna chciał ukazać, że był przeciwny tej decyzji i szydził z kobiety.
- Przedstawiam wam Raven - Wonder Woman wstała. - Dzisiaj, podczas akcji w więzieniu Blackgate, prawie rozszarpał mnie Batplane - odbiła przytyk Batmana. - Raven mnie uratowała - dodała, patrząc z nutą wyzwania na Batmana.
Usiadła i szepnęła mi:
- Powiedz coś o sobie.
Przełknęłam ślinę. To był bardzo zły pomysł.
Powoli uniosłam się z miękkiego krzesła. Czułam przeszywające mnie spojrzenia. Po plecach przemknął mi dreszcz. Nabrałam powoli powietrza, by się uspokoić.
- Naprawdę nazywam się Rachel Roth. Mam szesnaście lat i pochodzę z innego wymiaru. Z grubsza to posiadam moce telekinezy, telepatii, władam energią i mogę też stworzyć emanację własnej duszy - urwałam, bo zabrakło mi pomysłów. Co przydatnego i nieszczególnie prywatnego mogłam im jeszcze powiedzieć? - Znam też siedem języków.
- Dlaczego chciałabyś dołączyć do Ligi? - Black Canary złożyła ręce, oparła na nich podbródek i utkwiła we mnie spojrzenie.
- Uważam, że moje moce mogłyby się przydać. Chciałabym pomagać, czynić dobro. - Moje słowa znowu zabrzmiały dla mnie wyniośle, ale to nie był moment, by opowiadać im o Trygonie.
Kobieta kiwnęła głową, odrzuciła spadające na twarz długie włosy i powiedziała:
- Jesteś z innego wymiaru. Doceniam, że chcesz czynić dobro, ale czy możemy mieć pewność, co do twoich prawdziwych intencji? - Jej głos nie był ironiczny, a spokojny i uprzejmy.
Chciałam wzruszyć ramionami, ale się powstrzymałam. Jeśli wy mi nie pomożecie, to nie wiem kto.
- Nie wiem, jak miałabym was przekonać - odparłam po chwili ciszy.
Superman wtrącił się do rozmowy.
- Pozwól, że przedyskutujemy propozycję Wonder Woman. A na razie zostaniesz w bazie. Zatanna, zaprowadź Raven do jednego z pokoi - polecił głębokim głosem.
Czarodziejka skinęła głową i wstała.
- Chodź.
Posłusznie ruszyłam za nią. Wyszłyśmy z sali i skręciłyśmy w prawo. Od gładkich ścian odbijało się echo stukotu obcasów Zatanny. Miarowy dźwięk wywołał we mnie jakiś dziwny niepokój. Jakby tykanie bomby, która miała eksplodować mi prosto w twarz i uświadomić, że Liga mnie odrzuci.
Dotarłyśmy do windy. Na przyciskach, oprócz cyfr, były też pojedyncze litery. Wielopiętrowa baza z najróżniejszymi technologiami. Byłoby dobrze mieć takich superbohaterów po swojej stronie.
Wysiadłyśmy cztery piętra wyżej. Widok niebieskawych ścian i kilku suchych roślin pozwolił mi sądzić, że ten znacznie cieplejszy wystrój oznacza część mieszkalną budynku.
- Tutaj możesz poczekać. - Wskazała na metalowe drzwi z numerem pięćdziesiąt dwa przed nami. - Możesz się przemieszczać tylko po tym piętrze, a jeśli się zgubisz bądź będziesz coś chciała, to możesz zapytać kogokolwiek, kto będzie tędy przechodził. Ok? - upewniła się.
- Jasne.
- To na razie - pożegnała się i ruszyła skąd przyszłyśmy.
Nie mogłam wyzbyć się wrażenia, że Zatanna jest jakoś do mnie uprzedzona. Dobrze to ukrywała, ale moja zdolność wyczuwania emocji podpowiadała mi, że stoi po stronie Batmana.
Westchnęłam. Musiałam czekać na werdykt obrady, jak jakiś skazaniec. Weszłam do pokoju. Na zasłanym łóżku leżały zwinięte w kostkę ubrania i szary ręcznik z malutkim logo Ligi. Ściągnęłam bluzę i zawisłam nad puszystym, błękitnym dywanem. Medytacja była dobra na wszystkie problemy świata. Czy na Azarath, czy na Ziemi.

Z głębokiego transu wyrwało mnie pukanie do drzwi. Przywołałam pelerynę, odruchowo nasunęłam kaptur i otworzyłam drzwi.
- Wonder Woman kazała cię zawołać - oświadczył wysoki afroamerykanin w czarno-zielonym kostiumie. - Trafisz sama, czy cię zaprowadzić? - Uniósł pytająco brew.
- Raczej bym się tutaj zgubiła - odparłam i wyszłam z nim z pokoju.

 Zjechaliśmy na trzecie piętro. Przeszliśmy kilka korytarzy w ciszy, ale w pewnym momencie z oddali zaczęły dochodzić podniesione głosy. A właściwie jeden podniesiony. Drugi nie mógł przebić się przez kazanie wygłaszane przez... Batmana? Im bliżej byliśmy, tym bardziej upewniałam się, że ta kłótnia nie była przeznaczona dla naszych uszu.
- Mam dosyć bycia w twoim cieniu! Chcę zacząć pracować sam!
Afroamerykanin przyspieszył, jakby nie chciał być zauważony w tym momencie. Niestety, Batman oraz młody chłopak wybrali sobie złe miejsce. Jeden z odchodzących w bok korytarzy nie osłonił ich przed naszym wzrokiem, gdy przechodziliśmy. Obaj spojrzeli na siebie morderczo.
- Hal, idźcie do hali i powiedz, że mogę się chwilę spóźnić - warknął Batman i odwrócił się w stronę zamaskowanego chłopaka.
Ledwo nadążałam za mężczyzną, zwłaszcza, że jednocześnie próbowałam sobie przypomnieć, gdzie wcześniej widziałam ochrzanianego bruneta. Oświecenie spłynęło na mnie w momencie przekroczenia progu sali obrad. To jego postać mignęła mi na ekranie.
- Raven, usiądź. - Superman wstał i kiwnął głową do Hala, który zajął miejsce naprzeciwko Zatanny.
Zostałam z czwórką bohaterów. Tak jak poprzednio, usiadłam obok Wonder Woman. Miałam nadzieję, że zdołała przekonać pozostałych.
 Siedzieliśmy w ciszy. Tylko Czarodziejka wybijała długimi paznokciami jakiś skoczny rytm na blacie. Czas mi się dłużył, a żołądek coraz bardziej ściskał z niepewności. W końcu na salę wkroczył Batman. Wciąż buzowały w nim emocje, czego w ogóle nie dał po sobie poznać. Stanął za krzesłem u szczytu stołu, zacisnął na chwilę pięści na blacie, po czym usiadł.
- Wonder Woman, może zechcesz ogłosić nasz werdykt - zapytał z sarkastyczną uprzejmością.
Nieźle musiał się zdenerwować na tego chłopaka. Nie chciałabym być w jego skórze.
- Kandydatura Raven została odrzucona - ogłosiła.
Jej słowa były dla mnie jak nieoczekiwany wystrzał z armaty. Nawet zabolały jak prawdziwa metalowa kula. Cały mój plan, jedyny plan, poległ w gruzach. 
Wstałam od stołu. 
- Dlaczego? - wycedziłam przez zaciśnięte zęby. 
Nie wiedziałam, czy płakać, ciskać energią, a może wszystkich powoli wykończyć. Ostatnia myśl była niebezpiecznie kusząca w obliczu gniewu i niezrozumienia, które odczuwałam. Miałam wrażenie, jakby malutkie iskierki mocy prześlizgiwały się po moim ciele. Nabrałam głęboki wdech. 
- Jaki jest powód? - spytałam, starając się powstrzymać drżący głos.
- Jesteś za młoda. - Batman wstał, oparł się na blacie i przechylił lekko w moją stronę. Chciał zgromić mnie wzrokiem, ale niezłomnie nie odwracałam oczu. - Nic o tobie nie wiemy. Nie możemy mieć pewności co do twoich prawdziwych zamiarów... - zawiesił na chwilę głos, jakby chciał się zastanowić, czy powiedzieć, co miał na myśli. 
Przemknęłam wzrokiem po twarzach zebranych. Zatanna wpatrywała się we mnie szczególnie intensywnie. Poczułam niechęć do niej. Kiwnęła głową w stronę Batmana. Wstała i rzekła stanowczym głosem:
- Nie wiemy, co może planować córka demona w szeregach Ligi Sprawiedliwości.
Zmiękły mi nogi. Ona to wyczuła. Od początku była bardzo chłodna i zdystansowana. Spojrzała na mnie spode łba i tak samo jak Batman, oparła się pięściami o blat. 
- Właśnie dlatego proszę o waszą pomoc - wydusiłam po chwili. - Chcę z nim walczyć.
- Nie możemy ci zaufać. Demony mogą kogoś opętać, nawet bez wiedzy ofiary. To zbyt ryzykowne. - Do rozmowy dołączyła się Wonder Woman. 
Nie wydawała się być nastawiona przeciwko mnie, raczej mi współczuła. 
- Nie możecie mnie skreślić tylko ze względu na pochodzenie - powiedziałam stanowczo. - Za... - urwałam. 
Zatanna wyczuła moją demoniczną część, ale nie to, że jestem córką Trygona. Jeśli powiedziałabym im, iż mam się stać portalem, pewnie zamknęliby mnie gdzieś, żeby zapobiec zagładzie. 
- To nasza ostateczna decyzja. Hal, zaprowadź ją do pokoju. Ktoś odstawi cię później do Gotham. - Głos Batmana nie dawał miejsca na sprzeciw. 
Zamaszyście odsunęłam krzesło i wyszłam z sali, nie czekając na afroamerykanina. Skręciłam w lewo i stanęłam twarzą w twarz z zamaskowanym chłopakiem. Zmarszczył czoło.
- Jesteś tą nową? - spytał podejrzliwie. 
Kiwnęłam głową. Chciałam go wyminąć, ale zrobił krok i zagrodził mi drogę.
Ściągnęłam groźnie brwi. Czego ten zamaskowany palant chciał?
- Przyjęli cię? - Miałam wrażenie, jakby znał odpowiedź.
- Nie - sarknęłam. - Podsłuchiwałeś?
- Pf... To zbyt prymitywne, nawet jak na pomagiera - odparł.
- Muszę iść - powiedziałam, gdy usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi i urywek dyskusji, która wciąż rozgrywała się na sali.
- Poczekaj. - Chwycił mnie delikatnie za ramię, gdy chciałam go wyminąć. - Jak masz na imię?
Zawahałam się, zanim odpowiedziałam ze złością w głosie:
- Raven.
Uniósł lekko brew, ale zignorował moje zachowanie.
- Robin - przedstawił się z cieniem szelmowskiego uśmiechu na podłużnej twarzy. 
Było w nim coś, co mnie zaciekawiło, jednak wszelkie myśli i skupienie kierowały się ku pytaniu, co teraz zrobić.

 Agent odwiązał mi grubą przepaskę, odsunął drzwi helikoptera i pomógł wysiąść. Przedmieścia Gotham po zmroku było piekielnie niebezpieczne. Maszyna wzbiła się w powietrze, rozwiewając czarne włosy wokół mnie. Odwróciłam się i weszłam w uliczkę z niskimi, jednorodzinnymi domkami. 
 Co jakiś czas mijali mnie spieszący się do rodzin ludzi. Gdzieniegdzie zaczęli się już szlajać slalomem upojeni bądź naćpani i sponiewierani mieszkańcy, którym miasto nie było w stanie pomóc. Weszłam w jedną z najgorszych dzielnic, gdzie tymczasowo mieszkałam. Przed sobą, przy sklepie z wybitą szybą dojrzałam grupę zakapturzonych mężczyzn. Kłócili się, jeden miał kij bejsbolowy. Chciałam przejść na drugą stronę ulicy, ale spostrzegli mnie. Odwrócili się i zaczęli zmierzać w moją stronę. 
- Ej, poczekaj no, ślicznotko! - krzyknął zachrypniętym głosem jeden. 
Przyspieszyłam. Byłam kilkadziesiąt metrów od mieszkania, ale największy z nich zagrodził mi drogę. Odchyliłam głowę do góry i cofnęłam się, by zlustrować czworo dryblasów, którzy mnie otoczyli. 
- Lepiej odejdźcie, póki możecie - ostrzegłam, przygotowując energię do ewentualnej obrony. 
Zaśmiali się gardłowo. Zacieśnili krąg, przybliżając mnie do muru. 
- Nawet Batman cię nie uratuje - warknął mężczyzna ze skrzywionym nosem. 
- Sami się prosiliście - mruknęłam pod nosem. 
Rozcapierzyłam palce i po chodniku rozpierzchła się fala energii, która zmiotła napastników z nóg. Jeden zarył głową w kant chodnika i nie podniósł się, ale pozostała trójka zawarczała jak stado wściekłych psów i naskoczyli na mnie. Wniknęłam w ziemię, by w mgnieniu oka pojawić się za nimi. Największy zatrzymał się dopiero na ścianie. Odwrócił się z zakrwawioną twarzą, zawył dziko i wyciągnął nóż. Przestało być zabawnie. Machnęłam ręką. Wszyscy polecieli na plecy. Z energii wytworzyłam sznury, którymi oplotłam ich kończyny. Jeden był jednak szybszy. Nim zdążyłam zareagować, rzucił ostrzem w moją stronę. Chciałam się uchylić, ale poczułam, jak coś zwala mnie z nóg. Przejechałam twarzą po mokrym asfalcie. Zapiszczało mi w uszach. Skupiając całą siłę, wstałam na czworaka. Zadarłam głowę. Jedna rozmazana postać poruszała się niezwykle szybko. Przez pisk docierały do mnie odgłosy bolesnych jęków i łamanych kości. Wzrok powoli się wyostrzał. 
- Jesteś cała? - Plamą okazał się Robin. 
Wyciągnął do mnie rękę. Chwiejnie wstałam na nogi. 
- Poradziłabym sobie - sapnęłam, oglądając zdarte dłonie. Że też akurat nie wzięłam rękawiczek. 
- Wiele kobiet tak mówi, gdy je ratuję. Jak powaliłaś tego jednego? - Wskazał na mężczyznę z rozciętą głową. 
W odpowiedzi przywołałam smolistą energię na dłoń i uformowałam z niej miniaturowego kruka, a potem wystrzeliłam kulę do góry. Kiwnął głową z aprobatą. 
- Policja zaraz tu będzie, a oni jak na razie nie zrobią nikomu krzywdy. Co powiesz na wspólny patrol? 
- Ja... Wiesz, nie...
- Widziałaś, jak kłóciłem się z Batmanem, a ciebie nie przyjęli. Mam propozycję. - Poczułam, że jest to dla niego niezwykle ważne. 
- Okej. 
- Chodź. - Kiwnął ręką i z pomocą linki po chwili znalazł się na dachu. 
Podążyłam za nim. Przeskoczył nad uliczką i poczekał na mnie. Wyjął z paska niewielki prostokąt, który zaświecił się. Do góry wystrzelił trójwymiarowy hologram miasta. 
- Na razie nie ma żadnych zgłoszeń - powiedział ni to do siebie, ni do mnie. 
- O jaką propozycję chodzi? - spytałam, gdy zeskoczyliśmy do labiryntu uliczek. 
- Pokłóciłem się z Batmanem, bo chcę zacząć pracować sam. Już od jakiegoś czasu mam w planach wyprowadzkę z Gotham. Stary Nietoperz uważa jednak, że nie jestem gotowy. Wydaje mi się, że teraz jest najlepszy moment na pokazanie mu, iż dam sobie radę bez niego - urwał, odwrócił się, jakby coś usłyszał i kontynuował: - Przez przypadek usłyszałem, że ktoś uratował Wonder Woman. Chciałem się czegoś dowiedzieć o tej osobie. I przyznam, że zaciekawiłaś mnie, jakkolwiek dziwnie to nie brzmi. Mój plan nie uwzględniał duetu, ale, że tak powiem, mogę upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Ty będziesz mogła zwalczać zło razem ze mną, a ja utrę nosa Lidze, która cię nie przyjęła.
 Analizowałam przez chwilę sytuację. Tego przecież chciałam. Drużyny, która pomoże mi uporać się z Trygonem. Albo chociaż kogoś, kto będzie w stanie powstrzymać mnie przez przemianą w portal. Jednak Robin... Złożył mi propozycję tylko dlatego, żeby zrobić na złość Batmanowi. Wydaje się, jakby był szczery, ale jak zwykle moja podejrzliwa intuicja nie dawała mi spokoju. 
- Daj mi to przemyśleć - powiedziałam w końcu. 
- Jasne. Nie musisz się spieszyć. Powiedzmy, że dam ci pięć dni na podjęcie decyzji, okej? Spotkamy się w piątek o północy przy posterunku policji na Fair Lawn. 
- Niech będzie - zgodziłam się, mając w głowie rosnący kłębek myśli. - Jeśli pozwolisz, ja już się zbieram. Jestem przemoczona. - Uniosłam ciężkie rękawy bluzy, z których kapały pojedyncze kropelki wody.
- Ej! - żachnął się pretensjonalnie. - Ja ci powiedziałem o co poszło, a ty się teraz wykręcisz i po prostu sobie pójdziesz? - spytał, udając obrażonego. - To co, wyjaśnisz mi, dlaczego nie przyjęli tak zaradnej dziewczyny?
Przewróciłam oczami, ale nie mogłam mu odmówić.
- Powiedzieli, że nic o mnie nie wiedzą i nie mogą być pewni moich zamiarów. - Nie chciałam wdawać się w szczegóły. Za wcześnie na takie zwierzanie się.
- Liga ma przecież dostęp do wszelkich baz danych i nie mogli cię w żaden sposób sprawdzić? - spytał z niedowierzaniem.
- Nie pochodzę z Ziemi. A zakładam, że spisu istot z innych wymiarów raczej nie prowadzą - wyjaśniłam.
- To zmienia postać rzeczy - mruknął pod nosem.
Sięgnął do paska i wyjął urządzenie. Lekko rozciągnął je, ale zamiast hologramu, półprzezroczysty ekran po prostu zaświecił się.
- Wzywają mnie - powiedział po chwili majstrowania przy futurystycznym sprzęcie.
- Pędź - rzekłam kąśliwym tonem. - Do zobaczenia w piątek.
- O ile znów nie będę musiał cię ratować. - Znowu uśmiechnął się łobuzersko i pobiegł do wylotu zaułka. 
Teleportowałam się do mieszkania.

 Pięć dni zleciało niemiłosiernie szybko. Wymienianie za i przeciw sprawiło, że mętlik w głowie stał się jeszcze większy. Nie taki był plan, jednak musiałam liczyć się z tym, że nie wszystko zawsze idzie po mojej myśli. Do spotkania zostało mi kilkanaście godzin. Czułam dziwny niepokój przed podjęciem  tej decyzji. Chciałam znaleźć na Ziemi kogoś, kto by mi pomógł przeciwstawić się Trygonowi. Może Zatanna miała rację? Co, jeśli Trygon mógł przejąć nade mną kontrolę w dowolnym momencie? Ktoś musiał mnie pilnować. Ktoś, do kogo miałabym zaufanie. Robin wydawał się godnym kandydatem.
 Położyłam się na plecach i ukryłam twarz w dłoniach. Całe życie w niewiedzy. Nigdy nie interesowała mnie rodzina. Od początku wychowywała mnie Azar. Zsunęłam z serdecznego palca lewej ręki srebrny pierścionek. Podarowała mi go zaraz przed śmiercią. Zawsze, gdy patrzyłam na owijające się wokół palca skrzydła i dumnie wysunięty do przodu dziób, przypomniałam sobie o niej. O jej naukach. Godzinach wspólnej medytacji. Chciała, bym opanowała moce i zrobiła z nich dobry użytek. To właśnie miałam zamiar wtedy zrobić. Mogłam tylko liczyć, że Robin mi w tym pomoże.

 Następne godziny wałęsania się po mieście zleciały już jakoś wolniej. Wieczorem niebo wreszcie wyszło zza chmur rozwianych przez porywisty wiatr. Latałam bezcelowo nad miastem jako kruk. Ściemniało się. Działające lampy włączyły się, a wnętrza sklepików pogrążyły się w mroku. Z ulic powoli znikały sznury aut, wychodzili za to ludzie podziemia. Handel narkotykami, bronią, czy lekami tętnił w najciemniejszych uliczkach. Robin pewnie już wyszedł na patrol. Tym razem nie chciałam wdawać się w bezsensowną bójkę.
 Czas mi się dłużył. Przycupnęłam na krawędzi dachu posterunku, spuściłam głowę i czekałam, medytując. Nie wiem ile trwałam w tym bezruchu. Rozprostowałam skrzydła. Nagle usłyszałam za sobą szelest. Podskoczyłam dwa razy, obracając się w stronę Robina. Spojrzał na mnie przelotnie, a potem usiadł na murku i rozłożył ekran. Tupał stopą w mokry beton.
Zakrakałam, by zwrócić jego uwagę. Zanim zdążył oderwać wzrok od urządzenia, przybrałam już swoją ludzką postać.
- Jak ty tak...? - spytał, wskazując na mnie ze zdziwieniem.
- Magia. - Uśmiechnęłam się półgębkiem.
- Dobra... Nie wnikam - odparł, lekko rozbawiony. - Podjęłaś decyzję?
- Chcę się do ciebie przyłączyć - rzekłam stanowczo.
- Cieszę się. - Podszedł do mnie i wyciągnął rękę. - Od teraz nie jestem już pomocnikiem Batmana. Będziemy działać razem, jak równy z równym.
Uścisnęłam dłoń ukrytą we wzmocnionej rękawicy. Poczułam się, jakby właśnie zsunęło mi się trochę ciężaru z barków.
- Wiesz... Nie do końca jeszcze wszystko rozumiem. Byłoby mi miło, gdybyś zajął się stroną techniczną i przy okazji wytłumaczył mi, co i jak.
- Jasne. Ze mną nie zginiesz. - Wsunął dłoń w rozkopane czarne włosy, rozczochrał je jeszcze bardziej i kontynuował. - Może pójdziemy do mojego ,,miejsca pracy"? - Przeciął powietrze dwoma haczykami z palców. - Zaraz pewnie znowu będzie padać.
Kiwnęłam głową na tak.

 Zeskoczyliśmy z dachu starego magazynu. Robin podszedł do pordzewiałej bramy. Rozejrzał się i przyłożył palce do ceglanej ściany na wysokości twarzy. Dwie cegły wysunęły się na boki. Chłopak wstukał kod na lekko podświetlonej klawiaturze. Otwór zniknął, a brama zaskrzypiała i powoli ruszyła do góry.
- Nie krępuj się. - Wskazał dłonią wnętrze.
Zgiął się pod bramą i wszedł do ciemnego magazynu. Zrobiłam to samo. Podszedł do ściany i z pamięci wcisnął przełącznik. Wejście zatrzasnęło się, a lampy dopiero po chwili rozpędziły egipskie ciemności. To był po prostu magazyn. Sterty połamanych palet, dwa stanowiska do załadunku i rozładunku na drugim końcu hali. A wszystko przyozdobione odpadającym, szarym tynkiem i pozostałościami tłustych plam na podłodze.
- Dobra przykrywka - mruknęłam pod nosem.
- Chodź. - Machnął ręką.
Ruszył za stos zniszczonych palet koło schodów, które prowadziły do wejścia na piętro. W rogu sporej hali były metalowe drzwi. Wyglądały na dosyć solidne. Robin przystawił twarz do niewielkiego panelu obok, jak ten na zewnątrz. Jednak tym razem pojawiła się zielona poświata, która zeskanowała jego rysy. Ciche piknięcie i drzwi otwarły się. Ruszył w dół po schodach, jeszcze zanim zapaliło się światło. Czarna peleryna zniknęła w mroku, więc pospieszyłam za nim. Zrobiłam kilka niepewnych kroków, gdy w końcu włączyły się lampy. Robin już czekał na mnie na dole, opierając się o poręcz.
- Nieźle - skomentowałam, rozglądając się po sporym, wysokim pomieszczeniu.
- Nie widziałaś jaskini Batmana - odparł jakby z nutą zazdrości i żalu. - Pozwolił mi na własną mini-bazę w Gotham, bo nie dawałem mu spokoju. No i mam. - Rozpostarł ręce. - Najlepszy sprzęt to nie jest, ale dobremu hakerowi wystarczy, by pozyskać odpowiednie informacje.
Podszedł do głównego stanowiska. Rząd metalowych stołów zastawionych nowoczesnym sprzętem, a także papierami zaginał się w półkole. Robin wszedł po dwóch schodkach na podwyższenie, zasiadł za obrotowym fotelem, którym można było poruszać się swobodnie po całym stanowisku i włączył największy ekran zawieszony na ceglanej ścianie.
- Nie ruszając się stąd, mogę uzyskać dostęp do praktycznie wszystkich cyfrowych danych dotychczas zapisanych. Kartoteki, przepływy pieniędzy, centrum powiadamiania ratunkowego. Mogę odbierać zgłoszenia o napadach, włączonych alarmach. Nie jestem jednak w stanie zrobić wszystkiego na raz - tłumaczył, wskazując to na główny ekran, to na mniejsze, zakrzywione, tworzące jedną, długą taflę nad stołami. - W nocy uganiam się za złodziejami po Gotham, a w dzień staram się prowadzić dochodzenia, z którymi policja jeszcze nie ruszyła.
Spojrzałam na ogromną korkową tablicę po prawej. Wypełniona zdjęciami, wydrukami, czy wycinkami z gazet, a to wszystko połączone pinezkami i sznurkami z doczepionymi komentarzami.
- Lubię się bawić w detektywa. - Wzruszył ramionami, gdy dostrzegł moją uniesioną brew.
- Nie wnikam - mruknęłam, nieco rozbawiona.
Każdy lubi spędzać czas wolny na swój sposób.
- Chcesz zostać w Gotham? - spytałam.
- Jakbyś czytała mi w myślach - odrzekł zdziwiony. - Właśnie miałem do tego przejść.
Wstał i podszedł do stalowego stołu pod przeciwną ścianą. Był niedbale zarzucony ostrymi bumerangami w kształcie nietoperzy, małymi kulkami, dwoma krótkimi kijami i jeszcze innym, niezidentyfikowanym sprzętem.
- Chcę wyjść z cienia Batmana. A nie uda mi się, jeśli tutaj zostaniemy. Planowałem przenieść się do San Francisco. Chcę wszystko dobrze zaplanować, bez pośpiechu. Zwłaszcza, że teraz będziemy działać we dwójkę. Tam nie będzie gburowatego nietoperza, który patrzyłby nam na ręce. Jeszcze trochę czasu pomokniemy w Gotham, a gdy zorientuję się w jakiejś bazie i mieszkaniach, dam Ci znać i się przeniesiemy. Na razie nauczę cię, na czym ta robota polega tutaj. Możemy zacząć nawet dzisiaj - zaproponował, kręcąc metalowym kijkiem.
Kiwnęłam głową. Nie było tak źle, jak sobie wyobrażałam. Robin wszystko zorganizował. Mogłam zacząć pokładać w nim zaufanie i nadzieję.

*****

Miesiąc! Udało się! Wydaje mi się, że częściej rozdziałów nie będzie, a postaram się utrzymać właśnie taką regularność. 
Ludki, odezwijcie się w komentarzach. Jak na razie to ja i Aris nabiłyśmy większość. Chcę poznać waszą opinię. 
Przyznam, że jestem zadowolona z tej wersji opowiadania. Praca z betą bardzo pomogła, a mam plan na najbliższe dwa rozdziały. Ten ma ponad 5000 słów i wydaje mi się, że przy publikacji raz na miesiąc to taka całkiem dobra rekompensata za czekanie. 
Ktoś się orientuje, czy wraz z usunięciem Google + znikną również komentarze na tym blogu? Bo ja tego za bardzo nie czaję. Dobrze, że cały Blogger nie znika, tak jak zrobili to z onetem. 
Dajcie znać w komentarzach, co sądzicie i do zobaczenia za miesiąc ( może wcześniej, może później, nigdy nie wiadomo).